Sługa jaśnie panów

Państwo kaczyńskie nie może uderzyć w silnego prezydenta Francji Macrona. No to karci słabszego, jego wschodnioeuropejskiego sojusznika.

Groby dalej rządzą polską polityką wschodnią. Zamrożone relacje z Rosją stale chłodzi ciągle podgrzewany przez elity PiS kult ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu. I brak oficjalnego zakończenia śledztwa, ze strony i polskiej i rosyjskiej, w sprawie tamtego wypadku lotniczego w Smoleńsku. W przyszłym roku dziesięciolecie smoleńskiej katastrofy wypadnie w czasie kulminacji polskich wyborów prezydenckich. Już dzisiaj możemy przewidzieć te cyniczne tańce polityczne, jakie znów zakręcą się na grobach ofiar.

Groby na Ukrainie na ponad dwa lata zamroziły państwowe relacje polsko-ukraińskie. Od kiedy władze ukraińskiego IPN, przy poparciu byłego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki, zakazały polskiemu IPN przeprowadzania badań i ekshumacji miejsc pochówków polskich obywateli na terenie Ukrainy. Mogił ofiar drugiej wojny światowej. Zakaz ten okazał się wielce dotkliwy dla czułych na punkcie polityki historycznej elit PiS. Zwłaszcza dla polskiego IPN, który ekshumacje grobów podniósł do rangi racji stanu i który nadaje teraz ton państwowej polityce historycznej.
Nic dziwnego, że w odwecie za tamten zakaz zamrożono polskie prezydenckie i rządowe wizyty na Ukrainie. Schłodzono dwustronne relacje na wszystkich możliwych poziomach. A w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy strona polska nawet poparła Rosję wbrew ukraińskiemu stanowisku.

Nowe otwarcie?

Nowe otwarcie grobów, czyli cofnięcie zakazu ekshumacji obiecał nowy prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie. Podczas swej pierwszej wizyty w Polsce, przy okazji międzynarodowych uroczystości ku czci rozpoczęcia II wojny światowej w Polsce. Prezydent Zełenski planował spotkać się w Warszawie przede wszystkim z prezydentem Donaldem Trumpem. Ale ten, jak pamiętamy, nie doleciał, bo wybrał walkę z huraganem na swoim polu golfowym. I wysłał do Warszawy swego substytuta Pence’a. Zapewne nie wiedząc o tym prezydent Zełenski przygotował program ocieplenia relacji z Polską dzięki ożywieniu współpracy cmentarnej. Obiecał nie tylko pozwolenie na pracę na Ukrainie dla ekshumatorów z IPN. Przystał także na dymisję szefa ukraińskiego IPN, prezesa Wołodymyra Wiatrowycza, o co zabiegała strona polska. Jeszcze trzy lata temu prezes Wiatrowycz był noszony na rękach i hołubiony przez elity PiS oraz kierownictwo polskiego IPN. Bo zburzył na Ukrainie wszystkie pozostałem tam jeszcze pomniki Włodzimierza Lenina. Potem okazało się, że ten „szczery antykomunista” jest także zagorzałym nacjonalistą oraz promotorem kultu Stefana Bandery i Ukraińskiej Powstańczej Armii. A przecież sam pan prezes Jarosław Kaczyński uprzedził prezydenta Ukrainy Petra Poroszenkę, że „z Banderą do Unii Europejskiej nie wejdziecie”. I dlatego czołowy ukraiński antykomunista stał się największym wrogiem elit PiS. W październiku nowy rząd ukraiński zwolnił Wiatrowycza z zajmowanego stanowiska. Następnie ukraiński minister spraw zagranicznych Wadym Prystajko w wywiadzie dla Radia Swoboda ogłosił, że pierwsze pozwolenia dla polskiego IPN na poszukiwanie grobów i ekshumacje zostały już wydane. Następne są w drodze.

Zimna reakcja

Pomimo odwołania Wiatrowycza i zapowiedzi pozwoleń na ekshumacje nie widać radości i entuzjazmu ze strony polskiej. Ani elit PiS, ani w związanych z nimi mediach. Przeciwnie wiceprezes IPN, szef Biura Poszukiwań Identyfikacji IPN, czyli wszystkich szef służb ekshumacyjnych, w prorządowym tygodniu „Sieci” cierpko i sceptycznie odniósł się do ukraińskich działań obietnic.
„Z satysfakcją przyjmujemy zmianę stanowiska strony ukraińskiej, ale ciągle rozmawiamy w Warszawie. Pozwolę sobie poczekać z radością do momentu, kiedy te prace rzeczywiście rozpoczniemy. Na razie mamy zapowiedź przełomu, ale jeszcze nie przełom”, tak oficjalnie skomentował ukraińskie deklaracje.

Skąd taka zimna reakcja na spełnione przecież ukraińskie obietnice i zapowiedzi spełnienia pozostałych?

Nie jest w Warszawie tajemnicą, że zarówno pan prezydent Duda, jak i pan premier Morawiecki radykalnie schłodzili swe sympatie i wolę współpracy z nowym ukraińskim prezydentem. Ale to nie on jest przede wszystkim temu winien. Tylko francuski prezydent Emmanuel Macron. Ten, który traktuje rząd i prezydenta pana prezesa Kaczyńskiego jak drugorzędnych partnerów. Ten, który w czasie swej, już prawie trzyletniej prezydentury, nie postawił swej stopy w Warszawie, stolicy Europy Środkowo- Wschodniej. Nie był w Polsce z oficjalną wizytą, choć Polska chce być regionalnym liderem Unii Europejskiej.Prezydent Macron prezentuje wszystko, co uważane jest za wrogie przez elity PiS. Uważany jest przez nie za promotora Unii Europejskiej podzielonej na kilka kręgów. W tym pierwszym, najbardziej elitarnym, nie ma miejsca dla Polski pozostającej poza strefą euro. Czyli rządzonej przez PiS. Macron zręcznie dogaduje się z Chinami, ponad państwami Europy Środkowo-Wschodniej. Podobnie dogaduje się z Rosją. Też ponad elitami PiS, które marzą o kierowaniu europejską polityką wschodnią. I na dodatek jeszcze francuski prezydent został politycznym wielkim przyjacielem i promotorem w Unii Europejskiej nowego ukraińskiego prezydenta. To prezydent Macron miał namówić prezydenta Zełenskiego do planu wielkiej prywatyzacji na Ukrainie. I do powrotu do negocjacji w formacie mińskim, czyli Ukrainy, Rosji, Francji i Niemiec, w sprawie pokoju w zbuntowanym Donbasie i Ługańsku.

Negocjacje skończyły się porażką Zełeńskiego. Ku trudno skrywanej radości elit PiS. Niech ukraiński „sługa narodu” nie służy tak bezkrytycznie Paryżowi. Zamiast tradycyjnie, polskim promotorom, szeptano w Warszawie. Pierwszego października w czasie wizyty członków Rady Północnoatlantyckiej i sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga, w Kijowie odbyła się komisja Ukraina- NATO. „Wszyscy sojusznicy byli zgodni co do tego, że Ukraina stanie się członkiem NATO”, zadeklarował na koniec Stoltenberg. Zapowiedział, że NATO pomoże Kijowowi przyśpieszyć reformy i zmodernizować społeczeństwo, żeby kraj mógł wstąpić do sojuszu.

Czy aby wszyscy sojusznicy? W Warszawie słyszy się szepty elit PiS, że atlantyckie i europejskie aspiracje prezydenta Zeleńskiego można skutecznie przyblokować. Niech wpierw zdecyduje się, komu chce się tam przysłużać.

Raj przedsiębiorców

Skrajnie probiznesowy rząd Ukrainy nie zwleka z wdrażaniem „reform”, które pomogą przedsiębiorcom, a dodatkowo osłabią i tak fatalną pozycję ukraińskich pracowników. Projekt ustawy wniesiony przez jednego z deputowanych rządzącej partii Sługa Ludu chce radykalnie złagodzić kary za zatrudnianie na czarno.

Projekt nowelizacji Kodeksu Pracy wniósł w Radzie Najwyższej Danyło Hetmancew, deputowany Sługi Ludu, który, przypomnijmy, dysponuje większością w parlamencie i może bez problemu przeforsować praktycznie każdą zmianę. Ta ma być jedną z pierwszych w całym pakiecie reform, które ułatwią życie biznesowi. To, że przy okazji pogorszą pozycję pracowników, neoliberalnych polityków z rządu Honczaruka niespecjalnie interesuje. Wywodzący się z probiznesowego think tanku BRDO premier przekonuje, że bez uelastyczniania Kodeksu Pracy Kijów nigdy nie będzie miał szans na wejście do Unii Europejskiej.
Na czym ma polegać nowelizacja? Projekt Sługi Ludu zakłada, że jeśli przedsiębiorca zostanie pierwszy raz przyłapany na łamaniu prawa pracy, w szczególności na zatrudnianiu na czarno, ukraińska inspekcja pracy… przyśle mu list z upomnieniem. Kara grzywny będzie mogła zostać wymierzona dopiero wtedy, gdy naddnieprzański Janusz biznesu po raz drugi w ciągu jednego roku kalendarzowego złamie przepisy. Grzywny również odpowiednio spadną, by nie zniechęcać „drobnych przedsiębiorców”. Przykładowo do tej pory za niewpuszczenie inspektora i nieudostępnienie dokumentacji pracowników groziła maksymalna grzywna w wysokości 120 tys. hrywien (ok. 17 tys. złotych), stukrotność płacy minimalnej – po zmianach i w warunkach recydywy ma być to zaledwie ośmiokrotność. Za zatrudnianie na czarno maksymalna kara wynosiła trzydziestokrotność płacy minimalnej. Nowelizacja przewiduje czterokrotność i dopiero po drugim złamaniu prawa.
Aktywiści lewicowej, propracowniczej grupy Socijalny Ruch nie mają wątpliwości, że skutki zmian dla ukraińskich pracowników będą opłakane i tylko zachęcą Ukraińców i Ukrainki do migracji zarobkowej, gdzie wprawdzie również są narażeni na bezwzględny wyzysk i złe warunki, ale przynajmniej pieniądze będą lepsze.
– Tak liberalnego systemu nie ma nigdzie – komentują działacze na stronie organizacji. – Wprost zachęca on do nielegalnego zatrudniania. Państwo i tak już wspiera przedsiębiorców, nieustannie tłumacząc im, jakie są przepisy. A teraz pracodawca będzie wiedział, że przynajmniej raz w roku będzie mógł zmusić pewną liczbę pracowników do pracy na czarno. Zmniejszą się zasoby funduszy socjalnych, zwiększy – ryzyko wypadku przy pracy. Praca na czarno to zbyt poważne przestępstwo, by „wybaczać” pierwszy wypadek takiego działania.
Organizacje przedsiębiorców są jednak zachwycone pomysłem rządu Honczaruka, z którym zresztą wiążą ogromne nadzieje. Nie bez przyczyny ekipę Sługi Ludu porównuje się do Chicago Boys, ekipy, która wdrażała neoliberalne reformy w Chile za dyktatury Pinocheta, z amerykańskiego błogosławieństwa.

Będą odbierać?

To projekt, który ma wszelkie szanse zostać zrealizowany przez nowe władze i partię Sługa Narodu nowego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.

Zostaną skontrolowane miliony obywateli, którzy mieli nieostrożność dostawać pieniądze z budżetu: emerytury, stypendia studenckie, naukowe i uczniowskie a także renty inwalidzkie. Jeżeli powszechna kontrola wykaże, że pieniądze te ktoś otrzymał z naruszeniem zasad, to będzie je musiał zwrócić. Kontrolujący urzędnicy otrzymają wgląd w konta bankowe kontrolowanych. Próba odmowy zwrotu nienależnych pieniędzy skutkować będzie skierowaniem sprawy do sądu.
Projekt ten skierował szef komitetu finansów, polityki podatkowej o celnej Danił Hetmacew. Kontrola będzie przebiegała przy pomocy automatycznej bazy danych, w której znajdują się wszyscy, którzy kiedykolwiek otrzymali środki finansowe od państwa. Składać się będzie z trzech etapów: pierwszy przeprowadzi organ, który wypłaca pieniądze. Drugi etap to stała kontrola dotycząca środków finansowych, którymi obracają obywatele, którzy np. otrzymali zasiłek, czy nie przekroczyli poziomu płacy, do którego zasiłek się należał. Kontrolowane będą wszelkie zakupy, wpłaty i inne wpływy finansowe na konto obywatela. Trzeci etap to kontrola tych, którzy w przeszłości otrzymywali pieniądze z budżetu w jakiejkolwiek formie w ciągu ostatnich trzech lat.
W przypadku ujawnienia jakichkolwiek naruszeń, pieniądze trzeba będzie zwrócić. Informacje o projekcie nie mówią nic, czy dokonywane będzie rozróżnienie co do błędów zawinionych i niezawinionych przez beneficjentów pomocy państwa. Trudno sobie wyobrazić, by zwracali emerytury ludzie, którzy teraz i tak balansują na skraju nędzy, ponieważ ukraińskie emerytury należą do najniższych w Europie lub samotne matki w trudnej sytuacji materialnej.
Przy okazji władza otrzyma potężne narzędzie kontroli społeczeństwa, przy pomocy którego wszelkie dochody i wydatki obywateli będą znajdować się pod stałym nadzorem.

Chicago Boys na falach Dniepru

Temu rządowi nie będzie łatwo – powiedział 35-letni Ołeksij Honczaruk krótko po tym, gdy złożył ślubowanie przed Radą Najwyższą i objął w czwartek 29 sierpnia stanowisko premiera Ukrainy. Czy będą to słowa prorocze? To się dopiero okaże, ale z pełną odpowiedzialnością można powiedzieć co innego – pod rządami Sługi Ludu najtrudniej będzie ukraińskiemu społeczeństwu.

Na razie nie cichną wyrazy zachwytu nad najmłodszym w historii szefem ukraińskiego rządu. Polski Ośrodek Studiów Wschodnich wystawił mu entuzjastyczną ocenę, nazywając go „uznanym specjalistą w swojej dziedzinie”, chociaż przyznał, że Honczaruk, prawnik z wykształcenia, ma w zarządzaniu doświadczenie niewielkie. Inni się nie ograniczają: według komentatora i członka ukraińskiego klubu dyrektorów dużych firm (CEO Club) Tarasa Kozaka powstał „cudowny rząd”, zdaniem szefa ukraińskiej służby celnej Maksyma Nefiodowa zaistniała „nadzwyczajna koncentracja ludzi godnych i profesjonalnych”, gratulacje złożył przedstawiciel amerykańskiego Departamentu Stanu Kurt Volker. Najbardziej w sedno trafił jednak, pokazując zarazem źródła tego powszechnego niemal zachwytu Siergiej Fursa, analityk funduszu inwestycyjnego Dragon Capital.
– Honczaruk i Spółka – to najlepszy gabinet, jaki zdarzył się w całej historii Ukrainy. Właśnie oni mogą stać się „Chicago Boys&Girls”, jeśli będą mieć wsparcie prezydenta i parlamentu – napisał Fursa. Byłoby jeszcze trafniej, gdyby zamiast „mogą stać się” napisał po prostu „będą”. W kraju, gdzie skutecznie wycięto z debaty politycznej jakąkolwiek lewicową czy choćby delikatnie prospołeczną myśl, i tak nie wzbudziłby żadnych kontrowersji. Neoliberalizm i rozścielanie czerwonego dywanu przed biznesem, w połączeniu z pogardą dla zwykłych ludzi, to w ukraińskich warunkach synonim „skutecznego reformowania” czy „uzdrawiania państwa”. A o tym, że nowy rząd ma takie właśnie plany, międzynarodowa opinia publiczna zdążyła się już dowiedzieć – nawet szybciej niż ukraińska. Ołeksij Honczaruk, będąc jeszcze „tylko” zastępcą szefa prezydenckiej administracji, przedstawił program partii Sługa Narodu i prezydenta Zełenskiego dla Ukrainy w końcu lipca w wywiadzie dla „Bloomberga”. Dziennikarze tego tytułu podsumowali rzecz krótko: Ukraina zamierza iść drogą terapii szokowej na wzór Polski i Węgier sprzed 30 lat.
Bo i Honczaruk nie owijał w bawełnę: w pierwszej kolejności wskazał jako strategicznego partnera Kijowa Międzynarodowy Fundusz Walutowy, a nowy kredyt z tego źródła jako jedyną faktycznie szansę dla swojego państwa. Świetnie wiedział też, a przynajmniej próbował oszacować, jaka będzie cena pożyczki: stwierdził, że współpraca z MFW to konieczność wystawienia na sprzedaż udziałów w około dwustu przedsiębiorstwach, które choćby w części należą do państwa ukraińskiego i jeszcze przedstawiają jakąś wartość. Byłyby to, doprecyzował, także takie podmioty jak przewoźnik kolejowy (Ukrzaliznycia) i ukraińska poczta. Ale prawdziwym łakomym kąskiem dla inwestorów ma być co innego: jeszcze w tym roku, zapowiedział, Rada Najwyższa wycofa obowiązujące od 2001 r. moratorium na obrót ziemią. Prawdopodobnie także dla nabywców z zagranicy, ale tę kwestię, podobnie jak kilka innych szczegółowych regulacji władze w Kijowie będą jeszcze omawiać z Bankiem Światowym.
Terapia szokowa, podejście drugie
Wielką prywatyzację i wyprzedaż resztek państwowego majątku Ukrainy, łącznie z gruntami, neoliberalni doradcy podsuwają Kijowowi, odkąd zwyciężył Majdan. W rządzie Arsenija Jaceniuka w latach 2014-2016 zasiadał nawet człowiek, który zupełnie zasłużenie zapracował na nadaną mu przez dziennikarzy ksywkę „Likwidator”. Chodzi o litewskiego finansistę, naturalizowanego Ukraińca Aivarasa Abromavičiusa, ministra rozwoju gospodarczego i handlu. Jego pomysł na stymulowanie rzeczonego rozwoju jako żywo przypominał recepty Leszka Balcerowicza: deregulacja, prywatyzacja, cięcia wydatków publicznych. O kryzysie, jaki dotknął ukraińską gospodarkę po raptownym zerwaniu wymiany z Rosją mówił: wyjątkowa szansa, w domyśle – na terapię szokową.
Jeśli wtedy nie doprowadził swoich planów do końca, to głównie dlatego, że w ramach deregulowania i prywatyzowania chciał również przyciągać zagraniczny biznes i podważyć wszechwładzę lokalnych kleptokratów. Łącznie z przyjaciółmi samego prezydenta Poroszenki. Ci zaś się nie dawali. Gdy w lutym 2016 r. Abromavičius składał dymisję, ambasadorowie dziesięciu krajów z USA, Niemcami i Francją głośno wyrażali niezadowolenie.
„Likwidator” nie zniknął z Ukrainy: wypłynął w kampanii wyborczej Zełenskiego jako jeden z jego doradców ekonomicznych. Pozostawił też po sobie think-tank BRDO, Biuro Efektywnego Regulowania, finansowany ze środków Unii Europejskiej oraz Kanady, chwalący się też współpracą z Bankiem Światowym. Nietrudno się domyślić, jak BRDO definiuje swoje cele: chce czynić z Ukrainy miejsce maksymalnie przyjazne dla biznesu, deregulować, przyciągać inwestorów. Funkcję jego dyrektora pełnił przez ostatnie cztery lata nie kto inny, jak właśnie obecny premier Honczaruk.
Niejasne pozostaje tylko, czy Zełenskiemu i jego szefowi administracji Andrijowi Bohdanowi zarekomendował go bezpośrednio Abromavičius, czy też do prezydenckiego gmachu na Bankowej przyprowadził Honczaruka Dmytro Dubiłet, założyciel internetowego Monobanku i człowiek z otoczenia oligarchy Ihora Kołomojskiego. Biznesmen Dubiłet dostał zresztą w „reformatorskim” rządzie stanowisko ministra bez teki. Desant z BRDO w elitach władzy uzupełniają Denys Maluśka (minister sprawiedliwości) i Ołeksij Orżel (minister energetyki) oraz deputowani Sługi Ludu Ołena Szulak i Witalij Bezhyn. Świetnie pasuje do nich również Tymofij Myłowanow, który nie pozostawił wątpliwości, że jako minister gospodarki zamierza cyfryzować, deregulować, prywatyzować.
Biznesowi przywileje, pracownikom…
Czym dla zwykłych Ukraińców skończy się taka konfiguracja rządowo-biznesowa, nie mają wątpliwości aktywiści z grupy Socialny Ruch, jedni z nielicznych nad Dnieprem odważnych ludzi walczących o prawa pracownicze. Na to, że Honczaruk w swoim expose zwrócił uwagę na to, że 10 mln jego współobywateli żyje na granicy nędzy i zapewnił, że się z tym godził nie będzie, wzruszają ramionami.
– Na podstawie jego propozycji rząd [poprzedni – przyp. MKF] unieważnił ogromną liczbę ustaw dotyczących ochrony pracowników, co doprowadziło wręcz do wzrostu liczby śmiertelnych wypadków w pracy – piszą o premierze. – Po nowym rządzie nie należy spodziewać się niczego oprócz przywilejów dla biznesu, ograniczenia kontroli państwowej, zwiększenia długu publicznego i prywatyzacji. Konieczne jest, by spotkał się z opozycją ze strony sił prospołecznych i związków zawodowych. Tylko to powstrzyma wzrost ubóstwa i pogardy dla życia w imię „interesów rynku”.
Tyle, że opozycja w Radzie Najwyższej zrobić wiele nie może, gdy Sługa Ludu ma absolutną większość. A na wypadek, gdyby zaczęła organizować się poza radą, Zełenski z Kołomojskim się zabezpieczyli: w resorcie spraw wewnętrznych pozostał Arsen Awakow. To z jego nazwiskiem ukraińscy obrońcy praw człowieka, także ci o liberalnej orientacji, łączą przymykanie oka na ekscesy nacjonalistycznych radykałów (czy wręcz wspieranie ich przez resorty siłowe) i rażącą bezradność państwa w obliczu napaści na niezależnych dziennikarzy czy lokalnych aktywistów krytykujących np. korupcję w policji. Теraz piszą o sprzeniewierzeniu się hasłom z kampanii wyborczej i porzuceniu wyborców, którzy przecież oczekiwali alternatywy i zmian na lepsze, a nie konsolidowania wpływów przez jedną z twarzy poprzedniego rządu. Przeciwko pozostaniu Awakowa w resorcie spraw wewnętrznych udało się nawet zorganizować protest uliczny, z wiadomym – czyli zerowym – skutkiem.
„Niespodziewane” rozczarowanie
Tyleż mocny, co emblematyczny w tej dyskusji jest wpis, jaki zamieścił Dmytro Łychowy, redaktor portalu internetowego Nowinarija. Autor zarzuca Zełenskiemu zdradę wyborców, wypomina, że w odróżnieniu od Poroszenki, który do rządzenia potrzebował przyzwolenia różnych koterii i musiał dogadywać się z Awakowem, żeby nie upadł jego rząd, aktualny prezydent ma w parlamencie większość absolutną. Gdyby chciał, przekonuje dziennikarz, mógłby zmieniać kraj, w dowolnym kierunku i przy entuzjazmie wyborców.
– Wybrał jednak inną drogę. Stał się takim samym smokiem, jaki rządził wcześniej. Ma swojego Bohdana. Ma nie swojego Awakowa, który stał się częścią podziału władzy. Ma Kołomojskiego, który wpływa na liczne decyzje kadrowe – pisze rozgoryczony Łychowy, występując niczym głos wszystkich tych niejednorodnych grup wyborców, które zaufały Zełenskiemu, bo tak bardzo miały dość Poroszenki, że były gotowe uwierzyć w aktora bez programu politycznego i jego pośpiesznie sklejaną z przypadkowych elementów partię. Tak bardzo miały dość oligarchicznej kleptokracji, że nawet nie przeszkadzał im Kołomojski krążący wokół „świeżego kandydata”. I dopiero teraz powoli przekonują się, komu ten uśmiechnięty mężczyzna miał utorować drogę.
Nadzorcy
Bolesne przebudzenie tych, którzy ciągle się łudzą, nastąpi niedługo. Spotkanie premiera Honczaruka z delegacją MFW to kwestia kilku tygodni, ale jeszcze wcześniej zdominowana przez samozwańczych Sługów Ludu Rada Najwyższa może zająć się pierwszymi projektami, które były szef BRDO ma w zanadrzu. Jak powiedział portalowi nv.ua szef prezydenckiej frakcji w radzie Dawid Arachamija, czekają one tylko na moment, gdy zyskają pozytywną opinię Amerykańskiej Izby Handlowej, European Business Association (kolejnego podmiotu troszczącego się o zachodnie biznesy nad Dnieprem) i Ukraińskiego Związku Przedsiębiorców. Kto zaopiniuje nowe projekty z punktu widzenia ludzi, pracowników? Pytanie oczywiście retoryczne.
Obawa o to, że Zełenski jednak zechce wsłuchać się w głos zubożałych wyborców, a Honczaruk tylko mówi o prywatyzacji, w umysłach liberalnych entuzjastów nowego rządu nie zaistniała ani na chwilę. Z fali zachwytów nad rządem „ekspertów i menedżerów” nie wybija się ani jeden głos przestrzegający przed „populizmem” czy „nadmiernym oglądaniem się na roszczeniowych ludzi” – słudzy i klakierzy wielkiego biznesu nie boją się, że Sługa Ludu faktycznie będzie godny swojej nazwy. Martwi ich co innego – czy ambitna ekipa deregulatorów nie podzieli losu swojego prekursora Abromavičiusa, gdy wspierając kapitał zagraniczny wejdzie w drogę interesom aktualnego pierwszego wśród oligarchów Ihora Kołomojskiego. I znowu najpewniej nadzieje i obawy tych kręgów wyraził Siergiej Fursa: „Jesteśmy na Ukrainie, a więc bez nadzorcy się nie da. Dobrze, że chociaż zrobiono Dubiłeta tylko prostym i niepojętym «ministrem rady ministrów», zamiast dać człowiekowi Kołomojskiego wyższe stanowisko. Chociaż trudno będzie wyjaśnić zagranicznemu inwestorowi, dlaczego członek zarządu Prywatbanku i syn przewodniczącego zarządu Prywatbanku z czasów Kołomojskiego, gdy z tego banku wyprowadzono pieniądze, zasiada w rządzie, a nie na ławie oskarżonych”.

Czyj sługa? Ludu czy kapitału?

W filmie „Sługa ludu 2”, będącym kontynuacją niezwykle popularnego pierwszego sezonu serialu, dobry prezydent Hołoborodko odrzuca niekorzystny dla Ukrainy układ z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. W prawdziwym świecie prezydent Zełenski razem ze swoimi współpracownikami ma dokładnie odwrotne plany. Jego doradcy nazywają Fundusz „strategicznym partnerem” i pod jego kierunkiem zamierzają sprywatyzować wszystko, co się da.

I nikt im w tym nie przeszkodzi. Sługa Ludu, partia prezydenta Wołodymyra Zełenskiego zdobyła w wyborach parlamentarnych 21 lipca samodzielną większość w Radzie Najwyższej – 254 mandaty. Będzie zarządzać w ukraińskiej polityce niepodzielnie, bez oglądania się na żadnych koalicjantów (takiego komfortu nie miał np. Petro Poroszenko i jego nieistniejący już Blok). Zagadką pozostaje jedynie szef i skład przyszłego rządu. Jedno z nazwisk przewijających się w tym kontekście to Ołeksij Honczaruk, zastępca dyrektora kancelarii prezydenta ds. ekonomicznych. Właśnie on przedstawił 30 lipca główne założenia polityki gospodarczej Zełenskiego, potwierdzając domysły analityków uważnie śledzących skład ekipy skompletowanej przez prezydenta-aktora.
Honczaruk stwierdził w rozmowie z Bloombergiem, iż Ukraina zamierza starać się o nowy kredyt z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, kiedy upłynie termin obecnego porozumienia z funduszem – a więc już od początku przyszłego roku. W ramach nowego, jeśli się uda – trzy – lub czteroletniego programu współpracy Kijów miałby wystawić na sprzedaż udziały w około dwustu przedsiębiorstwach państwowych, które przedstawiają jeszcze jakąś wartość. Pod hasłami „rozbijania monopoli” do kupienia byłyby m.in. pakiety – na razie mniejszościowe – udziałów w ukraińskich liniach kolejowych (Ukrzaliznycia) oraz państwowym przedsiębiorstwie pocztowym. Wzrost gospodarczy w przyszłym roku miałby wynieść na Ukrainie 5 proc., więc rządzący będą również cięli deficyt budżetowy.
Sługa Ludu chce również przyciągać zagranicznych inwestorów do wydobycia ukraińskich bogactw naturalnych, a przede wszystkim otworzyć możliwości wykupu ukraińskiej ziemi uprawnej. Moratorium na obrót ziemią, wprowadzone w 2001 r., ma zostać zniesione jeszcze do końca tego roku. W styczniu 2019 r. Rada Najwyższa nie zgodziła się tego zrobić – obecnie parlamentarnej większości nikt planów nie pokrzyżuje. Otwartą kwestią pozostają jedynie szczegóły: czy będzie wprowadzony jakiś limit rocznej sprzedaży ziemi? Czy będą ją mogli nabywać cudzoziemcy? Jak stwierdził szczerze Honczaruk, sprawy te zostaną rozstrzygnięte w toku negocjacji z Bankiem Światowym. A więc nie samodzielnie przez państwo ukraińskie.
– Ukraina sięga po rozwiązania, które pomogły przebudować postkomunistyczną część kontynentu w latach 90. – komentują autorzy Bloomberga, wprost wskazując, że wzorem dla Zełenskiego i Honczaruka mogła być ówczesna Polska. Tyle tylko, że po blisko trzydziestu latach od tamtej terapii szokowej można już stwierdzić, do jakiej „powszechnej prosperity” ona doprowadziła. Czy ukraińscy decydenci tego nie wiedzą, wolą nie wiedzieć czy też zamierzają wdrożyć zabójcze dla zwykłych ludzi rozwiązania z jeszcze innych powodów?
Ołeksij Honczaruk, który do ekipy Zełenskiego trafił prosto z think-tanku Better Regulation Delivery Office, proeuropejskiego podmiotu stawiającego sobie za cel budowanie na Ukrainie przyjaznego środowiska dla przedsiębiorców, oględnie przyznał jedno: obywatelom Ukrainy sposób i efekty współpracy z IMF mogą się nie spodobać. W komentarzu dla Bloomberga stwierdził, że jeśli zmian w obrocie ziemią nie uda się wdrożyć jeszcze w tym roku, potem może być z tym bardzo trudno.

Bieda piszczy

Prezydent Zełenski poza walką ze swoimi politycznymi przeciwnikami, którzy nie przebierają w środkach, musi też zmierzyć się z biedą, w której żyją obywatele Ukrainy.

A sytuacja jest poważna. Jak informuje ukraińska gazeta „Siegodnia” (Dzisiaj) już 91 proc. obywateli Ukrainy jest zmuszonych do szukania oszczędności na każdym kroku.
Z badań Research & Branding Group przeprowadzonych w maju br. wynika, że przeciętna ukraińska rodzina jest musi odmawiać sobie najpotrzebniejszych usług i towarów. Ponad połowa tnie wydatki na odzież i obuwie, niemal połowa (48 proc.) oszczędza na żywności, 39 proc. szuka oszczędności w opłatach mieszkaniowych, co najczęściej związane jest po prostu z niepłaceniem lub zaleganiem z opłatami. Ostry reżim oszczędnościowy stosuje 91 proc. ukraińskich rodzin.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w grupie ludzi starszych. 61 proc. z nich oszczędza na jedzeniu, 57 proc. na lekarstwach.
Choć ukraiński PKB rośnie, to nie przekłada się to, niestety, na poziom życia obywateli. Jeszcze w ubiegłym roku w podobnym sondażu „tylko” 71 proc. zadeklarowało, że musi stale oszczędzać. Bank Światowy ocenia, że by gospodarka dorównała polskiej, kraj potrzebuje 50 lat. Ukraina obecnie znajduje się na poziomie Mołdawii i Gruzji – jednych z najbiedniejszych krajów Europy.
Przyczyną tego stanu rzeczy są niedokończone reformy strukturalne, konflikt w Donbasie i ogromna korupcja.
Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy żądają od Ukrainy kolejnych kroków według neoliberalnych recept, co nie przynosi oczekiwanych rezultatów w krótkim czasie. Prezydent Zełenski przystąpił obecnie do kolejnej tury rozmów z MFW na ten temat. Zmęczenie obywateli fatalną sytuacja ekonomiczną jest coraz większe, rośnie też gniew wobec władz. Partia Zełenskiego „Sługa Ludu” nadal jest na pierwszym miejscu w sondażach, ale z każdym kolejnym jej popularność spada.

Prokurator obstruuje rozmowy

Prokurator generalny Ukrainy, Jurij Łucenko wszczął trzy śledztwa dotyczące poważnych zarzutów. Dziwne jest jednak to, że są one reakcją na oficjalne propozycje pokojowe strony ukraińskiej na spotkaniu Grupy Trójstronnej w Mińsku.

Propozycje te przedstawił były prezydent Ukrainy Leonid Kuczka. Chodziło w nich o przerwanie ognia, łącznie z zakazem otwierania ognia przez jednostki armii ukraińskiej w odpowiedzi na wystrzały ze strony przeciwnej i zdjęcie blokady ekonomicznej nieuznawanych republik: Donieckiej i Ługańskiej. Co to oznaczałoby w praktyce?
Po pierwsze przywrócenie wzajemnego obrotu handlowego między Ukraina a jej zbuntowanymi prowincjami. Po drugie rozpoczęcie procesu przywracania własności ukraińskim przedsiębiorcom ich zakładów na terytorium Donbasu i okolic Ługańska. Po trzecie obowiązywanie ukraińskiego prawa na tych terenach. Po czwarte wreszcie zatrzymanie eskalacji militarnej na linii frontu. A ogólnie to byłby pierwszy, bardzo ważny i konkretny krok w kierunku pokojowego uregulowania krwawego konfliktu, w którym życie straciło około 10 tysięcy ludzi, w znakomitej większości cywilów.
Jednak Jurij Łucenko, prokurator generalny Ukrainy zareagował natychmiast i w sposób radykalny.
„Jeszcze większy szok wywołują u mnie propozycje przedstawicieli Ukrainy w Mińskiej Grupie Kontaktowej, by nie otwierać ognia w stronę przeciwnika” – powiedział Łucenko. Osobiście, jak twierdzi, zarejestrował śledztwa: o finansowanie terrorystów („to dla tych, którzy uważają, że można wznowić relacje gospodarcze z terrorystami” mówił Łucenko), o utrudnianie działalności armii i o zdradę.
Co istotne, inicjatywa ukraińska została dobrze przyjęta przez przedstawicieli separatystów, stronę rosyjską i obserwatorów ze strony OBWE. Być może istotnie pomogłaby ruszyć z martwego punktu kwestię pokoju na Ukrainie. Można domniemywać, że to nie była własna inicjatywa Kuczmy, lecz nowego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, który przedtem skonsultował się z przedstawicielami Francji, Niemiec, USA i OBWE.
To jawny akt nieposłuszeństwa Jurija Łucenki wobec nowego prezydenta. Należało jednak tego oczekiwać od czasu, kiedy podczas inauguracyjnego swojego przemówienia Zełenski zażądał dymisji Łucenki. I ten mu teraz odpłaca. Oznacza to, że droga do pokoju na Ukrainie może być trudniejsza, niż chcieliby tego Ukraińcy.

Mój drogi narodzie…

„Mój drogi narodzie, całe życie próbowałem robić wszystko, by Ukraińcy się uśmiechali. (…) W ciągu najbliższych pięciu lat zrobię wszystko, byście nie płakali” – tak swoje inauguracyjne przemówienie zakończył 41-letni Wołodymyr Zełenski, zaprzysiężony dziś, nowy prezydent Ukrainy. Na początek okazało się, że Amerykanie nie są z niego zadowoleni.

Były komik i aktor odtworzył dziś scenę zaprzysiężenia, którą zagrał już w komediowym serialu „Sługa narodu”: opierając dłoń na ukraińskiej konstytucji i XVI-wiecznej Ewangelii przyrzekł chronić niepodległości swego kraju. W przemówieniu, które potem nastąpiło, wyznaczył trzy najważniejsze kierunki swej przyszłej polityki.
Jak się spodziewano, jego priorytetem ma być doprowadzenie do zawieszenia broni w konflikcie na wschodzie kraju, który od pięciu lat separuje się od reszty Ukrainy. Mimo zaangażowania wielkich środków, ofiar, które przyniosła ta wojna (ok. 13 tys. zabitych) i europejskich prób pokojowego rozstrzygnięcia sporu, nigdy do trwałego rozejmu nie doszło. Zełenski ogłosił swój zamiar mimo ekskluzywnego, ostrzegawczego spotkania z prowojennym, francusko-izraelskim publicystą politycznym Bernardem-Henrim Lévym i otwartego bojkotu ze strony Stanów Zjednoczonych: Rudy Giuliani, osobisty adwokat prezydenta USA i jego wysłannik, który miał być na inauguracji, odwołał wizytę w Kijowie wspominając o „wrogach” Trumpa, którzy mieliby znajdować się w otoczeniu Zełenskiego.
Ponadto nowy prezydent dał wyraźnie do zrozumienia, że prozachodni kierunek polityczny jego kraju zostanie utrzymany. Trzecią jego ważną decyzją polityczną jest rozwiązanie parlamentu. Do nowych wyborów miało dojść jesienią, ale chce on wykorzystać ludową sympatię, którą się cieszy, by wymienić skompromitowaną aferami korupcyjnymi post-majdanową klasę polityczną.
Nowy, sprzyjający mu parlament umożliwiłby mu wprowadzenie w życie swych projektów politycznych. Przy okazji zwrócił się do obecnego parlamentu, by zwolnił ze stanowisk ministra obrony, prokuratora generalnego i szefa tajnej policji SBU, wiernych poprzedniemu prezydentowi Poroszence.
Zełenski obiecał efektywną walkę z epidemiczną korupcją, lecz szczegóły jego programu pozostają ciągle dość niejasne,a przyszła ekipa rządząca właściwie nieznana. Będzie miał ciężkie zadania przed sobą, przede wszystkim gospodarcze, gdyż ekonomia Ukrainy jest w opłakanym stanie. Są i inne trudności: dotychczasowi, niechętni mu deputowani są w stanie dość łatwo, proceduralnie zablokować rozwiązanie parlamentu, a irytacja Stanów Zjednoczonych może wpłynąć na zmianę jego planów.

Sługo narodu, do dzieła!

Tydzień minął od ukraińskich wyborów prezydenckich. Niezwykle ważnych też dla Polski.

Bo Ukraina to nasz sąsiad aspirujący do NATO i Unii Europejskiej. Bo w Polsce pracuje i studiuje już ponad 1,5 miliona przybyłych stamtąd Ukraińców. I jeśli doliczyć do nich ponad półmilionową społeczność ukraińską od lat mieszkającą w Polsce, posiadająca polskie obywatelstwa, to nietrudno zauważyć jak wielu tutaj czeka na deklaracje nowo wybranego tam prezydenta.
W trakcie kampanii wyborczej Wołodymyr Żełenski zapowiadał nowy styl uprawiania polityki. Wymianę pokoleniową ukraińskich politycznych elit. Miał ułatwione zadanie, bo jego najpoważniejszym rywalem okazał się urzędujący prezydent Petro Poroszenko. Prowadzący kampanię pod patriotycznymi, pobożnymi, nacjonalistycznie pobrzmiewającymi hasłami: „Język, armia, religia”.
Hasłami jeszcze niedawno ekscytującymi, wzbudzającymi poparcie. Dziś już niepopularnymi, brzmiącymi wczorajszymi problemami i emocjami.
Prezydent Petro Poroszenko pomimo swych zasług, politycznego doświadczenia i licznych osobistych przymiotów, przegrał z młodszym debiutantem. Jego klęskę radośnie komentowano w Rosji, bo Poroszenko swą politykę oparł na konflikcie z Kremlem i na religijno-kulturowym rozwodem z Rosją.
Nie opłakiwano go też w stolicach państw Unii Europejskiej. Paryż zdążył już, nieoficjalnie, przyjąć ukraińskiego następcę na tronie, oswoić się z nim. Trochę łez uronił Berlin, bo Poroszenko Z Niemcami próbował budować długoletnie strategiczne partnerstwo. Ale od razu też popłynęło z Berlina gorące zaproszenie dla oczekiwanego tam Żełeńskiego.
Władze w Warszawie odejście Poroszenki przyjęły z ulgą. Kanceliści pana prezydenta Dudy od dawna narzekali zaprzyjaźnionym dziennikarzom na brak dobrej współpracy z administracją Poroszenki.
Centrum rządzenia Polską zlokalizowane przy Nowogrodzkiej też polityki prezydenta Poroszenki nie akceptowało. Miało mu za złe, że zlekceważył zalecenie pana prezesa Kaczyńskiego. Przekazane do wiadomości wszystkim aktualnym i przyszłym przywódcom Ukrainy.
Zalecenie przestrzegające, że „Z Banderą Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej”.
Dodatkowo prominentom PiS bardzo nie podobało się zatrudnianie przez ekipę Poroszenki byłych polskich polityków związanych z Platformą Obywatelska. Czemu naszych nie zatrudnia? – narzekali nieoficjalnie mediom.
Tydzień minął, a następca na prezydenckim, kijowskim tronie nie zaprezentował głównych kierunków swej polityki. Można dalej na takie wystąpienie cierpliwie czekać. A nuż wreszcie uchyli rąbka tajemnicy.
Można też, o czym coraz częściej i głośniej polscy parlamentarzyści rozmawiają, publicznie o to zapytać nowo wybranego prezydenta. A pytań jest wiele. Po stronie ław rządzących i opozycji też.
Opozycyjni polscy parlamentarzyści chcieliby usłyszeć, czy pan prezydent Żełenski będzie nadal kroczył w kierunku integracji z Unią Europejską? Nawet jeśli będzie miał „pod górkę”?
Czy może wybierze „wariant turecki”, czyli będzie dążył do integracji z gospodarką Unii Europejskiej, nie przyjmując wszystkich jej demokratycznych wartości i rozwiązań?
Zintegruje obie gospodarki przy zachowaniu niezgodnego z unijnymi standardami i wartościami ustroju ukraińskiego państwa, systemu sądowniczego, samorządowego.
I tu trzeba zadać nowemu prezydentowi Ukrainy powszechne wśród parlamentarzystów „Nowoczesnej” pytanie: czy podpisze i wprowadzi w życie kartę praw LGBT?
Bo na Ukrainie prawa mniejszości seksualnych nadal nie są przestrzegane. Osoby o homoseksualnej orientacji nadal są często prześladowane.
Skoro w czasie kampanii prezydenckiej pan Wołodymyr Żełenski zapowiadał nową politykę, inną od obecnej, to czy jej zmiana nastąpi też wobec środowisk LGBT?
Następnie warto zapytać nowego prezydenta, nadzorującego armię ukraińską, o politykę wobec Donbasu i Ługańska. Dwóch zbuntowanych wobec władzy w Kijowie regionów państwa ukraińskiego.
Czy pan prezydent Żełenski uzna buntowników za „partyzantów”, jak już raz powiedział, i zacznie z nimi negocjować warunki rozejmu i pokoju?
Czy utrzyma politykę swego poprzednika deklarującego, że z najemnikami Kremla nie rozmawia się, tylko walczy się z nimi?
Bardziej zainteresowani polityką międzynarodową parlamentarzyści chcieliby widzieć, czy pan prezydent Żełenski akceptuje „wariant normandzki” przy rozwiązywaniu konfliktu w zbuntowanych regionach? Nawet jeśli jest on niekorzystny dla władzy w Kijowie, bo może prowadzić do dużej autonomii zbuntowanych obecnie prowincji.
Trzeba też zapytać nowego prezydenta Ukrainy, co zamierza zrobić z zabranym Ukrainie Krymem. Żaden poważny polityk z UE nie neguje praw Ukrainy do tego terytorium.
Ale żaden z poważnych polityków nie wierzy, że Ukraina szybko Krym odzyska. Prędzej już wejdzie do NATO i Unii Europejskiej.
Ale aby państwo ukraińskie przystąpiło do NATO i UE, to wpierw musi mieć uregulowane swe państwowe granice.
Czyli za cenę wejścia do NATO i UE Ukraina będzie musiała zrzec się Krymu, albo kwestię jego odzyskania odłożyć w nieokreśloną przyszłość.
Co o tym myśli pan prezydent Żełenski? Czy gotowy jest taką cenę zapłacić?
Czy pomimo utraty Krymu jest gotowy do poprawy stosunków z Rosją?
Relacje Ukraina – Rosja bardzo interesują parlamentarzystów z PSL i wszystkich innych pochodzących ze wsi. Bo ewentualna poprawa relacji Moskwa – Kijów to zniesienie sankcji gospodarczych Unii Europejskiej. To ponowne otwarcie rynku rosyjskiego dla polskich produktów żywnościowych. To dla polskiego rolnictwa kwestia niezwykle ważna.
I problem ważny nie tylko dla parlamentarzystów PiS. Także tych z Kukiz’15 i PSL.
Czy nowy pan prezydent zerwie z kultywowaniem tradycji OUN-UPA, z gloryfikowaniem Stefana Bandery?
Czy potępi organizacje gloryfikujące ukraiński faszyzm?
Czy przeprosi za ludobójstwo ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu w latach 1943-1944?
Przeprosi nie tylko w czasie wizyty w Polsce, ale także w czasie wizyty na Wołyniu?
I na koniec pytanie, które powinno być pierwsze. Kiedy pan prezydent Wołodymyr Żełenski odwiedzi Warszawę?
Kancelaria pana prezydenta Dudy poinformowała o wysłaniu oficjalnego zaproszenia.
Wówczas zapewne parlamentarzyści polscy, którzy podzielili się ze mną intrygującymi ich pytaniami, będą mieli okazję zadać je sami.

Ukraina wybrała prezydenta

Był prezydentem Ukrainy w serialu, będzie nim także w prawdziwym życiu. Wołodymyr Zełenski rzucił Petra Poroszenkę na kolana w drugiej turze wyborów prezydenckich nad Dnieprem. Badania exit poll dają mu 73 proc. poparcia.

Zwycięstwo popularnego aktora i komika było wyraźne na zachodzie kraju – tam zdobył 56,9 proc. głosów, bezdyskusyjne w centralnych obwodach, gdzie miał 70,2 proc. i przytłaczające na wschodzie i południu, gdzie głosowało na niego odpowiednio 86 i 85 proc. wyborców. Za Poroszenką opowiedział się tylko obwód lwowski. Urzędujący prezydent uznał już swoją porażkę i pogratulował kontrkandydatowi, a Zełenski odwdzięczył się sugestią, że Poroszenko mógłby… objąć w przyszłości stanowisko rządowe, jeśli będzie taka „wola ludzi”.
Poza tym jednak w ukraińskiej administracji pojawią się nowe twarze – obiecał w pierwszym po ogłoszeniu wyników sondażu wystąpieniu prezydent-elekt. Zasugerował, że wśród zwalnianych polityków znajdzie się obecny prokurator generalny Jurij Łucenko. Oznajmił również, że jest gotów na każdy krok, by doprowadzić do zakończenia wojny na wschodzie Ukrainy. Jako swoje zadanie nr 1 na stanowisku głowy państwa wskazał zapewnienie ukraińskim jeńcom wojennym powrotu do domów.
Przed Zełenskim stoi jednak cały szereg wyzwań – a oczekiwania społeczne są ogromne. Głosy oddane na niego sami wyborcy nazywali głosami przeciwko całemu dotychczasowemu establishmentowi ukraińskiemu, skorumpowanym politykom, niesprawnej i przekupnej administracji, wszechwładzy oligarchów. Aktorowi zaufał zarówno elektorat krytycznie odnoszący się do wydarzeń Majdanu i zmian, które po jego zwycięstwie zachodziły na Ukrainie, rosyjskojęzyczni wyborcy ze wschodu i południa kraju, jak i poważna część obywateli, którzy ogólnie rzecz biorąc popierają proeuropejski i pronatowski kurs kraju, lecz rozczarowały ich afery korupcyjne w otoczeniu Poroszenki.
Przegrany prezydent nie wycofuje się z polityki. Zamierza skonsolidować swój obóz przed wyborami parlamentarnymi, które odbędą się na Ukrainie jesienią. Jego głównym rywalem znowu będzie wspierany zakulisowo przez oligarchę Ihora Kołomojskiego Wołodymyr Zełenski, jako przywódca partii Sługa Narodu. Nazwanej tak samo jak serial, na którym budował swoją popularność.