Krew płynie drogami, a statystyki się zaniża

Główne przyczyny tragedii to oczywiście zachowania polskich kierowców, wskazujące, że w dużej części są to osoby z poważnymi zaburzeniami psychicznymi, często niebezpieczne dla otoczenia. Ale nie tylko.
Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej pod względem bezpieczeństwa ruchu drogowego. W ciągu ostatnich 10 lat (2010 – 2020) rocznie ginęło w Polsce średnio ponad 3,2 tys. osób (ok. 8 każdego dnia). W samym tylko 2019 r. ponad 37 tys. osób zostało rannych, a straty spowodowane wypadkami szacowane są na ponad 56 mld zł rocznie.
Korzystający z dróg w Polsce są ponad trzy razy bardziej narażeni na utratę życia w następstwie wypadku, niż podróżujący po drogach Szwecji czy Norwegii. Podstawowa przyczyna to oczywiście zachowanie polskich kierowców, wskazujące, że w dużej części są to osoby z poważnymi zaburzeniami psychicznymi, często niebezpiecznymi dla otoczenia. Jednak nie tylko o to chodzi.
Brak spójnego i kompleksowego systemu zapewnienia bezpieczeństwa ruchu drogowego, rozproszenie odpowiedzialności za stan bezpieczeństwa ruchu, niska skuteczność egzekwowania prawa, stanowiący szczególny problem nietrzeźwi kierowcy, niewystarczająca jakość dróg – zwłaszcza niższej kategorii czy też niezadowalający poziom szkolenia kierowców to – obok niebezpiecznych zachowań ludzi siadających za kierownicą – główne przyczyny dużej liczby wypadków drogowych.
Na polskich drogach ciągle leje się krew. Warto przypomnieć, że od 2004 r. do 2013 r. na drogach zginęło ponad 47 tys. osób, a ponad pół miliona zostało rannych, z czego wielu zostało inwalidami do końca życia.
Niestety, mimo propagandowych obietnic, rząd Prawa i Sprawiedliwości nic nie zmienił w sprawie bezpieczeństwa ruchu. Najwyższa Izba Kontroli dokonała analizy danych za lata 2015 – 2019, czyli w okresie, gdy PiS już zdobyło władzę. Okazało się, że nie było żadnych przesłanek, które wskazywały, że nastąpiła istotna poprawa bezpieczeństwa ruchu drogowego zarówno w ujęciu krajowym, jak i w odniesieniu do innych państw europejskich.
Konkretyzując, w okresie tym spadła liczba wypadków oraz ofiar ciężkich (o 5,1 proc.) i lekkich (o 13,1 proc.), natomiast znacznie wzrosła (o 25,5 proc.) liczba kolizji drogowych. Liczba ofiar śmiertelnych wypadków drogowych kształtowała się na zbliżonym poziomie (w 2015 r. – 2 938, natomiast w 2019 r. – 2 909). W tej najsmutniejszej kategorii nie nastąpiła zatem niemal żadna poprawa.
Zauważalną zmianę przyniósł natomiast rok ubiegły, kiedy to nastąpił spadek liczby wypadków o ponad 22 proc. w stosunku do 2019 r. Zginęło w nich 2 491 osób, a ranne zostały 26 436 osoby (odpowiednio 14,4 proc. i 25,4 proc. mniej w stosunku do 2019 r.). Tyle, że nie ma w tym ani zasługi PiS-owskich władz, ani samych kierowców.
„Główną przyczyną tego stanu rzeczy była sytuacja związana ze stanem epidemii i ograniczeniami w przemieszczaniu się, która spowodowała, że ruch na drogach w 2020 r. był znacząco niższy niż w latach ubiegłych, a nie systemowa poprawa stanu bezpieczeństwa na drogach” – nie ma wątpliwości NIK.
Co gorsza, w ubiegłym roku, z powodu załamania w służbie zdrowia, do jakiego doprowadziły rządy PiS, wzrosła umieralność w wypadkach. Izba podkreśla, że pomimo znacznego spadku liczby zdarzeń drogowych, wzrósł wskaźnik osób zabitych na 100 wypadków (z 9,6 w 2019 r. do 10,58 w 2020 r.), a Polska niezmiennie pozostaje w czołówce państw europejskich, w których na skutek wypadków drogowych ginie najwięcej osób.
Kierowcy wymagający izolacji i leczenia to jedno. Inna sprawa, że w Polsce wciąż nie ma powszechnego i spójnego systemu oddziaływania na bezpieczeństwo w ruchu drogowym. Dzieje się tak mimo rekomendacji wielu instytucji w tym Banku Światowego.
Jak wykazała kontrola NIK, Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, mimo szerokich ustawowych kompetencji, nie była w stanie skutecznie wypełniać funkcji inicjatora i koordynatora działań administracji rządowej w sprawach bezpieczeństwa ruchu drogowego. NIK wskazuje, że nie zostały przyjęte priorytety działań Rady, nie odbyło się żadne posiedzenie stacjonarne, a jej prace ograniczały się wyłącznie do obiegowego uzgodnienia i przyjęcia dokumentów, co do których istniał taki obowiązek.
Ponadto, KRBRD nie zainicjowała lub choćby zaopiniowała projektu jakiegokolwiek aktu prawnego, mimo, że w okresie tym procedowane były projekty istotnych ustaw związanych na przykład z pierwszeństwem pieszych przechodzących przez przejścia dla pieszych, z zapobieganiem ingerencji w przebieg licznika pojazdu mechanicznego, a także ze zmianami w systemie badań technicznych pojazdów. Rada nie zajęła się też wdrażaniem rekomendacji po kontrolach NIK. Jak widać więc, KRBD jest tylko ciałem fasadowym, służącym głównie celom propagandowym.
Za czasów rządów Platformy Obywatelskiej wykonano dość znaczący krok w kierunku stworzenia – rekomendowanego już dawno przez NIK – krajowego systemu bezpieczeństwa ruchu drogowego. Wiosną 2015 r. ustanowiono bowiem urząd Pełnomocnika Rządu do spraw Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. Niestety, stanowisko Pełnomocnika funkcjonowało tylko przez około 20 miesięcy. Gdy bowiem w 2015 r. Prawo i Sprawiedliwość przejęło władzę w Polsce, zaczęło unicestwiać działania poprzedników, nie chcąc, żeby obywatele kojarzyli rządy PO z jakimikolwiek pozytywnymi poczynaniami. Polska miała być w ruinie – i na tym gruzowisku dopiero PiS miało zacząć budowę czegoś nowego. Ofiarą takiego podejścia padło nie tylko bezpieczeństwo na drogach, ale na przykład także wprowadzony przez rządy PO system dopłat do kredytów mieszkaniowych, ułatwiający zdobycie własnego M, który został zlikwidowany przez rząd PiS.
NIK wskazuje też, że w Polsce brakuje systemu analizy efektów działań podejmowanych w celu poprawy bezpieczeństwa. Prowadzone są różne, często kosztowne tzw. kampanie społeczne, ale nikt nie bada, czy przynoszą one jakiekolwiek pozytywne skutki. Wprawdzie Komendant Główny Policji, w związku z pogarszającymi się statystykami wypadków drogowych, zwrócił się w 2016 r. o przeprowadzenie stosownych badań do ośrodków naukowo-badawczych, lecz z uwagi na brak możliwości zapewnienia ich finansowania, badania te nie zostały przeprowadzone. Obecna władza oszczędza bowiem na bezpieczeństwie obywateli. Woli wydawać pieniądze tychże obywateli na upamiętnianie „żołnierzy wyklętych”. „Kłopoty z finansami od wielu lat dotyczą praktycznie wszystkich podmiotów zaangażowanych w bezpieczeństwo ruchu drogowego” – podkreśla NIK.
Za rządów Platformy Obywatelskiej przyjęty został w 2013 r. Narodowy Program Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego do 2020 r. Rząd PiS oczywiście nie kwapił się do jego realizacji. Jak wykazała kontrola NIK, Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego nie wiedziała o stanie realizacji założeń i celów tego programu, nie dokonywała analiz, nie wprowadzono okresowych badań pozwalających na ocenę faktycznego wpływu podejmowanych działań na poziom bezpieczeństwa ruchu drogowego w Polsce. „Przewodniczący KRBRD (jest nim minister właściwy do spraw transportu), mimo upływu prawie siedmiu lat realizacji Programu, nie wiedział o tym co zrobiono, by wdrożyć te zamierzenia” – zauważa NIK.
Oczywiste jest – ale oczywiście nie dla obecnej władzy – że bezpieczeństwo ruchu drogowego wymaga ciągłej analizy, by zaproponowane i wdrożone rozwiązania prawne rzeczywiście powodowały poprawę stanu bezpieczeństwa oraz umożliwiały szybką odpowiedź na to, co dzieje się na drogach i ulicach (np. na masowe wykorzystanie hulajnóg elektrycznych).
NIK zauważa, że cały szereg od dawna procedowanych zmian nie doczekał się w ogóle realizacji. Dotyczyło to np. zapowiadanych zmian w zakresie maksymalnej kwoty grzywny, którą można nałożyć w postępowaniu mandatowym. Rząd PiS dopiero teraz postanowił się tym zająć, w wyniku najnowszej informacji NIK o fatalnym stanie bezpieczeństwa na polskich drogach.
Osobny problem stanowią drogi w Polsce. Należą one do jednych z najbardziej niebezpiecznych w Unii Europejskiej. Przyczynia się do tego także ich fatalne oznakowanie, sprawiające wrażenie, jakby miało specjalnie wprowadzać w błąd kierowców.
Co gorsza, rząd PiS wykazał się jednocześnie i nieudolnością, i marnotrawstwem. „Niestety, poprawa infrastruktury drogowej i poniesienie znaczących nakładów nie przyczyniło się do radykalnej poprawy wskaźników bezpieczeństwa ruchu drogowego” – jednoznacznie stwierdza NIK. Izba także widzi, że oznakowanie dróg w Polsce jest poniżej wszelkiej krytyki. „Problemem jest prawidłowe i dostosowane do realnych potrzeb oznakowanie dróg” – podkreśla NIK.
Od wejścia Polski do UE nastąpiło wyraźne przyśpieszenie budowy nowych odcinków autostrad i dróg ekspresowych. Miało to przyczyniać się do ograniczenia liczby najgroźniejszych w skutkach wypadków, zwłaszcza zderzeń czołowych i bocznych. Mimo to na polskich drogach ekspresowych i autostradach ciągle dochodzi do dużej liczby wypadków drogowych z ofiarami śmiertelnymi i ciężko rannymi.
Niezależnie od wprowadzającego w błąd oznakowania, zły jest także stan techniczny polskich dróg. Rodzi się więc pytanie: na co faktycznie wydano grube miliardy złotych, przeznaczane jakoby przez rząd PiS na budowę i remonty dróg? Bo roboty ślimaczą się latami, a efektów nie widać.
Stan techniczny dróg zależy m.in. od tego, kto nimi zarządza. Drogami krajowymi zajmuje się Generalna Dyrekcja Dróg krajowych i Autostrad.
„Ogólny stan techniczny nawierzchni sieci dróg krajowych zarządzanych przez GDDKiA w ciągu ostatnich lat utrzymywał się na zbliżonym poziomie (z pewnymi wahaniami). Mimo to, na koniec 2020 r. nadal prawie 40 proc. tych dróg znajdowało się w stanie złym bądź niezadowalającym, a na natychmiastowe remonty potrzeba było aż 4,8 mld zł – przy czym GDDKiA planowała wydać na nie około 500 mln zł” – podkreśla NIK. Czyli, mamy tu do czynienia z workiem bez dna. Pieniądze na remonty płyną, ciągle trzeba ich coraz więcej, a sytuacja się nie poprawia. Co więc, u Boga ojca, rząd PiS robi z kasą podatników, przeznaczaną ponoć na poprawę infrastruktury drogowej? Wygląda na to, że za ogromne pieniądze obywateli rząd wykonuje pracę równą zeru, chwaląc się przy tym swą skutecznością, która jak widać, jest praktycznie żadna.
Inna sprawa, że w jeszcze gorszym stanie są drogi na szczeblu powiatowym, gdzie żaden skontrolowany fragment nie osiągnął stanu zadowalającego. Rząd PiS chwali się rzekomymi funduszami, mającymi wspierać drogi lokalne, ale prawda jest taka, że z powodów finansowych zarządcy powiatowi i gminni ograniczali naprawy, remonty i modernizacje.
Nadzór nad ruchem drogowym jest prowadzony przede wszystkim przez policję i Główny Inspektorat Transportu Drogowego. Trzeba zauważyć, że polepszeniu ulega poziom przeszkolenia specjalistycznego policjantów, dotyczący bezpieczeństwa ruchu. Kiepsko jest jednak z łapaniem kierowców prowadzących pod gazem. NIK wskazuje, że niejednokrotnie do oceny stopnia stężenia alkoholu w wydychanym powietrzu wykorzystywano urządzenia pomiarowe, które nie zostały poddane obowiązkowemu wzorcowaniu lub kalibracji.
„W dziewięciu z dziesięciu skontrolowanych komend były nieprawidłowości dotyczące niezapewnienia wymaganej kalibracji ponad połowy posiadanych urządzeń. Ponadto, wskutek nieprzeprowadzenia odpłatnej kalibracji sensorów w terminach określonych w kartach gwarancyjnych, dopuszczono do utraty gwarancji łącznie 20 urządzeń pomiarowych. W połowie skontrolowanych komend nie wykonano koniecznej dla kwalifikacji czynu czynności wzorcowania 14 urządzeń pomiarowych służących do prawidłowego udokumentowania stopnia zawartości alkoholu u kierującego” – podkreśla NIK. Jak poważny to problem niech świadczą dane policji – w 2020 r. ponad 10 procent użytkowników dróg uczestniczyło w wypadkach pod wpływem alkoholu.
„Niestety działania właściwych organów administracji publicznej oraz obowiązujące regulacje prawne, rozwiązania organizacyjne i techniczne nie przyczyniały się do skutecznej eliminacji z ruchu osób znajdujących się pod wpływem alkoholu lub innych substancji działających podobnie do alkoholu” – konkluduje Izba, wskazując na fikcyjność działań podejmowanych przez obecne władze.
Nawet mimo prawomocnych orzeczeń sądów o zakazie prowadzenia pojazdów, osoby skazane ponownie kierowały pojazdami w stanie nietrzeźwości, guzik się przejmując tymi wyrokami. W 2020 r. skazano 6 184 osoby za prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwości lub pod wpływem środka odurzającego, które były wcześniej już prawomocnie skazane za prowadzenie pojazdu pod wpływem tych substancji. Jak widać, PiS-owskie państwo działa tylko teoretycznie.
W dodatku, nie wiadomo, jakie są rzeczywiste statystyki wypadków w Polsce. Wygląda na to, że podawane dane są wyraźnie zaniżone. „Wciąż ograniczona jest wiarygodność danych o zdarzeniach drogowych” – zwraca uwagę NIK.
Izba wskazuje, że zakres zdarzeń drogowych podlegających rejestracji w Systemie Ewidencji Wypadków i Kolizji został ograniczony tylko do tych, które zaistniały lub miały początek na drodze publicznej, w strefie ruchu lub strefie zamieszkania, a nie odnosi się do szerokiego pojęcia „ruchu lądowego”. Takie podejście powoduje oczywiście, że oficjalna liczba tragedii na drogach jest dużo mniejsza od liczby rzeczywistej. Tymczasem, według ustalonej linii orzeczniczej Sądu Najwyższego kryterium „ruchu lądowego” nie należy wiązać wyłącznie z formalnym statusem konkretnej drogi, czy też określonego miejsca, lecz z faktyczną dostępnością i rzeczywistym wykorzystaniem dla ruchu pojazdów i innych uczestników ruchu drogowego. Niestety, w Polsce, nie uwzględnia się wszystkich zdarzeń, żeby statystyki wyglądały korzystnie.
Przykładem niech będzie wypadek, który zdarzył się koło Bełchatowa, 9 czerwca 2020 r. Na ogólnodostępnej drodze zginęło dwóch motocyklistów w miejscowości Dębina. Policjanci z komendy w Bełchatowie ustalili, że odcinek drogi gminnej, na której doszło do tego wypadku został, uchwałą gminy został w 2017 r. pozbawiony kategorii drogi publicznej. To wystarczyło, żeby nie umieścić o nim informacji w SEWiK. Takich wypadków, nie istniejących w statystykach, jest oczywiście znacznie więcej. Władzy to jednak odpowiada, bo przecież nie chce się przyznawać, że sytuacja na polskich drogach jest coraz bardziej tragiczna.
Ponadto, jak wykryła NIK, w praktyce policyjnej funkcjonuje też zdarzenie nazwane „wypadkiem statycznym”. To zdarzenie, w którym jedynym poszkodowanym był jego sprawca i które nie jest kwalifikowane jako wypadek. Wydawać by się mogło, że policja powinna gromadzić dane dotyczące wszystkich zdarzeń drogowych, w tym o powstałych obrażeniach u wszystkich uczestników tych zdarzeń, niezależnie od tego czy jedyną ofiarą był sprawca zdarzenia. W Polsce jednak, jak widać dzieje się inaczej.
Zdarza się też, że w SEWiK odnotowano lekkie obrażenia, choć w wyniku zdarzenia piesi doznali obrażeń ciężkich, a nawet ginęli. Na przykład w Zgierzu w systemie SEWiK nie odnotowano informacji o zmarłym poszkodowanym, który kilkanaście dni wcześniej został ranny w wypadku.
Drugą służbą odpowiedzialną za bezpieczeństwo ruchu drogowego w Polsce jest Główny Inspektorat Transportu Drogowego. W jego gestii znajduje się system automatycznego nadzoru nad ruchem drogowym. Składają się na niego stacjonarne urządzenia rejestrujące, urządzenia do odcinkowego pomiaru prędkości i urządzenia do rejestracji przejazdu na czerwonym świetle. Wpływ GITD na bezpieczeństwo ruchu jest jednak znikomy. Według stanu na 31 grudnia 2020 r. było zainstalowanych 485 takich urządzeń, tj. średnio 1,6 na tysiąc km kw. powierzchni Polski. Dla porównania w Belgii było 37 takich urządzeń na km kw, a w Niemczech 10.
W GITD, a szczególnie w Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym (CANARD) wciąż brakuje pracowników. W rezultacie, nie wobec wszystkich prowadzących pojazdy naruszające ograniczenie prędkości obowiązujące w miejscu ustawienia urządzenia, podejmowane sa dalsze działania. Technika trafia zatem w próżnię kadrową. Wciąż nie zostały też wdrożone skuteczne mechanizmy umożliwiające egzekwowanie odpowiedzialności za naruszenia przepisów ruchu drogowego w stosunku do obcokrajowców spoza UE. Skoro jest mało ludzi, procedury trwają długo i często kończą się niczym. W samym tylko 2018 r. przedawnieniu uległo 467 370 (około 17 proc. ) spraw o szacunkowej wartości mandatów 71 974 980 zł!.
Wiele do życzenia pozostawia system szkolenia kandydatów na kierowców. Świadczą o tym dane o wypadkach powodowanych przez młodych i niedoświadczonych kierowców. W 2019 r. w 4 910 takich wypadkach zginęły 462 osoby, a rannych zostało 6 409.
Źle wygląda także ratowanie ofiar wypadków. Nie zbudowano dotychczas ogólnokrajowego cyfrowego systemu łączności radiowej, który umożliwiałby bezpośrednią wymianę informacji pomiędzy służbami ratowniczymi. Obecny system analogowy nie umożliwia jednoczesnej wymiany informacji pomiędzy wieloma abonentami, co może mieć negatywny wpływ na skuteczność akcji ratunkowej.
Wszystkie dane, zebrane przez NIK, pokazują, że stan bezpieczeństwa na polskich drogach jest fatalny, a bezczynność i nieudolność rządu zasługuje na słowa krytyki. Niestety, mało jest nadziei, że sytuacja w nadchodzących latach się poprawi.