Niemoralna moralność premiera

W premierem Morawieckim razem byliśmy radnymi Sejmiku Dolnośląskiego w latach 1998-2002. Nie przypominam sobie jakiejś znaczącej aktywności ówczesnego radnego Morawieckiego. Uaktywnił się kiedy radni Sejmiku mieli dokonać wyboru banku do obsługi konta Urzędu Marszałkowskiego. Wtedy aktywnie lobbował, z dobrym skutkiem, aby radni zagłosowali za Bankiem Zachodnim WBK. Wtedy tam właśnie pracował radny Morawiecki.
Teraz, za sprawą Gazety Wyborczej, wyszła na jaw sprawa zakupu w tamtych czasach sporej ilości atrakcyjnej ziemi, za niewielkie pieniądze, na obrzeżach Wrocławia. Radny Morawiecki postanowił, że się uwłaszczy na gruntach państwowych oddanych za darmo kościołowi. Bo w tamtych czasach kościół pełną garścią brał od państwa grunty i inne dobra, które podobno były rekompensatą za poniewierkę kościoła za komuny. Potem te grunty szybko upłynniał i ślad po transakcjach najczęściej ginął. Tak było i w tym przypadku. Teraz te grunty warte są kilkadziesiąt milionów.
Na takim właśnie upłynnieniu postanowił się wzbogacić radny Morawiecki. Niestety sprawa, po kilkunastu latach, wyszła na światło dzienne. Ksiądz, który tę ziemię premierowi sprzedał został, za premierowania Morawieckiego, generałem.
Kiedy sprawa się rypła, żona premiera mówi, że jak miasto będzie tej ziemi potrzebowało, to ona sprzeda ją po cenie zakupu. To znaczy, że kilkanaście lat temu Morawieccy kupili ziemię i teraz, mając na celu dobro Wrocławia, oddadzą ziemię wartą kilkadziesiąt milionów, za bezcen miastu. Nie, oni widząc, że ta pazerność jest fatalnie odbierana przez społeczeństwo postanowili ratować sytuację. Premier Morawiecki tak się zagonił w wyborczej propagandzie, tak pokazuje jak to nie dbano o wpływy z WAT (to niestety prawda), tak pokazuje jak to PiS dobrze rządzi, że zapomniał, iż sam bardzo aktywnie dorobił się milionów w owych czasach, a inni, w dużej części wyborcy PiS, nie. Teraz, on milioner i do tego prawie spekulant gruntowy poucza nas, że trzeba być uczciwym jak to jest w PiS-ie właśnie. Ten grunt stał się teraz gorącym kartoflem w rękach Morawieckich i dlatego chcą oni oddać go miastu. Za kilka dni wybory, premier tyle się nakłamał o uczciwości w polityce, a tu nagle wychodzi szydło z worka. Ale pech.

Demontaż kontrolowany

Podczas wojny domowej w Grecji był komisarzem w Demokratycznej Armii Grecji. W 1949 roku wyemigrował i jako uchodźca polityczny trafił do Polski. Rok później powrócił do Grecji, aby odbudowywać podziemne struktury Komunistycznej Partii Grecji (KKE). Wkrótce został aresztowany i sądzony przed sądem wojskowym. W procesie politycznym skazano go na karę śmierci. Został rozstrzelany 30 marca 1952 r. pomimo licznych protestów w Grecji i na całym świecie. Do greckich władz napłynęło około 250 tysięcy listów protestacyjnych przeciwko skazaniu Belojanisa na śmierć. W obronie skazanego wystąpili liczni intelektualiści. Pablo Picasso wykonał przedstawiający Belojanisa szkic pod tytułem‚ „Mężczyzna z goździkiem’’. W 1953 roku brytyjski malarz Peter de Francia namalował obraz „Egzekucja Belojanisa”. W Polsce powstała rzeźba Stanisława Horno-Popławskiego „Matka Belojanisa’’. Jego imię nadano także szeregu ulic w różnych miastach.
Wrocławski pomnik Belojanisa został wzniesiony na dziedzińcu szkoły podstawowej 22 w dzielnicy Stabłowice w roku 1973 jako kopia monumentu znajdującego się w miejscowości Krościenko. Zastąpił wcześniejsze miejsce pamięci przygotowane przez Greków mieszkających na terenie szkoły w latach 50. Społeczność grecka zamieszkująca w Krościenku, która ufundowała pomnik Belojanisa w tej miejscowości w ostatnich latach aktywnie występowała w jego obronie, przeciwko próbom jego likwidacji.
Stowarzyszenie Greków we Wrocławiu „Odysseas’’ poinformowało, że upamiętniający Belojanisa monument został usunięty w ramach tak zwanej dekomunizacji, w wyniku opinii wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej. Nie wiadomo kiedy doszło do demontażu. Stowarzyszenie Odysseas skontaktowało się z grecką ambasadą w Polsce i greckim ministerstwem spraw zagranicznych, które zapowiedziało protest w sprawie pomnika. Protest przeciwko usunięciu pomnika Belojanisa wyraziła również Komunistyczna Partia Grecji oraz Komunistyczna Partia Polski. KKE zwraca uwagę, że pomnik ten zdemontowano w krótkim czasie po prowokacyjnym usunięciu tablicy w Dziwnowie, upamiętniającej rannych bojowników Demokratycznej Armii Grecji przebywających w tamtejszym szpitalu. KPP domaga się jak najszybszego przywrócenia pomnika Belojanisa.
Protest Komunistycznej Partii Polski
Komunistyczna Partia Polski wyraża oburzenie z powodu demontażu pomnika Nikosa Belojanisa we Wrocławiu. Monument znajdował się na dziedzińcu Szkoły Podstawowej nr 22 w dzielnicy Stabłowice.
Nikos Belojanis był bohaterem greckiego, antyfaszystowskiego ruchu oporu podczas drugiej wojny światowej – bojownikiem komunistycznej partyzantki ELAS, a podczas wojny domowej w latach 1947-1949 komisarzem Demokratycznej Armii Grecji. W 1949 roku jako uchodźca polityczny przybył do Polski. W 1950 roku powrócił do Grecji aby odbudowywać struktury Komunistycznej Partii Grecji (KKE). Aresztowany za działalność polityczną Belojanis został skazany przez sąd wojskowy na karę śmierci. Rozstrzelany 30 marca 1952 r. pomimo licznych protestów w Grecji i na całym świecie. Postać Belojanisa stała się także inspiracją dla licznych dzieł sztuki. W Polsce został upamiętniony poprzez patronat nad szeregiem ulic oraz pomniki we Wrocławiu i Krościenku.
Usunięcie wrocławskiego pomnika Belojanisa, podobnie jak wielu innych pomników bohaterów antyfaszystowskiego ruchu oporu oraz ruchu robotniczego w ramach tak zwanej ustawy dekomunizacyjnej stanowi istotny element niszczenia pamięci historycznej. Demontażu pomnika dokonano bez uzgodnienia a nawet zawiadomienia greckiej społeczności w Polsce. Procedura na podstawie której się odbył pozostaje niejasna, a osoby, które wydały decyzję nieznane.
Domagamy się jak najszybszego przywrócenia pomnika Nikosa Belojanisa. Nie ma zgody na przepisywanie historii przez IPN i inne instytucje, a także manipulowanie pamięcią historyczną społeczeństwa.

Powrót posła

Robert Jarosław Iwaszkiewicz
– jest taki europoseł z Dolnego Śląska i Opolszczyzny. Został wybrany 5 lat temu z listy korwinowców. Nikomu szerzej nigdy nie był znany. Zapamiętałem go palącego cygara przy zbieraniu podpisów popierających jego listę. Jak wiadomo Korwin-Mikke i jego wyznawcy szli do europarlamentu, by zniszczyć Unię Europejską.

Po wyborze słuch o europośle Iwaszkiewiczu zaginął. Przepadł jak kamień w wodę. Teraz, po pięciu latach publicznego niebytu, ponieważ rozbicie UE nie powiodło się, europoseł Iwaszkiewicz odnalazł się i ponownie chce ubiegać się o poselstwo. Zapewne przez kolejne 5 lat planuje dalsze rozbijanie UE. To rozbijanie odbywa się na koszt samej Unii, bo płaci mu ona około 30 tys. złotych miesięcznie. Dla porównania dodam, że nasi krajowi posłowie zarabiają około 6,5 tys. złotych netto. Są przy europosłach pariasami. Europoseł Iwaszkiewicz liczyć umie i pewnie rozbijanie UE rozłożył na długie lata, bo to prywatnie bardzo mu się opłaca. Grosza na kampanię pewnie nie pożałuje, bo ma z czego ją finansować. Już obwiesił Wrocław swoimi bilbordami. Nic dziwnego, trzeba mocno przypomnieć się wyborcom i przekonać ich, że warto walczyć o to by w UE nie być. Polacy jednak chcą być w UE. Poseł Iwaszkiewicz także i dlatego ponownie chce się tam dostać. Jak przekona wyborców do swojej pokrętnej ideologii? Nie wiem. Wiem natomiast, że wyborców pewnie znowu znajdzie. Pewnie nie w takiej ilości jak poprzednio, ale są u nas wyznawcy pokrętnych i śmiesznych idei. Pewnie jak w każdym kraju.

Głos lewicy

Góra wie lepiej

Refleksja Czesława Cyrula na Facebooku:
Dolny Śląsk i Opolszczyzna są bardzo politycznie gościnne. Liderzy list do Europarlamentu to przede wszystkim tzw. spadochroniarze. I tak. Liderką listy Koalicji Obywatelskiej będzie Janina Ochojska. Wiosenną listę Biedronia otworzy Krzysztof Śmiszek – partner życiowy Roberta (nepotyzm?!). Listę Lewicy Razem poprowadzi do boju Marcelina Zawisza z Warszawy. Kukiz wystawił do boju w regionie Agnieszkę Ścigaj, także nietutejszą. Narodowcy stawiają na Korwina-Mikke z Warszawy. Będzie na liście ostatni, ale można go spokojnie uznawać za zdecydowanego lidera.
Tylko PiS postawił za swojaków: minister Zalewską i Beatę Kempę.
To się lokalnym organizacjom partyjnym i ich liderom nie podoba, ale listy układa się w Warszawie. I nie za wiele w tym demokracji. Więcej politycznych szachów i chłodnej kalkulacji. Robert Biedroń także poszedł tą drogą czym dowiódł, że swojskość, wsłuchiwanie się w głosy wyborców, itp. to wszystko przysłowiowy pic na wodę… Góra wie lepiej i Biedroń też.

Rozdawnictwo? Co to takiego?

Pyta Tymoteusz Kochan:
W ogóle nie ma czegoś takiego jak rozdawnictwo, bo to pracownicy wytwarzają całą wartość, którą potem posługują się i kapitał, i państwo. Jeśli więc cząstka z tego, co wcześniej wyzyskano z pracownika trafia później do niego z powrotem to jest to tylko i wyłącznie element klasowej i systemowej sprawiedliwości.
Jest natomiast kwestia dobrej lub z złej redystrybucji i polityki podatkowej. I tutaj PiS nie sięga dalej niż do staromodnej, chadeckiej polityki. Pracownik dostaje tylko trochę, a socjal ma podtrzymać odpowiednie warunki pod jeszcze większy wyzysk. Dlatego podatki dla najbogatszych i firm stoją w miejscu, a małe firmy, które inaczej zgodnie z logiką rynku by umarły dostają kolejne prezenty.
Biedni dzielą się z biednymi by dłużej służyć swoim Panom.

Ograniczyć 500+

Podwyżki dla nauczycieli nie muszą być przyznane kosztem programu 500 plus. Jeżeli rząd twierdzi, iż jest tak świetnie, że łatanie luki VAT umożliwia wygenerowanie 40 mld złotych, to pieniądze dla nauczycieli również powinny się znaleźć.
Opowiadaliśmy się od dawna za przyznaniem świadczenia 500 plus na pierwsze dziecko, ale jednocześnie twierdzimy, iż to świadczenie nie powinno przysługiwać osobom, które są odpowiednio zamożne, aby obyć się bez takiego wsparcia. Do programu 500 plus należy wprowadzić progi dochodowe.
Tak stwierdziła Anna Maria Żukowska, cytowana przez sld.org.pl.

Będą wiedzieli,  że jestem z SLD

– Ugrupowania wchodzące w skład Koalicji Europejskiej połączy minimum programowe dotyczące dalszych losów Unii Europejskiej i roli Polski w tych przemianach – powiedział Leszek Miller w programie „Rozmowa Piaseckiego”.
– Koalicja Europejska nie zagraża tożsamości Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Na liście wyborczej będzie 10 nazwisk. Wyborcy będą wiedzieli, jakie jest ich nazwisko – kogo wybierają – podkreślił były premier.
– Jeżeli będą głosowali na mnie, to przecież będą wiedzieli, że jestem z SLD – wskazywał Miller.
Info z sld.org.pl

Dramat w trzech aktach

Odsłona pierwsza

W wyborach do Rady Miejskiej Wrocławia, w ramach egzotycznego Sojuszu dla Wrocławia, mandaty radnych uzyskała trójka liderów wrocławskiego SLD. Zachwytom i triumfalizmom nie było końca. Po ogłoszeniu wyników wyborów pisałem o konieczności powołania w Radzie Miejskiej Klubu Radnych SLD. Uzasadniałem to tym, że aktywność SLD w Radzie tworzyć powinna grunt pod wybory dla SLD najważniejsze – pod październikowe wybory do Sejmu. Nie tylko pisałem, ale na spotkaniu Miejskiej Rady SLD postulowałem, aby podjęła ona w tej sprawie stosowną uchwałę, zobowiązującą radnych z SLD-owskim rodowodem do otwartych działań pod szyldem partii. Moje postulaty, kolokwialnie mówiąc, olano. Jeden z radnych bąknął coś, że może kiedyś, w przyszłości, ale teraz nie, bo teraz to oni „muszą dotrzymywać zobowiązań.” Inicjatywy uchwały nikt nie podjął.
Dzisiaj, dając upust mojemu sarkazmowi, powinienem kornie przyznać rację liderom SLD i przeprosić za mój poważny, niewybaczalny błąd. Rzeczywiście, powoływanie klubu radnych SLD byłoby nieporozumieniem. Jakby to bowiem wyglądało, gdybym dzisiaj czytał w gazecie, że oto Klub Radnych Sojuszu Lewicy Demokratycznej głosował za uchwałą otwierającą drogę do dalszej klerykalizacji oświaty w Polsce przez przekazanie kościołowi opieki nad młodzieżą specjalnej troski, sprawowanej dotychczas, od zarania jego powstania, przez miejski, Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy nr 1 we Wrocławiu. Byłoby to przecież jaskrawie sprzeczne z powszechnie głoszonymi przez SLD hasłami programowymi. A tak: nie ma szyldu SLD, nie ma problemu. Za skandaliczną z punktu widzenia lewicowych wartości uchwałą Rady Miejskiej głosowali przecież, jak donosi prasa, nie członkowie SLD, ale członkowie koalicji Sojusz dla Wrocławia. To, że przeciwko takiej decyzji opowiadało się 150 ze 191 rodziców oraz 66 z 76 nauczycieli dla naszych radnych nie miało żadnego znaczenia.
A teraz poważnie. Rada Miejska Miasta Wrocławia działa już 4 miesiące. Przez ten okres czasu ani razu nie odnotowałem jakiejkolwiek wzmianki w prasie o aktywności radnych – członków Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Jeżeli występują to zazwyczaj jako przedstawiciele 5-cio osobowego klubu Sojusz dla Wrocławia. Skandal z głosowaniem wrocławskich liderów SLD za uchwałą o wyzbyciu się przez miasto odpowiedzialności za kształcenie dzieci specjalnej troski jest tylko kropką nad „i”, potwierdzającą tezę, że ich lewicowość to deklaracja wyłącznie na użytek wewnętrzny Sojuszu. Usłyszę zapewne argumenty, że za taką uchwałą przemawiały względy ekonomiczne, że była ona w pełni racjonalna, itp. itd. Bez kitu. Miasto, które wydało ponad półtora miliarda złotych na pusty stadion, i które corocznie wydaje miliony na utrzymanie tego stadionu oraz klubu piłkarskiego rozpaczliwie walczącego ze spadkiem z ligi nie jest w stanie utrzymać małej, świeckiej szkoły dla dzieci, którym pomoc jest szczególnie potrzebna? Podważenie programowej wiarygodności SLD przez wrocławskich działaczy w przeddzień najważniejszych dla partii wyborów parlamentarnych jest ceną olbrzymią. Za co? Już tylko dla porządku odnotować należy, że przeciwko tej uchwale głosowali radni PiS.

Odsłona druga

Za dni kilka na Społecznym Forum Wymiany Myśli we Wrocławiu odbędzie się ciekawa – jak zwykle – dyskusja, tym razem na temat „Dlaczego młodzież nie głosuje na lewicę”. Tytuł jest oczywiście uproszczeniem. Młodzież na partie lewicowe przecież głosuje. Wprawdzie nie cała, a tak naprawdę znikoma jej część, ale zawsze. Uproszczeniem jest też termin „lewica”. Dokładny tytuł debaty powinien bowiem brzmieć: „Dlaczego tak mało młodzieży głosuje na partie deklarujące się jako lewicowe?” Tytuł debaty jest zapewne wyrazem frustracji lewicowych działaczy: chcieliby w swoich szeregach, a zwłaszcza w szeregach swoich wyborców widzieć zastępy całe młodych ludzi, a tu nic! Jak kot napłakał.
Na ogół bardzo trudno jest o w miarę jednoznaczne odpowiedzi na pytania z obszaru polityki, psychologii społecznej czy historii. W przypadku tej debaty jednakże odpowiedź na postawione przez organizatorów pytanie nie powinna nastręczać trudności. Kluczem do niej jest między innymi poezja, która odsłania całą jej oczywistość. Młodzieńcze zrywy, młodzieńcze uniesienia!
(…)
Tak, ruszyć z posad bryłę świata to przecież od zarania naturalny cel każdego młodego pokolenia! Przedwojennej i powojennej lewicy się to udało częściowo, ale zawsze. To dzięki niej europejskimi standardami są dzisiaj: opieka socjalna państwa od urodzenia do śmierci, opieka zdrowotna, prawo pracy, powszechna, bezpłatna oświata, awans społeczny robotników i chłopów i wiele innych. Jeszcze na początku XX wieku zdawały się te cele mrzonką, nieosiągalnym dobrodziejstwem – dzisiaj nie ma żadnej partii politycznej, która odważyła by się nie umieścić ich w swoich programach wyborczych. To jest właśnie wielką zdobyczą europejskiej lewicy i młodych ludzi niesionych między innymi siłą poezji. To, czego lewicy XX wieku się nie udało, to stworzenie własnego, trwałego systemu społeczno-gospodarczego. W efekcie europejska lewica stała się przybudówką, różową paprotką, partii liberalnych, a później neoliberalnych. Neoliberalizm trzeszczy dzisiaj w szwach, przeżywa najpoważniejszy ze wszystkich kryzysów. Afirmowane przy tym systemie partie, które okrzyknęły się, lub którym nadano miano partii lewicowych w zamian za akceptację reguł neoliberalnej gospodarki przeżywają więc także wielki kryzys społecznego poparcia. Cóż więc dzisiaj oznacza termin „lewica”? Z pewnością nie zamierza ona wszak ruszać z posad bryły świata – ruszając co najwyżej palcem w bucie.
Nie ma się więc co dziwić, że współczesna młodzież nie garnie się do współczesnych partii lewicowych – ich programy nie są po prostu dla młodzieży! I znowu kłania się poeta. Oczywistość odpowiedzi na pytanie „Dlaczego młodzież nie głosuje na lewicę” udzielił już dawno, dawno temu mistrz Gałczyński w swoim wierszu „Dlaczego ogórek nie śpiewa”. Tym, którzy być może zapomnieli przypomnę:

Jeśli ogórek nie śpiewa,
i to o żadnej porze,
to widać z woli nieba

prawdopodobnie nie może.

Odsłona trzecia

Wśród panelistów dywagujących na SFWM nad problemem młodzieżowym będą i liderzy wrocławskiego SLD – radni miejscy, którzy głosowali za dalszą klerykalizacją systemu oświaty w Polsce. Czy dostrzegą swój osobisty wkład w kształtowanie stosunku młodzieży do SLD? Zobaczymy.

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Głos lewicy

Strata

Bogdan Zdrojewski nie będzie na listach do Europarlamentu w naszym regionie. Z pewnością żadna osoba nie jest w stanie zebrać tyle głosów co on. Zawsze osobowości przyciągają wyborców, nie tylko szyld. Te wybory będą przygrywką do wyborów parlamentarnych. Jak Koalicji Europejskiej dobrze pójdzie to wybory parlamentarne dają nadzieję na zwycięstwo o wiele ważniejsze.
Piszę o tym dlatego, bo SLD jest w Koalicji Europejskiej. Sukces tej listy będzie też sukcesem SLD i moim osobistym. Póki co, europoseł Zdrojewski twierdzi, że wycofał się z polityki. Poza polityką też istnieje życie i wcale nie nudniejsze, a wręcz ciekawsze. Ale odejście Zdrojewskiego to strata politycznego kapitału. To tak jakbyśmy mieli na koncie milion złotych, idziemy do klubu go go, a tam nalewają nam do drinka jakiegoś świństwa. Tracimy świadomość, a panie czyszczą nam konto z tego miliona. Miało być nowe auto i remont mieszkania. Pozostaje podjeżdżony opel i stare kafelki w łazience – żali się na Facebooku Czesław Cyrul.

Obietnice PiS

– Jak się zbliża Wigilia, one dalej pływają w stawie i są dokarmiane. Skoro było w zeszłym tygodniu bezpiecznie i miło, to będzie w następnym, ale przyjdzie Wigilia i wiadomo, gdzie karpie się znajdą – wyjaśniał prof. Marek Belka w „Faktach po Faktach”.
Jego zdaniem „tak jest trochę z tą naszą sytuacją budżetową”. – W 2019 roku nie przewiduję większych problemów, natomiast te propozycje łamią dotychczasowe reguły polityki budżetowej w Polsce, która się opiera na tak zwanej regule wydatkowej. Od wielu lat ona jest przestrzegana, przestrzegana (także) przez rząd Prawa i Sprawiedliwości, co mu się chwali. W tym roku zostało to odesłane do lamusa – podkreślił były prezes NBP.
– To będzie nas kosztować, ale (dopiero) w pewnym momencie, kiedy już będzie rządził inny obóz polityczny – dodał.
Żródło: sld.org.pl

Pora na związki

Sojusz Lewicy Demokratycznej zawsze uważał i uważa, że związki partnerskie powinny być zalegalizowane. 29% dzieci w Polsce rodzi się w związkach partnerskich. Te dzieci muszą mieć te same prawa, co inne dzieci. A rodzice tych dzieci muszą mieć te same prawa, co inni rodzice. Związki partnerskie nie dotyczą tylko osób homoseksualnych.
Włodzimierz Czarzasty, Polskie Radio 24, 20 marca 2019 r.

Z czym do Unii

Czy Europa Socjalna może być lekiem na prawicowy populizm? Wszystko wskazuje na to, że przyszły Europarlament będzie posiadał największą w historii reprezentację eurosceptyków.

Już mniej niż 100 dni zostało do wyborów europejskich, które niestety tak w Polsce jak i pozostałych państwach Unii Europejskiej pozostają wydarzeniem politycznym co najwyżej drugiej kategorii. Niska frekwencja, niemrawa kampania, która z reguły schodzi na krajową tematykę, doświadczeni i zasłużeni kandydaci i kandydatki z jednej, z drugiej celebryci tworzący każdorazowo
„nowy rozdział”.

To wszystko od lat cechuje wybory do Parlamentu Europejskiego
– instytucji, która w naszym codziennym życiu odgrywa niezwykle ważną rolę, współtworzy prawo europejskie, do którego następnie muszą wedle zapisów traktatowych dopasować się państwa członkowskie. Parlament Europejski pozostaje także najbardziej demokratyczną i społecznie kontrolowaną częścią całej unijnej machiny. To właśnie przez pracę parlamentarzystów sprawy ważne dla przeciętnych Europejczyków nie tylko mogą ujrzeć światło dzienne, ale dać początek nowej, lepszej jakości społeczno-politycznej Starego Kontynentu. Europarlamentarzyści i europarlamentarzystki odegrali przecież kluczową rolę w ukształtowaniu Europejskiego Filaru Praw Socjalnych, pierwszej poważnej zapowiedzi utworzenia ogólnoeuropejskich standardów polityki społecznej, poprzez m.in. wspieranie sprawiedliwych i sprawnie funkcjonujących rynków pracy oraz systemów opieki społecznej. Z drugiej jednak strony wszystko wskazuje na to, że przyszły Europarlament będzie posiadał największą w historii reprezentację eurosceptyków, którzy Unii nienawidzą, chcą ją zniszczyć, na których tle Jarosław Kaczyński i jego PiS uchodzą za euroentuzjastów. Nie bez winy są w tym europejscy chadecy i socjaldemokraci, przedstawiciele centroprawicy i centrolewicy, którzy na przestrzeni ostatnich lat upodobnili się do siebie, za wszelką cenę unikając sporu wokół spraw fundamentalnych:

W jakiej Europie chcemy żyć?
Czy chcemy więcej państwa dobrobytu, czy może więcej wolnego rynku? Czy zależy nam na ochronie naszego europejskiego stylu życia, czy też za wszelką cenę chcemy podpisać niekorzystne dla nas porozumienie handlowe ze Stanami Zjednoczonymi?
Na te kluczowe pytania europejski mainstream nie potrafił lub nie chciał odpowiedzieć. Nic dziwnego, że wielu z nas, obywateli Unii Europejskiej, nie chce głosować na miałkich, niewyrazistych i sztucznie uśmiechniętych polityków, którzy boją się sporu, będącego naturalną częścią demokracji.
Populiści
z reguły proponują jednak lekarstwo gorsze od choroby. Zamiast wzmacniać świat ludzi pracy, opowiadają się za jeszcze większą deregulacją, w miejsce dyskusji o społecznej odpowiedzialności kapitału wszędzie doszukują się zagrożeń dla narodowej, religijnej i kulturowej suwerenności i niepodległości. Każdy kto wyda się niewystarczająco „prawy” określany jest przed autorytarnych populistów wrogiem narodu i jego nieskazitelnej historii, nawet jeśli ubóstwiani przez populistów „bohaterowie” mają na swoich „patriotycznych” rękach krew cywilów, niewinnych niemowląt i dzieci, matek, ocalałych z Zagłady.

Pytanie
jak walczyć z zagrożeniem europejskiego prawicowego populizmu pozostanie kluczowym do dnia wyborów, które odbędą się 26 maja.
Będziemy starali się znaleźć na nie odpowiedź w nadchodzący piątek 8 marca we Wrocławiu. O godzinie 18:00 w barze Barbara przy ul. Świdnickiej 8b nieopodal Rynku. prof. dr hab. Adam Chmielewski (Zakład Filozofii Społecznej i Politycznej Uniwersytetu Wrocławskiego), prof. UWr dr hab. Anna Pacześniak (Katedra Studiów Europejskich UWr), Robert Kwiatkowski (Rada Dialogu i Porozumienia Lewicy) oraz dr Anna Skrzypek (Fundacja Europejskich Studiów Progresywnych) będą dyskutować z wszystkimi chętnymi o tym, na ile obietnica Europy Socjalnej równych szans i możliwości, standardów opieki zdrowotnej dla wszystkich Europejczyków i Europejek, dostępu do rynku pracy, takich samych praw pracowniczych mogą być skutecznym lekiem na prawicowy populizm. W imieniu Centrum im. Ignacego Daszyńskiego jako współorganizator tej ważnej debaty zapraszam wszystkich czytelników i wszystkie czytelniczki „Trybuny” do wzięcia aktywnego udziału w naszej rozmowie!

Im wolno więcej

We Wrocławiu, w kulturze, za co prawica się nie weźmie to się w niwecz (w g….) obraca. Przed laty Teatr Polski wzniósł nie na artystyczne wyżyny. Święcił sukcesy w kraju i za granicą. Przyjemnie było patrzeć jak na głośne spektakle przyjeżdżały znane postacie z Warszawy. Zasiadały na widowni, nie grały na scenie. Władze Urzędu Marszałkowskiego zarzucały dyrektorowi zbyt swobodne dysponowanie finansami. Do tego zaściankowa prawica protestowała przeciwko spektaklom, na które waliły tłumy. Dyrektora zwolniono, a teatr popadł w marazm. Nowy dyrektor Morawski zgruzował dawny dorobek, narobił jeszcze większych długów i nie można go zwolnić. Lata miną nim teatr podniesie się z upadku, albo i nie powstanie w ogóle. Pozostanie prowincjonalną sceną. Nie ma za to protestów z kościelnymi chorągwiami pod teatrem. Jest spokój. Pusta widownia, braki w kasie, aktorzy w rozsypce. Taki to finał po prawicowych rządach w teatrze.
Z kolei Dyrektorem Opery Wrocławskiej ponad dwa lata temu został Maciej Nałęcz-Niesiołowski. Przyszedł z Białegostoku, gdzie go nie chciano. O jego nominacji zadecydował głos przedstawiciela lokalnej „Solidarności”. Nowy dyrektor w ubiegłym roku zarobił prawie 160 tys. złotych, ale dodatkowo wypłacił sobie z kasy opery prawie 440 tys. Nie miał na to zgody od pracodawcy, czyli Urzędu Marszałkowskiego. Kontrola NIK i wspomnianego Urzędu wykryły te nadużycia. Sprawą zajęło się CBA i prokuratura. Urząd Marszałkowski postanowił odwołać pazernego dyrektora i podjął takie kroki. Niestety opinia ministra Glińskiego jest inna. Twierdzi on, że dyrektor jest dobry, bo dostaje on (minister) listy popierające dyrektora. Kto pisze te listy? Nie wiadomo. O wyczynach finansowych dyrektora minister nawet się nie zająknął. Dyrektor opery jest prawicowo-pisowskiego wyznania i to wiele tłumaczy. Jemu wolno więcej. „Dziubaj se, dziubaj dyrektorze z naszej publicznej kasy…” – zdaje się sugerować minister. Solidarność, mimo oczywistej pazerności dyrektora, także bagatelizuje problem, bo ma w tym wręcz rodzinny interes. Zarząd województwa, po opinii ministra, zesztywniał i nabrał wody w usta. Nagle pytani przez dziennikarzy urzędnicy wykręcają się, że jeszcze nie poznali opinii ministra. To standardowy unik u obecnych polityków. Jak coś jest dla nich niewygodne, odpowiadają, że nie znają tematu.
Na szczęście zdanie ministra to tylko opinia. Jednak z tą opinią trzeba się liczyć, bo zdenerwowany minister może odmówić pieniędzy ze swojej kasy i będzie kłopot. Pozostaje zatem wybór. Zostawić w spokoju marnych i chciwych menadżerów czy pogonić ich, zachować twarz i przestrzegać prawa, ale zarazem popaść w niełaskę finansową u ministra. Oto jest problem marszałkowskich urzędników.

Wrocław walczy o in vitro

W miniony czwartek pochylaliśmy ze smutkiem i zadumą głowy nad śmiercią prezydenta Adamowicza, Rada Miejska Wrocławia, w tym dniu, uchwaliła uchwałę za życiem, czyli program finansowania zabiegów in vitro z pieniędzy miejskich.
Jak wiadomo rząd, któremu kościół wyznacza kierunki ideowe, zabrał rządowe, czyli nasze, pieniądze na tego typu zabiegi. Wg kościoła te zabiegi są nieludzkie i wbrew Bogu, choć rodzi się, dzięki nim, wiele dzieci.
Trzy osoby stały na galerii z plakacikami na których napisano, że in vitro to śmierć czy jakoś tak. Do tego prezentowano zdjęcia z poaborcyjnymi płodami. Miało to pewnie sugerować, że właśnie in vitro do tego się przyczynia.
Radny PiS odczytał nakazy kościelne i kary jakie grożą tym, którzy opowiadają się za tą metodą. Głosowanie za in vitro to wielki grzech dla katolików. Wystąpienie nie było w stylu Kai Godek, a czytający odklepał je beznamiętnie. To wystąpienie pokazało jak kościół chce być obecny w polityce i przy tworzeniu prawa cywilnego. Inny radny, też z PiS, zaproponował, by finansowały in vitro prywatne fundacje. Pewnie też są i takie. Idąc tym tropem myślenia można by zaproponować wycofanie rządowego programu 500+. Niech sobie sami rodzice dzieci chowają, sami kształcą albo powołają do pomocy prywatne fundacje.
Jednak rozsadek innymi drogami na obradach Rady chodził. Aż 7 radnych PiS wstrzymało się od głosu, 6 było przeciw finansowaniu zabiegów. Zdecydowana większość, zapewne przede wszystkim katolików, głosowała za finansowaniem zabiegów z budżetu miejskiego.
W liście Akcji Katolickiej, kierowanym do radnych napisano, opisując treść w dużym skrócie, że in vitro, to samo zło. Na końcu listu dopisano … „Ufamy, że rozważycie Państwo w swoim sumieniu problem finansowania in vitro i podejmiecie właściwą decyzję”…. I owszem radni rozważyli i zdecydowana większość podjęła właściwą decyzję. Była za finansowaniem zabiegów in vitro. Co na to Akcja Katolicka? Nie wiem.

Łuny nad Niemcami

Dokładnie przed osiemdziesięciu laty, 8. i 9. listopada, unosił się nad Niemcami przenikliwy i trujący swąd spalenizny. To, co się wtedy w III Rzeszy działo, znane jest jako Noc Kryształowa – Kristallnacht. „Nie wiadomo, dlaczego ten pogrom tak nazwano. Prawdopodobnie nazwa ta wiąże się z rozbitym szkłem, które po ataku bojówek błyszczało po ulicach. Należałoby zrezygnować z tego określenia, ponieważ zniszczenia były znacznie rozleglejsze, niż ono sugeruje. Jednak nazwa «Noc Kryształowa» jest zbyt rozpowszechniona w literaturze historycznej, aby zastąpić ją innym terminem” napisał w swej książce „Oblężona społeczność” Abraham Asher, wrocławianin, któremu udało się w 1939 roku wyemigrować do Ameryki. Zostawszy tam profesorem, wykładał historię na University of New York. Autor opisuje przede wszystkim losy Żydów we Wrocławiu, wartość jego książki ma walor powszechności.

 

Jakkolwiek zmasowana akcja przeciw Żydom była przez kierownictwo III Rzeszy od dawna przygotowywana, bezpośrednim jednak pretekstem do jej rozpoczęcia było zastrzelenie trzeciego sekretarza niemieckiej ambasady w Paryżu Ernsta vom Ratha przez siedemnastoletniego Herszela Grynszpana. „Bycie Żydem nie jest przestępstwem – tłumaczył – nie jesteśmy psami… byłem zaszczuty jak bestia”. Prasa berlińska krzyczała: „Międzynarodowe Żydostwo będzie musiało podziękować samemu sobie i odpowiadać za czyn Grynszpana. Żydzi muszą być przygotowani na bezlitosną walkę”. Asher cytuje Hitlera: „Trzeba pozwolić, aby SA się wyszumiała”. We Wrocławiu „szumiała” głównie SS. Podpalona została synagoga „Pod Białym Bocianem” (jedna spośród 400 bożnic w całych Niemczech). Z wrocławskiej synagogi zabrano i spalono zwoje Tory, stroje i naczynia liturgiczne, zniszczono wiele budynków służących socjalnym i oświatowym celom gminy żydowskiej. Podpalono setki księgozbiorów z książkami po hebrajsku.

W różnych regionach Niemiec aresztowano około 30 tysięcy mężczyzn w wieku od 18 do 80 lat. Większość z nich trafiło do obozów koncentracyjnych w Dachau, Buchenwaldzie i Sachsenhausen. Tam zesłano m.in. setki wrocławskich Żydów, których zatrzymano w łapankach ulicznych. Transportowano ich do przejściowych obozów pod eskortą tzw. policji pomocniczej – Hilfspolizei. Jej członkowie, zmobilizowani cywile, mieli wspierać bojówki SA i SS w czasie pogromu 9. listopada. „Zniknęło” wtedy we Wrocławiu około 2500 mężczyzn.

Żydów wyrzucano z ich dotychczasowych mieszkań i lokowano w mniejszych, w których żyli w ciasnocie (przysługiwało im 2,1 m kw na osobę), znaleźli się więc w znacznie gorszych warunkach. Zaczęła się w imieniu państwa grabież majątku żydowskiego. Göering rozkazał, by przeprowadzać „przejęcie majątku żydowskiego” nawet siłą. „Wyduszono” od gmin żydowskich miliard marek, akurat tyle, ile prezes Banku Rzeszy Hjalmar Schacht potrzebował na dopełnienie 10-miliardowego „budżetu zbrojeniowego” przed planowaną wojną. Suma żądana od Żydów miała – jak to nazwał Heinrich Himmler – być „zadośćuczynieniem” (Bußgeld) za koszty poniesione w walce z „żydostwem”. Cynizm tego rodzaju był i wtedy już bezprzykładny ze strony hitlerowców. Inaczej mówiąc, za mordowanie Żydów kazali Żydom płacić. Nawet za utrzymanie wywiezionych do obozów przejściowych w Predocicach, Krzemkowie i Rybniku Niemcy żądali „odszkodowania”. Zamkniętych i trzymanych w obozach przejściowych do czasu ludzi starych, chorych, niepełnosprawnych, kobiety i mężczyzn deportowano następnie do obozów koncentracyjnych. Od 1941 roku w dziewięciu „specjalnych akcjach” tysiące wrocławskich Żydów deportowano do Kowna, Izbicy, Bełżca i Sobiboru, Terezina. Ostatnie „akcje” trwały do końca 1943 roku. To już były czasy „Endlösung”.

Po 1933 roku, gdy motłoch nacjonalistów i rasistów domagał się ukarania Żydów za to że byli Żydami, społeczność żydowska przeżywała szok. Szaleństwo trawiące całe Niemcy – tak wierzyli – jest przejściowe, minie z czasem i trzeba się nastawić na przetrwanie. Taką postawę – przetrwać w złych czasach – mieli utrwaloną w genach. Czy tego się trzymała większość czy też mniejszość trudno dociec. Okazało się to najstraszniejszym złudzeniem. Inni, przeważnie bogaci z klasy średniej, myśleli o emigracji. Wbrew urzędniczym utrudnieniom i wysokim podatkom za pozwolenie na wyjazd z Niemiec chcieli wyjechać. Nie było w tych utrudnieniach żadnej logiki, z jednej strony krzyczano „Juden raus!”, z drugiej władze hitlerowskie tylko za pieniądze, za wysokie podatki, zezwalały na opuszczenie Niemiec. Jak pisze Maciej Łagowski w tekście „Zapomniany rozdział historii”, będącym przedmową do polskiego wydania „Mikrokosmosu” Normana Daviesa, w 1933 roku Niemcy opuściło 37 tysięcy ludzi pochodzenia żydowskiego, a do 1937 roku ogółem 130 tysięcy. Z drugiej strony kraje, do których Żydzi chcieli wyjechać, niechętnie wystawiały im paszporty niezbędne przecież przy staraniach o prawo do imigracji. Cokolwiek by w tej kwestii jeszcze powiedzieć, faktem pozostaje, że jedni (ci, co wierzyli w przejściowość rasistowskiego państwa), jak i drudzy (co marzyli o wyjeździe z niego) znaleźli się w sytuacji między młotem i kowadłem.

Można uznać, że Noc Kryształowa stanowiła swoisty punkt zwrotny w antysemickiej polityce III Rzeszy. Po przejęciu władzy przez Hitlera w styczniu 1933 roku nagonkom, rozbijaniu sklepów żydowskich i innym formom „indywidualnego terroru” ze strony bezkarnych bojówek SA (atakujących ludność mozaistyczną już przed końcem Republiki Weimarskiej) towarzyszyły dyskryminacyjne wobec Żydów ustawy. Od lata tego roku obowiązywało tzw. Beamtengesetz. Na jego podstawie wyrugowano nie-Aryjczyków z wolnych zawodów i wszelkiej służby państwowej. Rok 1935 zaznaczył się „ustawami norymberskimi”. Określały one, kto jest Aryjczykiem, a kto nie. Twierdzono oficjalnie, że chodzi o zachowanie „czystej germańskiej krwi”. Za tzw. Rassenschande (hańbienie rasy) były kary. Asher opisuje, jak wtedy we Wrocławiu SA piętnowała niemieckie kobiety, które były żonami Niemców. Przed domami, w których te mieszane małżeństwa mieszkały, a ich adresy podawali sąsiedzi – „porządni Niemcy” – SA i tłum heilujących antysemitów, trzymających tablice z napisem „Sau” (świnia) domagali się usunięcia tych kobiet co najmniej ze wspólnoty narodowej. To tylko jeden z przykładów na to, jak część Niemców obojętnie reagowała na działania władz realizujących zapowiadaną „bezwzględną walkę z żydostwem”. Jak po latach pisał Alexander Mitscherlich w książce „Die Unfähigkeit zu trauern” (niezdolność do żałoby) wcale niemała część „porządnych Niemców” nie chciała, aby jej po wojnie przypominano, jak popierała antyżydowską politykę hitlerowców.

Stwierdziliśmy wyżej, że Kristallnacht stanowiła w tej polityce punkt zwrotny. Po niej poczyniono przygotowania do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Na konferencji w Wannsee pod Berlinem w styczniu 1941 roku najwyżsi dowódcy SS, a także wysocy oficerowie Wehrmachtu wydali Eichmannowi rozkaz praktycznego przeprowadzenia „ostatecznego rozwiązania”. Dotyczyło to również Żydów, którzy uchowali się do 1941 roku we Wrocławiu (około 8 tysięcy). Wraz z ostatnimi wywózkami do obozów koncentracyjnych w 1943 roku gmina żydowska przestała istnieć. „Ostatecznie jesienią 1944 roku przestało istnieć jedno z największych skupisk niemieckich Żydów. Zostało unicestwione wrocławskie środowisko żydowskie, mające kilkusetletnie tradycje kulturalne, gospodarcze, naukowe i polityczne o zasięgu nie tylko niemieckim, ale także europejskim” – napisał Maciej Łagowski. Zestawiona przez niego lista uczonych z Uniwersytetu Wrocławskiego zawiera kilkadziesiąt nazwisk. Wśród czterdziestu niemieckich noblistów żydowskiego pochodzenia siedmiu wywodziło się ze Śląska, w tym dwóch z Wrocławia. (chemik Fritz Haber 1868-1934 – oraz fizyk Max Born 1882-1970).

Pierwsi Żydzi przybyli do Wrotizla, czyli Wrocławia na początku XIV wieku (1327). Byli to najprawdopodobniej uchodźcy z Pragi. W zależności od tego, jaka dynastia – od Piastów poczynając, poprzez Luksemburgów i Habsburgów do Hohenzollernów – władała nad Śląskiem, los ludności mozaistycznej we Wrocławiu układał się różnie. Prześladowania i pogromy, wypędzanie to znów z potrzeb gospodarczych ponowne ich osiedlanie, tolerowanie i dyskryminacja, mordowanie i nadawanie praw – wszystkie te sytuacje, pełne sprzeczności, od średniowiecza po czasy najnowsze, stanowiły o położeniu i losie Żydów w Europie, w Niemczech, a więc i we Wrocławiu. Ludność w mieście wzrosła, do 208 tysięcy w 1871 roku i 335 tysięcy na początku XX wieku. Wtedy prócz 62 procent protestantów i 32 procent katolików było 5 procent Żydów. Odpowiednie do wymienionych lat populacja ludności żydowskiej liczyła od 14 do 20 tysięcy. Tyle też było w 1933 roku.

Wrocław, jak się mówi i pisze, to miasto trzech kultur: czeskiej, niemieckiej i polskiej. Wydaje się, że i żydowskiej. Norman Davies zadał w „Mikrokosmosie” pytanie: kim byli Żydzi w swej społeczności? Wspólnotą religijną, czy też wyodrębnioną grupą etniczną? Słusznie odpowiedział, że jednym i drugim. Narodem byli w starożytności i przybywszy po Holocauście z różnych diaspor, stali się nim w Izraelu.