Boję się o nasz kraj

Z prokuratorem KRZYSZTOFEM PARCHIMOWICZEM, prezesem Stowarzyszenia „Lex Super Omnia” rozmawia Krzysztof Lubczyński.

KRZYSZTOF LUBCZYŃSKI: Czy głośną niedawno sprawę prokuratora Mariusza Krasonia, który w trybie natychmiastowym, mimo trudnych warunków rodzinnych, został skierowany z Krakowa do odległej dla siebie prokuratury we Wrocławiu, można uznać za oznakę jakiegoś przyspieszenia ze strony władzy, za posunięcie przełomowe?
KRZYSZTOF PARCHIMOWICZ: Tak, zdecydowanie tak. Co prawda delegacji bez zgody było już wiele, szacujemy że około dwustu pięćdziesięciu. Prokuratura Krajowa zresztą konsekwentnie odmawia informacji na ten temat. Mimo że staramy się uzyskać informacje na drodze dostępu do informacji publicznej, stosowane są różne wybiegi, żeby ich nie udzielić. Jesteśmy więc zmuszani do kierowania spraw do sądu administracyjnego. Zwracamy się też do prokuratur okręgowych i regionalnych, ale i tam uzyskanie informacji jest bardzo trudne. Odnosząc się wprost do sprawy Mariusza Krasonia, to był ze strony prokuratora Święczkowskiego wielki błąd, bo miara goryczy się przelała. Przypomnę, że wcześniej, już w styczniu tego roku, nadzwyczajne walne zgromadzenia Stowarzyszenia Lex Super Omnia wezwało Prokuratora Generalnego Ziobrę i Prokuratora Krajowego Bogdana Święczkowskiego do ustąpienia z pełnionych funkcji. Prokurator Krasoń postrzegany jest zarówno w swoim najbliższym środowisku, jak i w skali ogólnokrajowej, jako bardzo dobry prokurator, przyzwoity człowiek i świetny kolega. Dlatego jego nagłe delegowanie mimo konieczności opieki nad chorymi rodzicami odebrane zostało jako bezduszne, nieludzkie. Takich delegacji było zresztą wcześniej już kilka, ale tym razem trafiło na wyjątkowego człowieka, więc powstał szczególny ferment. Krasoń został uznany za prowokatora, stał się kozłem ofiarnym z powodu uchwały, którą w połowie maja b.r podjęło środowisko prokuratorskie z krakowskiego regionu. Piętnowało w niej naruszanie niezależności prokuratorów. Nagłośniliśmy to w końcu maja na zgromadzeniu naszego stowarzyszenia we Wrocławiu. Był tam Mariusz Krasoń. Udzielał wywiadów, wyjaśniał jak i dlaczego podjęto uchwałę. Jeszcze wcześniej, dzień po podjęciu uchwały przez zgromadzenie krakowskich prokuratorów wezwano do złożenia wyjaśnień kierownictwo prokuratury w Krakowie. Następnie wszczęto postępowanie wyjaśniające w trybie dyscyplinarnym. Zaraz potem Mariusza Krasonia przesunięto z wydziału do wydziału, po czym nagle delegowano z dnia na dzień do Wrocławia. Wyjaśnienia Prokuratury Krajowej, że wynikało to z braków kadrowych są nieszczere, bo w Krakowie braki są większe niż we Wrocławiu. Wystosowaliśmy w tej sprawie 6 lipca ostry list otwarty do prokuratora Święczkowskiego, bardzo przykry dla niego w treści. Mariusza Krasonia wybrano na obiekt ataku, aby pokazać siłę Prokuratury Krajowej, że się nie boi i że każdy komu się roi niezależność prokuratury, będzie ukarany. Los Mariusza ma być ostrzeżeniem dla innych, którzy odważyliby się pójść w jego ślady.

A ile spraw dyscyplinarnych jest prowadzonych przeciwko Panu?
Cztery, co oznacza że jestem rekordzistą w skali kraju w kategorii wszystkich zawodów prawniczych. Mówię o sprawach tylko z przedstawionymi zarzutami, tych w fazie wstępnej nie liczę. Dwie z nich są w sądzie dyscyplinarnym, jedna dotyczy jednego zarzutu, druga trzech zarzutów. Trzecią, która nie trafiła jeszcze do Sądu Dyscyplinarnego, mam w Białymstoku i jeszcze jedną, gdzieś w Polsce, która niechybnie do sądu dyscyplinarnego trafi. Pierwsza do sądu dyscyplinarnego trafiła sprawa przeciwko całemu zarządowi Lex Super Omnia i odnosi się do okresu, gdy liczyło on zaledwie trzech członków. Chodziło o stanowisko, w którym piętnowaliśmy postępowanie prokuratury w sprawie związanej ze śmiercią ś.p. Jerzego Ziobro. Chcę przypomnieć, że podjęta została próba odsunięcia sędziego Agnieszki Pilarczyk od prowadzenia tej sprawy. Matka Zbigniewa Ziobry zawiadomiła o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez sędzię tuż przed wyrokiem. Sprawa trafiła do Katowic i tam wszczęto śledztwo. Prokurator Regionalny w Katowicach Tomasz Janeczek wydał w tej sprawie komunikat na stronie internetowej, podał wbrew prawu nazwisko sędzi a po kilku dniach, prokurator Baca z Krakowa, który oskarżał kardiochirurgów w sprawie dotyczącej śmierci Jerzego Ziobro, złożył wniosek o odsunięcia sędzi Pilarczyk od prowadzenia sprawy. Warto zauważyć, że wszystkie postępowania dyscyplinarne, które dotyczą członków naszego Stowarzyszenia zmierzają do tego, aby zabić w nas wolę swobodnej wypowiedzi, aby zamrozić wolność słowa. Nie od razu jednak zaczęliśmy ostrą walkę. Najpierw pisaliśmy poprawne pisma, cierpliwie czekaliśmy na odpowiedzi, ale to było jak rzucanie grochem o ścianę. Uznaliśmy więc, że musimy użyć języka równie ostrego jak nasi przełożeni, bo inaczej nic nie zrozumieją. Ale i tak ich nie prześcigniemy, bo nie użyjemy, jak pan Ziobro, słowa „bestia” w stosunku do człowieka, który jeszcze nie został skazany.

Postawiono też Panu zarzuty z art. 231 k.k o sprzyjanie mafii. To już wystrzał z „grubej rury”…
Faktycznie w Białymstoku toczy się takie postępowanie. Jestem tzw. podejrzanym świadkiem. Stawiają mi absurdalne i bezprawne zarzuty. Przypisują mi, że działałem w celu osiągnięcia korzyści majątkowych, określono mnie jako „przyjaciela mafii”. Postępowanie trwa już dwa lata, bez rezultatu, bo chodzi o stałe „grillowanie” mnie. Konsekwentnie odmawiam składania zeznań. Bogdan Święczkowski naruszył publicznie na konferencji prasowej moje dobre imię i rozważam wystąpienie przeciw niemu do sądu. Wezwano mnie też na przesłuchanie przed komisją posła Horały, zajmującą się sprawą luki vatowskiej w latach 2008-2015. Przesłuchanie trwało 6 godzin, choć temat wyczerpałem w trakcie wstępnego, kilkuminutowego wystąpienia.

Jak się odnoszą do Pana prokuratorzy prowadzący przeciwko Panu sprawy dyscyplinarne?
Prokurator z Łodzi nie podawał mi ręki i traktował mnie tak, jakbym był kryminalistą, a nie starszym kolegą, który podpadł przełożonym. Prokuratora z Białegostoku, Marka Suchockiego, którego znam ponad trzydzieści lat mógłbym, gdybym miał większe ego, nazwać swoim wychowankiem, znam go od czasów, gdy był studentem, jesteśmy na „ty”. Mógłby więc, dla przyzwoitości, wyłączyć się ze sprawy, ale tego nie zrobił. Tłumaczyłem mu do protokołu, że ludzie odbiorą to tak, że kolega przeciwko koledze prowadzi postępowanie, że mogą pojawić się spekulacje, że albo idzie mi na rękę, albo mści się za coś. On jednak tego nie rozumie. Gdzieś się zagubił i uważa, że można poświęcić długoletnią znajomość, koleżeństwo dla sprawy, którą równie dobrze może prowadzić ktoś inny. I choć wygląda to tak, że my w trakcie przesłuchań mówimy sobie po imieniu, a na powitanie i pożegnanie podajemy sobie rękę, to niestety okazuje się, że nawet w takich sytuacjach przyzwoitość ustępuje woli wykonywania rozkazów. Obawiam się, że moim kolegą powodują jakieś niezdrowe ambicje. Przepisy przewidują, że rzecznicy dyscyplinarni są powoływani na określoną kadencję i są niezależni od przełożonych, bo odwołać ich z tej funkcji można tylko przypadku ciężkiego naruszenia prawa. Jednak takich rzeczników jest tylko dwóch, a kolega Suchocki może być odwołany przez B. Święczkowskiego „na pstryk”, w wyniku kaprysu. Nie został powołany na stałe, na pełną kadencję. Do tych rzeczników idzie sygnał z góry: starajcie się, ścigajcie, to zachowacie funkcje, bo jak nie, to was odwołamy.

Ilu prokuratorów działa zgodnie z intencjami władzy?
Około dwóch tysięcy na sześć tysięcy prokuratorów czyli około jedna trzecia, to jest grupa prokuratorów zainteresowanych finansowo utrzymaniem statusu nadanego przez kierujących instytucją od marca 2016 r. To wszyscy funkcyjni oraz ci, którzy zostali delegowani „w górę”. Nie wszyscy wykazują złą wolę, ale niemal każdy z nich wykona każde polecenie, nie zdoła oponować, czy polemizować z przełożonym – choć prawo na to pozwala.

Czy w związku z tym Lex Super Omnia opracowuje – nazwijmy to tak – Białą Księgę, w której znalazłaby się lista prokuratorów, którzy ze szczególną gorliwością realizują polecenia władzy naruszając przy tym prawo?
Na stronie internetowej „Państwo PiS” można zapoznać się z raportem pt. „Prokuratura pod specjalnym nadzorem”. Autorzy opracowania nie ukrywają, że wykorzystali informacje z naszego raportu, który powstał w czerwcu 2018 r. Ten drugi późniejszy raport jest świetnie zredagowany, dzięki czemu jest przejrzysty , zrozumiały, bez prawniczego slangu. Wymieniono w nim niemal wszystkich najważniejszych prokuratorów funkcyjnych, którzy skorzystali na „dobrej zmianie”. Wykazuje, że czystka z czasem objęła nawet kierowników kilkuosobowych sekcji. Są tam przykłady nepotyzmu, kolesiostwa, służalczości. Ten raport pokazuje mechanizmy, dzięki którym PiS podporządkowało prokuraturę. Niedługo ogłosimy nasz kolejny raport, gdzie pokażemy powiązania specjalnych gratyfikacji finansowych, które uzyskali niektórzy prokuratorzy, ze sprawami, które prowadzili. Wszystko to będzie „po nazwiskach”, z numerami spraw i podaniem źródła informacji. Bo jako narzędzie demoralizacji prokuratorów wybrano pieniądze, już to wypłacane w formie nagród, już to w formie awansów służbowych. Szczególnym skandalem jest awans pani Anity Muszyńskiej, żony pana Mariusza Muszyńskiego z Trybunału Konstytucyjnego, która wróciła ze stanu spoczynku po 20 latach. Podobnie oburzające jest n.p. przyznanie prokuratorowi Hołdzie stawki awansowej w trybie nagrodowym, gdy przechodził na prokuratorską emeryturę w wieku niespełna 50 lat. Nagroda przyznana przez Zbigniewa Ziobrę prokuratorowi Hołdzie to promesa uzyskania przez niego, w na przestrzeni lat, tylko z tego tytułu, kwoty przekraczającej znacznie milion złotych.

Członków Lex Super Omnia jest około 250. To stanowi zaledwie nieco ponad 2 procent ogólnej liczny prokuratorów. Czy to oznacza, że tak małe poparcie ma LSO w środowisku?
To ma swoje przyczyny. Sędziowska „Iustitia” ma prawie cztery tysiące członków, ale funkcjonuje już ponad dwadzieścia lat. My zaledwie od trzech lat. Poza tym sędziowie, z uwagi na inny charakter ich roli, są inaczej postrzegani niż prokuratorzy. Oni są niezawiśli, oni wydają wyroki. My – nie. My jesteśmy tylko „niezależni”. Poza tym status sędziów jest określony w Konstytucji, nasz – nie. Jestem przekonany, że taką, jak obecnie, liczbę członków Stowarzyszenie miałoby już na starcie w 2016 r., gdyby nie miały miejsca szykany wobec naszej inicjatywy. Proces rejestracji był inwigilowany przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie, którą kierował znajomy Zbigniewa Ziobro Paweł Wilkoszewski. Zastępca Prokuratora Generalnego nakazał prokuratorom pionu wojskowego informowanie go na piśmie o zamiarze udziału w pracach stowarzyszenia.

Czy tylko władza PiS stosuje w tej skali naciski na prokuratorów? Jak było za innych rządów?
Próby nacisków na prokuratorów, ingerencje ze strony prokuratorów generalnych miały miejsce, w większym czy mniejszym stopniu, za wszystkich rządów. Jedynym prokuratorem generalnym, który nigdy się do tego nie posunął, był Włodzimierz Cimoszewicz. Jednak to, co się dzieje obecnie, jest nieporównywalne z niczym. Zbigniew Ziobro nie zrzeka się mandatu posła łącząc go z funkcją prokuratora generalnego o ogromnych prerogatywach. Ma pełnię władzy. To stanowi naruszenie Konstytucji, która zakazuje łączenia stanowiska prokuratora z mandatem posła. Jest znany także przypadek wydania przez Zbigniewa Ziobro, jako Ministra Sprawiedliwości, rozporządzenia, które wykracza poza upoważnienie ustawowe, by przyznać z datą wsteczną prokuratorom Prokuratury Krajowej nienależne gratyfikacje.

Czy to się kwalifikuje do postawienia go w przyszłości przed Trybunałem Stanu?
Oczywiście, że tak, bo Ziobro stawia się de facto w pozycji ustawodawcy, do czego nie ma najmniejszych uprawnień. To będzie w przyszłości wymagało zbadania i oceny, pewnie nie tylko przed TS.

W obronie niezawisłości sądów miały miejsce znaczące manifestacje. Dlaczego nie doszło do analogicznych protestów w obronie niezależności prokuratury?
Ponieważ przejęcie prokuratury odbyło się w cieniu walki o Trybunał Konstytucyjny oraz dlatego, że stało się to, czego się wszyscy spodziewali – że prokuratura zostanie przejęta przez PiS, przez Zbigniewa Ziobro. Atak na sądy był większym zaskoczeniem, a to co zaskakuje, wywołuje silniejszą i gwałtowniejszą reakcję. Poza tym nam, prokuratorom, jest trudniej o sprzeciw, bo sędziowie z prezesem spotykają się z rzadka, a my sprzeciwiamy się bezpośrednio ludziom pracującym z nami drzwi w drzwi.

Jakie są obecnie nastroje w środowisku prokuratorskim?
Złe.

W jakim sensie?
Złe z mojego punktu widzenia, tzn. defensywne, konformistyczne. Oczywiście mamy też sympatyków naszego Stowarzyszenia. Gdy wchodzę do Prokuratury Okręgowej w Warszawie, a pracuję w rejonie, to połowa ludzi, których tam spotykam uśmiecha się do mnie, a połowa zaciska zęby i odwraca głowę. Akurat w żoliborskiej prokuraturze, w której pracuję, tylko ja jeden należę do LSO. Tam moich kolegów i koleżanki interesuje głównie ich referat. Nie ma wśród nich wielkiego zainteresowania tym, że jesteśmy w wielkim kryzysie, jeśli chodzi o praworządność. Podobnie jest innych prokuraturach, gdzie sprawy drażliwe i wrażliwe, na styku praw obywateli i uprawnień organów władzy, zdarzają się rzadko. Kiedyś jednak przyjdzie czas, że prokuratorzy wykonujący bezrefleksyjnie wadliwe polecenia będą się musieli rozliczyć się przed swoimi wnukami.

To mocno odległa perspektywa. Czy jednak biorą pod uwagę to, że być może wcześniej będą się musieli rozliczyć przed innymi instancjami?
Obawiam się, że nie biorą tego pod uwagę. Myślę, że uważają, iż jeśli otrzymali polecenie od przełożonych, to muszą je wykonać a odpowiedzialność za wykonanie spadnie wyłącznie na „górę”. Są jednak w błędzie. Ani w wojsku ani w policji, ani tym bardziej w wymiarze sprawiedliwości nie ma zasady akceptującej mechanizm „ślepego narzędzia”. Dlatego także ci szeregowi prokuratorzy, którzy naruszyli prawo, muszą się liczyć w przyszłości z odpowiedzialnością, nie tylko ich przełożeni. Mówię to całkowicie poważnie.

Kto jest najważniejszym przełożonym prokuratorów poza Zbigniewem Ziobro?
Niepodzielną władzę w prokuraturze sprawuje prokurator Bogdan Święczkowski.

O ile w mediach krytycznie w stosunku do poczynań władzy wypowiada się spore grono sędziów, o tyle gdy chodzi o prokuratorów, to tylko Pan oraz prokuratorzy Dariusz Korneluk i Jarosław Onyszczuk. Dlaczego?
Uzgodniliśmy, dla zachowania jednolitości i ciągłości przekazu, że „frontmenem” odpowiedzialnym za wystąpienia publiczne będę ja. Inni członkowie zarządu wspierają mnie, choć wypowiadają się nie tak często. Dlatego są mniej widoczni.

Z jakim szykanami spotyka się Pan na co dzień?
Jestem osobą poddaną mobbingowi. Zamiast rozdzierania szat opowiem śmiesznostkę. Ponieważ korzystałem ze zwolnień lekarskich, a mam już swoje lata i trochę schorzeń, więc skierowano mnie do orzecznika ZUS, by stwierdził, że jestem trwale niezdolny do wykonywania funkcji prokuratora. Skoro więc nie mogą mnie utrącić za pomocą postępowań dyscyplinarnych, to próbują poprzez stan zdrowia.

Co Pan uważa za najważniejsze mankamenty pracy obecnej prokuratury, poza kwestią jej uwikłania politycznego?
Zalicza ona liczne porażki, n.p. odnośnie pozbawiania majątku sprawców przestępstw. Porażką jest niepotrzebny wzrost liczby tymczasowych aresztowań, gdy liczba popełnianych przestępstw systematycznie spada. Setki spraw długotrwających narusza dyrektywę zakończenia postępowania w rozsądnym terminie. Liche efekty pracy zderzają się z propagandą sukcesu. Przy czym rosną koszty działalności prokuratury, mające swe źródło m.in. we wspomnianej polityce korumpowania prokuratorów metodą kija i marchewki. Można by długo wymieniać. Warto też zwrócić uwagę na praktykę prowadzenia spraw o kolorycie politycznym w miejscach odległych od miejsca zamieszkania i działalności osób będących przedmiotem postępowań. Prokuratury często tak działają, mają do tego prawo, ale w tym przypadku ta zasada jest nadużywana. I tak n.p. sprawa przeciwko Sławomirowi Neumannowi prowadzona jest wJeleniej Górze, przeciwko Stanisławowi Gawłowskiemu, Wojciechowi Kwaśniakowi z dawnej KNF w Szczecinie, przeciwko Pawłowi Wojtunikowi w Krakowie, przeciwko Jackowi Kapicy w Białymstoku.To rozrzucenie spraw po Polsce komplikuję obronę tych osób.

Czy i jak układa się Pana Stowarzyszeniu współpraca ze środowiskiem sędziowskim?
Zupełnie dobrze. Lubimy się i mamy dobre relacje ze stowarzyszeniami „Iustitia” i „Themis” oraz Inicjatywą Wolne Sądy. Współpracujemy stale na forum Komitetu Obrony Sprawiedliwości, który organizuje obronę szykanowanych prawników. Murem za Krasoniem stanęli sędziowie i pozostali prawnicy w całej Polsce. Ludziom się bowiem należy, to jest prawo obywateli żeby ich sprawy rozpatrywali sędziowie i prokuratorzy odważni, bezstronni i nie skażeni polityką.

Czyli kisicie się we własnym, prawniczym sosie?
Wręcz przeciwnie. Już od dawna wchodzimy w dyskurs z obywatelami, którzy domagają prawa do uczciwego procesu. Braliśmy udział i występowaliśmy na zgromadzeniach w obronie Sądu Najwyższego i niezależnych sądów. Braliśmy udział w spotkaniach z młodzieżą w ramach Tygodnia Konstytucyjnego. Jedziemy na festiwal do Kostrzyna, dzięki zaproszeniu przekazanemu przez środowisko warszawskich adwokatów, by nawiązać dialog z młodzieżą. Wyszliśmy poza sale konferencyjne. Spotykamy się z ludźmi, dzięki aktywności inicjatywy #Wolna Prokuratura. Jej liderka Małgorzata Rosłońska na pierwszym spotkaniu zapytała:” jak wam możemy pomóc”. Obywatele uczestniczą w rozprawach dyscyplinarnych sędziów i prokuratorów. W ten sposób realizują swoje prawo do kontroli wymiaru sprawiedliwości. Uważam, ze zamknięcie się sędziów i prokuratorów w zaciszu gabinetów już nie będzie możliwe po obecnych doświadczeniach.

Jesienią 2015 roku wyraziłem, jako publicysta, opinię, że jeśli PiS znów obejmie władzę, to wtedy to, co robiło w latach 2005-2007, okaże się „małym piwem” w stosunku do tego, co zacznie robić w kolejnej kadencji. Uważam, że się nie pomyliłem. Teraz twierdzę, że jeśli PiS wygra kolejne, najbliższe wybory, to lata 2015-2019 będą się jawić z perspektywy czasu jako „małe piwo” w porównaniu z pandemonium jakie dokona się w latach 2019-2023. A jak Pan uważa?
Zdecydowanie zgadzam się z tą prognozą. Naiwny już byłem. Po latach 2005-2007 łudziłem się, że jeśli powrócą do władzy politycy i ludzie znani mi z prokuratury, to nie powtórzą wcześniejszych, dramatycznych błędów. Pomyliłem się. Wtedy bowiem hamowały ich koalicje z „Samoobroną” i LPR. Obecnie nie mają już tego hamulca. Nie cofną się przed niczym. Nie mają już bowiem drogi odwrotu. Muszą palić za sobą mosty. Chcą zapewnić sobie rządy po wsze czasy. To co zrobią, jeśli znów wygrają, cofnie nasz kraj, trudno powiedzieć jak daleko, w dziedzinie praworządności. Cofną nas może do lat 60-tych i 70-tych? I nie muszą masowo wsadzać przeciwników do więzień. Metody represji przecież się cywilizują. Teraz wystarczy odebranie oponentom środków utrzymania.

Dlaczego zdecydował się Pan postawić na szali swój dorobek, między innymi jako współtwórcy systemu walki z przestępczością zorganizowaną, narażać się na szykany, ryzykować eliminację z zawodu? Nie stawiam pytania retorycznego, naprawdę chcę to wiedzieć…
Bo naruszono moje poczucie godności. Przecież finansowo nic nie straciłem stając w kontrze do obecnego kierownictwa prokuratury, tracąc pracę w Prokuraturze Generalnej. Próbowano mnie obłaskawić pieniędzmi, ale się nie dałem. Godność to poczucie własnej wartości. Zachowując się inaczej, zachowałbym się jak kundelek podwijający ogon po kopniaku. Uśmiecham się gorzko i mówię, że przywrócono mi młodość, bo muszę biegać z aktami do sądu jak debiutant, jako prokurator prokuratury rejonowej. Robiłem to kiedyś i robię to obecnie, choć z nadwagą i zadyszką. Nie boję się o siebie, przede wszystkim boję się o nasz kraj. Wydaje się, że gdyby politycy sprawujący obecnie władzę siedzieli przy Okrągłym Stole, to nie doszłoby do ugody i polałaby się krew. Martwią mnie też zmiany dokonane w kodeksie karnym. Nie mogę np. zaakceptować bezwzględnego dożywocia. To nie kara, to barbarzyńska zemsta pozbawiająca skazanego motywacji do poprawy, w konsekwencji szkodliwa społecznie. Przeraża mnie populizm widoczny w tych zmianach. Społeczeństwo musi mieć jasność, co i jaką karą jest zagrożone. I wiedzieć, że prawo jest stabilne, klarowne i niezachwiane, a nie zmieniane na kolanie, zależnie od kaprysów satrapy. Bo inaczej wszyscy będziemy się czuli się we własnej ojczyźnie jak w obcym kraju. Mamy, jako kraj, historycznego pecha, mieliśmy mało czasu na ewolucję, rozwijamy się chaotycznie, skokowo. Krok do przodu, krok w tył, krok w bok i tak ciągle. A przecież Tuwim pisał w „Kwiatach polskich”: „Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość – sprawiedliwość”. Jest naszym dramatem, że aby bronić praworządności, musimy zwracać się do instytucji Unii Europejskiej. Jako puenty użyję słów, które tworzą nazwę naszego Stowarzyszenia: „Lex Super Omnia”. Prawo ponad wszystkim i dodam, że chodzi nam o dobre prawo, to z „Kwiatów polskich”.

Dziękuję za rozmowę.

Niebezpieczna tendencja

Raport Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka pokazuje niebezpieczną tendencję: coraz więcej podejrzanych trafia do aresztów.

Tendencja z ostatnich miesięcy pokazuje, że coraz więcej podejrzanych trafia do aresztów tymczasowych, twierdzi raport Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Jeżeli w 2015 roku (w którym PiS objął władzę) w aresztach tymczasowych siedziało ponad 4 tysiące osób, to w 2018 było ich niemal trzy razy więcej. Czym to jest spowodowane? Jeden z autorów Raportu, Piotr Kładoczny nie ma wątpliwości: to rezultat polityki karnej państwa, którą zafundowało Polsce Prawo i Sprawiedliwość. Wpływa na to coraz większa liczba wniosków ze strony prokuratury, która postuluje dla podejrzanych taki właśnie środek zapobiegawczy, a także przychylny klimat dla stosowania aresztu, w którym sądy chętniej uznają prokuratorskie wnioski za uzasadnione. Wsadzenie podejrzanego za kraty ma być dowodem na siłę i sprawność działania aparatu państwowego.
Liczba aresztowanych sukcesywnie, co roku, rosła od momentu, kiedy PiS wziął władzę czyli od 2015 roku. I wszystko wskazuje na to, że tendencja wzrostowa jest stała i niedługo osiągnie rekordowy poziom z 2009 roku, kiedy tymczasowo aresztowanych było w Polsce 9460 osób. W 2018 roku tymczasowo aresztowanych było już 7360 osób, zatem do wyników 2009 roku już doprawdy niewiele zostało.
– Mamy wrażenie, że klimat ostatnio jest taki, że władza lubi pokazać, że działa od razu. Dla opinii publicznej przekazem, że prokuratora i państwo działa, jest to, że ktoś zostaje aresztowany – cytuje opinię Piotra Kładocznego portal Onet.pl.
Kładoczny zwraca też uwagę, że wysoka aktywność sądów dyscyplinarnych, które potrafią ukarać sędziów za uchylenie wniosku o areszt też ma wpływ na chętniejsze skłanianie się ku wnioskom prokuratury o aresztowanie podejrzanego. Ekspert uważa, że jest to forma nacisku na wymiar sprawiedliwości.
Haniebny dla polskiego państwa jest też wzrost liczny aresztowanych ludzi, przetrzymywanych tam przez ponad rok, choć specjaliści uważają, że pobyt w areszcie ciągnący się ponad rok, świadczy o źle przygotowanej sprawie. Lub też w takim wypadku areszt jest tzw. wydobywczy czyli jest formą nacisku na podejrzanego, by poszedł na współprace z organami ściągania.
Wzrost liczby osób tymczasowo aresztowanych jest nie tylko świadectwem bezwzględności władzy. Jest też porażką cywilizowanej polityki penitencjarnej państwa polskiego.

Bajka o szeryfie i pomagaczu

Odczepcie się od podopiecznych. Przyczepcie się do systemu. To on działa nie tak, jak powinien. Rzecz o kuratorach sądowych.

Po przeczytaniu tekstu redaktora Pawła Kapusty (skądinąd świetnego, nagradzanego reportażysty) o kuratorach sądowych, nie mogłam oprzeć się polemicznym refleksjom co do ogólnej wymowy i przekazu zawartego w artykule. Jako wieloletni „szeryf Polski D” postanowiłam podzielić się nimi na forum publicznym.
Chwała autorowi za zajęcie się tematem. Wszystko, co opisał, jest świętą prawdą – podobnych soczystych anegdot, jak te przytoczone przez dziennikarza, każdy z nas ma w kieszeni całe mnóstwo. Ale najważniejszy wniosek, jaki płynie z tego tekstu jest taki, że nie każdy może – i nie każdy powinien – zostać kuratorem.
Oczywiście prawdą jest, że trzeba mieć ukończone kierunkowe studia, być osobą niekaraną, o nieskazitelnym charakterze, korzystać z pełni praw cywilnych i obywatelskich, przejść testy psychologiczne, zdać egzamin na aplikację i kolejny po jej odbyciu. Wymagania spore, ale niezbyt odbiegające od standardów pożądanych w wielu innych prestiżowych zawodach. Rozmówcy Pawła Kapusty te formalne wymagania spełnili. A jednak w moim odczuciu niektórzy z nich zdradzili się z tym, że niekoniecznie powinni ten zawód wykonywać.
Cała paleta bandytów
Kurator, który dziwi się, że ludzie mieszkają na zadupiu w ekstremalnej biedzie i zacofaniu, używają wulgaryzmów w codziennej mowie, piją alkohol, ćpają, biją słabszych członków rodziny, są na bakier z prawem – pomylił się moim zdaniem z wyborem zawodu. Bijąca z treści artykułu pogarda dla ludzi, z którymi kurator z własnego wyboru ma pracować i nad nimi się pochylać, szczególnie mnie poraziła. Podejrzewam, że kuratorzy w dobrej wierze opisali warunki swojej pracy i sytuacje, w których się znaleźli, ale w połączeniu z dziennikarskim zacięciem do wyławiania „mięcha” – wyszło po prostu nie tak. Cytuję: „to ludzie z zanikiem uczuciowości wyższej”, „cała paleta bandytów”, „praca z trefnym materiałem ludzkim”.
I w tym wszystkim ten krystaliczny szeryf, wolny od patologii, abstynent, wyrocznia moralności i zaradności, zdziwiony dysfunkcjami w rodzinach, bo ich to przecież nie dotyczy. Naprawdę? Ilu z was spotkało się z przemocą, alkoholizmem, zacofaniem i biedą we własnych rodzinach? Może to właśnie stało się motorem do wybrania tego a nie innego zawodu?
I jeden, jedyny rodzynek w postaci takiej wypowiedzi kuratora: „bo moja praca polega na empatii”. Empatia obniża poziom strachu i gwarantuje efektywność pracy w tym zawodzie. Ale zdziwienie, że „trzeba chodzić po ruderach” jest tak dalekie od empatii, jak tylko się da.
Czy w tych wszystkich egzaminach, do których przystępują potencjalni szeryfowie, bada się predyspozycje do wykonywania zawodu? Otóż nie. Chociaż zakres wiedzy do ich pomyślnego przebiegu jest olbrzymi (a po części kompletnie zbędny), nie gwarantuje prawidłowego doboru ludzi do tej ciężkiej, odpowiedzialnej roboty.
Szeryf i pomagacz
To, czego w artykule Pawła Kapusty zabrakło, to dopadające nas osamotnienie w walce i bezradność, świadomość beznadziei, z jakimi musi mierzyć się kurator obdarzony poczuciem misji. Poczucie to wynika z braku narzędzi i legitymacji do wpływania na poprawę losu podopiecznych. W dalszym ciągu system wsparcia lokalnego pozostaje mitem. Obawa przed konsekwencjami naruszenia ustawy o ochronie danych osobowych ogranicza nawet możliwość współpracy pomiędzy służbami w obszarze wymiany informacji.
Kurator zostaje sam ze swoim długopisem i złotoustą wymową, no i legendarną już empatią. To jedyny sposób na nakłonienie do leczenia dorosłej osoby uzależnionej, agresywnej czy zagrażającej samej sobie.
Specjaliści od dawna alarmują, że łączenie funkcji szeryfa i pomagacza nie jest możliwe, a w takich rolach system umiejscawia kuratora.
Oczywiście prawdą jest, że z biegiem lat i biegiem dni, tak jak mówi o tym „Gośka” pod koniec artykułu – system robi z nas pracowników biurowych. W zasadzie na rozmowę z człowiekiem, działania resocjalizacyjne, nie ma już czasu. Podopieczny tylko przeszkadza nam w pracy, kiedy przychodzi ze swoimi problemami. Każdą rozmowę telefoniczną, nie mówiąc o osobistych kontaktach – trzeba odnotować i opisać, aby nie zarzucono kuratorowi bezczynności. Okazuje się, że ten wykształcony człowiek bez pomocy odpowiednich druków nie jest w stanie samodzielnie sporządzić notatki i sprawozdania. Pisze te wszystkie wymagane przez ministerstwo duperele i próbuje we wskazanych rubryczkach znaleźć miejsce na informacje, które w jego przekonaniu są istotne dla opisania sytuacji konkretnego podopiecznego.
Piąte koło sądownictwa
Oprócz jednego jedynego epizodu w historii, kiedy powstawała ustawa o kuratorach, nie ma woli wśród decydentów do pochylenia się nad ta grupą zawodową. Kuratela jest postrzegana jako piąte koło u wozu sądowego, chociaż na ich pracy opiera się całe wykonawstwo karne i rodzinne, orzecznictwo rodzinne, a także w pewnym stopniu orzecznictwo karne wspomagane przez wywiady środowiskowe. Nie dostrzega się i nie docenia pracy kuratora w terenie, ponieważ nie jest wtedy widoczny, nie ślęczy pochylony nad biurkiem.
Brakuje przejrzystości w decyzjach o awansach i ewentualnych nagrodach za specjalne osiągnięcia i dokonania poza obowiązkami służbowymi. Nagroda za rzetelną pracę wynikającą z obowiązków nie przysługuje. O awansach i nagrodach decyduje prezes sądu okręgowego siedzący w sądzie odległym od miejsca pracy kuratorów. Wysokość nagród jest owiana tajemnicą. Nikt nie wie, dlaczego akurat nie dostał, jak wypada na tle innych kolegów, co może poprawić w swojej pracy.
Chcesz zasłużyć na nagrodę, na awans – wykazuj się inicjatywą pozazawodową, pracuj społecznie na innych poziomach. Jak będą pieniądze – może zostaniesz doceniony. A może nie. Konsekwencje takiego podejścia już widać. Wyczerpana psychicznie i przepracowana kadra nie jest w stanie podołać swoim obowiązkom.
Nie trzeba być wielkim uczonym, żeby wiedzieć, że najłatwiej wypalają się przedstawiciele zawodów prowadzących do fizycznego i psychicznego wyczerpania oraz stanowiących źródło wyrzutów sumienia lub poczucia nieprzydatności. Tego tematu dotknął (dzięki!) autor artykułu w Wirtualnej Polsce.
Niestety po trzydziestu latach pracy w tym zawodzie straciłam wiarę w zjednoczenie środowiska.
Nie dostrzegam też żadnej woli ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości do wykorzystywania doświadczonych, praktykujących kuratorów liniowych do wypracowania efektywnego modelu kurateli. To worek bez dna, do którego można wrzucać kolejne pomysły. Kuratorzy wykonają wszystko, co jest niewygodne dla innych służb.

Harce pisowskiej prokuratury

Ponieważ w tekście „Zawiadomienie” z 27. czerwca b.r. informowałem, że w Prokuraturze Rejonowej Warszawa Śródmieście złożyłem zawiadomienie o możliwości podejrzeniu popełnienia przestępstwa na szkodę spółek skarbu państwa podczas tworzenia Polskiej Fundacji Narodowej, czuję się w obowiązku poinformować PT gości mojego bloga o ciągu dalszym i finale sprawy.
I tak, we wrześniu tegoż roku wezwany zostałem na miejscowy komisariat Policji celem przesłuchania mnie w charakterze świadka. Przesłuchującym był młody, sympatyczny policjant, wyraźnie zakłopotany sytuacją. Rozmowa miała taki mniej więcej przebieg:

Policjant: Mam przesłuchać Pana w charakterze świadka.
Ja: Proszę bardzo.
P. No to niech Pan mówi.
J. Ale co mam mówić? Stawiłem się na przesłuchanie i chętnie odpowiem na wszystkie Pana pytania.
P. Ale o co mam Pana pytać? Ja nic nie wiem. Nic tu nie jest napisane.
J. Ja też nie wiem, o co mnie Pan ma pytać, ale jestem do dyspozycji.
P. Czy ma Pan coś do dodania?
J. Nie, wszystko co wiem w sprawie zawarłem w „zawiadomieniu”.
P. No to co mam napisać?
J. Niech pan napisze: „Całą moją wiedzę w sprawie zawarłem w zawiadomieniu do Prokuratury”.
P. Dobrze (z wyraźną ulgą).

Jak się przy tym okazało, zlecając Policji przesłuchanie mnie w charakterze świadka prokuratura nie przekazała Policji całości mojego „Zawiadomienia”, pozbawiając je dwóch istotnych załączników.
28 listopada ukazał się w „Polityce” artykuł red. V. Krasnowskiej „Dokąd płyną miliony Polskiej Fundacji Narodowej?”. Autorka wspomniała w nim o moim zawiadomieniu informując o odmowie prokuratury wszczęcia dochodzenia w tej sprawie. Zaintrygowany odmową zwróciłem się do Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście o przekazanie mi – w trybie ustawy o dostępie do informacji publicznej – uzasadnienia tej decyzji. Właśnie ją otrzymałem i czytając przecieram oczy ze zdumienia. W najistotniejszym fragmencie uzasadnienia decyzji prokurator Aneta Kukla-Jasińska stwierdza:
„W przedmiotowej sprawie zaistniała konieczność przeprowadzenia czynności sprawdzających w trybie art. 307 k.p.k. w celu uzupełnienia danych zawartych w zawiadomieniu o przestępstwie. W związku z powyższym Jacek Uczkiewicz został przesłuchany w charakterze świadka przez funkcjonariusza Policji. W trakcie czynności procesowej wymieniony zaniechał (podkr. JU ) jednak złożenia jakichkolwiek dyspozycji. Nadmienił ponadto, że całą swoją wiedzę na temat przedmiotowej sprawy przedstawił w zawiadomieniu o możliwości popełnienia przestępstwa i nie ma niczego więcej do dodania. Ze względu na powyższe zaniechanie ( pokr. JU) osoby zawiadamiającej, a także niedysponowanie przez nią dokumentami potwierdzającymi stan faktyczny wynikający z zawiadomienia nie było możliwe uzupełnienie danych w nich zawartych”.
Okazuje się więc, że jeżeli obywatel zamierza zawiadomić prokuraturę o MOŻLIWOŚCI popełnienia przestępstwa powinien jej dostarczyć niezbitych tego przestępstwa dowodów, gdyż bez tego prokuratura nie jest w stanie nic zrobić. Najzabawniejsza jest jednak kwestia owego „zaniechania”. Nie wiem co autorka miała na myśli, w żaden sposób nie wspomniał o tym przesłuchujący mnie policjant. Tym nie mniej w tekście mojego Zawiadomienia znalazły się istotne fragmenty o takim charakterze. Przytoczę:
„Podejrzenia te zweryfikować można tylko przez analizę umów pomiędzy Fundacją a spółkami-fundatorami, analizę materiałów przedstawianych organom stanowiącym spółek wraz z propozycją wsparcia finansowego Fundacji, protokołów ze stosownych posiedzeń tych organów oraz dokumentów z audytu sprawozdań finansowych spółek.”
Oczywiście, jako zwykły obywatel nie mam dostępu do wymienionych dokumentów. Ma go natomiast Prokuratura. Ta, jak widać, wcale nie zamierzała pójść wskazanym śladem (dyspozycjami?!) – w uzasadnieniu nie znalazł się nawet najmniejsza o takich czynnościach wzmianka. Będąc w pełni świadomą tych okoliczności Prokuratura, odmawiając wszczęcia śledztwa, podparła się, łapiąc się lewą ręką za prawe ucho, fakultatywną możliwością stwarzaną przez art. 307 k.p.k.. Mówi on, że jeżeli zachodzi potrzeba, można zażądać uzupełnienia w wyznaczonym terminie danych zawartych w zawiadomieniu o przestępstwie lub dokonać sprawdzenia faktów w tym zakresie. Jak wynika z „Decyzji o odmowie…” Prokuratura nie podjęła żadnych czynności sprawdzających, o których mówi ten artykuł, zadowalając się tym, że nie mogłem dostarczyć „dowodów” nie mając dostępu do stosownych dokumentów. Nikt nie żądał ode mnie uzupełnienia danych, o czym mowa w art. 307 k.p.k., nie mówiąc o tym, że artykuł ten nie wspomina w żaden sposób o jakichś „dyspozycjach” zawiadamiającego. To Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście dopuściła się zaniechania a nie ja.

Wnioski.
1. Kierując do prokuratury wspomniane zawiadomienie liczyłem się z takim finałem, chociaż takimi „uproszczeniami” udało się Prokuraturze Rejonowej mnie zadziwić.
2. Używanie spółek Skarbu Państwa lub spółek z dominującym udziałem SP do zaspokajania różnych doraźnych politycznych potrzeb rządzących, potrzeb nie związanych z przedmiotem i zakresem działalności tych spółek staje się patologią. Jaka jest tego skala, jak my wszyscy, często przymusowi klienci tych spółek obciążani jesteśmy w sumie kosztami tych fanaberii rządzących – tego dzisiaj nie wie nikt. Niestety, patologia ta rozlewa się i na niektóre samorządy i ich spółki. Na prokuraturę nie ma co liczyć – sprawę rozwiązać może tylko systemowe uregulowanie problemu w stosownych ustawach. Ale oczywiście nie w tym parlamencie.

 

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Kim jest prokurator Magdalena Kołodziej?

To ona umorzyła śledztwo w sprawie pobicia kobiet przez narodowców.

 

Pewnie tylko przypadkiem, ale również ona odpowiada za umorzenie sprawy głosowania w Sali Kolumnowej oraz odmowę śledztwa dotyczącego niewpuszczenia dziennikarzy do Sejmu.

Lista jej osiągnięć w politycznym nadzorze nad stosowaniem prawa w PiS-owskim państwie jest imponująca.

Panie Z. Ziobro, dlaczego ta wybitna prokuratorka jeszcze nie awansowała do centrali, nawet bezpośrednio na Nowogrodzką?

Tak się stara i taki brak Pańskiej wdzięczności?

Chyba, że jeszcze ma do wykonania kilka wybitnych zadań prawnych.

Umorzenia, to jeden kierunek działania, ale prokuratorka może też stawiać zarzuty. Po całkowitym przejęciu kontroli nad sądownictwem będzie trzeba postawić zarzuty sędziom, że uświadamiają młodzież w szkołach na temat roli konstytucji w ich życiu. Można też oskarżać ulicznych opozycjonistów, że spowodowali siniaki na rękach agresorów PiS-owskiej władzy…
Jeśli PiS będzie rządził naszym krajem, to kariera tej Pani jeszcze się może znacząco rozwinąć.

 

 

Umorzono śledztwo dotyczące znieważenia kobiet blokujących marsz niepodległości 11 listopada 2017. Postępowanie dotyczyło naruszenia nietykalności cielesnej, spowodowania uszczerbku na zdrowiu, znieważenia oraz zniesławienia przez uczestników marszu 12 uczestniczek kontrmanifestacji – działaczek Strajku Kobiet i Obywateli RP. Było prowadzone na wniosek poszkodowanych.

Prokuratorzy jednak nie dopatrzyli się tam naruszenia prawa.

Krzysztof Stępiński, adwokat reprezentujący działaczki, powiedział mediom, że złoży zażalenie od tej decyzji i że uważa jej uzasadnienie za „obrzydliwe”. Prokurator Magdalena Kołodziej uznała bowiem, że narodowcy, plując, kopiąc kobiety siedzące na ulicy na moście czy celowo nadeptując jednej z nich na dłoń „w ten sposób wyrażali niezadowolenie”, zaś szkodliwość społeczna czynów jest niewielka.

Weronika Książek

Dobrymi chęciami sądy wybrukowane

A w zasadzie jeden – Sąd Najwyższy. W ostatnim czasie przekonaliśmy się, że – zgodnie z kolejnym pasującym tu polskim porzekadłem – nie matura, a chęć szczera zrobią z ciebie ławnika SN.

 

„Jeśli chodzi o prawo, to ja mogę doczytać”, „nie mam pojęcia, dlaczego poszukiwała mnie policja” – to tylko niektóre kwiatki z przesłuchań kandydatów na ławników do nowego Sądu Najwyższego na modłę PiS. I większość upragnioną funkcję dostała – między innymi lekarz i zatwardziały prolifowiec, a także pani, która pracuje z 3-latkami, więc „wie, co jest dobre, a co złe” i na tej podstawie ma współrozstrzygać dylematy prawne najpoważniejszego szczebla.
Kto może zostać ławnikiem? Należy posiadać polskie obywatelstwo i co najmniej średnie wykształcenie, korzystać z pełni praw cywilnych i publicznych, cechować się „nieskazitelnym charakterem” i odpowiednim stanem zdrowia, a także być w wieku od 40 do 60 lat oraz nie przynależeć do partii politycznej. Na pewno nie mogą być to osoby zatrudnione w sądach, prokuraturze, policji. Kandydatów, którzy w ostatnich dniach dostarczyli bogatego materiału na memy, wskazywały organizacje pozarządowe lub setka obywateli.
Mimo 36 wakatów na przesłuchania przed senacka komisją zgłosiło się 14 osób, jedna została odrzucona na wejściu (to ten poszukiwany przez policję). Poziom ich merytorycznego przygotowania dobrze odzwierciedla mem – zdjęcie z podpisem „przyszli ławnicy SN”, na którym widać ludzi pijanych w sztok, wykonujących niemożliwe do wyobrażenia „na trzeźwo” akrobacje na ławkach, gdzie „spoczęły: ich zmęczone ciała.
– Niektóre pytania, nie tylko moje, wskazywały, że osoby te nie mają świadomości, jakimi sprawami będą się zajmować. To nie będą sprawy pospolite. Będą w końcu dotyczyć naruszeń dyscypliny przez samych sędziów Sądu Najwyższego – powiedział senator Jan Rulewski.
– Ławnicy będą orzekać w Izbie Dyscyplinarnej SN i oceniać postępowanie sędziów, prokuratorów i innych prawników. Ale także będą badać skargi nadzwyczajne, gdzie w grę wchodzą bardzo trudne sprawy prawnicze. Nie będą kogoś sądzić, ale oceniać inne wyroki. Tutaj ławnik bez przygotowania prawniczego nie może prawidłowo funkcjonować – dodał Marek Borowski.
Senatorowie Platformy oraz niezależni nie wzięli udziału w głosowaniu kandydatur. Uważają, że prezydencka ustawa o SN, która wprowadziła do sądu ławników, jest niekonstytucyjna.
– Ławnikom przyjdzie dokonywać wykładni przepisów konstytucji dotyczących zasad i wolności konstytucyjnych oraz praw człowieka. A to niezwykle skomplikowany proces wymagający rozległej wiedzy prawniczej – podsumowała Małgorzata Gersdorf.
– Zgłaszaliśmy swoje zastrzeżenia do ustawy, ale tak się stało, że ławnicy się w niej znaleźli. Dziś widzimy, jakie motywacje nimi kierują, jakie wartości chcą wnieść do SN. „Starzy” sędziowie raczej nie będą mieli okazji do orzekania z nimi, bo ławnicy będą orzekać wyłącznie w dwóch nowych [i obsadzanych od zera nowym sędziami] izbach SN – przybił gwóźdź do trumny Michał Laskowski, rzecznik Sądu Najwyższego. – Zobaczymy, jak to będzie funkcjonować. Na pewno jest to rozwiązanie niespotykane. Nie wydaje mi się, aby przy większości spraw rozpatrywanych w SN osoba, która nie może zweryfikować pewnych konstrukcji prawnych i zarzutów, mogła coś wnieść, ale to jest moje osobiste zdanie.