
Mamy do czynienia z paradoksem rywalizacji obu formacji rządzących polskim państwem od dekad. Polega on na tym, że jedni ważą piwo, które potem spijają konkurenci. Są to dwa populizmy: centrowo-liberalny i narodowo-tradycjonalistyczny. Zawsze bez klasy. Stawką ich rywalizacji jest dostęp do wspólnej kasy i regulacji prawnych państwa. Dostęp dla kogo i w czyim interesie? Czy poza chwilowym wyzwalaniem energii obywatelskiej bądź patriotycznej dają jakiekolwiek szanse modyfikacji rodzimego wariantu peryferyjnego kapitalizmu, kapitalizmu na miarę naszych możliwości?
Polityka bez klas? Wyścig do pałacu prezydenckiego stwarza pozory istotnego podziału polskiej sceny politycznej. Takie wrażenie umacnia nie tylko retoryka kandydatów. Także gawiedź komentatorska koncentruje swoją uwagę na umiejętnościach retorycznych kandydatów, na ich pozach, minach, hasłach. To bolidy napędzane marketingiem politycznym: prezydent stolicy i dyrektor IPNu. Tymczasem kiedy przejdziemy do analizy ich funkcji w Systemie – nie ma między nimi większych różnic. Poza oczywiście osobistą rzetelnością i kompetencjami zarządczymi. Jeden zarządza w miarę skutecznie największą metropolią w kraju, drugi tymczasem kieruje osobliwą instytucją urabiania pamięci historycznej – redutą bezmyślnego antykomunizmu i dyskredytacji Polski Ludowej. Dodatkowo ciągnie się za nim cień nieprzejrzystych relacji z zaklętymi rewirami półświatka: mafii, kibolstwa, uwłaszczania się na dobru wspólnym.
Nadwiślańscy liberałowie zbierają teraz kwaśne owoce peryferyjnego wariantu kapitalizmu. Współtworzyli go od czasu „odzyskania wolności” w r. 1989. Polska droga od realnego socjalizmu skrzyżowała się ze światową drogą do globalnego kapitalizmu. Ta bierze swój początek w r. 1971. To wtedy prezydent Nixon zniósł wymianę dolarów na złoto. Spuścił ze smyczy kapitał finansowy, który i tak jest zawsze sztabem głównym Systemu. W krótkim czasie powstał kapitalizm bez granic narodowych, bez granic dla eksploatacji przyrody, pracy i życia ludzkiego.
Społeczne skutki tych zmian tworzą obecnie podglebie dla ruchów protestu wobec Systemu. Ale paradoksalnie one tylko podtrzymują status quo. Liberałowie opatrzyli je etykietką populizmu. Rodzina to rozrośnięta: od soft-nacjonalizmów, tradycjonalistyczno-religijnej prawicy do nostalgików reakcyjnej prawicy, która tworzy różne odcienie postfaszyzmu. Tu byśmy lokowali skrajnych konfiarzy, na czele z Grzegorzem Braunem. Także ruchy lewicowe leniwie kontestują kapitalizm naszych czasów. One też wpadają w wielki wór wrogów demokracji i rozsądku. Partia Razem uchodzi w TVNie za radykalne lewactwo. Jednak kontestacje z lewej i z prawej strony nie sięgają ekonomicznych źródeł narastających patologii. Prawa strona ogranicza się tylko do podważania liberalnej demokracji i jej kosmopolityzmu. Łatwiej wskazać „ciapatego” i wyładować na nim gniew klasowy. Łatwiej też współczuć opozycji zmagającej się z autokratą gdzieś na świecie. Ale o ludobójstwie Izraela na narodzie palestyńskim ich minister powie, że „Izrael ma prawo do samoobrony”. Wiadomo przecież, że „wartości europejskie” obowiązują tylko w Europie. Natomiast z lewej strony padały dotychczas tylko postulaty poszerzania autonomii jednostki w sprawach rasy, płci, praw reprodukcyjnych. Przełomu dokonał dopiero Adrian Zandberg. Kreśli wizję reform, by powstała wspólnota życia i pracy – taka jaką realizują społeczeństwa skandynawskie, głównie fińskie.
Polski kapitalizm, w którym Factory zastąpiło Ursus – to kapitalizm praktycznie bez podatków od korporacji, z coraz mniejszym opodatkowaniem dochodów i majątków. To kapitalizm, w którym pojawiły się nowe pola akumulacji: prywatyzacja przedsiębiorstw sektora publicznego, komercjalizacja usług publicznych, obniżenie kosztów pracy w rezultacie jej uelastycznienia. Do tego doszła możliwość optymalizacji podatkowej i ukrywania nadwyżki w rajach podatkowych. Liberałowie zasłaniają społeczne efekty swoich rządów kotarą demokracji wyborczej. Ale cóż prekariuszowi po głosie wyborczym oddanym na kandydatów POPiSu!
Partyjne państwo. Na bocznicy znalazło się państwo. Na niewiele zdadzą się zaklęcia kandydatów o wielkiej Polsce, przewodzącej UE. Ofiarami zbrojeń stają się nie tylko usługi publiczne. Znów ekipa rządząca zakupiła za blisko 6 mld dol. blisko 800 rakiet nie bacząc na to, że to nie zbrojenia, lecz handel zwiększa bezpieczeństwo. Jak pisze ceniony analityk stosunków międzynarodowych z UJ prof. Piotr Kimla, „w wyniku starcia europejsko-rosyjskiego Polska zostałaby zniszczona, a setki, jeśli nie miliony Polaków zginęłoby. Powtórzyłby się scenariusz z I i II wojny światowej” (Przegląd, 5-11.05.25). Polska musi być koniem trojańskim USA w Europie, by odcinać ją od rosyjskiego gazu? W ubiegłym roku eksport gazu z USA wyniósł 203 mld metrów sześciennych, podczas gdy Rosji spadł do 138 mld (za A. Szczęśniak, Myśl Polska, nr 21-22, 2025). Tak obecnie wygląda polska walka o wolność naszą i waszą. Niech żyje ”wolny gaz”! Jak można tak cynicznie eksploatować socjotechnikę lęku! I wykorzystywać zalegającą głęboko w ludzkiej psychice potrzebę bezpieczeństwa i przynależności do grupy. Tylko po to, żeby przestawić coraz mniej konkurencyjne europejskie fabryki samochodów na produkcję czołgów czy dronów?
A wcześniej, przez trzy dekady państwo POPiSu budowało gospodarkę montażu. Na dodatek, by przyciągnąć inwestorów – otworzyło rynek wewnętrzny. Podobnie jak we wszystkich koloniach import stanowi blisko połowę masy towarowej. Korporacje, grożąc ucieczką kapitału portfelowego, wymusiły równanie w dół w zakresie podatków, obciążeń socjalnych, transfer zysków. Np. Carrefour od dekad nie płaci podatku, tłumacząc się inwestowaniem nadwyżki w kraju. Czyżby? Skoro stopa inwestycji w Polsce od lat nie wzrasta. Stopy podatkowe od dochodów indywidualnych spadły z około 60-70% do 40-50% między 1979 a 2000 r. Kodeksową ochronę pracy zastąpiła prekarność, czasowe zatrudnienie, biedapłace, eksploatacja pracy w strefach specjalnych, w montowniach, w paczkowniach Rafała Brzoski, w sektorze usług biznesowych. Tymczasem polski premier Cienki Bolek, zamiast opracować i realizować długookresową strategię reindustrializacji (technologicznej) polskiej gospodarki – poszukuje podpowiedzi od Rafała biznesu, co by tu jeszcze zderegulować! W rezultacie brak obecnie arbitra, który by kształtował warunki brzegowe dla wykorzystania kapitału, pracy i zasobów przyrody na zasadzie zdrowego kompromisu. Tymczasem obaj kandydaci, oraz ich rozjemca konfederat Sławomir Mentzen, chcieliby jeszcze więcej kapitalizmu w kapitalizmie. Przecież dzięki resztówce PSLu, wzmocnionej drużyną marszałka Hołowni, tylko powiększyły się szare szeregi lobbystów. Wszyscy oni łącznie strzegą interesów zagranicznych korporacji, deweloperów, banków… Głównie po to, by wspierać ich w dziele optymalizacji podatkowej. Dołączają do i tak sowicie wynagradzanej świty prawników, doradców podatkowych, polityków na ministerialnych stanowiskach. Janusze i Rafały biznesu to dla nich sól ziemi. Ale nie pomyślą, kto będzie kupował ich produkty i usługi, jeśli wytwarzający je pracownicy będą na śmieciówkach. Jakie będą usługi publiczne, jeśli brak podatków majątkowych czy progresji podatkowej? Kto ogłupia tych, którzy na kwocie wolnej od podatków dorzucą trochę więcej do koszyka w Biedronce? Tymczasem posiadacz kilkunastu mieszkań w Polsce, dołoży do puli kolejne w Hiszpanii.
Obóz narodowej prawicy chciałby dalej rekonstruować system władzy na wzór sanacyjnego reżimu. Jego osią będzie aparat państwa. Ideologicznie eksploatuje tradycje endecko-klerykalne. Specjalistą niedoścignionym jest tu prezes IPNu. W jednej kaplicy umieścił dwie trumny: Piłsudskiego i Dmowskiego. Jednak poza pieniężnymi łapówkami dla gorzej sytuowanych, ani PiS, ani PO nie naruszą istoty systemu. Pozostaje im tylko wyzwalanie energii „obywatelskiej” i „patriotyzmu” – miejscowej idiotki i tutejszego kretyna.
Protest młodych. Skutki wyczynowego kapitalizmu najsilniej uderzają w młode pokolenia. To następstwo zniesienia kodeksowej ochrony pracy, pogorszenia systemów socjalnych i emerytalnych, a także osłabienia wsparcia ze wspólnej kasy np. kredytami mieszkaniowymi czy tanimi mieszkaniami na wynajem. Mechanizm rynkowy rozciągnięty na cały glob doprowadził do stopniowego wyrównywania ceny siły roboczej na niskim poziomie. W końcu sprawdziło się tzw. spiżowe prawo płac Davida Ricardo: w warunkach konkurencji i przy niegraniczonej podaży siły roboczej płace spadają do poziomu nieznacznie przekraczającego minimum egzystencji. A sytuację mamy taką, że na świecie jest ponad miliard bezrobotnych, a rezerwowa armia pracy może wynosić 2,4 mld. Doszło do dużej polaryzacji warunków życia: na górze samoloty, jachty, piękne dzielnice, wielkopańskie rezydencje. Tymczasem na dole: prekariat, przedłużona młodość w rodzinnym gnieździe lub w stłoczonych mieszkaniach pod wynajem w dużych miastach. Na globalnym Południu zaś getta biedy otaczające metropolie. Następstwa wszędzie takie same: słabnie wspólnota, gdyż słabnie poczucie wspólnoty interesów, nasilają się tendencje ksenofobiczne, rośnie posłuch młodych dla domorosłych przewodników do konsumpcyjnego raju. Taką rolę chciałby pełnić piwowar Mentzen. Głosi on pochwałę merytokracji – „pracy, zaradności, odpowiedzialności”. Szkoda, że nie chce sprawdzić swojej przedsiębiorczości, np. na jednej z wysepek Mikronezji.
Czy Trzaskowski albo Nawrocki są zdolni do poszukiwania kompromisowej równowagi między szansami rozwoju dla bardziej utalentowanych a tymi, którzy pozostają w tyle. Zwycięzca nie może brać wszystkiego. Ważny jest głos w tej debacie jednego ze zwycięzców w „grze rynkowej” Warrena Buffeta. Przytomnie zauważył, że gdyby urodził się w Bangladeszu, mógłby zostać najwyżej lokalnym kacykiem, a nie amerykańskim przewodnikiem stada inwestorów.
Tragiczny paradoks kapitalizmu. Troska o anachroniczne PKB przesłania rodzimym politykom i ich medialnym sekundantom, główne wyzwanie. Jest nim zastąpienie partykularyzmów narodowych perspektywą planetarną. To analogiczna droga jaką w drugiej połowie XIX w. pokonywały mozaikowe dotąd społeczeństwa postfeudalne – świadomość zawodowa, klasowa, regionalna, narodowa musi być wzbogacona o komponent integracji na płaszczyźnie przeciwdziałania kryzysowi planetarnemu. Naiwna walka z ekoterroryzmem to prosta droga do ekobójstwa. Bez przezwyciężenia nacjonalizmów, z jego ksenofobią, uwielbieniem zmistyfikowanej tradycji, a także likwidacji dysproporcji rozwojowych między regionami – nie będzie to możliwe. Obecny dostatek, dłuższe przeciętne życie zawdzięcza ludzkość tzw. prometejskim technologiom: spalaniu węglowodorów, elektryczności, ostatnio technologii cyfrowej. Mają one jednak swoje koszty środowiskowe, zarówno w krajach bogatych, jak i na globalnym Południu. Tutaj to głód, deficyt wody pitnej, niski poziom opieki społecznej, edukacji młodego pokolenia, przeludnienie, brak pracy. Gdyby do 2050 r. tempo wzrostu gospodarczego utrzymywało się na poziomie 3% rocznie, a populacja nie przekroczyła 9 mld, wówczas gospodarka światowa by się powiększyła sześciokrotnie: z 70 bln w 2005 do 420 bln w 2050 (wg szacunków J. Sachsa). Byłaby to jeszcze Ziemia, czy raczej księżycowy glob?
W czyjej służbie pozostają Trzaskowski i Nawrocki? Już dawno temu angielski krytyczny liberał John Gray zauważył, że istnieje konflikt między demokracją a rynkiem bez granic. Decydujący głos w sprawie zakresu prywatności, posługiwania się biotechnologiami, sztuczną inteligencją należy do technoproroków z Doliny Krzemowej. Zatem ani populizm liberalny, ani narodowy nie obroni kapitalizmu przed nim samym.









