W międzyepoce wywiad

Zbigniew Zamachowski – ur. 17 lipca 1961 w Brzezinach koło Łodzi – jeden z najwybitniejszych aktorów polskich, kompozytor muzyki do etiud filmowych oraz autor muzyki i tekstów piosenek, które sam wykonuje. Absolwent PWSTIF w Łodzi (1983), a wcześniej szkoły muzycznej i technikum. W filmie debiutował jako student, w 1981 roku, rolą w „Wielkiej majówce” Krzysztofa Rogulskiego. Role teatralne: m.in. Mikołaj w „Płatonowie” A. Czechowa w reż. M. Prusa, Filch w „Operze za trzy grosze” B. Brechta, w „Dziadach-Improwizacje”, w „Tak zwanej ludzkości w obłędzie” Witkacego, Wojnicki w „Wujaszku Wani” A. Czechowa, Ignacy, Ojciec, Król w „Ślubie” W. Gombrowicza, Przewodnik Chóru Górali w „Halce Spinozie” J. Grzegorzewskiego, Poeta w „Weselu” St. Wyspiańskiego, Spodek w „Śnie nocy letniej” W. Szekspira w reż. J. Grzegorzewskiego, Bohater w „Kartotece” T. Różewicza i Haping w „Śmierci komiwojażera” A. Millera w reż. K. Kutza, Paganini-Rzeźnik w „Rzeźni” S. Mrożka w reż. A. Lipiec-Wróblewskiej, Estragon w „Czekając na Godota” Becketta w reż. A. Libery, Aleksander Medici w „Lorenzacciu” A. de Musseta w reż. J. Lassalle, w „Milczeniu o Hiobie” w reż. P. Cieplaka, a także Centaur w „Żabach” Arystofanesa we własnej reżyserii. W Teatrze Telewizji m.in. Połozow w „Wiosennych wodach” I. Turgieniewa, Gość w „Szklanej menażerii” T. Williamsa, tytułowy „Płatonow” A. Czechowa, Nieśmiałowski w „Klubie kawalerów” M. Bałuckiego, Podkolesin w „Ożenku” M. Gogola, Jerzy Pawłowski w „Kryptonim „Gracz” A. Lipiec-Wróblewskiej. Major w „Trzy razy Fredro”. Role filmowe, m.in.: „Wielka majówka” K. Rogulskiego, „Biesy” A. Wajdy, „Ucieczka z kina „Wolność” W. Marczewskiego, „Pierścień i róża” J. Gruzy, „Podróż Baltazara Kobera” W. J. Hasa, „Sztuka kochania” J. Bromskiego, „Weiser” W. Marczewskiego, „Szczęśliwego Nowego Jorku” J. Zaorskiego, „Dekalog” i „Trzy kolory” K. Kieślowskiego, „Zawrócony” i „Pułkownik Kwiatkowski” K. Kutza, „Demony wojny według Goi” Wł. Pasikowskiego, „Ogniem i mieczem” J. Hoffmana, „Cześć Tereska” R. Glińskiego, „Zmruż oczy” A. Jakimowskiego, „Prymas-trzy lata z tysiąca” T. Kotlarczyk, „Skazany na bluesa” J. Kidawy-Błońskiego, „Wróżby kumaka” R. Glińskiego, „Wałęsa” A. Wajdy, „Pokłosie” Wł. Pasikowskiego.
Laureat licznych nagród aktorskich, m.in. Wiktory ‚93 ‚96 i ‚97, Złota Kaczka ‚93, nagroda im. Zbyszka Cybulskiego (1989) oraz m.in. Nagroda im. prof. Aleksandra Bardiniego na XVIII Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, Nagroda im. Stanisława Wyspiańskiego I stopnia za osiągnięcia aktorskie w teatrze i filmie, nagród im. Aleksandra Zelwerowicza – przyznawana przez redakcję miesięcznika „Teatr” – za sezon 1992/1993, za rolę Wojnickiego w „Wujaszku Wani” Antona Czechowa w Teatrze Studio w Warszawie i tytułową w „Płatonowie” Antona Czechowa w Teatrze TV oraz szeregu nagród międzynarodowych. Dwukrotnie otrzymał nagrodę za pierwszoplanową rolę męską na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W latach 1985–1997 występował w Teatrze Studio w Warszawie. Od 1997 jest aktorem Teatru Narodowego.

 

 

Ze ZBIGNIEWEM ZAMACHOWSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński

 

Niewielu aktorów sporo starszych od Pana, nie ma tak bogatego dorobku. Jak Pan to zrobił?

Nie żachnąłem się ani nie dziwiłem, bo właśnie dziś w Akademii Teatralnej w Warszawie otwarto przewód pracy doktorskiej mnie i przeglądając spis tego, co robiłem, sam nie mogłem się nadziwić, że tak tego dużo. Uzbierało się. Mogę powiedzieć, że był i ciągle jest, choć nie tak duży jak jeszcze kilka lat temu, popyt na mnie. Praca mnie goniła, a ja starałem się jej nie uciekać. Rzecz jasna w wielu z tych tytułów były to role epizodyczne, drugoplanowe, zwłaszcza w filmie.

 

Mam wrażenie, że chwila, w której zobaczyłem Pana po raz pierwszy, w telewizji, jako młodego aktora i odebrałem jako wybitne objawienie, była wczoraj, a minęło od tej chwili już ćwierć wieku…

Nawet więcej niż ćwierć wieku, bo liczę od 1980 roku, czyli premiery „Wielkiej majówki” Krzysztofa Rogulskiego. W jakimś momencie zauważyłem, że miłe młode kobiety, które proszą mnie o dedykację czy autograf, mówią że proszą nie dla siebie, ale dla mamy czy babci. Po pewnym czasie dało mi to do myślenia i zacząłem się do tego przyzwyczajać. Przemijanie, upływ czasu specjalnie mnie nie boli, choć czuję, że leciutko się starzeję. Radzę sobie z tym. Przy całym swoim zakręceniu, jestem człowiekiem rozsądnym, jak myślę.

 

Należy Pan do generacji aktorskiej, którą nazywam na swój użytek „generacją międzyepoki”. Debiutując w 1983 roku w teatrze żywym, a w Teatrze Telewizji w 1985 roku, zdążył Pan bowiem jeszcze zetknąć się z przedstawicielami wielkiej generacji aktorskiej, która już właściwie odeszła ostatecznie, albo na tamten świat albo na ostateczną emeryturę, w ciągu ostatniej dekady. Poza nielicznymi, rzecz jasna, wyjątkami. Jednocześnie przynależy Pan do pokolenia, które weszło do teatru, filmu i telewizji na przełomie epok, u progu 1989 roku. Co daje takie podwójne doświadczenie?

 

Bardzo dobre pytanie. Dotknął pan jednak tematu na znacznie dłuższą rozmowę i musiałbym dłużej zastanowić się nad odpowiedzią, gdyż, zwłaszcza na co dzień, nie uprawiam takiej autoanalizy. Co nie oznacza, że od czasu do czasu nie krążą mi po głowie jakieś wspomnienia, jakieś próby syntezy tego wszystkiego co przeżyłem w tym zawodzie. Nie tęskniąc oczywiście za dawnym ustrojem muszę jednak powiedzieć, że była to epoka, w której teatr, choć nie tylko on, był ważną częścią naszego życia, w której autorytet jego mistrzów był czymś realnym. To akurat było w tamtych czasach pozytywne. Można było się od nich uczyć, zaszczytem było ich poznać, a już niebywałym zaszczytem było z nimi pracować. Moim najważniejszym mistrzem był nieżyjący od kilku lat Marek Walczewski, z którym współpracowałem zwłaszcza w orbicie Teatru Studio Jerzego Grzegorzewskiego, do którego kilka lat po szkole. Marek był tam dla mnie latarnią oświetlającą mi drogę początkującego aktora. Oczywiście poznałem znacznie więcej mistrzów z tamtej epoki.

 

Dziś Pan sam jest mistrzem dla innych, wykładowcą Akademii Teatralnej w Warszawie.

Od dwudziestu lat i cieszę się, że ja z kolei mogę przekazać część swoich doświadczeń młodym ludziom.

 

Spełnia się Pan w tej roli?

Gdybym się nie spełniał, nie wytrzymałbym tak długo, bo chleb pedagogiczny, nauczycielski jest, jak wiadomo, nielekki. Jestem wykładowcą piosenki aktorskiej.

 

Powspominajmy nieco o Pana początkach zawodowych. Po ukończeniu łódzkiej szkoły filmowej zaczął Pan w Teatrze Studyjnym 83 w Łodzi…

Nie mylić z warszawskim Teatrem Studio, w którym byłem później. Studyjny imienia Tuwima był dobrą szkołą zawodu nie tylko dlatego, że poznałem tam między innymi Adama Hanuszkiewicza i Macieja Prusa. Także dlatego, że tam miałem pierwsze wprawki nie tylko jako aktor, ale także w charakterze skromnego asystenta reżysera oraz w charakterze kompozytora przy pracy z Hanuszkiewiczem w „Synu marnotrawnym” Trembeckiego.

 

W 1985 roku znalazł się Pan w Teatrze Studio w Warszawie u Jerzego Grzegorzewskiego, już otoczony famą niebywałego talentu…

Wydaje i się, że okres w Studio za czasów Grzegorzewskiego w ogromnym stopniu mnie ukształtował. Dzięki temu mogłem bez kompleksów przyjąć od niego propozycję przyjścia do Narodowego.

 

Co dał Panu Grzegorzewski?

Był mistrzem formy teatralnej i właśnie jej rozumienie oraz umiejętność jej tworzenia na scenie dał mi Jerzy Grzegorzewski. Dał mi zagrać ciekawe i rozwijające role, Filcha w „Operze za trzy grosze” B. Brechta, w „Dziadach-Improwizacje”, w „Tak zwanej ludzkości w obłędzie” Witkacego, Wojnickiego w „Wujaszku Wani” A. Czechowa, Ignacego, Ojca, Króla w „Ślubie” W. Gombrowicza, Przewodnika Chóru Górali w „Halce Spinozie” J. Grzegorzewskiego, Poeta w „Weselu” St. Wyspiańskiego, Spodek w „Śnie nocy letniej” W. Szekspira w reż. J. Grzegorzewskiego.

 

Ujmując wszystko razem, za pięć lat będzie Pan obchodził jubileusz 40-lecia pracy artystycznej!!!…

Z moimi przyjaciółmi, Wojtkiem Malajkatem i Piotrem Polkiem umówiliśmy się, że jeśli któremuś z nas przyjdzie do głowy w ciągu najbliższych lat zrobić sobie jubileusz, to pozostali mają pójść do niego i solidnie kopnąć go w dupę.

 

W „Poczcie aktorów polskich” wydanym w 1998 roku, autor, krytyk teatralny Witold Filler napisał o Panu: „Zamachowski jest na początku drogi. Wszystko jest jeszcze przed nim”. W jakim miejscu jest Pan po tych 16 latach?

Ja tego nie powinienem robić, bo jak mówi Wiktor Zborowski, mogę być w „mylnym błędzie”, a posługując się piękną frazą Andrzeja Dobosza z „Rejsu” Piwowskiego, nie można być jednocześnie twórcą i tworzywem. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że wszystko jest przede mną, ale mam nadzieję, że jeszcze sporo. Czasy się bardzo zmieniły, inne są dziś gusty, preferencje i nie od nas zależy czy i jaką pracę otrzymamy. Zawód aktorski jest poniekąd usługowy, czyli jeżeli ktoś nam zaproponuje robotę, to ją mamy. Chyba że jest się Krystyną Jandą, Emilianem Kamińskim czy Michałem Żebrowskim, którzy mieli środki i siłę woli, żeby stworzyć swój własny teatr.

 

Pan nie zaryzykowałby takiego przedsięwzięcia?

Nie mam w sobie tego rodzaju predylekcji. Jestem w dziwnym momencie, bo nie jestem ani stary, ani młody, więc ról w filmie nie ma dla mnie w nadmiarze. Na szczęście kocha mnie teatr, estrada, a przecież z estrady, jako nastolatek, wyszedłem. Śpiewam więc recitale, występuję na deskach Teatru Syrena. Udaje mi się łączyć sztukę wysoką, jak choćby udział „Milczeniu o Hiobie” w reżyserii Piotra Cieplaka w Teatrze Narodowym z rolą w komedii kryminalnej „Intryga” w Teatrze Stara Kamienica. Nadal lubię grać, więc nie mam jakichś szczególnych ambicji poza tym.

 

Jednak swego czasu wyreżyserował Pan w Teatrze Narodowym „Żaby” Arystofanesa. Nie myśli Pan na przyszłość o poletku reżyserskim?

Może z czasem wrócę do tego tematu, ale na razie koncentruje się na graniu. Jest takie powiedzenie: „Rób to co lubisz, a nigdy nie będziesz musiał pracować”.

 

Wspomniał Pan o Pana debiutanckim filmie „Wielka majówka” Krzysztofa Rogulskiego. W tym filmie, a także m.in. w „Ucieczce z kina „Wolność” Wojciecha Marczewskiego, „Zawróconym” Kazimierza Kutza zahaczył Pan o czasy, gdy kino polskie zabierało głos w ważnych sprawach narodowych i publicznych. Miał Pan wtedy świadomość tego?

Bardzo rzadko wie się, czy kręcony film będzie coś szczególnego znaczył w przyszłości, czy w ogóle będzie dobry. W decydującym stopniu to nie od nas aktorów zależy, nawet nie od reżysera, lecz od losu, od przypadku, od klimatu, w którym film się pojawia, od tego czy odpowiada nastrojowi czasu. Ale rzeczywiście, czasem i rola aktora przekracza jakby ramy zakreślone przez funkcję zawodu. Tak było ze Zbyszkiem Cybulskim, tak z Krystyną Jandą, która już zawsze będzie kojarzona jako osoba, która walczyła o wolność, w rezultacie roli Agnieszki w „Człowieku z marmuru” i „Człowieku z żelaza” Andrzeja Wajdy. Podobnie Jurek Radziwiłowicz dzięki roli Birkuta czy Jerzy Stuhr, dzięki „Wodzirejowi”. Nazywam to aktorskim bonusem od losu. Na planie „Wielkiej majówki” była szczególna atmosfera, bo zdjęcia rozpoczęliśmy kilka dni po podpisaniu porozumień sierpniowych, na początku września 1980 roku. Pracowaliśmy w atmosferze pierwszego łyku wolności.

 

Ze wspomnianym Jerzym Stuhrem pracował Pan niedawno przy realizacji telewizyjnego przedstawienia „Rewizora” Gogola. Przy okazji przypomnę, że Pana debiut w Teatrze Telewizji miał miejsce w 1985 roku, w roli Połozowa w „Wiosennych wodach” Turgieniewa w reżyserii Andrzeja Maja… 

Czyli zaczęło się od wielkiej literatury rosyjskiej, która jakoś się mnie trzyma. Może jest we mnie coś takiego, że reżyserzy chętnie mnie obsadzali w klasycznym rosyjskim repertuarze.

 

W Pana bogatym dorobku teatralnym i telewizyjnym to pierwsze zetknięcie się z „Rewizorem”…

Z „Rewizorem” tak, choć z Gogolem spotykam się po raz drugi, jako że grałem kiedyś w przedstawieniu Andrzeja Domalika, składającym się z połączonych wątków z różnych utworów Gogola. O ile dobrze pamiętam była to rola Chlestakowa w widowisku telewizyjnym na podstawie „Płaszcza”, czyli że w tle pojawił się też „Rewizor”. Zagrałem poza tym Podkolesina w telewizyjnym „Ożenku” Gogola, również w reżyserii Jerzego Stuhra.

 

Jak reżyser Stuhr przedstawił aktorom, w tym Panu, swój pomysł na odczytanie „Rewizora”? To stare pytanie o aktualność tekstów klasycznych, coraz bardziej nabierające jednak sensu w czasie bardzo szybkich zmian gustów i możliwości percepcyjno-kulturowych widowni…

To było zmartwienie przede wszystkim pana Jerzego, jak umiejscowić ten utwór w dzisiejszych czasach, jak znaleźć dla niego uzasadnienie dla wystawienia go tu i teraz. My aktorzy koncentrujemy się głównie na tym, jak wykonać swoje zadanie. Nie mieliśmy jakichś rozmów o imponderabiliach wynikających z tego tekstu, choć wiem, że pan Jerzy traktuje ten tekst jako ciągle bardzo współcześnie brzmiący. Nawiasem mówiąc, zbyt drobiazgowe analizowanie rozmaitych aspektów inscenizacyjnych w konkretnej robocie aktorskiej często bardziej przeszkadza niż pomaga. Jedno jest pewne, że to przedstawienie ma odniesienia do współczesności.

 

Zaznaczyło się to też w obrazie, w scenografii spektaklu…

Choćby w tym, że stroje aktorów są jakby syntezą strojów z epoki Gogola, czyli połowy XIX wieku z modą współczesną. W tle pojawiły się auta i inne akcesoria współczesnej cywilizacji.

 

Czyli nie będzie to krwawa satyra społeczna, ale przede wszystkim zabawa formą…

W żadnym razie nie będziemy lać krwi. Gogol sam z siebie jest obciążony, na komediowym tle, tragiczną właściwie problematyką społeczną i egzystencjalną, więc nie ma chyba potrzeby, żeby to dodatkowo wyjaskrawiać, zaostrzać. Najważniejsze jest fantastyczne, z niczym nieporównywalne poczucie humoru Gogola oraz to, czym ten tekst naznaczył swoim tłumaczeniem Julian Tuwim. W tym tekście czuje się poezję Tuwima, jego bogactwo słowotwórcze, czuje się nawet frazy z „Kwiatów polskich”. Ten melanż Gogola i Tuwima jest bardzo interesujący.

 

Telewizyjnych ról zagrał Pan blisko pięćdziesiąt. Wspomnę, choćby tytułowego „Głupiego Jakuba” Rittnera, tytułowego „Płatonowa” Czechowa w reżyserii Andrzeja Domalika, tytułowego „Amadeusza” czyli Mozarta w sztuce Petera Shaffera, XX w „Emigrantach” Mrożka, który to spektakl znalazł się w Złotej Setce Teatru Telewizji, Sganarela w „Don Juanie” Moliera w reżyserii Leszka Wosiewicza, Jaszę w „Wiśniowym sadzie” Czechowa w reżyserii Domalika, Alfreda w „Mężu i żonie” Fredry w reżyserii Olgi Lipińskiej….

Miło wspomnieć. Od razu przypominają się tamte wrażenia, tamci wspaniali partnerzy, klimat tamtego czasu. Przypomniane przez pana tytuły uświadamiają mi, jak wspaniałym zjawiskiem w polskiej kulturze był i jest Teatr Telewizji. Bardzo się cieszę, że ciągle trwa, choć niestety można też powiedzieć, że ledwie dycha. Byłoby czymś strasznym gdyby go zaprzepaszczono. Oby ocalał.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *