
Sejm przyjął ustawę zabraniającą hodowli zwierząt futerkowych. Fermy muszą zostać zlikwidowane do końca 2033 roku. W zamian za zamknięcie katowni przedsiębiorcom przyznano prawo do odszkodowań. Przyzwoitość i powszechna praktyka nakazują wypłacać rekompensaty ofiarom, a nie oprawcom. Dlaczego nasi posłowie chcą wynagradzać sprawców bestialstwa zamiast wesprzeć poszkodowanych? Czy zawsze musimy opierać naszą kulturę na prawie własności, zamiast na współczuciu?
Nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt przewiduje bezwzględny zakaz chowu i hodowli zwierząt futerkowych, z wyjątkiem królika, w celu pozyskania z nich futra. Właściciele ferm mają 8 lat na wygaszenie swojej działalności. Wedle różnych źródeł z ostatnich lat w Polsce działa obecnie od około 300 (dane Komisji Europejskiej) do 400 (liczby Głównego Inspektoratu Weterynarii) ferm zwierząt futerkowych. Nasz kraj pozostaje jednym z największych producentów skór takich ssaków na świecie. Jest tym samym liderem w zakresie okrutnego torturowania i bestialskiego mordowania norek, lisów, jenotów czy szynszyli.
Jak wskazuje prof. Andrzej Elżanowski, zoolog, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Etycznego: „Zwierzęta futerkowe to inteligentne, wrażliwe ssaki, których potrzeby i doznania są w pełni porównywalne z potrzebami i doznaniami kotów czy psów, Trzymanie takich zwierząt na drutach, w małych klatkach, zabijanie lisów przez wkładanie elektrody do odbytu i zamykanie obwodu przez przykładanie drugiej elektrody do pyska – to podłość.” Eksperci są zgodni, że całkowity zakaz hodowli zwierząt w celu pozyskiwania z nich futer jest jedynym rozwiązaniem, które pozwala uchronić te ssaki przed bólem i cierpieniem i powinno być wprowadzone w każdym cywilizowanym państwie. Nie ma bowiem możliwości zastosowania żadnych środków pośrednich, jak np. powiększanie klatek, gdyż zwierzęta futerkowe potrzebują dużych przestrzeni, których fermy nie są w stanie zapewnić. W Europie zakazy takiej hodowli są już standardem. Zostały przyjęte między innymi w Austrii, Belgii, Niemczech, Holandii, Luksemburgi, Słowenii, Chorwacji, Serbii czy Macedonii. A w naszym regionie w Czechach, Słowacji, Estonii, Litwie i Łotwie.
Zamknięcie takich katowni w naszym kraju jest zatem zupełnie zrozumiałe, a do tego wpisuje się w obowiązujący w tej części świata kanon. Lepiej, że nasi parlamentarni przedstawiciele zrozumieli to dopiero teraz, niżby mieli aprobować kontynuację tego przemysłowego gwałtu i masowej przemocy. Tylko dlaczego przyszło im do głowy by ten mocno spóźniony przejaw oświecenia i elementarnej moralnej sprawiedliwości zdeformować równoczesnym przyznaniem wynagrodzenia dla autorów tego niepojętego ludzką miarą bólu? Przyzwoitości zawsze musi towarzyszyć cena? Akt człowieczeństwa musi się opierać na transakcji, handlu i utargu zamiast litości, życzliwości i współodczuwaniu?
Podstawowy ludzki odruch nakazuje bowiem rekompensować szkodę ofierze, a nie sprawcy. Nasi parlamentarzyści przyznali jednak moralne pierwszeństwo autorom tego niewyobrażalnego cierpienia. Rocznie w polskich farmach udręczanych i zabijanych jest około 3 milionów zwierząt. To ocean przemocy i bólu. Uchwalone przepisy wynagradzają te sadystyczne praktyki, zupełnie pomijając w tej układance pozaludzkie zwierzęta od lat torturowane i przemielane na futra w nadwiślańskich fermach kaźni.
To perfidne odwrócenie sprawiedliwości moralnej. Zamiast uznania przewin wobec zwierząt traktuje się wyzyskiwaczy jako ofiary. To zresztą nic nowego. Typowa kapitalistyczna logika. Odszkodowania otrzymywali przecież właściciele niewolników (w Wielkiej Brytanii pożyczkę zaciągniętą w połowie XIX wieku na takie rekompensaty podatnicy zakończyli spłacać dopiero w … 2015 roku). U nas też zawsze dominowało podobne myślenie nakazujące gloryfikację sprawców przemocy. Po zniesieniu pańszczyzny uwłaszczeni chłopi płacili wszak podwyższony podatek gruntowy pozwalający skarbowi państwa finansować odszkodowania wypłacane tym, którzy od wieków korzystali z pańszczyźnianej gehenny. Zresztą myślenie w kategoriach profitu mamy zakorzenione dużo głębiej – nie mamy żadnego problemu by personifikować korporacje (to przecież osoby prawne), a nie potrafimy sobie tego samego wyobrazić w stosunku do zwierząt posiadających świadomość doznaniową. Ot, taki przejaw oświeceniowego rozumu.
Współczesna nauka nie ma już przecież wątpliwości, że zwierzęta futerkowe to istoty czujące i dysponujące całym wachlarzem emocji i potrzeb. Wielu naukowców wskazuje, że ssaki te mają na tyle rozwiniętą inteligencję oraz samoświadomość, że powinny być poddane podobnym wymaganiom etycznym jak zwierzęta ludzkie. Dziś już wiemy, że indywidualność, świadomość czy samoświadomość nie są cechami typowo ludzkimi, a zwierzęta pozaludzkie posiadają neuroanatomiczne, neurochemiczne i neuropsychologiczne odpowiedniki ludzkiej świadomości oraz zdolności do intencjonalnego zachowania. Jeśli zatem prawo nakazuje zamykać fermy tortur to jednak przyznaje (choć nie wprost), że coś z takimi miejscami jest mocno nie halo. I wszyscy wiemy co – chodzi o cierpienie tych wszystkich odczuwających istot. Skoro prawodawca jest tego świadom (a wskazuje na to uzasadnienie projektu ustawy), to dlaczego konsekwentnie tego cierpienia, choćby symbolicznie, ani nie nazywa ani nie wynagradza? Serio w takiej sytuacji należy wspierać upasiony na tej tragedii biznes? Naprawdę mamy tak przeorane mózgi bogobojnym kultem dla prawa własności?
Jesteśmy narodem od lat dumnym z tego, że art. 1 ustawy o ochronie zwierząt ustanawia tak zwaną dereifikację zwierząt (czyli wyłącza je z kategorii rzeczy). Uchwalona teraz nowelizacja zaprzecza takiemu podejściu uznając mordowane ssaki za zwykły towar podlegający tradycyjnym zasadom obrotu, w którym za wyłączenie możliwości prowadzenia działalności gospodarczej należy się kasa. Nie ma dla ustawodawcy żadnego znaczenia na czyim cierpieniu ten zysk był od lat budowany. I chociaż nasza elita polityczna lubi czerpać wzorce z Zachodu to w tych państwach, gdzie zakazano już hodowli zwierząt futerkowych w zdecydowanej większości z nich żadnych odszkodowań dla przedsiębiorców nie przyznano. No nic, my nieustannie pracujemy na miano Teksasu Europy. Zamiast powiedzieć wprost, że przemoc to zło, nasi posłowie mówią, że zakończenie przemocy to niedogodność. Zamiast stwierdzić, że gwałt jest moralnie naganny, polscy politycy sygnalizują, że może on stanowić fundament zdrowej, rodzimej przedsiębiorczości.
Jak taka wypłata odszkodowań dla zwierząt miałaby zatem wyglądać w praktyce? To banalnie proste. Prawnie proste – bo mentalnie to odmienna czasoprzestrzeń. Istnieją tu dwa sposoby,
Po pierwsze, wystarczy wyposażyć zwierzęta w podmiotowość prawną. Każdy bowiem system prawny, z przyczyn związanych ze skomplikowaniem ludzkich potrzeb i interesów, kreuje podmiotowość osób nie będących ludźmi. Taki los spotkał wymienione już korporacje, ale też przykładowo w USA kiedyś okręty. W takiej Szwecji spółki prawa handlowego mogły głosować w wyborach lokalnych między rokiem 1861 a 1920 rokiem. A więc – odmowa przyznania podmiotowości zwierzętom z tego powodu, że są one odmienne od ludzi i brakuje im jakiegoś ludzkiego komponentu pomija fakt, że prawo już wcześniej tego komponentu często nie wymagało.
Okazuje się bowiem, że kiedy system ekonomiczny i prawny uznają, że rozszerzenie podmiotowości na inne kategorie sprzyja ludzkim interesom to wtedy pojęcie podmiotowości okazuje się bardzo elastyczne i wymóg posiadania ‘godności istoty ludzkiej’ przestaje mieć znaczenie. W tym miejscu warto wskazać, że odmawianie zwierzętom jakiegokolwiek stopnia upodmiotowienia nie przeszkadzało w tym by te same zwierzęta były sądzone i skazywane tak, jak gdyby jednak były podmiotami osobowymi (ostatnie udokumentowane skazanie zwierzęcia w procesie karnym w Polsce miało miejsce w 1763 w Uściu Solnym). Co więcej, osobowość prawną przyznano nawet kiedyś pewnym kategoriom ludzi, którzy tej podmiotowości byli pozbawieni, czyli niewolnikom oraz … kobietom! Przyznawanie podmiotowości prawnej należało więc zawsze do tych, którzy mieli władzę i tym samym stanowiło ono odzwierciedlenie stosunków władzy.
W tym scenariuszu zwierzęta wyposażone w osobowość prawną byłyby po prostu podmiotami praw i obowiązków. Z perspektywy historycznej pozycja prawna zwierząt jest identyczna do pozycji ludzi marginalizowanych w przeszłości. I zawsze, gdy pojawiał się pomysł by zmienić status nie-osoby na status osoby czy quasi-osoby to pojawiał się zdecydowany sprzeciw tych, którzy na cudzym gwałcie korzystali. Po prostu zanim kategoria pozbawiona praw otrzyma swoje prawa, nie jesteśmy w stanie dostrzec w tej kategorii niczego innego poza przedmiotem do naszego użytku. W tej upodmiatawiającej propozycji zwierzęta jako podmioty, czy choćby tylko kategoria wyposażona w ściśle określone uprawnienia, miałyby co najmniej jeden interes, który byłby chroniony przed poświęceniem dla ludzi – czyli interes w kontynuowaniu swojej egzystencji.
Po drugie – bo opcja nadania zwierzętom podmiotowości prawnej wydarzy się u nas za jakieś 450 lat – ludzkość wypracowała już przez wieki wielowariantowy model opieki (czy to nad dziećmi czy osobami, które nie są w stanie samodzielnie kierować własnym postępowaniem). Model ten świetnie nadaje się do zarządzania prawami zwierząt – w tym do występowania o odszkodowania należne za cierpienia zadane ssakom futerkowym. Już teraz określone organizacje mogą skutecznie domagać się przed sądami i organami państwa respektowania praw zwierząt oraz żądania, aby osoby łamiące prawa zwierząt były ścigane a ich czyny penalizowane. Do pomyślenia byłby zatem rodzaj rzecznika praw zwierząt, czy też kuratora praw zwierząt, z funkcjami zbliżonymi do Rzecznika Praw Człowieka.
Zwierzęta mogą mieć bowiem prawo do czegoś, ale mogą nie mieć praktycznej możliwości realizacji swojego uprawnienia. Przy zwierzętach możemy mówić wyłącznie o stronie biernej podmiotowości. Dzieci, podobnie do zwierząt, wyposażone są tylko w bierną stronę podmiotowości, a jednak nie odmawiamy im prawa do bycia podmiotem. Podmiotowość byłaby więc w tym wypadku wykonywana przez opiekuna, kuratora czy rzecznika. W przypadku naruszenia praw zwierząt kurator mógłby występować w sądzie na rzecz zwierząt i dochodzić przyznanego prawem odszkodowania. Szwajcarski kodeks cywilny już teraz przewiduje możliwość dokonania zapisu testamentowego na rzecz zwierzęcia – jest więc spokojnie na czym budować i gdzie się inspirować.
A co na to nasi włodarze? A no branży od lat bestialsko katującej zwierzęta, niszczącej ekosystem (skażenia wody i gleby), obniżającej jakość życia ludzi (uciążliwości odorowe) i nagminnie ignorującej wymogi regulacyjne (raport NIK z 2011 roku wykazał, że 87% ferm nie przestrzegało standardów prawa ochrony środowiska) po prostu sypnęli groszem. Jaka tu jest lekcja? Możesz po pierwsze czerpać kasę z przemocy, a po drugie potem jeszcze zarobić, gdy się od niej wstrzymasz. Win-win.
Radosław Skowron – radca prawny, doktor nauk prawnych.









