Lech oszczędzał siły

W czwartek Lech Poznań w pierwszym meczu fazy grupowej Ligi Europy zmierzy się na swoim stadionie z Benficą Lizbona. Poznański zespół w przeszłości do tego etapu rozgrywek kwalifikował się trzykrotnie, a dwa razy potrafił awansować do fazy pucharowej. Jak będzie tym razem? Obawy przed potyczką z portugalskim potentatem można mieć, bo w minioną sobotę w wyjazdowym meczu 7. kolejki ekstraklasy „Kolejorz” przegrał z Jagiellonią 1:2.

Zespół Lecha nowy sezon ekstraklasy zaczął kiepsko, od wyjazdowej porażki z Zagłębiem Lubin (1:2), potem w dwóch kolejnych spotkaniach zanotował remisy, u siebie z Wisłą Płock 2:2 i we Wrocławiu ze Śląskiem 3:3. Pierwsze zwycięstwo odniósł dopiero w czwartej kolejce, pokonując w derbach Poznania Wartę 1:0. Z powodu koronawirusa w Pogoni Szczecin mecz z tym zespołem w 5. kolejce został przełożony, ale w szóstej serii spotkań poznaniacy rozgromili na wyjeździe Piasta Gliwice 4:1. Ale warto pamiętać, że w tym czasie ekipa „Kolejorza” lała rywali w kolejnych rundach kwalifikacji Ligi Europy i w cuglach awansowała do fazy grupowej Ligi Europy. Może więc nie ma powodów do obaw, bo wygląda na to, że w tej części sezonu głównym celem podopiecznych trenera Dariusza Żurawia jest jak najlepszy występ w europejskich pucharach, a nie walka o prowadzenie w rozgrywkach ekstraklasy.
Lechici muszą rozważnie szafować siłami i z tego powodu w rodzimej lidze walczą na razie na pół gwizdka, zwłaszcza gdy mają w perspektywie potyczkę w Lidze Europy, której stawką są poważne pieniądze, a przypomnijmy, że Lech rywalizuje w grupie D z zespołami Benfiki, Standardu Liege i Glasgow Rangers. Wracając zaś do sytuacji „Kolejorza” w PKO Ekstraklasie, to trudno uznać ją za dramatyczną. Po siedmiu kolejkach, ale z jednym zaległym meczem do rozegrania u siebie, poznaniacy z dorobkiem ośmiu punktów zajmują dziewiątą lokatę (dwa zwycięstwa, dwa remisy i dwie porażki). Co prawda do prowadzącego w tabeli Rakowa tracą osiem „oczek”, ale nie jest to strata niemożliwa do odrobienia w pozostałych jeszcze lechitom do rozegrania w tym sezonie ekstraklasy 24 meczach.
Uwolniony przez PZPN z obowiązków trenera kadry U-21 Czesław Michniewicz mógł już skupić się wyłącznie na pracy z zespołem Legii. Na razie trudno dopatrzyć się jakiejś jakościowej zmiany na lepsze w grze „Wojskowych”. W meczu z Zagłębie Lubin legioniści męczyli się na boisku okrutnie, ale na nich szczęście czeski napastnik Tomas Pekhart, który w kwalifikacjach europejskich pucharów nie był postrachem bramkarzy, ale w naszej ekstraklasie jest nim jak najbardziej. To on strzelił „Miedziowym” oba gole, a w sumie w tym sezonie ekstraklasy ma już na koncie sześć trafień w pięciu meczach, a tyle stołeczny zespół na razie rozegrał (spotkania z Wartą i Pogonią przełożono z powodu koronawirusa). Warto podkreślić, że Legia w tych pięciu spotkaniach zdobyła w sumie siedem bramek. Pekhart prowadzi też w klasyfikacji strzelców ekstraklasy, za nim z pięcioma golami jest Hiszpan Jesus Jimenez z Górnik Zabrze, a dalej z czterema trafieniami są: Kamil Biliński z Podbeskidzia, Portugalczyk Flavio Paixao z Lechii, Łotysz Vladislavs Gutkovskis i Słoweniec David Tijanić z Rakowa oraz Szwed Mikael Ishak z Lecha Poznań.
Wspomniany wcześniej Michniewicz, chociaż nie okazał się mężem opatrznościowym Legii i nie awansował do fazy grupowej Ligi Europy, na razie nie musi obawiać się o utratę posady w stołecznym klubie. Czarne chmury zawisły natomiast nad Waldemarem Fornalikiem, bo Piast po siedmiu kolejkach ma tylko jeden punkt na koncie i ma już cztery straty do następnej w tabeli Stali Mielec. A skoro już o mieleckiej jedenastce mowa, jej szkoleniowiec, Dariusz Skrzypczak, po klęsce z Wisłą Kraków 0:6, najwyższej w historii występów Stali w naszej ligowej elicie, też musi patrzeć w niebo. Na drugim biegunie jeśli chodzi o nastroje trenerów w ekstraklasie, poza rzecz jasna Markiem Papszunem z Rakowa, znajduje się szkoleniowiec Warty Poznań Piotr Tworek, którego zespół zaczął wygrywać, a warto odnotować, że w wygranym przez warciarzy na wyjeździe 2:1 meczu z Podbeskidziem w jego zespole wystąpiło tylko dwóch obcokrajowców, a oba gole strzelili polscy piłkarze.