Pajęczyna intryg

„Czasami jak czegoś nie widać, to znaczy więcej, niż jakby było widać”.

Poznawanie nowych twórców jest dla mnie jedną z najważniejszych korzyści płynących z czytania, dlatego w miarę możliwości staram się korzystać z okazji i sięgać po książki debiutujących, zwłaszcza rodzimych autorów.
Tym razem moją uwagę przykuła „Persona non grata” – obszerna powieść kryminalna spod pióra farmaceuty, Piotra Liany. Mężczyzna ceni sobie elegancką, salonową prozę, jak również brutalny naturalizm. Nie stroni przy tym od trudnych tematów, a ironia i czarny humor go bawią.
Na kartach książki opublikowanej nakładem Wydawnictwa Oficynka w październiku ubiegłego roku, pisarz przenosi czytelnika do Kłobuczki – fikcyjnej wsi osadzonej w dolinie niedaleko Dukli, o której można wiele powiedzieć, ale z całą pewnością nie to, że jest spokojna i wesoła. Wkrótce bardzo dotkliwie przekona się o tym przybyły z Tarnowa, pogrążony w rozpaczy po tragicznej śmierci rodziców, Bożydar Szczocarz. Tuż przed Niedzielą Palmową, na listowną prośbę ciotuni Wichrzysławy, która jest teraz jedyną rodziną, puka do jej drzwi. Pragnie odpocząć, ale nie jest mu to dane, ponieważ we wsi ktoś dopuścił się morderstwa miejscowej prostytutki, Maryny Hurman. „Palma upada, dach się zapada, żyrandol buch! Dziewczynę w brzuch”. Ale czy na pewno? Komu zależy na jej śmierci? Niczego nieświadomy, nieznający wiejskich realiów Bożek, stawia sobie za punkt honoru rozwiązanie zagadki, co z kolei zmusza go do przejścia przez labirynt oszustw, kłamstw i matactwa oraz spycha w czeluści własnej, mrocznej przeszłości, ściśle związanej z 1983 rokiem i tragedią rodziny Samozwańców. Jaki będzie finał? Czy mężczyźnie uda się rozwiązać zagwozdkę i powrócić do korzeni? Nie jest to takie oczywiste, ponieważ poczciwa Wichrzysława niczego nie ułatwia…
Młody gorliczanin na plan pierwszy wysunął postać Bożydara Szczocarza, pieszczotliwie zwanego Bożkiem – trzydziestoletniego rudzielca, który ukończył studia botaniczne, a następnie podjął pracę w urzędzie ochrony środowiska i lecznictwa. Zwabiony pod dach krewnej, szybko staje się obiektem zainteresowania mieszkańców, zwłaszcza pani Orłowskiej – rozsądnej, przedsiębiorczej, sprytnej i zaprowadzającej porządek twardą ręką gospodyni, która upatruje w nim kandydata na męża Czesławy – nierozgarniętej córki, zwanej przez nią łachudrą.
Ale tarnowianinowi nie w głowie ożenek. Jego myśli krążą bowiem wokół wydarzeń dostarczających naszemu bohaterowi, jak i czytelnikowi wielu emocji, które ze wszystkich sił próbuje ostudzić z marnym skutkiem, ciotunia.
Wichrzysława Mniszech wzbudza wiele sympatii wykrzykując słynne: „O ja się zastrzelę!”. Jawi się jako stara panna z wyboru, kochająca siostrzeńca, porcelanowe lalki, ale nade wszystko – niezdrowe jedzenie. Jej kulinarny talent cenią nawet księża, dlatego jako wiceprzewodnicząca rady parafialnej, dba, by i oni mogli skosztować jej specjałów.
Postać ciotuni w moim odczuciu wiedzie prym wśród bohaterów, ale po piętach depczą jej: Faustyna Abramek – właścicielka kocicy, stetryczała dewotka piastująca urzędy gospodyni w parafii pw. św. Marii Magdaleny oraz przewodniczącej rady. Jest również autorką płomiennych kazań głoszonych przez proboszcza. W tym korowodzie nie mogło zabraknąć przedstawiciela lokalnej policji, Szymona Podlaskiego – butnego biurokraty i jego upośledzonego brata, Syracha. Różnorodność i realizm postaci z całą pewnością przemawiają na korzyść historii opowiedzianej piękną, obfitującą bogactwem słownictwa polszczyzną.
Piotr Liana zadbał, by mimo iż obszerna, książka nie dłużyła się, przeciwnie – aby pochłonęła odbiorcę bez reszty, dlatego zadał sobie niemały trud zapraszając na wieś niepodatną na zmiany, rządzącą się z dawna utartymi zwyczajami. Wyobraźnia pisarza pozwoliła uknuć intrygę, której przebieg i konsekwencje mieszkańcy Kłobuczki zapamiętają na długo, gdyż opiera się na listach powstałych ze stu dwudziestu czterech zwrotów, zmyślnie wyjętych z Pisma świętego. Ułożone odpowiednio tworzą anonimy skierowane do mieszkańców: Agnieszki Sothe – błyskotliwej kosmopolitki, fotografki, malarki i lesbijki zarazem, Arnoldzika Orłowskiego – podporządkowanego władczej żonie, Bonifacego Furmana – damskiego boksera, od którego Marta, bez cienia skargi przyjmuje raz po raz wymierzane cięgi w imię źle pojętej wierności. Prócz nich, listy otrzymują: sołtys Męciński – mąż i ojciec trojga dzieci, jak również tajemnicza Persona.
O tym, kto jest nadawcą wszystkich listów oraz czy wśród wymienionych osób jest ta, która wysłała Hurmanównę na tamten świat, dowiadujemy się niespiesznie, zadając sobie w myślach jeszcze szereg innych pytań, a uzyskane po drodze odpowiedzi, niczym pojedyncze puzzle, składają się na całość nietypowej układanki, której obraz w ostatecznym rozrachunku zaskoczy nawet najbardziej wymagającego czytelnika. Ale czy może być inaczej? Przecież „po wsi grasuje psychopata, ludzie giną jeden po drugim, najpobożniejsza katoliczka używa Biblii jako oręża, płomienie żrą świątynię – milutko”.
Dlatego mam nadzieję, że sięgniecie po tę powieść i jak ja pozwolicie się schwytać w „milutką” pajęczą sieć intryg, misternie utkaną przez mordercę młodej prostytutki. W przeciwieństwie do denatki, wyplączecie się z niej bez ryzyka zagrażającego życiu lub zdrowiu, ale w Waszej wyobraźni jeszcze długo gościć będą obrazy z piekła rodem.

Piotr Liana – „Persona non grata”, wyd. Oficynka, Gdańsk 2015, str. 662, ISBN 9788364307546