Młodzi Polacy patrzą na wolny rynek

Jak najwięcej dla siebie, nic dla dobra wspólnego – jak wynika z badań dr hab. Adama Mrozowickiego z Uniwersytetu Wrocławskiego i dr. Jana Czarzastego ze Szkoły Głównej Handlowej tak mogłaby brzmieć dewiza współczesnego młodego Polaka. Może w trochę mniejszym stopniu młodej Polki, w końcu na Lewicę częściej głosują w tym kraju kobiety. Tak czy inaczej: młode pokolenie okazało się nie tylko niesolidarne, ślepo zachwycone wolnym rynkiem mimo kolejnych kryzysów, ale również mało przewidujące.

I nie są to wnioski z jednorazowych badań sondażowych, które łatwo można by było zakwestionować. Pracownicy naukowi swoje „Oswajanie niepewności”, bo taki tytuł głosi praca robiąca od kilku dni furorę, przygotowywali przez kilka lat. Dokładnie trzy lata trwało ustalanie, co najmłodsi polscy wyborcy – w wieku od 18 do 30 lat – myślą o działaniu gospodarki, o roli państwa, o wolnym rynku i o tym, jak sami chcieliby na tym rynku funkcjonować. Mowa o doświadczeniach pokolenia, które nie zna już z autopsji żadnej innej gospodarczej rzeczywistości, z jednej strony było wychowywane w absolutnym kulcie rynku, z drugiej jednak – miało szansę, za sprawą rodzinnych doświadczeń, przekonać się również o jego ciemnych stronach. Najstarsi z ankietowanych ponadto wchodzili w dorosłość dokładnie w czasie wielkiego gospodarczego kryzysu r. 2008 i statystycznie rzecz ujmując trudno, by młodość nie kojarzyła im się z umowami śmieciowymi. A jednak idea wolnego rynku nadal budzi jednoznacznie pozytywne skojarzenia, a zasadę konkurencji w gospodarce przyjmuje się bez zastrzeżeń. W badaniach pozytywnie wypowiada się o jednym i drugim 78 proc. odpowiadających. Tu jeszcze zaskoczenia nie ma. Trzydzieści lat wpajania, także w szkołach, kultu przedsiębiorczości czy bardzo długa absolutna dominacja neoliberalnych ekspertów ekonomicznych w głównych mediach – relatywnie niedawno podważona – musiały zrobić swoje. Jednak młoda polska miłość do nieskrępowanego wolnego rynku jest wyjątkowo niekonsekwentna. Chwaląc ideę, młodzi Polacy nie dostrzegają wszystkich jej konsekwencji.
Nie chcę płacić podatków, ale…
Zerwanie związków przyczynowo-skutkowych nabiera szczególnie tragicznego – tragikomicznego, jeśli ktoś lubi czarny humor – wymiaru we fragmentach dotyczących podatków oraz usług publicznych. Wieloletnie wbijanie ludziom do głów, że państwo zabiera (kradnie) im pieniądze, do spółki z obserwowaniem polskich instytucji publicznych z kartonu, dało efekt: 46,5 proc. młodych opowiada się za radykalnym obniżeniem obciążeń podatkowych. Wszystkim. 55 proc. nie chce płacić również składki emerytalnej, bo wychodzi z założenia, że bez powszechnego systemu emerytalnego byłoby lepiej, a każdy na przyszłość powinien odkładać sam. Efekt tego myślenia, nie tylko w wykonaniu młodych, można było zobaczyć, gdy na początku swojej kampanii kandydat Lewicy Robert Biedroń opowiedział o emerytce, której świadczenie wynosi niewiele ponad 200 zł. „Nie pracowała, ma za swoje”, „Popieram Pana, ale to już populizm, ona sama jest sobie winna” – takie komentarze posypały się także ze strony zdeklarowanych zwolenników socjaldemokratów.
Wracając jednak do poglądów najmłodszych wyborów. Otóż ci sami ludzie, którzy najchętniej nie oddaliby państwu ani złotówki, oczekują, że to samo państwo zapewni im bezpłatną służbę zdrowia (można się domyślić, że na lepszym poziomie niż ta, jaką oferuje dziś). Leczyć się za darmo chciało 72 proc. odpowiadających. Zdecydowanie przeważają również młodzi ludzie, którzy chcieliby stabilnego zatrudnienia na etatach – tu własne doświadczenie ze śmieciówek zdaje się wygrywać z indoktrynacją. Skąd państwo, pozbawione przychodów, miałoby finansować publiczne szpitale i przychodnie? Dlaczego nieskrępowany wolny rynek miałby nagle zrezygnować z umów, które pozwalają oszczędzać na pracownikach? Takie pytania pozostały poza horyzontem większości młodzieży.
Kiedy młodzież przyzwoliłaby na łamanie zasady wolnej konkurencji i nie sarkałaby, że państwo nie jest tylko nocnym stróżem? Okazuje się, że wtedy, gdy to, co publiczne, subsydiowałoby prywatne. Jeśli niemal 4/5 młodzieży uważa, że wolny rynek jest super, to niemal dokładnie tyle jest przekonanych, że wspieranie polskich firm przez państwo jednak jest pożądane. Ponad połowa (56 proc.) uważa również, że państwo powinno wprost pomagać w zakładaniu własnego biznesu, kierując fundusze z pieniędzy podatników na ten cel. Złośliwie można by dodać: przecież pieniędzy z podatków powinno być jak najmniej. Znowu jednak sprzeczność pozostała przez ankietowanych niezauważona. Prof. Juliusz Gardawski, charakteryzując postawy Polaków wobec gospodarki, nazwał podobną postawę ekonomicznym infantylizmem: sami nie chcemy dzielić się ani złotówką, ale wierzymy, że państwo z niczego stworzy coś, a konkretnie usługi publiczne na wysokim poziomie. Jeden z moich facebookowych znajomych, wyborca Lewicy z tych bardziej czerwonych, powiedział jeszcze dosadniej, że ze współczesnych Polaków, mimo wszystkich historycznych zawirowań, nie przestaje wychodzić paradoksalna mentalność mieszająca pozostałości po pańszczyźnie z myśleniem szlachciców na zagrodzie. Coś w tym jest.
Wychować swój elektorat
Niezależnie jednak od tego, jak bardzo polski kult małej i średniej firmy (bo już wielkich koncernów aż tak nie kochamy, nawet jeśli też nie nienawidzimy) oraz przedsiębiorczości ogólnie ma swoje korzenie w historii dalekiej, czy też ze szczególną intensywnością wtłaczano go do głów przez ostatnie dekady, jedno nie ulega wątpliwości: dobrze, że przynajmniej na socjaldemokratycznych polityków w Polsce ten czar już nie działa. Znakomicie, że publicyści i aktywiści piszą i krzyczą o dziurach w polityce mieszkaniowej, sprawniej łącząc fakty niż młodzież z badań Czarzastego i Mrozowickiego, związkowcy pokazują palcem niskie płace czy rozkwit śmieciówek, a posłowie i posłanki Lewicy potrafią z sejmowej trybuny napiętnować dziury w prawicowej polityce społecznej. Gorzej, że ci, którzy na nich głosowali, często nie myślą podobnie. Sprawa emerytki, która „sama sobie była winna”, to raczej symptom niż przykry wyjątek.
Na początku grudnia badania politycznych preferencji Polaków – już ze wszystkich kategorii wiekowych – przeprowadzone tradycyjnie przez CBOS pokazało, że 24 proc. zdeklarowanego elektoratu Lewicy najchętniej sprywatyzowałaby przedsiębiorstwa państwowe (wszystkie, tak wynikało z pytania), a 50 proc. popiera elastyczny rynek pracy. To mniej niż odsetek miłośników wolnego rynku bez ograniczeń w badaniu młodzieży, ale więcej niż wśród… zwolenników Konfederacji w badaniu CBOS. O wiele bardziej niż poglądy gospodarcze elektorat lewicowej koalicji jednoczyły sprzeciw wobec nacjonalizmu, rozmontowywania mechanizmów liberalnej demokracji czy zamachiwania się na prawa kobiet i mniejszości. Czy o to chodzi?
Na progu nowego kryzysu gospodarczego – raczej nie. Lewica ma przed sobą wielkie zadanie. Byłoby optymizmem nad wyraz powiedzieć, że spustoszenie w umysłach po tylu latach rynkowej indoktrynacji da się odkręcić. Działać w tym kierunku jednak trzeba. Może akurat wiara w to, że państwo jednak musi obywatelom coś zapewniać, może być punktem zaczepienia? By do tego patrzenia na gospodarkę wprowadzić chociaż minimum logiki?

Ograniczmy nierówności w zakładach pracy!

Krytykując ustawę Lewicy dotyczącą zmian w systemie emerytalnym, wielu posłów, tak z obozu rządzącego, jak i opozycyjnego, krytycznie odnosiło się między innymi do pomysłu wprowadzenia tzw. maksymalnej emerytury. Lewica chciała bowiem, aby maksymalna emerytura stanowiła co najwyżej sześciokrotność minimalnego wynagrodzenia. Dla polityków z innych partii, ale też przedstawicieli pracodawców, takie rozwiązanie byłoby niedopuszczalnym ograniczeniem dopuszczalnych nierówności.

Trudno zrozumieć opór wielu ekspertów i polityków wobec propozycji Lewicy, biorąc pod uwagę fakt, że obecnie zaledwie ok. 120 osób otrzymuje emeryturę przekraczającą sześciokrotność płacy minimalnej. Okazuje się, że wciąż nierówności w systemie emerytalnym nie są bardzo wysokie, a w każdym razie niższe od nierówności płacowych. Dlatego wydaje się, że warto zastanowić się nie tylko nad wprowadzeniem limitów nierówności w ramach systemu emerytalnego, ale przede wszystkim pomyśleć, jak ograniczyć olbrzymie nierówności płacowe.

Kokosy dla zarządów

Obecnie w wielu firmach, w tym w spółkach skarbu państwa, mamy często do czynienia z sytuacją, gdy znaczna część pracowników wciąż zarabia stawki oscylujące wokół płacy minimalnej, zwalnia się pracowników, tnie fundusz płac, a kadra zarządzająca otrzymuje gigantyczne honoraria. Dzieje się tak często niezależnie od kondycji zakładu pracy.
Prawie zawsze kosztami kryzysu obciąża się pracowników, a pensje prezesów nie są w żaden sposób skorelowane z wynikami firmy. Dla odmiany w okresie prosperity rosną zyski przedsiębiorstwa i pensje zarządów, opinia publiczna słyszy, że to wyłącznie oni są architektami sukcesów kierowanych przez siebie podmiotów. A płace pracowników? Oczywiście stoją w miejscu.

Pracownik nie ma motywacji

To mechanizm nieracjonalny, niesprawiedliwy i odbierający motywację do pracy. Brak mechanizmów partycypacji załogi w zyskach przyczynia się też do wzrostu nierówności społecznych, które niszczą więzi społeczne i wzajemne zaufanie, prowadzą do częstszych chorób i stresów, są zagrożeniem dla demokracji i dobra wspólnego. A przypomnijmy, że w Polsce te więzi niszczy również powszechna plaga przepracowania i nakręcanie przez media sztucznych nagonek.

W Polsce praktycznie nie istnieją układy zbiorowe, a związki zawodowe mają mały wpływ na funkcjonowanie rynku pracy. W tej sytuacji tym bardziej potrzebne są ustawowe mechanizmy ograniczania patologii na rynku pracy. Aby zapewnić partycypację pracowników w zyskach firmy i zarazem ograniczyć dysproporcje w zarobkach, warto rozważyć wprowadzenie limitów nierówności płacowych w obrębie przedsiębiorstwa.

Zmniejszyć dysproporcje

Takim rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie proponowanej niedawno przez Związkową Alternatywę zasady, zgodnie z którą dochody najlepiej opłacanego menedżera danej firmy nie mogłyby przekraczać ośmiokrotności zarobków najgorzej zarabiającego pracownika. Przy czym należałoby wprowadzić takie obostrzenia, aby zarobki kadry zarządzającej obejmowały wszelkie premie, nagrody i inne dodatki.

Gdyby więc najniżej opłacany pracownik zarabiał miesięcznie 3 tys. zł brutto, to prezes mógłby otrzymywać maksimum 24 tys. zł. Chcąc podwyższyć swoją pensję do 40 tys. zł, prezes musiałby zwiększyć minimalne wynagrodzenie w firmie do 5 tys. zł. . Gdyby sytuacja firmy była trudna i prezes chciałby obniżyć pensje pracownikom, musiałby równocześnie obniżyć również honorarium dla siebie.

W ten sposób pracownicy mieliby poczucie, że partycypują w zyskach firmy i ich zarobki są przynajmniej częściowo uzależnione od jej wyników. Hasła o wspólnej pracy całej załogi na sukces przedsiębiorstwa zyskałyby poważniejsze, materialne podstawy. Wprowadzenie tej zasady zwiększyłoby motywację do pracy i ograniczyło arbitralne, niczym nieuzasadnione nierówności w obrębie każdego zakładu pracy.

Kraj niskich zarobków

Z obliczeń GUS wynika, że kompletnie nieprawdziwe były szacunki, mówiące, że z powodu zniesienia limitu trzydziestokrotności składek płaconych na ZUS, ucierpiałoby finansowo aż 370 tys. Polaków.

Połowa zatrudnionych Polaków zarabia niespełna 3200 zł miesięcznie na rękę – wynika z szacunków Bankier.pl na podstawie najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego.
Raz na dwa lata GUS publikuje szczegółowe dane o wynagrodzeniach w Polsce. Opublikowany niedawno raport opisuje stan na październik 2018 r., a więc nie uwzględnia ostatniego roku, w trakcie którego obserwowaliśmy dalszy, kilkuprocentowy wzrost wynagrodzeń. Z wynikami raportu warto się zapoznać, ponieważ jest to jedyne tak szerokie i oficjalne dane opisujące sytuację polskich pracowników.
Połowa zatrudnionych pracowników otrzymywała do 4094,98 zł brutto (jest to mediana płac; czyli siłą rzeczy druga połowa zarabia więcej).
Oznacza to, że ta grupa rodaków, których płace mieściły się w dolnej połowie, w ubiegłym roku zarabiała średnio na rękę 2919,54 zł netto – wynika z obliczeń Bankier.pl. Trudno uznać to za kokosy, więc tzw. presja płacowa ze strony tak nisko zarabiających pracowników jest w pełni uzasadniona.
Warto zauważyć, że jest to jednak wynik o 584 zł brutto – czyli o 407,5 zł netto – wyższy od mediany płac obliczonej w październiku 2016 r. Dobrze to pokazuje, za jak nędzne pieniądze Polacy musieli wiązać koniec z końcem w ostatnich latach.
Przy założeniu, że przez ostatni rok środkowa płaca rosła w podobnym tempie co średnie wynagrodzenie, można z dużym prawdopodobieństwem obliczyć, że w październiku 2019 r. średnia płaca tej niżej zarabiającej połowy pracowników wyniosła 4337,85 zł brutto – czyli 3146,25 zł netto, do ręki. Takie są realne płace dużej części mieszkańców naszego kraju.
W raporcie GUS znajdziemy też informacje o najlepiej i najgorzej zarabiających. Okazuje się, że powyżej 40 000 zł miesięcznie brutto zarabiało w Polsce ok. 10 tys. osób pracujących w firmach zatrudniających ponad 9 osób. Wynagrodzenie w wysokości powyżej 10 000 zł otrzymywało zaś ponad pół miliona Polaków.
Te obliczenia dobrze pokazują, jak kłamliwe były szacunki, wskazujące, jakoby aż 370 tys dobrze zarabiających Polaków miało stracić na zniesieniu limitu trzydziestokrotności składek płaconych na ZUS.

 

Rosną płace, koszty życia i długi

Wzrost zarobków nie wybawi Polaków od kłopotów finansowych. Przeciwnie, może sprawić, że będziemy zadłużać się chętniej.

Stabilna sytuacja na starym kontynencie oraz rozwój technologiczny i wzrost gospodarczy, napełniają portfele Europejczyków, w tym i Polaków. Prognozy dają powody do optymizmu.
Według brytyjskiego raportu PwC, do 2040 r. płaca realna w naszym kraju wzrośnie o przeszło 140 proc. Dzięki temu, za dwie dekady polskie zarobki będą wynosiły 71 proc. wynagrodzeń mieszkańców Wielkiej Brytanii. Jeżeli chodzi o tempo wzrostu płac, lepszym wynikiem będą mogły pochwalić się jedynie Indie, Malezja, Indonezja i Chiny.
Z drugiej strony, najnowsze wyniki badań Intrum mówią, że co 3 osoba w naszym kraju pożycza pieniądze na pokrycie bieżących rachunków i nie jest zadowolona ze swojej kondycji finansowej. Czy zatem prognozowane podwyżki pensji oznaczają tylko powód do radości, bo wybawią nas od długów? Czy może jednak stanowią zapowiedź, że wraz ze wzrostem przychodów wzrosną także koszty życia, które według 70 proc. Polaków już są za wysokie i paradoksalnie sprawią, że będziemy zadłużać się jeszcze chętniej

Nigdy ich nie dogonimy

Według rozporządzenia Rady Ministrów minimalne wynagrodzenie w naszym kraju wynosi obecnie 2250 zł brutto miesięcznie. Jest to kwota daleko odbiegająca od pensji naszych marzeń.
Aż 40 proc. Polaków przyznaje, że nie ma wystarczających środków pozwalających na godne życie. Jesteśmy niezadowoleni z rosnących wydatków oraz z tego, ile pieniędzy zostaje nam pod koniec miesiąca po zapłaceniu rachunków i zrobieniu najpotrzebniejszych zakupów.
Pod rządami PiS, w ciągu ostatnich trzech lat wzrosły nasze rachunki za wodę, prąd, gaz, wywóz nieczystości, energię cieplną.
Mimo trudnej sytuacji finansowej niektórych Polaków okazuje się, że przyszłość może przynieść sporą poprawę. Spośród 21 państw przebadanych przez brytyjskich ekonomistów z PwC, nasz kraj pod względem dynamiki wzrostu pensji znalazł się na wysokiej, 5. pozycji.
Niestety, na tę poprawę będzie trzeba poczekać. Obecnie mieszkańcy Wielkiej Brytanii zarabiają średnio ok. 3 tys. dol, podczas gdy Polacy niewiele ponad 1,3 tys. dol. Nasze pensje w 2030 r. mają stanowić 57 proc. wynagrodzeń otrzymywanych na Wyspach.
Mimo zapowiadanego wzrostu płac w Polsce, średnie miesięczne wynagrodzenie w naszym kraju wciąż będzie niższe w porównaniu do innych, dojrzałych gospodarek na świecie. Kiedy pensja „Kowalskiego” zbliży się do 3 tys. dol., w Wielkiej Brytanii osiągnie prawie 4 tys. dol, a we Francji ponad 4 tys. dol.
To ciągle duża różnica, szczególnie biorąc pod uwagę zadłużenie, z jakim zmaga się niemała grupa Polaków. Średnio co 5. z nas pożycza pieniądze aby opłacić bieżące rachunki. Raty kredytów i pożyczek gotówkowych spłaca blisko 40 proc. Polaków, a kredytu hipotecznego 20 proc.
– Zadłużenie Polaków rośnie z każdym rokiem, a brak edukacji finansowej młodego pokolenia może prowadzić do pogłębiającego się na przestrzeni kolejnych lat kryzysu ekonomicznego zarówno w skali mikro, jaki i makro, mimo pozornie wzrostowych tendencji. Nie można także zapominać o pewnej zależności – podniesienie wynagrodzeń jest niestety często proporcjonalne do wzrostu cen, a więc w ostatecznym rozrachunku zupełnie nieodczuwalne – komentuje Tomasz Bienias, ekspert Intrum.

Czas dla wykwalifikowanych

Wysoka pozycja naszego kraju na liście państw, w których jest zapowiadany wzrost zarobków, to efekt szybkiego tempa rozwoju naszej gospodarki na tle pozostałych krajów Europy, ale także konsekwencja problemów demograficznych, które również dotyczą Polski. Chodzi tu przede wszystkim o starzenie się naszego społeczeństwa.
Powiększająca się luka kadrowa na rynku pracy widoczna w wielu branżach wpływa na wzrost wynagrodzeń. Powoli zbliżamy się do czołówki europejskich państw z minimalnym bezrobociem.
Pracownicy z wysokimi kwalifikacjami, pewni znalezienia satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy mają coraz większe wymagania dotyczące wynagrodzenia. A pracodawcy są doskonale świadomi, kto dziś dyktuje warunki na rynku pracy, dlatego nie mogą już oferować niskich pensji.
Do 2025 r. luka kadrowa w Polsce będzie się stale powiększać – możliwe, że do tego czasu konieczne będzie zatrudnienie ponad 1,5 mln osób. Takie prognozy wywierają presję na pracodawcach, którzy szukając kompetentnych i wykwalifikowanych pracowników, muszą o nich walczyć, proponując konkurencyjne warunki wynagrodzenia.
– Przez najbliższe dwie dekady wynagrodzenie w naszym kraju będzie stale rosnąć – mówi Tomasz Bienias.

Lepiej zarabiać więcej

Rozwiązaniem problemów na rynku pracy może być wzrost wynagrodzeń oraz inwestowanie w automatyzację niektórych procesów, które w niedługim czasie pomogą zastąpić pracę człowieka. Polska gospodarka ewoluuje i zmienia się. Nie tylko rynkowi giganci, ale także i mniejsze firmy w naszym kraju wdrażają najnowocześniejsze rozwiązania, by móc dalej się rozwijać i spełniać rosnące wymagania klientów.
Cyfryzacja i nowoczesne technologie wkraczają na dobre do polskich przedsiębiorstw, wyręczając człowieka, zarówno np. w kontakcie z klientem, jak i procesach produkcyjnych. Zachodzi prawdziwa rewolucja na rynku pracy. Coraz bardziej będą się na nim liczyć unikalne kompetencje i nietuzinkowe podejście do wykonywania powierzonych zadań.
Te zmiany oznaczają, że pracownicy w przyszłości będą angażowani w nowe, bardziej zaawansowane i wymagające zadania, otrzymując jednakże za swoją pracę lepsze wynagrodzenie, niż to ma miejsce obecnie.
Jest to tendencja zbliżona do panującej w rozwiniętych krajach zachodnich. Tam już dawno zauważono, że wraz z wzrostem zarobków rosną długi – ale i możliwości radzenia sobie z nimi. Dlatego, niezależnie od zadłużenia, dobrze byłoby, gdyby polskie płace wzrosły kiedyś o 140 proc.

Aspirują i awansują

Panie w Polsce tak skutecznie przebiły szklany sufit, że w zasadzie już go prawie nie ma.

Za kilka dni panie będą miały swoje coroczne święto. Ale, czy pod względem zawodowym, mają co celebrować? Ścieżka rozwoju zawodowego bywa wyboista, jednak jest coraz lepiej.
Statystycznie to panie w Polsce są lepiej wykształcone, ale wciąż w wielu firmach i urzędach najwyższe pozycje zajmują mężczyźni, a tylko nielicznym kobietom udaje się wejść do zarządów lub zająć wysokie stanowiska dyrektorskie.
To zrozumiałe, bo kobiety, z racji tego, że nikt ich nie zastąpi w pierwszych latach zajmowania się dziećmi, mają mniej czasu na zdobycie najwyższych funkcji – ale i tu następują zmiany.

Pną się do góry

Na podstawie raportu Hays, opublikowanego pod koniec 2017 roku, można oszacować, że jedynie 15 proc. dyrektorów zarządzających i prezesów firm działających w Polsce to kobiety. Nieco lepiej jest w firmach państwowych, jeszcze lepiej w urzędach, gdzie ten odsetek przekracza 30 proc.
W zarządach przedsiębiorstw prywatnych brakuje pań, ale aż 42 proc. z nich aspiruje do objęcia stanowiska dyrektorskiego lub roli prezesa firmy – więc zapewne wkrótce będzie ich znacznie więcej.

Otoczenie już nie przeszkadza

Wspomniane badania pokazują, że kierownictwa firm generalnie chętnie promują awanse pań na wysokie stanowiska.
Tylko 25 proc. pytanych kobiet jest zdania, że ich obecny pracodawca nie pomaga realizować im planu kariery zawodowej. Jednak w przypadku mężczyzn ten odsetek jest jeszcze mniejszy i wynosi jedynie 18 proc.
Te wskaźniki będą zmieniać się dość powoli. Niezaprzeczalnie jednym z najistotniejszych jest konieczność pogodzenia życia zawodowego z obowiązkami rodzicielskimi – a te obowiązki, siłą rzeczy ciążą w większym stopniu na kobietach, zwłaszcza gdy dzieci są bardzo małe.
W rezultacie aż 65 proc. kobiet i tylko 38 proc. mężczyzn zadeklarowało, że w swoich miejscach pracy napotkali na przeszkody w pogodzeniu obowiązków zawodowych z wychowywaniem dzieci.

Coraz mniejsze różnice

Istotnym, choć jednak stale się zmniejszającym, problemem na polskim rynku pracy jest nadal spora różnica w zarobkach kobiet i mężczyzn. W raporcie „Czas na kobiety” opracowanym w 2018 roku i przygotowanym przez Kongres Kobiet, wykazano, że w Warszawie sekretarka zarabia średnio 700 zł mniej niż mężczyzna na tym samym stanowisku, główna księgowa prawie 2000 zł mniej od głównego księgowego, podobnie projektantki systemów internetowych, gdzie różnica wynosi ok. 2700 zł.
Podane przykłady, choć operują wartościami średnimi, dotyczą akurat tych stanowisk, gdzie zróżnicowanie zarobków między kobietami i mężczyznami jest szczególnie duże. Generalnie jednak, w skali całej populacji, te różnice między płacami kobiet i mężczyzn na identycznych stanowiskach są coraz mniejsze i wynoszą niespełna 10 proc. Są to zresztą często różnice uzasadnione, bo przecież oczywiste jest, że główny księgowy jakiejś firmy mający duże doświadczenie zawodowe otrzyma wyższą pensję niż główna księgowa, która z racji wychowywania dzieci miała mniej czasu na zdobycie doświadczenia.
Zdarza się też, że w części przedsiębiorstw system płac jest różny w zależności od sytuacji rodzinnej pracownika. Zdarza się, że żonaci mężczyźni zarabiają więcej niż single. Mężatki mogą się spotkać z odwrotną sytuacją – proponowana im płaca może być niższa niż singielek, zwłaszcza bezdzietnych.

Pójść na swoje

Znaczącą tendencją w Polsce jest to, że kobiety często decydują się na założenie własnej działalności gospodarczej. Prowadzenie własnego biznesu jest szansą na odnalezienie się w realiach zawodowych, ale i na realizację rozmaitych planów. Wymaga to dużego zaangażowania i poświęcenia większej ilości czasu niż na etacie. Zdecydowanie nie jest to praca „od – do”. Jednak daje też możliwość takiego zarządzania czasem, aby pogodzić rozwój firmy z życiem rodzinnym.
Na pewno w dobrej organizacji pomocne są narzędzia, które znacznie upraszczają prowadzenie firmy, szczególnie w zakresie działań związanych z fakturami, obiegiem dokumentów, podpisywaniem umów. Największą pomocą będzie jednak mąż lub partner życiowy, wspierający kobietę „realizującą się” w biznesie.

Bogaty Zachód niezmiennie kusi

Ponad połowa polskich kobiet jest gotowa do szybkiego wyjazdu do pracy za granicą, jeśli tylko otrzyma atrakcyjną i satysfakcjonującą ofertę.

 

Najczęściej wskazywanymi kierunkami potencjalnej emigracji zarobkowej są Niemcy i Wielka Brytania. Polki wyjeżdżają za granicę nie tylko ze względów finansowych, ważne są dla nich również czynniki emocjonalne.
Chcą one poznawać świat i dokonywać zmian w swoim dotychczasowym życiu, a także spędzać urlop i wypoczywać poza Polską – takie dane wynikają z raportu pt. „Kobiety na emigracji zarobkowej”.

 

Kasa Misiu, kasa!

Z jakich powodów Polki decydują się na pracę za granicą? Jak wynika z badania przeprowadzonego przez agencję badawczą SW Research na zlecenie Promedica24 (próba reprezentatywna – 1262 ankiety z kobietami powyżej 18 roku życia) na pierwszym miejscu znajdują się oczywiście kwestie finansowe.
Ponad połowa badanych Polek (52 proc.) twierdzi, że za granicą zarobki są większe niż w Polsce i to je przekonuje do wyjazdu. Ten powód emigracji jest szczególnie istotny dla Polek w wieku do 35 roku życia.
Pracą za granicą są zainteresowane zarówno Polki z małych miejscowości i wsi, jak i dużych miast powyżej 200 tys. mieszkańców. Kobiety z naszego kraju skłonne do podjęcia pracy za granicą wskazują na trzy, ich zdaniem atrakcyjne kierunki. Poza wyjazdami do Niemiec i Wielkiej Brytanii (aż 45 proc. ankietowanych wskazało na obydwa te kraje) chętnie wybierane są Stany Zjednoczone (35 proc.), Holandia, Włochy i Norwegia.
Odpowiedzi respondentek są potwierdzeniem tendencji, którą obserwujemy od zawsze – że wyjazdy do naszych zachodnich sąsiadów są niezmiennie popularne. Oprócz tego, że w tych państwach można liczyć na wyższe zarobki, nie bez znaczenia jest też możliwość zdobycia doświadczenia, poznania nowych ludzi oraz miejsc.
Poziom zarobków jest podstawowym kryterium, szczególnie dla kobiet w wieku 45-60 lat. Aż aż 61 proc. z nich wskazało ten czynnik na pozycji pierwszej.

 

Robić to co umiemy

Innym ważnym kryterium jest zakres obowiązków dostosowany do kompetencji pracownika. To wynika z naturalnej skłonności by być dobrze dopasowanym do swojego stanowiska i robić to co jest zgodne z własnymi preferencjami i nabytym doświadczeniem.
Coraz częściej potencjalne kandydatki do pracy zwracają uwagę na elastyczność zatrudnienia, rozumianą – także i za granicą – jako możliwość nie tylko świadczenia pracy z domu, ale też wykonywania jej w najdogodniejszych przedziałach czasowych. Ważne też, żeby była to praca we wskazanych dniach i godzinach, określających jej rozpoczęcie i zakończenie. Taka możliwość jest szczególnie ważna dla Polek po 60 roku życia, ale też dla tych młodych, czyli przed trzydziestką.
Jak wynika z przeprowadzonego badania respondentki, które decydują się na wyjazd wskazują, że praca za granicą pozwala podnieść ich umiejętności językowe. Warto jednak zaznaczyć, że jednocześnie bariera językowa jest jednym z powodów, który zniechęca Polki do wyjazdu za granicę.
Panie zapytano również o źródła informacji dotyczące możliwości podjęcia pracy za granicą. Okazuje się, że rekomendacje bliskich i znajomych są najistotniejsze dla respondentek. Takim podpowiedziom szczególnie jednak ufają kobiety w starszym wieku, pochodzące z małych miast.
Niespełna 30 proc. osób szuka pracy za granicą korzystając z usług firm pośredniczących, przez agencje pracy.
– W szukaniu pracy poza granicami kraju niezwykle ważne jest odpowiednie przygotowanie się do wyjazdu i wybranie sprawdzonej oferty. Na rynku mamy obecnie wiele zagranicznych ofert, dlatego łatwo jest popełnić błąd przy wyborze i narazić się na współpracę z nieuczciwym pracodawcą. Wyjazd za granicę na własną rękę, zwłaszcza za pierwszym razem jest ryzykowny. Ważne jest nawiązanie współpracy ze sprawdzoną agencją pośrednictwa pracy – mówi Agnieszka Niedziela, ekspertka rynku pracy.

 

Tylko legalnie

Na co należy zwracać uwagę planując wyjazd do pracy za granicę? Według specjalistów, najważniejsze zasady związane z pracą za granicą można podsumować w kilku punktach.
Pierwszą kwestią jest podpisanie tam umowy, ponieważ to dowód legalności zatrudnienia. Równie ważne jest sprawdzenie oferty, zakresu obowiązków na miejscu oraz warunków zatrudnienia.
Koniecznie należy zweryfikować wiarygodność pracodawcy czy agencji, które wstawiają oferty pracy. O legalnym pośredniku możemy znaleźć dużo informacji, najłatwiej w internecie. Osoba szukająca pracy nie powinna płacić prowizji za jej znalezienie. Pośrednik organizujący wyjazd, nie może się jej domagać.

 

Spotkać kogoś

Na koniec, trzeba też wspomnieć, o wymienionym na wstępie „czynniku emocjonalnym”. Nie występuje on w przeprowadzonym badaniu, ale pojawia się w większości rozmów prywatnych z Polkami, pragnącymi wyjechać do pracy za granicą.
Otóż, ważna dla nich jest również możliwość spotkania cudzoziemca (co oczywiście dotyczy wyłącznie państw zachodnich, może z wyjątkiem rosyjskich oligarchów) – i ułożenia sobie z nim życia.
To czynnik istotny przede wszystkim dla kobiet niezamężnych, ale nie tylko. Jest też niemała grupa Polek, które biorą pod uwagę, że jeśli spotkają za granicą kogoś interesującego (czyli, przede wszystkim na odpowiednim poziomie zamożności), to wezmą pod uwagę rozwód lub rozstanie się ze swym stałym polskim partnerem.
Tak więc, zagraniczne wyjazdy „za pracą” mają wiele aspektów, pociągających panie z naszego kraju.

Czyja jest Polska?

Głosowanie w UE to wyższe zarobki polskich pracowników, ale w związku z tym również mniejsza konkurencyjność polskich firm na rynkach zachodniej Europy.

 

Te fundamentalne pytania musi sobie zadać każdy obywatel/obywatelka Polski po głosowaniu w Parlamencie Europejskim dyrektywy UE w sprawie pracowników delegowanych. Według większości mediów głosowanie za tą ustawą było antyrządowe i generalnie rzecz biorąc antypolskie,

 

Więc gdzie ta antypolskość?!

Idąc na skróty chodzi o to, że pracownik jednego kraju UE pracujący w innym kraju UE ma zarabiać tyle, co pracownik tego kraju. Czyli – Polak pracujący np. w Danii ma zarabiać tyle co Duńczyk. Gdzie tu antypolskość? Ale – zostańmy przy duńskim przykładzie.
W Danii zostaje ogłoszony przetarg na zbudowanie czegoś tam. Do przetargu stają firmy np. duńskie, francuskie, brytyjskie, greckie itd., ale również polska.
I problem polega na tym, że polska firma wykonująca prace budowlane w Danii zatrudnia polskich pracowników i płaci im tak jak za pracę w Polsce – czyli nędznie. Stająca w przetargu np. firma francuska zakłada płacenie pracownikom według stawek francuskich, tak samo firma brytyjska, hiszpańska itd.

 

Gdzie ta walka z Polską, o której tak krzyczą media?

Problem polega na tym, że wykonanie zlecenia wymaga ileś tysięcy tzw. roboczogodzin. I godzina pracy polskiego pracownika w Polsce jest znacznie niższa niż godzina pracy francuskiego pracownika we Francji.
Czyli oferta polskiej firmy jest znacznie bardziej atrakcyjna, bo Polacy pracują za polskie stawki, co powoduje, że polska oferta jest znacznie tańsza. Czasem jest tak, że żadna firma nie dostaje wykonania całości  inwestycji – pracuje kilka firm. Obok siebie pracują np. Francuzi i Polacy – tyle tylko, że Francuzi zarabiają w euro kilka razy więcej niż Polacy ze stawkami z okolic Rzeszowa czy Lublina.
W dyrektywie UE chodzi o to, żeby ci przykładowi Francuzi i Polacy zarabiali tyle samo. No i to podobno według polskich komercyjnych mediów jest antypolskość!!
No tak.
Mogą być straty. Bo teraz polskie firmy nie będą w Europie zachodniej dawać niższych, de facto dumpingowych stawek kosztów wykonania zlecenia w wyniku niskich kosztów pracy.
Polscy pracownicy pracujący na zachodzie za pośrednictwem polskich firm będą więcej zarabiać.
Tylko pytanie – na ile to obniży konkurencyjność polskich firm za europejskich rynkach? Czyli głosowanie w UE to wyższe zarobki polskich pracowników, ale w związku z tym również mniejsza konkurencyjność polskich firm na rynkach zachodniej Europy.

 

Gdzie tu Polska, gdzie patriotyzm?

Myślę, że do tej pory polskie firmy pracujące na Zachodzie pracowały tak, że zarządy firm i kadra menadżerska zarabiała jak na Zachodzie, a pracownicy tak jak w Polsce.
I ci ludzie, okradający swoich pracowników, teraz płaczą i wrzeszczą o „niszczących Polskę decyzjach UE”.
A będzie tak: prawdopodobnie część polskich firm stosujących do tej pory maksymalnie niskie stawki płac już nie będzie mogła funkcjonować na rynkach starej UE. W pozostałych trzeba będzie urealnić zarobki – pracownicy będą zarabiać według stawek UE, a zarządy i menadżering według zdrowego rozsądku, a nie jak dziś według własnych wyobrażeń.

 

No i czyja jest Polska?

Pracowników czy pracodawców? Dzięki decyzjom UE polscy pracownicy w UE będą zarabiać więcej, mniejsze będą zyski polskich pracodawców. I to podobno jest antypolskie.
Oczywiście nieprawda. Prawda jest taka, że polskie media są antypracownicze i reprezentują interes polskiego kapitału.