To nie nasza sprawa

Gdy piramida finansowa się zawali, pieniądze będą nie do odzyskania – a UOKiK wskazuje na organy ścigania.
W ostatnich latach w Polsce znacząco spadła opłacalność tradycyjnych form oszczędzania takich jak lokaty bankowe czy obligacje skarbowe. Wykorzystują to oszuści i nieuczciwi przedsiębiorcy, kusząc klientów ofertami rzekomego wysokiego zysku z różnych inwestycji alternatywnych w nietypowe dobra czy projekty. Sztandarowym przykładem może być afera GetBacku do której doszło pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. Ponadto, wiele z tych działań obiecuje zarobek związany głównie z wprowadzeniem do projektu kolejnych osób, co ma cechy systemu promocyjnego typu piramida.
Piramida finansowa jako model działalności biznesowej jest kwalifikowana jako przestępstwo oszustwa (art. 286 kodeksu karnego) odbywające się w zorganizowany sposób. Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Tomasz Chróstny informuje, że walka z tym zjawiskiem należy do kompetencji organów ścigania – on natomiast informuje, że może się zająć jedynie systemem promocyjnym typu piramida, który odnosi się do budowania sieci sprzedaży. To poniekąd umycie rąk i jasny sygnał dla obywateli, że gdy padną ofiarą piramidy finansowej, to UOKiK im nie pomoże.
Sprzedażowa piramida polega na tym, że konsument jest namawiany do udziału w „projekcie” w zamian za obietnicę wynagrodzenia lub innych korzyści, które są uzależnione przede wszystkim od wprowadzenia kolejnych osób. Organizowanie, prowadzenie i propagowanie takich systemów jest prawnie zakazane jako nieuczciwa praktyka rynkowa, ale nie jest uważane za oszustwo. Prezes UOKiK może za to nałożyć karę do 10 proc. rocznych obrotów organizatora piramidy.
Prezes Tomasz Chróstny tłumaczy też, że jeśli jakiś przedsiębiorca pobiera wpłaty, ale nie ma zamiaru wypłacać obiecanych zysków, to także mamy do czynienia z oszustem, którym powinny się zająć organy ścigania, a nie UOKiK. Jego zdaniem, dopiero gdy przedsiębiorca wprowadza konsumentów w błąd co do szczegółów oferty i zataja informacje o ryzyku, to jest to sprawa dla prezesa UOKiK. Jak widać, szef UOKiK dość wąsko określił zakres swoich kompetencji, co wygląda na próbę stworzenia sobie ochrony przed ewentualnymi zarzutami braku aktywności (o skuteczności już nie mówiąc).
Prezes Chróstny chce oczywiście sprawić wrażenie wysokiej aktywności swojego urzędu: – Konsekwentnie ostrzegamy konsumentów przed lokowaniem pieniędzy w niesprawdzone, niekonwencjonalne projekty. W ubiegłym roku prowadziliśmy np. kampanię „Sprawdzaj, czytaj, pytaj”, podczas której radziliśmy, aby dokładnie sprawdzać każdą ofertę i nie wierzyć w szybki zysk bez ryzyka. Gdy identyfikujemy podejrzenie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów, podejmujemy działania w toku postępowań, kończących się nierzadko dotkliwymi karami finansowymi. Natomiast tam, gdzie jest podejrzenie popełnienia przestępstwa, w szczególności oszustwa, właściwe są organy ścigania – o tego typu sprawach zawiadamiamy prokuraturę – mówi szef UOKiK.
Urząd policzył, że w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy prezes Tomasz Chróstny przekazał organom śledczym 12 informacji o tzw. „projektach inwestycyjnych”, takich jak portfele kryptowalut, weksle inwestycyjne czy oferta zysków z legalizacji marihuany. Często takie projekty wymagają od konsumentów wpłaty wstępnej, a następnie wypłatę z inwestycji warunkują dokonaniem kolejnych wpłat Wszystko to może naruszać przepisy prawa karnego. Większość organizatorów tych projektów ma jednak siedzibę poza Unią Europejską, co oznacza, że odzyskanie zainwestowanych pieniędzy może okazać się bardzo trudne.

Bieda atakuje Polaków

Nieudolność rządu PiS w zwalczaniu pandemii wpędza mieszkańców naszego kraju nie tylko do grobu, ale także i w nędzę.
Nie jest dobrze z oszczędnościami Polaków. Po prostu, są one zbyt niskie albo zgoła żadne. Aż 56 proc. rodaków oświadcza, że nie ma w ogóle oszczędności, bądź ma, ale tak skromne, że nie zapewniające im żadnego poczucia bezpieczeństwa życiowego. Trudno się temu dziwić, bo co jak co, ale bezpieczeństwo życiowe to wyjątkowo deficytowy towar w Polsce pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości.
Mówiąc bardziej konkretnie, 19 proc. Polaków nie posiada żadnych oszczędności, zaś 37 proc. jakieś zgromadziło, ale znikome i nie dające poczucia bezpieczeństwa.
Wyniki te pochodzą z badania zatytułowanego „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020”, wykonanego w wrześniu tego roku. przez Instytut Badań Społecznych i Rynkowych IBRiS na zlecenie Santander Bank Polska, we współpracy z firmą Analizy Online. Badanie zostało przeprowadzone w dość szczególnym momencie: niedługo po wakacjach, gdy polska gospodarka była jeszcze „odmrożona”, a pandemia dopiero szykowała się do jesiennego skoku na nasz nieprzygotowany kraj. Ponadto, przechwałki rządu PiS o tym, jak jesteśmy świetnie przygotowani do jej odparcia, nieco poprawiały nastroje rodaków, nie mających przecież pojęcia o skali zbrodniczych wręcz zaniedbań obecnej ekipy. W tej sytuacji o optymizm było nieco łatwiej niż na przykład w maju.
Spośród tych 56 proc. Polaków bez żadnych oszczędności, bądź z tak znikomymi, że nie zapewniającymi żadnego bezpieczeństwa, jedna trzecia oświadcza, że jeszcze przed pandemią miała oszczędności. Jednak w czasie kilku miesięcy trwania pandemii stopniały one do zera. Ten smutny wynik pokazuje, jak szybko pogarsza się sytuacja majątkowa mieszkańców naszego kraju.
Tylko 43 proc. Polek i Polaków deklaruje, że czuje się bezpiecznie z posiadanymi oszczędnościami. Ile udało się odłożyć osobom, które deklarują, że mają jakieś oszczędności? Otóż, z badania instytutu IBRIS wynika, że czterech na dziesięciu badanych posiada takie, które przewyższające ich sześciomiesięczne dochody. To jest poziom, który zwykle uznaje się za poduszkę finansową, mogącą dawać poczucie finansowego bezpieczeństwa (z tym, że „mogącą dawać” nie oznacza tego samego co „gwarantującą”).
Natomiast 26 proc. badanych ma odłożone pieniądze, które odpowiadają równowartości dwu lub trzymiesięcznych przychodów gospodarstwa domowego. W warunkach nasilającego się w Polsce pandemicznego kryzysu gospodarczego, tak skromne oszczędności nie gwarantują minimum stabilności.
Czy pieniądze dają poczucie bezpieczeństwa? Oczywiście, że dają.
– Przyjmuje się, że poduszka finansowa zapewniająca poczucie bezpieczeństwa, powinna wynosić równowartość co najmniej sześciokrotności miesięcznych dochodów lub w innym ujęciu stałych, miesięcznych wydatków. Z naszych badań wynika natomiast, że próg, po przekroczeniu którego wszyscy badani czują się zabezpieczeni finansowo to równowartość 8 miesięcznych pensji – wyjaśnia Monika Szlosek z Santander Banku Polska.
Taką poduszkę finansową czyli minimum 6 – krotność miesięcznego wynagrodzenia, ma pod głową zaledwie co czwarty Polak lub Polka (24 proc.) W grupie osób, które zgromadziły jakiekolwiek oszczędności odsetek ten wynosi zaś 39 proc.
Ta sytuacja sprawia, że ludzie z największym poczuciem bezpieczeństwa finansowego to dziś w Polsce generalnie emeryci, którzy mają wprawdzie skromne bo skromne, ale jednak stałe dochody. Przynajmniej na razie stałe, bo nie wiadomo, czy rząd PiS, łatając dziury, nie sięgnie po pieniądze seniorów. – Badania jasno wskazują, że wysokość oszczędności mierzona wielokrotnością wynagrodzeń rośnie wraz z dochodami. Osoby zarabiające do 2 000 zł najczęściej deklarują, że odłożyły 6 – 7 miesięcznych pensji, podczas gdy badani zarabiający minimum 4 000 zł miesięczne najczęściej odpowiadali, że mają oszczędzoną ponad 12 – krotność wynagrodzenia – dopowiada Monika Szlosek.
Na wysokość oszczędności ma wpływ także liczba osób, będących w jednym gospodarstwie domowym. Najczęściej posiadanie odłożonych pieniędzy deklarują rodziny czteroosobowe (53 proc.), natomiast trudno jest je odłożyć gospodarstwom jednoosobowym, w których koszty stałe nie rozkładają się na więcej zarabiających członków rodziny.
Z drugiej jednak strony warto zauważyć, że najwyższe kwoty oszczędności deklarują gospodarstwa jedno lub dwuosobowe. Badania wskazują, że w ponad 42 proc. z nich odłożone pieniądze przekraczają sześciokrotność miesięcznego wynagrodzenia. Najniższe oszczędności posiadają, co zrozumiałe, gospodarstwa z większą liczbą dzieci, co najmniej pięcioosobowe – w prawie co czwartym z nich, wysokość odłożonych pieniędzy to równowartość pensji z zaledwie jednego miesiąca.
Wysokość posiadanych oszczędności Polaków generalnie rośnie wraz z wiekiem. Podczas gdy w grupie młodych dorosłych (18 – 29 lat) posiadanie zasobów w wysokości minimum 12 -krotności miesięcznego wynagrodzenia deklaruje mniej niż jeden na 10 badanych (7 proc.), to w grupie osób od 50 do 69 lat jest ich już prawie trzykrotnie więcej. Tu pozytywny wpływ na wzrost oszczędności zaczyna już wywierać emerytura.
Trudno jednak o dobre perspektywy życiowe dla mieszkańców kraju, w którym grupa mająca największe poczucie bezpieczeństwa finansowego to emeryci.

Jak długa fala tsunami

Kryzys jest dobrze widoczny na polskim rynku pracy, mimo wciąż niskiego bezrobocia.

Dane o rejestrowanym bezrobociu jeszcze nie odzwierciedlają wydarzeń ostatnich miesięcy: mnóstwo osób straciło źródło utrzymania, liczba ofert pracy na rynku zmalała i są one mniej atrakcyjne niż przed kryzysem.
Ograniczając swoją działalność w czasach kryzysu firmy rezygnują z zatrudniania nowych pracowników, redukują koszty (co odbija się na liczbie zatrudnionych pracowników i oferowanym wynagrodzeniu) oraz rezygnują z inwestycji – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Kryzys wywołany epidemią COVID-19 oraz falą regulacji destabilizujących działalność podmiotów gospodarczych jest wciąż głównym tematem debat, także dotyczących polityki społecznej. Kondycja rynku pracy, na którym zatrudnionych jest 16,5 milionów Polaków (dane Głównego Urzędu Statystycznego), często niesłusznie oceniana jest wyłącznie zero-jedynkowo – tylko na podstawie spadku bądź wzrostu rejestrowanego bezrobocia. Tymczasem poza rejestrowanym bezrobociem, kryzys jest dostrzegalny również w innych aspektach funkcjonowania rynku pracy.
Płytkie postrzeganie rynku pracy powoduje, że podstawowym celem programów rządowych (tzw. tarcz antykryzysowych) staje się „utrzymanie miejsc pracy”. Premier pod koniec kwietnia mówił o 2 milionach „uratowanych miejsc pracy”, w połowie maja (19.05) o 2,5 mln, a pod koniec maja liczba ta wzrosła do 4 milionów. Minister Marlena Maląg (14.05) oświadczała zaś, że rząd z sukcesem „ochronił” 5 mln miejsc pracy.
Informacje te wynikają z błędnej interpretacji faktu, że do ZUS i urzędów pracy wpłynęło ponad 5,8 mln wniosków o pomoc (dane z 10.06), a także z informacji z Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej z początku czerwca, wskazujących na stabilną liczbę aktywnych działalności gospodarczych (2,48 mln) – nawet większą niż na początku roku 2020.
Choć wiadomo, ile podmiotów dostało czasowe dofinansowanie, pożyczki, zabezpieczenia kredytów, to wyliczenie liczby „uratowanych miejsc pracy” jest po prostu niemożliwe. Miejsca pracy są bowiem likwidowane z różnych powodów, np. z powodu automatyzacji. Pojawiają się natomiast, gdy jest na nie zapotrzebowanie – zauważa TEP. Rząd zaś utożsamia liczbę firm, które otrzymały wsparcie płynnościowe i liczbę zatrudnionych w nich pracowników z „uratowanymi miejscami pracy”.
I co gorsza, nie widzi, że lekarstwo na kryzys na rynku pracy tylko pogłębi lub przedłuży chorobę, bo ma charakter krótkoterminowy. Podstawowe założenia działań rządu w ramach „tarcz antykryzysowych” i „tarczy finansowej” są błędne i ryzykowne – odroczą jedynie zwolnienia w czasie i sprawią, że bezrobocie rejestrowane będzie rosnąć do końca roku, także dlatego, że kryzys dotyka nie tylko Polski, ale całego świata.
Problemem są również oficjalne dane dotyczące bezrobocia. Może ono wynosić nawet ponad 10 proc. Jak wskazuje bowiem badanie „Diagnoza+” przygotowane przez Uniwersytet Warszawski, ośrodek badawczy GRAPE i Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, jedynie nieliczni (18 proc.) zarejestrowali się w urzędach pracy. Powody stojące za takim zachowaniem są różne: utrudnienia związane z rejestracją online w urzędach pracy, zamknięte budynki urzędów pracy, ryzyko zakażenia koronawirusem, np. w środku komunikacji miejskiej. Poza tym część zwolnionych jest w trakcie okresu wypowiedzenia i wciąż potencjalnie zwleka z rejestracją.
Ponadto, niewielki zasiłek dla bezrobotnych, który nie jest automatycznie gwarantowany po rejestracji w urzędzie pracy (należy spełnić kryteria ustawowe, a zasiłek otrzymuje zaledwie 17 proc. bezrobotnych, dane Międzynarodowej Organizacji Pracy) sprawia, że część osób nie wierzy w sens podejmowania kontaktu z urzędami pracy, w tym także szukanie zatrudnienia tą drogą.
Kryzys na rynku pracy będzie przypominał długą falę tsunami i dopiero się zaczyna. W trakcie kryzysu 2008-2009, na początku roku 2009 bezrobocie rejestrowane łagodnie rosło, natomiast w drugiej połowie roku przyśpieszyło, a jego wzrost trwał do marca 2010 roku. Światowej dekoniunktury nie da się uniknąć, więc ten scenariusz jest prawdopodobny.
Jeżeli poszerzymy nasze spojrzenie na rynek pracy, to rozmiary kryzysu są widoczne w spadku popytu na pracę. Komercyjne badania (Grant Thornton) pokazują, że w kwietniu ogłoszeń o pracę było o jedną czwartą mniej niż przed rokiem, w maju – o połowę mniej. Widać wyraźnie, że pracodawcy ograniczają swoje plany zatrudnieniowe -ocenia TEP. Optymizm wyrażany przez rząd, że liczba nowych ofert pracy wzrosła w maju 2020 r. w porównaniu z kwietniem 2020 r. aż o 37,7 proc. jest nieuzasadniony. Wzrost ten wynika bowiem z sezonowości pracy i zmniejszonej liczby obcokrajowców, w szczególności zza wschodniej granicy. Ponadto, pojawiające się nowe ogłoszenia z ofertami pracy są mniej atrakcyjne, bo np. pozbawione benefitów, m.in sportowych czy abonamentów medycznych. Oferty pracy tracą na atrakcyjności, ponieważ pracodawcy szukają oszczędności i muszą ciąć koszty.
Warto też zauważyć, że szeroko rozumiany rynek pracy to również wynagrodzenia – kwiecień 2020 r. był pierwszym od siedmiu lat miesiącem, w którym Polacy zarabiali mniej (dane za GUS, 2020), a wynagrodzenia w firmach zmalały o 1,4 proc. Również z „Diagnozy+” wynika, że gospodarstwa domowe zanotowały spadek dochodów z pracy.
I jeszcze jedno ważne zjawisko: w ostatnich miesiącach następuje intensywna cyfryzacja pracy – pracownicy uczą się korzystać z oprogramowania do pracy zespołowej, wykorzystywać zalety pracy 2.0, uzyskiwać zdalny dostęp do zasobów firmowych poprzez narzędzia do pracy grupowej, a także uczestniczyć w wirtualnych spotkaniach.

Opłaca się strajkować

Zakończył się strajk w International Papers Kwidzyn. Pracownicy dostaną wyższe wynagrodzenia, za co podziękować mogą tylko i wyłącznie własnej determinacji. Nie ukrywają jednak, że liczyli na więcej.

Podwyżka pensji zasadniczej o 3,1 proc. oraz 150 zł brutto; wypłata jednorazowego dodatku w wysokości 500 zł brutto – to warunki, jakie udało się wywalczyć reprezentantom załogi fabryki światowego potentata w dziedzinie produkcji wyrobów z papieru i tektury.

Oczekiwania załogi były wyższe, co przyznają nawet członkowie zakładowej „Solidarności”, który prowadzili negocjacje i którym zabrakło animuszu, by pociągnąć strajk przez dłuższy czas, co mogłoby skłonić kapitalistę do ustępstw. Związkowcy podkreślili, że strajk nie był celem ich działań i woleliby gdyby do niego nie doszło.

– W zasadzie nie powinno dojść do takiej sytuacji i jesteśmy zdziwieni jak daleko posunął się pracodawca – mówi w rozmowie z „Dziennikiem Bałtyckim” Marek Kordowski, przewodniczący Międzyzakładowego Związku Zawodowego Pracowników IP Kwidzyn. – Rzadko dochodzi przecież do zatrzymania takiej firmy jak IP. Gdy zaczęło się odstawianie kolejnych maszyn do końca liczyliśmy jednak, że pracodawca siądzie z nami do rozmów.

Pracownicy podkreślają, że wola dialogu ze strony szefostwa fabryki była minimalna. – Naprawdę byliśmy zaskoczeni tym, że pracodawca nie podjął żadnych prób porozumienia, ani po ogłoszeniu referendum, ani po ogłoszeniu strajku. Nie podjęto żadnych prób, aby nie dopuścić do tak trudnej i kosztowanej dla wszystkich decyzji – mówi Marek Ziarkowski z NSZZ „Solidarność” IP Kwidzyn.

Na początku czerwca pod fabryczną bramą odbył się protest załóg, sam strajk zakończył si kilka dni temu. W wiecu udział wzięło 400 związkowców z trzech organizacji działających w IP Kwidzyn: Międzyzakładowej Komisji Związkowej NSZZ „Solidarność”, Międzyzakładowego Związku Zawodowego Pracowników IP Kwidzyn oraz Związku Inżynierów i Techników IP Kwidzyn.

Strajk cieszył się poparciem 85 proc. załogi, pracownicy byli gotowi odmawiać pracy aż do skutku. Z kolei kierownictwo fabryki sprawiało wrażenie, jakby nic się nie działo. Zarząd zakładu przekonywał, że strajku się nie boi, bo na rynku papierniczym panuje zastój i i tak nie ma zamówień.

Po ogłoszeniu zakończenia rozmów, „Solidarność” przekonywała, że pracownicy mają na względzie również dobro całego przedsiębiorstwa. – Pomimo ogłoszenia strajku pracownicy zadbali bowiem o dobre odstawienie zakładu – mówił Kordowski, działacz „S”.

Wśród zatrudnionych pozostało poczucie niedosytu.

Lewica poprawia Tarczę 4.0

Parlamentarna Lewica zaliczyła duży punkt – Sejm uchwalił poprawkę zgłoszona jeszcze 5 maja br., by firmy, które biorą pomoc od państwa podlegały pewnym ograniczeniom realizującym zasady sprawiedliwości społecznej.

Poseł Adrian Zandberg jeszcze 5 maja zgłosił poprawkę w następującym brzmieniu:

„Maksymalna wysokość wynagrodzenia miesięcznego

1)kierowników, w szczególności dyrektorów, prezesów, tymczasowych kierowników, zarządców komisarycznych i osób zarządzających na podstawie umów cywilno-prawnych

2) zastępców kierowników w szczególności zastępców dyrektorów u wiceprezesów

3) członków organów zarządzających w szczególności członków zarządów

4) głównych księgowych

5) członków organów nadzorczych

– przedsiębiorcy, któremu udzielono pomocy nie może przekroczyć, w okresie od dnia zaakceptowania wniosku do dnia przypadającego po upływie 1 roku od udzielenia pomocy, 400 proc. przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z poprzedniego kwartału ogłaszanego przez Główny Urząd Statystyczny na podstawie przepisów o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych

2. Osobom, o których mowa w ust. 1 nie przysługuje prowizja od zysku, nagroda z zakładowego funduszu nagród oraz roszczenie z tytułu udziału w zysku lub nadwyżce bilansowej”

Sejm przyjął tę poprawkę 28 maja,, co oznacza ukrócenie możliwości niesprawiedliwego korzystania z pomocy publicznej.

Posłanka Marcelina Zawisza skomentowała to następująco na swoim profilu na Facebooku: „Wkurza was, że firma bierze pomoc publiczną, a prezesi i kadra zarządzająca nadal zarabiają krocie? No to właśnie w Sejmie, na wniosek Lewicy i Adriana Zandbega, przegłosował poprawkę, która to ucina. Liczę, że ustawa szybko wejdzie w życie i ta patologia się w końcu skończy!”.

Nic dodać, nic ująć.

Biedni pracujący w raju bankierstwa

Szwajcaria kojarzy się w Polsce z bogactwem i dobrobytem. Podczas pandemii widoczne staje się jednak i to, że ten dobrobyt nie dotyczy wszystkich.

Liczba mieszkańców kraju, którzy starają się o pomoc socjalną i korzystają z paczek żywnościowych, rośnie z każdym dniem. Chodzi przede wszystkim o ubogich pracujących, w pierwszej kolejności – migrantek z Filipin i Ameryki Łacińskiej, którzy pracowali w Szwajcarii w charakterze pomocy domowych i opiekunek do dzieci. Nie wszystkie pracowały legalnie. Kolejną poszkodowaną grupą są niskopłatni pracownicy zatrudnieni na budowach i w sektorze gastronomicznym.
W momencie, gdy ogłoszono ograniczenia związane z pandemią, ludzie ci zostali bez środków utrzymania. W 2015 r. liczbę biednych pracujących w Szwajcarii szacowano na 145 tys. ludzi – w czasie kryzysu liczba ta jeszcze wzrosła.
W Genewie pomoc niosą organizacje humanitarne we współpracy z władzami miasta. W ostatnią sobotę w kolejce po 1683 paczki żywnościowe ustawiło się znacznie więcej chętnych. Dystrybuowano je od 9 rano – ale zdesperowane kobiety czekały już od szóstej, obawiając się, zresztą słusznie, że dla wszystkich nie starczy. Pierre Philippe, dyrektor organizacji dobroczynnej Colis du Coeur dystrybuującej paczki i bony żywnościowe w porozumieniu z miastem, w rozmowie z lokalnym portalem 20min.ch stwierdził, że dopiero pandemia pozwoliła się przekonać, jak wielu jest ubogich pracujących, którzy do tej pory funkcjonowali w kraju niezauważeni. Tylko w sobotę w jego organizacji zarejestrowało się 662 nowych potrzebujących, by uzyskać całotygodniowy bon żywnościowy – 50 franków na osobę i odpowiednio więcej, do kwoty 150 franków, jeśli na jej utrzymaniu jest rodzina.
Dwa tygodnie temu genewskie organizacje dobroczynne przygotowały 650 paczek – zgłosiło się 1200 osób. W ubiegłym tygodniu rozdano 1370. Wczoraj było ich jeszcze więcej i znowu nie wystarczyło. – Ten problem będzie trwał – mówi 20min.ch przedstawicielka jednej z organizacji dobroczynnych. – Ludzie zaczynają znajdować dorywcze prace, ale to zajęcie na zasadzie: kilka godzin tu, kilka godzin tam. Nie wydaje nam się, by liczba potrzebujących przestała rosnąć.

Odsetki za niepłacenie wynagrodzeń!

Bezrobocie w Polsce utrzymuje się na stosunkowo niskim poziomie, średnie pensje rosną, wzrost PKB należy do najszybszych w Unii Europejskiej. Niestety rozwój gospodarczy nie wiąże się z ograniczeniem skali łamania przepisów na polskim rynku pracy.

Jedną z głównych patologii jest niepłacenie wynagrodzeń na czas, co dotyczy tak umów etatowych, jak i, tym bardziej, umów cywilno-prawnych. Wielu pracowników jest wręcz przyzwyczajonych do otrzymywania wynagrodzenia ze znacznym opóźnieniem i myśli tylko o tym, aby otrzymać pieniądze – o jakichkolwiek odsetkach za opóźnienie wypłaty nikt nie mówi.
Niepłacenie na czas jest procederem masowym i z raportów Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że co roku dotyczy kilkunastu procent badanych firm. Warto zwrócić uwagę, że opóźnienia w wypłatach odnośnie umów nieetatowych dotyczą nie tylko małych firm działających na granicy rentowności, ale też dużych przedsiębiorstw, które nie mają problemów z płynnością finansową.

Dlatego Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa przedstawił propozycję wprowadzenia obligatoryjnych odsetek za niepłacenie wynagrodzeń na czas wysokości 0,5 proc. zaległej wypłaty dziennie. Obecnie dochodzenie odszkodowań czy odsetek za opóźnienia w wypłacie wynagrodzenia należy do rzadkości. Ustawowe odsetki obecnie wynoszą 7 proc. w skali roku, ale nie są naliczane automatycznie i pracownik musiałby iść do sądu, aby je wyegzekwować. Mało kto korzysta z tego prawa, bo procesy ciągną się latami, a odsetki są niskie.
Tymczasem nie ma żadnego usprawiedliwienia dla niepłacenia pensji na czas. Terminowa wypłata stanowi jeden z podstawowych obowiązków pracodawcy i od każdej zwłoki pracodawca powinien płacić wysokie odsetki. Niewypłacanie pensji na czas to jedno z najcięższych naruszeń prawa pracy, więc kary w tym przypadku również powinny być wysokie. Ważne jednak jest to, aby nie tylko były one bolesne dla pracodawcy, ale przede wszystkim aby pracownik otrzymywał ekwiwalent za opóźnienie w wypłacie pensji. Stąd pomysł odsetek, które powinny być naliczane automatycznie, wedle przejrzystych reguł i niezależnie od rodzaju umowy.
Zgodnie z propozycją Związkowej Alternatywy za każdy dzień zwłoki pracodawca musiałby doliczać dodatkowe 0,5 proc. w stosunku do kwoty brutto zawartej w umowie. Przykładowo, gdyby chodziło o kwotę 4000 zł, jeden dzień opóźnienia oznaczałby obowiązek wypłacenia dodatkowych 20 zł brutto, a po miesiącu kwota by wzrosła o 30×0,5 proc. , czyli 15 proc. , a zatem 600 zł.
0,5 proc. dziennie to kara dosyć wysoka, ale wypłata wynagrodzenia jest podstawowym obowiązkiem pracodawcy, który powinien być bezwzględnie egzekwowany. Wszak jako konsumenci płacimy wysokie kary za łamanie przepisów, co dotyczy chociażby jazdy transportem publicznym bez biletu, różnych rodzajów mandatów czy opóźnień w płaceniu rachunków. Niepłacenie za mieszkanie może wiązać się nie tylko z odsetkami, ale w wielu przypadkach prowadzi do eksmisji. Również odsetki od kredytów bankowych, nie mówiąc o chwilówkach, znacznie przewyższają kary grożące pracodawcom nie płacącym wynagrodzeń terminowo. Nieregulowanie świadczeń na czas i niedotrzymywanie umów zazwyczaj kosztuje więc nas jako konsumentów i obywateli o wiele więcej niż pracodawców, którzy oszukują pracowników.

Nie ma pieniędzy, nie ma urzędników

Największy problem kadrowy mają pracownicy granicznych inspekcji weterynaryjnych.

„Średnia liczba kandydatów na miejsce podczas rekrutacji wynosi 1, a tylko 30 proc. naborów kończy się zatrudnieniem. Bardzo źle jest także w okręgowych urzędach górniczych. Tam, choć średnia liczba kandydatów wynosi 2, tylko 31 proc. naborów kończy się sukcesem” – alarmuje „Rzeczpospolita”.
Niezwykle trudna jest też sytuacja w wojewódzkich inspektoratach farmaceutycznych i powiatowych inspektoratach weterynarii. Na poważne, uniemożliwiające normalny rytm pracy niedobry kadr skarżą się także szefowie wojewódzkich inspektoratów nadzoru budowlanego i urzędy sprawujące pieczę nad żeglugą śródlądową.
Rada Służby Publicznej (RSP), działający przy Prezesie Rady Ministrów organ opiniodawczo-doradczy oceniający przebieg postępowań kwalifikacyjnych, konkursowych i egzaminacyjnych w służbie cywilnej i państwowym zasobie kadrowym, także bije na alarm. W naborach do administracji terenowej po prostu nikt nie startuje. Podczas swojego niedawnego posiedzenia Rada podjęła uchwałę, w której domaga się znaczących, „odczuwalnych” podwyżek dla urzędników.
Kandydatów ubiegających się o pracę w całej służbie cywilnej jest niemal pięciokrotnie mniej niż w 2014 r. Pace są zupełnie nieadekwatne do rangi zadań, kompetencji i odpowiedzialności, z którą muszą mierzyć się urzędnicy.
– Musimy zadbać o zarobki w administracji terenowej, ponieważ za chwilę w ogóle może nie być rąk do pracy – powiedział dziennikarzom Rz Tomasz Woźniak, przewodniczący RSP.
Rzeczpospolita poprosiła też o opinię Grzegorza Kubalskiego ze Związku Powiatów Polskich.
– Na przykład braki kadrowe w inspekcji budowlanej pociągają za sobą opóźnienia w oddawaniu budynków do użytkowania. Pierwszą ofiarą niedostatecznej obsady stanowisk jest system kontroli. W rezultacie samowola budowlana jest rzadko wykrywana. A ludzie za nieprawidłowości często winią samorząd, bo to starosta jest zwierzchnikiem powiatowego inspektora nadzoru budowlanego – powiedział dziennikarzom Kubalski.

Poczta i (nie)równe płace

Zrzeszony w nowej centrali związków zawodowych, Związkowej Alternatywie, Wolny Związek Zawodowy Pracowników Poczty domaga się daleko idących zmian w systemie wynagrodzeń na Poczcie Polskiej i podjęcia prac nad nowym zakładowym układem zbiorowym.

WZZPP wskazuje, że obecny system wynagrodzeń na Poczcie Polskiej dopuszcza olbrzymie nierówności płacowe między pracownikami zatrudnionymi na tych samych stanowiskach. W praktyce oznacza to, że zarząd może arbitralnie różnicować wysokość wynagrodzeń między pracownikami mającymi ten sam zakres obowiązków, w tym uprzywilejowywać pracowników należących do posłusznych mu związków zawodowych.
Zdaniem WZZPP obecnie obowiązujące rozwiązania są sprzeczne z prawem pracy i niesprawiedliwe. Stąd w dniu dzisiejszym przewodniczący związku, Piotr Moniuszko przesłał do zarządu Poczty pismo, w którym domaga się pilnego podjęcia prac nad nowym układem zbiorowym.
Równe place za tę samą pracę to jeden z postulatów programowych Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa. W ciągu najbliższych miesięcy będziemy walczyć o respektowanie tej zasady w wielu instytucjach państwowych, spółkach skarbu państwa i firmach prywatnych.

Poniżej treść pisma WZZPP do zarządu Poczty Polskiej.:

Równe traktowanie w zatrudnieniu jest jedną z podstawowych zasad prawa pracy. Pracodawca nie może dyskryminować pracowników z przyczyn wymienionych w kodeksie pracy. Jeśli świadczenie pracy wymaga od pracowników porównywalnego doświadczenia, kwalifikacji, odpowiedzialności czy wysiłku, to praca ta uznawana jest za pracę o jednakowej wartości. Pracownicy wykonujący takie same obowiązki powinni mieć wynagrodzenia w jednakowej wysokości. Nierówne wynagrodzenie w takich przypadku jest wykroczeniem przeciwko prawom pracownika i narusza przepisy kodeksu pracy.
Obowiązujący w Poczcie Polskiej S.A. Zakładowy Układ Zbiorowy Pracy, jako porozumienie pomiędzy pracodawcą, a częścią działających w PP S.A. związków zawodowych jest ewidentnym przykładem nierównego traktowania, wręcz wprowadza dyskryminację płacową pracowników. Tak zwane „widełki” w tabeli zaszeregowań powodują, że pracownicy zatrudnieni na tym samym stanowisku, wykonujący te same czynności, a więc pracę o tej samej wartości otrzymują wynagrodzenia zasadnicze różniące się nawet o 2000 zł.
Dołączając do tego niesprawiedliwie naliczany dodatek stażowy, bo liczony procentowo od wynagrodzenia zasadniczego, powoduje jeszcze większe różnice w ostatecznym wynagrodzeniu pomiędzy pracownikami.
W związku z powyższym, żądamy najpóźniej do 30 września 2019 r. rozpoczęcia prac nad nowym Zakładowym Układem Zbiorowym Pracy dla Pracowników Poczty S.A., który w sposób prosty, zrozumiały i przejrzysty zagwarantuje równe traktowanie nie tylko w zakresie wynagrodzeń, ale i dodatkowych świadczeń.

Kuratela wstaje z kolan

Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych przedstawił opinię do rządowego projektu dotyczącego wynagrodzeń kuratorów zawodowych i aplikantów kuratorskich. OZZKS kierunkowo poparł projekt Rozporządzenia w zakresie podwyższenia mnożników kwoty bazowej, ale zaznaczył, że wzrost mnożników jest zbyt niski.
Związkowcy wskazują, że wzrost kwoty bazowej, który nastąpił na mocy tegorocznej Ustawy Budżetowej, oraz proponowany wzrost mnożników podnosi wynagrodzenie w grupie kuratorów zawodowych oraz aplikantów kuratorskich o ok. 200 zł na etat. Podkreślają, że kwota bazowa nie była zmieniana w latach 2009-2018, a w 2019 r. wzrosła tylko o 43,1 zł. Dlatego OZZKS oczekuje znacznie większego wzrostu mnożników, który między innymi uwzględniałby poziom inflacji. Związkowcy wskazują, że w innych grupach zawodowych pracujących w sądownictwie wzrost wynagrodzenia w 2019 r. jest znacznie wyższy. Podwyżka, która została przyznana sędziom oraz referendarzom, w bieżącym roku wynosi średnio 600 zł na etat. Podwyżka dla urzędników sądów wyniosła ok. 200 zł, ale od października 2019 r. ma być uzupełniona o dodatkowe 450 zł na etat.
OZZKS negatywnie ocenił termin procedowania Rozporządzenia. Projekt przewiduje, że przepisy Rozporządzenia będą stosowane do ustalenia wysokości wynagrodzenia od 1 stycznia 2019 r., jednak projektodawca nie wziął pod uwagę poziomu inflacji. Biorąc pod uwagę obecny, szybki wzrost cen, okazuje się, że realny spadek wartości wynagrodzenia zasadniczego zgodnie z projektowanym rozporządzaniem w okresie styczeń – czerwiec 2019 r. wynosi po 46 zł, co stanowi niemalże 25% proponowanych podwyżek.
OZZKS proponuje podwyższenie wysokości mnożników dla wszystkich stopni służbowych oraz dla aplikantów kuratorskich po równo, o wartość 0,08 (czyli średnio ok. 155 zł), dodanie w Rozporządzeniu zapisów uwzględniających wzrost wynagrodzenia o procent inflacji w okresie od stycznia 2019 r. do daty wejścia w życie Rozporządzenia oraz pilne rozpoczęcie procedowania nad wzrostem wynagrodzenia kuratorów na 2020 r. tak, aby zmiany mogły być wprowadzone wraz z uchwaleniem Ustawy Budżetowej na 2020 r.
OZZKS domaga się też, aby wynagrodzenie zasadnicze kuratora zawodowego w danym roku było ustalane na podstawie przeciętnego wynagrodzenia w drugim kwartale roku poprzedniego.