5 grudnia 2022

loader

Ten okropny Michel Houellebecq

fot. wydawnictwo Agora

W „Dzienniku okupacyjnym” Stanisława Rembeka wyraża się w rzadki sposób to, co zwykłem nazywać alchemią lektury. Odnotowywana przez pisarza szara, straszna i groźna rzeczywistość okupacyjnej Polski pod czytelniczym okiem przetworzyła się w obraz tak fascynujący, że trudno się o niego oderwać. Rembek swoimi zapiskami objął okres od lutego 1940 do stycznia 1944 roku. Tego zapisu dokonał, zasadniczo, z perspektywy podwarszawskiej prowincji, a tylko niektóre fragmenty związane są z jego wizytami w Warszawie.

Autor posłowia, Maciej Urbanowski napisał, że „oryginalność zapisów Rembeka polega przede wszystkim na tym, że jego perspektywa jest perspektywą mieszkańca prowincji czy też „bocznicy dziejów”, że użyję metafory, którą zastosował Andrzej Kijowski, pisząc o wojennych esejach Kazimierza Wyki.

Nałkowska obserwowała wojnę z perspektywy warszawskiej kamienicy i trafiki, Bobkowski z okien paryskiej mansardy i z bruku francuskiej szosy, Rembek zaś tkwi w Grodzisku Mazowieckim i Milanówku, od czasu do czasu wizytując nieodległą stolicę” (…)Widziana stamtąd z perspektywy małej, zapyziałej mieściny wojna jest nie tyle apokaliptyczną rzeźnią czy fascynującą przygodą intelektualną, ile fantastycznym, groźnym, ale zarazem monotonnym zamętem”. Właściwie zapiski Rembeka można nazwać tyleż dziennikiem co kroniką codziennych zdarzeń. Nie ma tu intelektualnych passusów, filozoficznych przemyśleń, uwag do lektur, nie ma tu perspektywy oczytanego inteligenta. Rembek, w końcu pisarz, a więc ktoś kogo nie sposób podejrzewać o brak wiedzy i skłonności do refleksji antropologicznej, z tego wszystkiego zrezygnował, stawiając na to lakoniczny, chłodny, rzeczowy, dotykający spraw prostego bytu codziennego.

Dziennik przepełniony jest obficie uwagami o staraniach o żywność, jej zakupach, zdobywaniu, o cenach podawanych drobiazgowo, zdobywaniu opału, drobnych czynnościach życia rodzinnego, codziennymi, regularnymi uwagami o aktualnej aurze atmosferycznej, od których rozpoczyna każdy prawie dzienny zapisek. To wyłącznie zapis „okupowanej Polski dnia powszedniego”, by strawestować tytuł znakomitego studium naukowego Tomasza Szaroty. W dzienniku Rembeka, jak zauważa Urbanowski, „brak tak charakterystycznych dla dziennika intymnego introspekcji, autoanaliz. Brak też tak typowych dla wojennych dzienników (Bobkowski, Trzebiński) czy esejów (n.p. „Legendy nowoczesności” Czesława Miłosza) prób obrachunków, czy to z przedwojenną Polską, czy Zachodem. Nie, Rembek i tutaj pozostaje nieufny wobec rozumu i teorii, i tu jest specyficznym antyintelektualistą, cały czas koncentrując się na zapisie faktów, na obserwacji konkretu.”.
Niektórzy analitycy prozy Rembeka poczytywali mu to za wadę jego tekstu, zarzucając mu „perspektywę spłaszczoną, pozbawioną wszelkiej tzw. głębi”, enumeratywność narracji, stosowanie „parataksy” czyli traktowanie wszystkich składników narracji, zdarzeń i osób na równi, bez stosowania gradacji ważności.

„Efektem tego, niezamierzonym” ma być „czarna groteska”. Jednakże Rembek wyzbył się w swoim pisaniu nie tylko aspektu intelektualnego, ale i pisarskiego, literackiego, artystycznego. Można rzec, że wyzbył się w tym przypadku ambicji literackich, mimo że w kilku miejscach sygnalizuje swoje prace literackie, n.p. redagowanie powieści o Józefie Wybickim „Szabla i przemoc”, oraz publicystyczne. Młodszy od niego o pokolenie Miron Białoszewski banalność egzystencji cywila w czasie Powstania Warszawskiego przetworzył w swoim „Pamiętniku…” w literackie złoto.

W tej magmie codzienności tylko z rzadka pojawiają się refleksy spraw „pozacodziennych”, n.p. uwaga o ojkofobii części inteligencji polskiej („Rozmawialiśmy o Niemcach i o Polakach. Zdaje się, że udało mi się go przekonać o wartościach twórczych naszego narodu. Zresztą więcej jest wątpiących w to inteligentów (…) niż ludzi ze sfer mniej wykształconych. Poznałem młodego Truszkowskiego. Należy do tego typu „inteligentów” polskich, którzy wszystko złe widzą w swoim narodzie, a wszystkie zalety w obcych, zwłaszcza wrogich. W tym przypadku oczywiście wychwalał Niemców”. Nie sposób pominąć kwestii usytuowania dziennika okupacyjnego Rembeka pośród dokonań innych autorów w tym zakresie. Poza wspomnianymi wyżej Wyką, Bobkowskim, Nałkowską, czy Trzebińskim, wypada wymienić także okupacyjną część dzienników Marii Dąbrowskiej, Karola Irzykowskiego, Karola Ludwika Konińskiego, Zygmunta Landaua, Leopolda Buczkowskiego, Hugo Steinhausa czy wydanych w tym roku dzienników Aurelii Wyleżyńskiej. W większości przypadków ich autorzy nie wyzbywali się ambicji uogólniających, wyrafinowanej refleksji. Z kolei Koniński potraktował okupacyjny czas jako zapis religijnych, graniczących z mistycyzmem solilokwiów religijnych.

Najbliższy, najbardziej podobny do dziennika Rembeka wydaje się dziennik Kazimierza Wyki, ale jeśli miałby porównywać wartościująco oba te teksty, zdecydowanie wskazałbym na twórcę „Wyroku na Franciszka Kłosa”. Fascynująca lektura. Niewiarygodne, że tak frapująco można pisać o czasie marnym i o jego banalności.

Krzysztof Lubczyński

Poprzedni

American dream po polsku

Następny

Banksy w Ukrainie