Bój to bywa ostatni

Małgorzata Kulbaczewska-Figat
Bój to bywa ostatni

Powstanie_Warszawskie_5678231223 fot NAC

Rocznica 77 wybuchu Powstania Warszawskiego przebiegła godnie. Jako uczestnik Powstania dostałem oczywiście, jak zwykle, komplet zaproszeń na uroczystości, i – też jak zwykle – z racji stanu zdrowia i niechęci do masowych spotkań, nie wziąłem w nich fizycznego udziału.

Wzruszająca uroczystość

Ale siedząc na przyzbie obserwowałem w telewizorze spotkanie w dniu 31 lipca w ogrodzie Krasińskich. Po raz pierwszy byłem zbudowany dobrą organizacją tego spotkania, wyjątkowo dobrymi przemówieniami Prezydentów Państwa i Warszawy oraz doskonałym, – choć z konieczności nieco za długim – Apelem Poległych. Może mam sklerotyczne luki, ale wydaje mi się, że po raz pierwszy słyszałem w nim „wezwania do apelu”, lewicowych oddziałów (AL. i PPS) walczących w Powstaniu, chcących pomóc Powstaniu żołnierzy I Armii WP forsujących Wisłę i ginących na przyczółku czerniakowskim. Schylam więc głowę przed organizatorami tych uroczystości, a zwłaszcza przed niezawodnym Muzeum Powstania.
Ale czas każdych rocznic i związanych z nimi uroczystości kiedyś mija. Główni Adresaci tej konkretnej rocznicy, nazywani w przemówieniach „naszymi kochanymi Powstańcami” wrócić muszą do codziennej rzeczywistości. A każda rzeczywistość trochę skrzeczy.

Coraz mniej liczni Uczestnicy Powstania to, ewidencyjnie, kombatanci II wojny światowej. Mogą więc korzystać z tego, co zapewniono wszystkim kombatantom, ale pozostają też pod szczególną opieką swego miasta, – czyli Warszawy.

Znaczące dla kombatantów II wojny „przywileje” to przede wszystkim dodatek kombatancki do emerytury, w koniecznych przypadkach pomoc finansowa i możliwość korzystania bez skierowania z porad medycznych specjalistów, oraz „omijanie” kolejek do lekarzy.

Z dodatkami kombatanckimi nie ma problemów. Moja skromna „grupa badawcza” i własne doświadczenia potwierdzają, że ZUS, po otrzymaniu dokumentu potwierdzającego status kombatanta, dodaje i realizuje je sprawnie. Jeśli bywają jakieś zacięcia, to równie sprawnie rozwiązują je pracownicy Urzędu ds. Kombatantów.

Kłopot, to chory kombatant

Z preferencjami medycznymi bywa różnie. Są placówki, które starają się dostosować terminy zapisów do lekarzy do potrzeb i życzeń kombatanta, są takie, które robią wrażenie jakby nie wiedziały, że powinny to robić. Odrębnym problemem jest – jak zwykle u nas – prozaiczne dopisanie kombatanta, do oczekującej już kolejki pacjentów, do konkretnego lekarza. Często są głośne protesty, a niekiedy zwykły hejt, zarzuty wynajdywania sobie pretekstów do omijania kolejek, wypraszanie z gabinetów.

Opieka Zarządu Miasta Warszawy jest wyjątkowo konkretna. Poza okresową pomocą finansową obejmuje darmowe przejazdy taksówkami określonej korporacji. Wprawdzie nie ma róży bez kolców, więc trzeba dopłacać za przejazd poza granice miasta. To często się zdarza, bo część żyjących jeszcze pPowstańców mieszka w otoczce aglomeracji, m.in. we Włochach, Zielonce czy Markach. Sposób liczenia dopłat jest tajemniczy. Czasem, przy tym samym adresie docelowym, kierowca żąda tylko 10 złotych, najczęściej 20-25, ale bywa, że nawet 45. To już przestaje mieć sens, bo Uber albo Opti Taxi za taką cenę dowiozą kombatanta, do Śródmieścia, poczekają i odwiozą z powrotem do domu.

Aktywność i inicjatywność Muzeum Powstania Warszawskiego powoduje, że opieka i kontakt z kombatantami sięga jednak poza problemy materialno – logistyczne. Muzeum potrafi zmobilizować jednostki Obrony Terytorialnej WP, aby żołnierze odwiedzili kombatantów, zaofiarowali np. pomoc w zakupach czy załatwianiu spraw „na mieście”. To niby drobiazgi, – ale jak ktoś ma 90+, trudności z chodzeniem i prawie nie ma już rodziny, to są to dla niego sprawy ważne.

Przysłowiowe schody w opiece nad kombatantami Warszawy zaczynają się w chwilach poważniejszych kłopotów ze zdrowiem. Jeśli nastąpi nagłe załamanie kondycji, to „nasz kochany Powstaniec” ma – jak w starych anegdotach – trzy wyjścia: Zadzwonić do przychodni, w której ma „swego” lekarza pierwszego kontaktu, zadzwonić do przychodni kombatanckiej na Litewskiej, zadzwonić pod 112 lub do Pogotowia. Ma jeszcze dodatkową możliwość komercyjną – skorzystać z usług jednej z prywatnych i drogich firm medycznych, lub lekarza prowadzącego formalnie domową praktykę.
Niektórzy Czytelnicy zaraz mnie zakrzyczą, ale ośmielam się twierdzić, że żadna z tych możliwości nie działa dobrze, a niektóre robią czasem wrażenie, jakby funkcjonowały w świece wirtualnym. Z dostępnych mi porównań wynika, że niemal zawsze działają gorzej niż „obsługa” kombatantów II wojny w Paryżu czy Londynie, a także w rosyjskim mieście – bohaterze, Petersburgu

Posłużmy się przykładem. Dwie osoby z mojej trzyosobowej grupy obserwacyjnej poczuły się właśnie gorzej w okresie poprzedzającym 77 rocznicę. Jeden narzekał na bóle w żołądku, drugi na gwałtowny „mokry” kaszel. Obaj wybrali – zapewne niesłusznie – nawiązanie kontaktu z lokalną przychodnią, a nie z Litewską. Dlaczego – bo właśnie mieszkają pod Warszawą i na Litewską daleko, a w lokalnych przychodniach mają „lekarzy pierwszego kontaktu”. A dlaczego nie 112 lub Pogotowie? Bo pandemia, spodziewana 4 fala, brak możliwości wizyt i zajmowanie miejsca bardziej potrzebującym.

Ale próba „skonsumowania” tego kontaktu nie była udana. Okres urlopowy, lekarze są na urlopach, mogą ich zastąpić inni, ale na razie tylko w formie porady telefonicznej. Lekarz przy telefonie rozmawiający z kaszlącym pacjentem był uprzejmy, ale stwierdził tylko, że kaszel mu się nie podoba. Czas biegł, samopoczucie chorych było coraz gorsze. Przez kolejne kilka dni nie mogli załatwić ani wizyty w przychodni ani (tym bardziej!) wizyty domowej. Wreszcie tego z kaszlem zapisano do przyjmującej „laryngolożkI”. Doczołgał się. Kolejka była kilkuosobowa, ale „warczała” na wieść, że ma go przepuścić. Zdecydował poczekać do końca. Za nim ustawiły się jeszcze trzy osoby. Zdziwił się, bo jak przyszła jego kolej, poproszono te następne osoby. Pani doktor powiedziała, że nie ma go na liście. Musi wrócić do recepcji i wyjaśnić. Zaniósł więc znowu swoje prawie 100 lat do recepcji. Tam dano mi do zrozumienia, że pani doktor ma widocznie trudności w opanowaniem komputera, bo on jest dopisany do listy. Telefonicznie wyjaśnią. Tak zrobili i został przyjęty, jako ostatni pacjent.

Nikt „naszego kochanego Powstańca” nie przeprosił za zbyt długie oczekiwanie i niepotrzebne spacery. Na kaszel wizyta nie pomogła, bo wykraczał poza kompetencje medyczne specjalności laryngologicznej.

W końcu chorzy kombatanci zadzwonili i pojechali do najbliższej placówki znanej prywatnej firmy, gdzie z radością wzięto od nich po kilkaset złotych, ale względnie starannie zbadano, Stwierdzono u jednego zapalenie oskrzeli, a u drugiego zapalenie jelita grubego. Zapisano odpowiednie antybiotyki. Brali je przez 10 dni. Stan się poprawił, ale powinno się zrobić badania kontrolne. Jednak lekarze pierwszego kontaktu nadal na urlopach itd. Kółko „specjalnej troski” będzie się znowu bezsensownie kręcić. Da capo – jak mówią muzycy.

Więcej organizacji

Nie znam się na medycynie. Opis autentycznej sytuacji, jaki zaserwowałem Czytelnikom jest wyłącznie skrótowym opisem przebiegu awarii zdrowia. I nie chodzi tu o szczegóły i diagnozę, ani o jej zakończenie. Chodzi o odpowiedź na pytanie – czy możemy uznać opiekę nad „kochanymi Powstańcami” za wystarczającą, jeśli brakuje w niej najbardziej – moim zdaniem – istotnego elementu. Brakuje opiekuna – koordynatora, który po nawiązaniu kontaktu i otrzymaniu informacji o pogorszeniu stanu zdrowia pomoże w organizacji leczenia, Weźmie na siebie ciężar pokonania biurokracji, zadzwoni, gdzie trzeba, załatwi wizyty lekarzy lub u lekarzy, dopilnuje, czego trzeba, zorganizuje transport, jeśli jest potrzebny. W końca raz na dwa dni zapyta, czy jest lepiej, czy jeszcze czegoś trzeba.

Na tym tle mam też wątpliwość dotyczącą „lekarzy [pierwszego kontaktu”. Jeśli uznajemy ich za rodzaj stałych opiekunów, to dlaczego nie ma żadnej możliwości bezpośredniej łączności ze strony pacjenta? „Mój lekarz” w tradycji europejskiej i amerykańskiej oznacza lekarza, do którego mogę w każdej chwili zadzwonić, poprosić o poradę, przesłać maile ze szczegółami dolegliwości. U nas nie ma takich możliwości. Polska jest krajem, gdzie ministrowie mogę przez prywatne skrzynki e-mailowe przekazywać ważne dla państwa informacje, ale telefony i skrzynki lekarzy są specjalnie chronione przed pacjentami.

Niektórzy Czytelnicy mogą uzna ten felieton za niestosowne czarnowidztwo i psucie pięknego, rocznicowego obrazu aktualnego życia resztek „naszych kochanych Powstańców”. Nie taki był mój cel. Kilkakrotnie pisałem, że kombatanci Powstania składają się z dwóch grup. Takich, dla których Powstanie było głównym epizodem ich życia, często punktem odniesienia, do którego stale wracają. To oni byli aktywem organizacji kombatanckich, oni tworzyli obraz tego środowiska. Oni też mają lub mogą mieć kontakty łagodzące lub rozwiązując wspomniane kłopoty.

Ale była i jest druga, co najmniej tak samo liczna grupa.. To tacy kombatanci Powstania, dla których ono także było ważnym epizodem życia, – ale nie jedynym o takim znaczeniu. Najczęściej to oni byli przed Powstaniem w AK, Szarych Szeregach, Batalionach Harcerskich i innych organizacjach, a po Powstaniu byli lokatorami niemieckich obozów jenieckich. Potem wrócili do kraju, studiowali, odbudowywali Miasto, byli adwokatami, inżynierami, profesorami, pracownikami przemysłu i budownictwa. Mniej korzystali, albo wcale nie korzystali z ze statusu kombatanta i Powstańca. Nie mieli rozbudowanych w tej dziedzinie kontaktów i nie dziwią się, że dzisiaj pamięta o nich tylko Muzeum Powstania. Ale w ostatnich bitwach o zdrowie chętnie spotkaliby uśmiechniętego lekarza albo organizatora, który sam by się interesował ich stanem i pomagał w prostowaniu krętych dróg medycyny.

Jak zwykle nie mogę się powstrzymać od końcowego, satyrycznego komentarza. Jeśli widzę, słyszę i czytam, że zorganizowanie takiej opieki jest możliwe w środowisku lekarzy i wolontariuszy weterynarii, organizującym ratunek dla tygrysów, lisów, psów i kotów – to chyba można to zrobić także w stosunku do ludzkich, nawet złośliwych sklerotyków. Tylko trzeba pamiętać, że życie nie składa się z samych imprez patriotycznych.

Warszawa – Marki, 4.08.2021.

Poprzedni

IO Tokio 2020/21: Brzydził go srebrny medal

Następny

Krakowski spleen

Zostaw komentarz