Polska zamknięta

Kto może, niech zostanie w domu – wzywają polski rząd. Od niedzieli na granicach ponownie obowiązują kontrole, ruch lotniczy i kolejowy został zawieszony. Szkoły i wyższe uczelnie przerwały normalną pracę już wcześniej.

13 marca premier Mateusz Morawiecki i minister zdrowia Łukasz Szumowski oficjalnie ogłosili w Polsce stan zagrożenia epidemicznego.
Zajęcia w szkołach, przedszkolach i na uniwersytetach zostały zawieszone co najmniej do 25 marca.

Zamknięte zostały również restauracje, puby i kluby, odwołano masowe zgromadzenia powyżej 50 uczestników. W centrach handlowych zamknięto sklepy odzieżowe, księgarnie, sklepy ze sprzętem RTV i AGD. Nieczynne są siłownie i kluby fitness. Normalnie działają natomiast sklepy spożywcze oraz pralnie. Swoich drzwi nie zamkną również banki i co ważniejsze apteki.

Rządowe rozporządzenie zakazujące zgromadzeń nie rozróżnia ich charakteru. Nieczynne są wszelkie instytucje organizujące widowiska, przynajmniej w teorii rozporządzenie objęło więc również msze i inne nabożeństwa w kościołach, chociaż polski episkopat do ostatniej chwili nie chciał ich zawieszać. Teraz udzielił wiernym dyspensy od udziału w niedzielnych zgromadzeniach.

Na polskich granicach przywrócona została kontrola, a część przejść całkowicie zawiesiło pracę. Przez 14 dni nie latają samoloty LOT-u, stanęły pociągi międzynarodowe. Obywateli zagranicznych, którzy nie mają w Polsce prawa stałego lub czasowego pobytu ani kart Polaka, objął zakaz wjazdu na terytorium RP. Powracający do Polski obywatele muszą poddać się 14-dniowej kwarantannie w miejscu zamieszkania. Ograniczeń ruchu wewnątrz kraju na razie się nie planuje – uspokajał 13 marca minister zdrowia Łukasz Szumowski na konferencji prasowej.

W ramach walki z koronawirusem z kraju zostanie zorganizowana sieć szpitali zakaźnych – 19 szpitali zostanie przekształconych w takie właśnie placówki. Rząd chce, by w każdym województwie znalazła się jedna. Do walki z epidemią na mocy przepisów o stanie zagrożenia epidemicznego będą mogli być kierowani wszyscy wykonujący zawody medyczne, ale też inni obywatele. Ustawa przewiduje również obowiązek udostępniania na potrzeby walki z chorobą nieruchomości, lokali, terenów i środków transportu.

Zakładom pracy rząd rekomenduje zachować dołożenie wszelkich starań, by zachowań najwyższe standardy czystości i higieny. Gdzie tylko możliwa jest praca zdalna – należy ją organizować. Gdzie nie jest – zaleca się zachowywanie dystansu minimum półtora metra od rozmówcy, regularne mycie rąk i dezynfekowanie otoczenia.

Stanowisko Rady OPZZ w sprawie epidemii koronawirusa

Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych z niepokojem obserwuje sytuację związaną z rozprzestrzeniającą się epidemią koronawirusa (COVID-19)w Polsce. OPZZ już w dniu 4 marca 2020 r. poruszał tę kwestię na posiedzeniu Rady Dialogu Społecznego.Głosy partnerów społecznych o spowolnieniu gospodarczym zostały jednak zbagatelizowane.

Dzisiaj z mediów słyszymy od przedstawicieli rządu o potrzebie wdrożenia działań antykryzysowych. Oczekujemy więc pilnego włączenia partnerów społecznych w te działania.

Wzywamy rząd do zachowania czujności i dopilnowania, by pracodawcy nie wykorzystywali koronowirusa, w celu uzasadnienia cięć lub masowych zwolnień. Konieczne jest również, aby pracodawcy przejęli część ciężaru finansowego związanego z ryzykiem gospodarczym. Uważamy, że niezwykle ważne jest utrzymanie dochodu netto wszystkich pracowników, aby mogli oni dalej normalnie żyć. Działania wsparcia pracowników powinny być realizowane z udziałem państwa, m.in. przez wykorzystanie środków z Funduszu Pracy i Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

Apelujemy do pracodawców o umożliwienie pracownikom pozostania w domach i zdalnego realizowania swoich obowiązków. Osobom, które nie mają możliwości takiej pracy powinno się stworzyć warunki do zachowania wszelkich środków ostrożności. Pracownicy, którzy wrócili z wyjazdów służbowych, z terenów zagrożonych powinni mieć zapewnione badania kontrolne. Apelujemy do pracowników z objawami choroby o pozostanie w domach.

Wnioskujemy do rządu i pracodawców o zwiększenie środków przekazywanych na bezpieczeństwo i higienę pracy oraz wykonywanie badań wśród osób mających kontakt z zakażonymi. Apelujemy o podjęcie konkretnych kroków zmierzających do minimalizacji rozprzestrzeniania się epidemii.

Rada OPZZ podjęła decyzję o zawieszeniu wszelkich imprez organizowanych przez naszą Konfederację do odwołania. Zwracamy się z apelem o podjęcie takich samych działań przez organizacje członkowskie OPZZ.

Katedralny exodus

We Włoszech już zamykają kościoły. Bo to wszak, statystycznie rzecz biorąc, właśnie klienci Kościoła i świątyń są najbardziej narażoną na zachorowania grupą wiekową. Starsi, po 65 roku życia, osłabieni innymi chorobami.

Gdyby wziąć to na rozum, to w pierwszej kolejności właśnie msze, a nie wystawy, koncerty czy spotkania wyborcze powinny być zakazane. To w kościelnej kruchcie i ławie wirus koronnej grypy może drzemać najdłużej i razić najmocniej. Ale oczywiście w kościele rozum zwykle śpi.

Sam zresztą nie jestem zwolennikiem zakazywania komuś zrzeszania się w czyjekolwiek imię, jeno zostawienia decyzji do indywidualnego przemyślenia, bo ta cała wirusowa ruchawka jest, podług mnie, jedynie grubą, medialną pożywką. Jestem jednak sobie w stanie wyobrazić tanią prowokację, po której kościoły, i to nie tylko w Polsce, mogłyby opustoszeć, a to już mnie jakoś bardzo nie przeraża.

W „starej Europie” opustoszały zresztą już wcześniej. Tam można by spróbować z meczetami. Wiara, niezależnie w jakiego Boga, częstokroć nie starcza, żeby ujść z życiem przed epidemią czy mieczem Saracena.

Gdyby więc tak… do świątyni, w Polsce, czy gdziekolwiek indziej, tego czy innego obrządku, wszedł człowiek w maseczce. Zaczął kasłać, prychać, kichać, ocierać perliste krople wody z czoła, które miałyby imitować pot. Na koniec mógłby np. zwymiotować na posadzkę, żeby spotęgować efekt przerażenia.

W Polsce pewnie nie byłoby masowego exodusu z nabożeństwa. Ale już za tydzień wielu wiernych pozostałoby w domach. Nie wiem jak w meczetach. Coś jednak czuję, że mogłoby być podobnie.

Byłby to jednocześnie doskonały test gorliwości wiary oraz oddania się w zawierzenie np. Maryi Dziewicy. Oczywiście, nie pochwalam takich metod, ponieważ są oparte na szantażowaniu strachem innych, i w zasadzie niewiele się różnią od terrorystycznych praktyk z podrzucaniem mąki zamiast wąglika i pozostawianiu w dworcowych halach atrap bomb. Wszystko to, co zasadza się na strachu i lęku, nie może mieć ani prawa moralnego, ani formalnej legitymacji do tego, aby człowiek się temu podporządkowywał.

No chyba że zasadnicza służba wojskowa albo dyktat jednych używek nad drugimi. Tu państwo doskonale uporało się z problemem, i z bezprawia, za pomocą przemocy i represji, uczyniło prawo, penalizując jedne zachowania i postawy kosztem drugich.

Wracając jednak do meritum. Idę o zakład, że prędzej czy później, znajdzie się szaleniec, który sięgnie po taki właśnie oręż w wale z wszechpotęgą kościołów i, szerzej, religii.

Jakiś wojujący ateista, skrzywdzony przez księdza pedofila eks-ministrant, lub po prostu-zwykły wariat, pragnący rozgłosu. Naturalnie, cały czas, zwłaszcza w naszej ojczyźnie, częściej będzie się słyszeć głosy z ambon, że żele antybakteryjne i mycie rąk to daremny trud w porównaniu z boskim planem, który stwórca ułożył dla ludzkiego gatunku.

Ale skoro w mojej głowie wykiełkowała śmiała wizja, że kościoły opustoszeją, a przynajmniej na jakiś czas, a wraz z nimi, opustoszeją też tace, podobny obrazek rodzi się właśnie w tym momencie w wielu innych umysłach. Jestem tego pewien.

A Pan widzi, o ile jest, że to jest dobre!

A może będzie tak

W Europie pojawił się nowy wirus z Chin. Na świecie już zakażonych jest nań kilkadziesiąt tysięcy osób. Zmarło prawie trzy tysiące. W Europie wirus wykryto już prawie wszędzie. Najwięcej przypadków stwierdzono w północnych Włoszech, gdzie zmarło dotąd prawie 30 chorych. W Polsce, jak zapewnia rząd koronawirusa nie ma. Na prośbę prezydenta w tej sprawie zwołano jednak specjalne posiedzenie sejmu. Media publikują zapewnienia, że sprawnie działają wszystkie niezbędne służby. Posiedzenie sejmu opozycja wykorzystała dla formułowania podejrzeń, że rząd „ukrywa prawdę”, a co najmniej nie mówi wszystkiego. Istotnie wybór premiera znanego z łagodnie mówiąc skłonności do mijania się z prawdą – dwukrotnie już stwierdził to sąd – jako tego, kto uspokoi rodzący się strach przed epidemią nie był chyba najlepszym z możliwych. A niechęć do wyjawienia tego ile testów wykrywających obecność wirusa dotychczas zrobiono, przy jednoczesnym zapewnianiu, że robi się je tylko tym, co wracają z miejsc „występowania wirusa” i to tylko wtedy, gdy wystąpią u nich określone objawy, każe jednak podejrzewać o tzw. „ekonomikę medycyny”. Czyli kupimy możliwie mało testów, a użyjemy jeszcze mniej. To będzie ekonomiczne. Tę metodę jak pamiętamy zastosowała przy poprzedniej epidemii minister zdrowia Ewa Kopacz. I potem się tym długo i głośno chwaliła. Polska nie kupiła szczepionki na tamtą grypę i dobrze na tym wyszła. Inni kupili, dużo wydali, a epidemia się skończyła! Rząd myśli, że i tym razem się uda? Jednocześnie słyszymy ze strony rządowych ekspertów i samego ministra zdrowia solenne zapewnienia, że wprowadzono wszystkie stosowne procedury. Niektóre wprowadzono nawet szybciej niż w Europie. A jeszcze będzie nawet „specustawa”. Opozycja wątpi w jej sens i jakość, bo kiedy sama proponowała ustawę parlamentarna większość jak zwykle wysłała ją na grzybki. A tak w ogóle „wystarczy myć dokładnie ręce”!

Słucham i słucham, a słysząc to wszystko wyobraziłam sobie, że do przychodni zdrowia zwanej obecnie SPZOZ Lekarz Rodzinny w Warszawie przyszła urocza starsza pani. Weszła do zatłoczonej jak zwykle w poniedziałek poczekalni i stojąc grzecznie w recepcji w długiej kolejce po numerek, otrzymała numerek 10 do doktora Kowalskiego. Usiadła i pokasłując lekko wdała się w miłą pogawędkę z sąsiadką, która przyszła do lekarza, bo skoczyło jej ciśnienie. Już po godzinie kaszląca starsza pani dostała się przed oblicze lekarza, który zajrzał jej do gardła, osłuchał płuca, stwierdził lekkie przeziębienie i odesłał starszą panią do domu z przepisanymi „zwykłymi” w takich przypadkach lekami. Pani wróciła do domu i natychmiast poprosiła najbliższą sąsiadkę o pomoc w zakupach. Sąsiadka oczywiście chętnie pomogła i przyniosła sąsiadce ciepły obiadek zostając u chorej na miłą pogawędkę. I tak było przez dwa dni. Po trzech dniach starsza pani niestety trafiła z wysoką już gorączką i jak się okazało z zapaleniem płuc do szpitala. Tu powoli zdrowieje. W „zwykłej” 4 osobowej sali. A po tygodniu okazało się, że ktoś w szpitalu wykrył nieoczekiwanego gościa – koronawirus. Pierwsza zachorowała pielęgniarka, potem wirusa wykryto u kolejnych i jak się okazało u pacjentów też. Oddział co oczywiste zamknięto. I ogłoszono kwarantannę. A dlaczego tak się stało – a może dlatego, że nikt nie zapytał na samym początku starszej pani czy ona lub ktoś z jej rodziny był właśnie podczas ferii we włoskich Alpach. Nie wierzycie, że nie zapytał. To uwierzcie. W ostatnim tygodniu trzykrotnie z infekcją byłam w mojej przychodni lekarza rodzinnego. Dwukrotnie badali mnie mili i kompetentni lekarze, a raz pobrano mi krew do badania. Nikt mnie o moje podróże, ani tym bardziej o podróże rodziny nie zapytał. Brak najprostszej procedury?

Bardzo bym chciała, żeby ta wzmożona gotowość służb medycznych oraz wszelkich innych i szczególne oraz nadzwyczajne przygotowanie nie skończyło się tak jak w krążącym po Internecie memie – podobno w szpitalu w Lublinie pojawił się koronawirus. I co? Nie przyjęli go. Najbliższy wolny termin mają na czerwiec 2022 r.
Obyśmy wszyscy zdrowi byli!

Śmiertelność 2019-nCoV jest znacznie niższa niż H1N1 i Eboli

Chińskie władze przytaczają dane, z których wynika, że śmiertelność potwierdzonych przypadków zapalenia płuc będących wynikiem zarażenia nowym koronawirusem w Chinach, do nocy 3 lutego wyniosła 2,1 procent i jest znacznie niższa niż w przypadku grypy H1N1, MERS i Ebola w poprzednich latach.

4 lutego, rzeczniczka MSZ Chin Hua Chunying, podczas internetowej konferencji prasowej powiedziała, że śmiertelność epidemii nowego koronawirusa w Chinach wynosi około 2,1 procent, jest znacznie niższa niż w przypadku innych epidemii, a od 1 lutego zauważono, że liczba osób, które wyzdrowiały przewyższa liczbę zgonów.
Śmiertelność z powodu grypy H1N1 w 2009 r. w Stanach Zjednoczonych wyniosła 17,4 procent, śmiertelność MERS w 2012 r. wyniosła 34,4 procent, a w przypadku wirusa Ebola było to 40,4 procent.
Chińska Narodowa Komisja Zdrowia (NHC) na konferencji prasowej w dniu 4 lutego podała, że wskaźnik śmiertelności potwierdzonych przypadków nowego koronawirusa w Wuhanie wyniósł 4,9 procent, znacznie powyżej średniej krajowej (2,1%) dlatego, że możliwości leczenia w Wuhanie na początkowym etapie nie były dostosowane do skali epidemii.
Przedstawiciel NHC Jiao Yahui powiedziała, że początkowo w Wuhanie wyznaczono tylko trzy szpitale, o łącznej liczbie 110 łóżek, do leczenia pacjentów z zapaleniem płuc wywołanym zarażeniem nowym koronawirusa, ale było to zbyt mało.
Oprócz wyznaczonych szpitali, pacjenci zarażeni nowym koronawirusem zostali rozmieszczeni w przeszło 20 innych placówkach medycznych w całym mieście. Jednak brak jednolitego zarządzania i sprawnej dystrybucji wysokiej jakości materiałów medycznych przyczynił się do stosunkowo wysokiej śmiertelności, dodała Jiao.
NHC potwierdziła, że brak środków medycznych w walce z nowym koronawirusem jest nadal bardzo dotkliwy. Szczególnie brakuje kombinezonów ochronnych i masek N95.
Jiao zaznaczyła, że do 5 lutego liczba personelu medycznego, wysłanego do Wuhan w celu walki z epidemią osiągnęła w blisko 10 tys.
W całych Chinach kontentalnych utworzono 15 tys. klinik do walki z gorączką i 2092 szpitali do zwalczania epidemii, zaspokajając podstawowe potrzeby pacjentów w kraju, z wyjątkiem w prowincji Hubei – centrum epidemii.
Jiao dodała, że ponad 3000 lekarzy z głównych szpitali w kilkunastu prowincjach zostanie wysłanych do przejęcia nowo wyznaczonych oddziałów szpitalnych w Wuhanie, do leczenia pacjentów w stanie krytycznym, zarażonych wirusem.

Lokalna społeczność staje się twierdzą w walce z epidemią w Chinach

Przewodniczący Chin Xi Jinping podkreślił niedawno podczas inspekcji działań na rzecz zapobiegania i kontroli epidemii w Pekinie, że lokalna społeczność jest na pierwszym froncie wspólnego zapobiegania i kontroli epidemii. Jest to też najskuteczniejsza linia obrony w zakresie zapobiegania rozprzestrzenianiu się choroby – stwierdził. Cały kraj musi w pełni wykorzystać to działanie, aby móc wszystkie społeczności lokalne stały się silną twierdzą w tej walce – podkreślił przywódca Chin.

Słowa Xi wyjaśniają wyjątkową rolę lokalnych społeczności w zapobieganiu i kontroli epidemii oraz zarządzaniu społecznym w Chinach. Przewodniczący wysunął wyższe wymagania w zakresie wzmocnienia działań ze strony lokalnej społeczności, co wskazało cel i kierunek w promocji zapobiegania oraz kontroli epidemii.
Lokalna społeczność jest podstawową jednostką zarządzania społeczeństwem w Chinach, jest „ostatnią punktem” dla partii rządzącej i rządu chińskiego, aby skontaktować się z obywatelami i służyć im. Wynika to z tego, że lokalna społeczność najlepiej zna sytuację każdego gospodarstwa domowego. Po wybuchu epidemii, utrzymanie linii obrony lokalnej społeczności niewątpliwie może skutecznie przeciąć kanały rozprzestrzeniania się choroby.
Ludzie zauważyli, że po wybuchu epidemii, Stały Komitet Biura Politycznego Komunistycznej Partii Chin podjął decyzję w sprawie zapobiegania i kontroli na szczeblu podstawowym. Narodowy Resort Zdrowia wydał „Obwieszczenie w sprawie wzmocnienia zapobiegania i kontroli w lokalnych społecznościach”. Poszczególne rejony również szczegółowo określały środki pracy w lokalnych społecznościach zgodnie z konkretnymi warunkami. Wiele dzielnic stosuje różne metody upowszechniania wiedzy o zapobieganiu epidemiom, mierzy temperaturę mieszkańców, prowadzi rejestrację osób wchodząych i wychodząch, oraz zapewnia usługi zarządzania dla osób poddanych kwarantannie.
Po wybuchu epidemii w Chinach prawie 4 miliony pracowników lokalnych w miastach i na wsiach wykonuje prace zapobiegania epidemii w 650 tysiącach lokalnych społecznościach. Średnio każda lokalna społeczność ma 6 pracowników społecznych, a każdy pracownik służy 350 mieszkańcom. Ich praca jest bardzo ciężka.
Obecnie działania mające na celu zapobieganie epidemiom i ich kontrola są wciąż wdrażane. W tym kluczowym momencie wskazówka Xi Jinpinga wprowadziła siłę napędową, co wzmocni wiarę i determinację pracowników lokalnych społeczności.
Aby lokalna społeczność naprawdę stała się silną twierdzą, kluczem jest „zapobieganie wprowadzenia patogenów z zewnętrzu w celu nie doprowadzenia do rozprzestrzeniania się wirusu na osiedlu” oraz wzmocnienie wdrażania różnych środków kontroli w lokalnej społeczności.
Obecnie w mieście Wuhan w prowincji Hubei prowadzona jest kompleksowa codzienna kontrola przy udziale 30 tysięcy osób i urzędników na terenie lokalnych społeczności.
W Pekinie jest podobna sytuacja, około 50 tysięcy kadrowców urzędów i przedsiębiorstw państwowych dołączyło do pracy na terenie lokalnych społeczności. Z danych statystycznych wynika, że we wtorek potwierdzono 377 nowych przypadków zachorowań w całym kraju z wyjątkiem Hubei, co wskazuje na spadek po raz ósmy z rzędu. Liczba nowych podejrzanych przypadków w Wuhan spadła z 2071 w szczytowym dniu 5 lutego do 961 w dniu 10 lutego. Istotną rolę odgrywa tu niewątpliwie wzmocnienie przez Chiny prewencji i kontroli na terenie lokalnych społeczności.
Należy zauważyć, że przyjmując ścisłe środki zapobiegania i kontroli epidemii, chińskie lokalne społeczności miejskie i wiejskie przyjęły szereg środków w celu zaopatrzenia mieszkańców w niezbędne artykuły.
Ta epidemia jest dużym sprawdzianem zdolności i poziomu administracyjnego chińskich pracowników lokalnych społeczności, a także okazją do wzmocnienia konstrukcji systemów zarządzania na terenie lokalnych społeczności.

I tylko esemesy popiskują

Bura codzienność, która jednak wciąga

Szacunek dla pisarza, który mogąc bujać w obłokach swojej wyobraźni, kreować barwne i intrygujące światy, popisywać się erudycją, rozsnuwać wdzięk stylu lub ukazywać światy rzeczywiste, a efektowne, zdecydował się na zatrzymanie się w rzeczywistości najokropniejszej, w sferze fizjologii, bólu, cierpienia, upokorzenia, zamknięcia, smutku, bezradności, samotności, beznadziei, śmierci, jakby w „anusie” życia.
Dom opieki, starość i całą tę szarą codzienność oddziału szpitalnego pokazuje Grzegorz Uzdański (rocznik 1979) oczyma młodego wolontariusza. Materia tej lektury jest okropna: stare ciała, niesprawność, zanieczyszczone pieluchy, smród, wszystko to pokazane fragmentami z naturalistyczną dokładnością. Są też echa świat zewnętrznego, monotonia i banalność codzienności, jakieś problemy rodzinne, małżeńskie, emocjonalne. I choć przestrzeń, którą ukazuje Uzdański nie tak bardzo różni się od podobnej w podobnych miejscach pół wieku temu dajmy na to, to w tle pojawiają się detale charakterystyczne dla naszej współczesności: znane tytuły gazet, seriale i reklamy „lecące” z telewizora, sygnały esemesów. Ale oto w mojej percepcji czytelniczej dzieje się coś dziwnego. Cała ta nieprzyjemna, nieefektowna, bura, może nawet z definicji nudna materia (nomen omen – materia, trafne słowo) faktograficzna, materia „świata przedstawionego”, która powinna odstręczać – wciąga. A to za sprawą pisarskiego talentu. Uzdański ma pisarską spostrzegawczość na detal, wyostrzone zmysły, wrażliwość na „mikrochwile”, dar delikatnej, prawie niedostrzegalnej ironii i mimowolnego komizmu oraz dar wolności od egzaltacji, bo ta powieść nie jest ani trochę czułostkowa.
Ot, siła literatury – materię odpychającą, aż proszącą się o to, by się od niej odwrócić, nie myśleć o niej, nie mieć jej pod powiekami i w tyle głowy, skierować się ku przyjemniejszej strefie egzystencji, ukazać tak, by chciało się czytać. I tak jest w przypadku prozy Uznańskiego.

Grzegorz Uzdański – „Zaraz będzie po wszystkim”, wyd. WAB (gwfoksal), Warszawa 2019, str.223, ISBN 978-83-280-7095-0.

Głos lewicy

Będę dalej pracował

– Mam zamiar kontynuować kampanię, oddać się w ręce wyborców. Moja choroba nie przeszkadza mi w niczym ani teraz, ani w najbliższej przyszłości. Jest to taki rodzaj, który ma wysoką uleczalność. Głęboko wierzę, jestem optymistą, że wygram – mówił o swojej chorobie nowotworowej były premier i kandydat na europosła Włodzimierz Cimoszewicz w programie „Polityka na ostro”.
– Te choroby są wśród nas, to nie są anonimowe zdarzenia. Mam trochę szczęścia, po dawnej operacji serca muszę się poddawać okresowym badaniom. To przy okazji takich okresowych badań wyszło na jaw. Jest w niezaawansowanym stadium – mówił o chorobie, dodając, że to „taki bardziej męski” nowotwór.
– Nie należy się poddawać, dzisiejsza medycyna robi duże postępy, daje nam szansę – mówił były premier.
– Jeżeli to nie jest zaawansowana choroba, to nie powinna dyskryminować – odpowiadał, pytany o pracę w czasie choroby.
Źródło: sld.org.pl

Nie ma za co

Jakiś człowiek w sklepie podziękował mi za to „to wszystko co robię dla Polaków”. Spieszę donieść, że cudzoziemcom także pomagamy – oświadczył na Facebooku Piotr Ikonowicz.

Czy warto się ubezpieczyć?

Co drugi Polak podejmuje działania związane z ubezpieczeniem na życie wtedy, gdy dojdzie do jakichś niepożądanych sytuacji.

Nieżyjący już niestety profesor Jerzy Vetulani mawiał, że on się nie ubezpiecza, ponieważ woli, by po jego śmierci bliscy płakali, a nie się cieszyli.
Rzeczywiście, żal po jego tragicznej śmierci był powszechny, choć oczywiście nie miało to żadnego związku z tym, czy profesor był, czy też nie był ubezpieczony.
Wydaje się jednak, że duża część Polaków podziela opinię, iż ubezpieczenie na życie nie jest nam specjalnie potrzebne do …życia.
I chyba jest w tym nieco racji, no bo komuś, kto opuścił już ten padół łez jest raczej obojętne, czy i na jaką kwotę był ubezpieczony na wypadek swej śmierci – i ile zostawił spadkobiercom.

Na wypadek wypadku

Blisko 50 proc. Polaków podejmuje działania związane z ubezpieczeniem na życie (ubezpiecza się po raz pierwszy, zmienia warunki polisy, kupuje nową polisę), wtedy, gdy dojdzie do jakichś niepożądanych sytuacji, choroby czy śmierci bliskiej osoby. Taki wniosek płynie z najnowszego badania firmy Imas na zlecenie Vienna Life.
Priorytety życiowe Polaków nie ulegają zmianom na przestrzeni lat. Zarówno w najnowszych badaniach, jak i tych realizowanych 5 lat temu, dla 2/3 ankietowanych najważniejsza jest rodzina, a następnie zachowanie dobrego zdrowia.
Większość respondentów (78 proc.) pragnie chronić swoich bliskich przed nieszczęściami, oraz nie chce być dla nich ciężarem, gdy dojdzie do niepożądanych sytuacji (63 proc.).

Ubezpieczyciele mówią „nie”

Polacy są dość altruistyczni, bo aż 57 proc. badanych czuje się osobiście zobowiązanych do zapewnienia bytu bliskim na wypadek własnej choroby, niepełnosprawności lub śmierci.
Inna sprawa, że zaledwie 20 proc. w pełni zabezpieczyło członków rodziny na wypadek swojej niezdolności do pracy lub śmierci.
Natomiast indywidualne ubezpieczenie następstw nieszczęśliwych wypadków ma jedynie 28 proc. z nas. Pojęcie „w pełni” jest oczywiście względne, bo dla każdej rodziny będzie to inna kwota.
Na pewno jednak ten odsetek byłby dużo wyższy, gdyby nie polityka towarzystw ubezpieczeniowych działających w Polsce, które tylko do 65 roku życia sprzedają ubezpieczenia na „wypadek wypadku”, choroby i niezdolności do pracy. Po przekroczeniu tej granicy trzeba liczyć tylko na emeryturę i na to co się samemu odłożyło.
Co nas motywuje do zakupu ubezpieczenia? Oczywiście przymus.
Niezmiennie od lat badania pokazują, że Polacy decydują się na ubezpieczenie wtedy, gdy jak w przypadku OC komunikacyjnego, jest to obowiązkowe – lub wymagane, na przykład ubezpieczenie nieruchomości przy kredycie hipotecznym. Relatywnie często kupujemy ubezpieczenie turystyczne przed wyjazdem na urlop.

To, co nam przeszkadza

Według 2/3 badanych śmierć, nieuleczalna choroba jak i niepełnosprawność, najsilniej osłabiłyby poczucie bezpieczeństwa finansowego ich samych oraz ich rodzin. 53 proc. wskazuje, że nie posiada indywidualnego ubezpieczenia na życie.
Jednakże 52 proc. ankietowanych wskazuje, że rola jedynego żywiciela rodziny – i troska o los pozostawionych bliskich – jest tym, co najsilniej motywuje do sięgnięcia po ubezpieczenie na życie.
Teoria jest tu oczywista: dobrze posiadać kompleksową ochronę w różnych sytuacjach życiowych, również wtedy, gdy nas zabraknie. Jeśli przydarzy się wypadek, czy choroba, warto posiadać polisę, która zabezpieczy nie tylko naszą przyszłość, ale też przyszłość naszych najbliższych.
Główną deklarowaną barierą wykupienia indywidualnego ubezpieczenia na życia są oczywiście względy ekonomiczne (brak środków 30 proc., nieopłacalność 8 proc.).
Podobnie często wskazywane są odmienne powody, mniej lub bardziej racjonalne (inne zabezpieczenia, np. grupowe ubezpieczenie na życie – 28 proc., „nie myślałem o tym” – 15 proc., brak zaufania do ubezpieczycieli – 16 proc., brak czasu na zatroszczenie się o polisę – 5 proc.

Mieć rodzinę i dzieci

Śmierć to nie wszystko. Zawsze może trafić się sytuacja, która – wydawałoby się – nas nie dotyczy czy nie spotka. Jeśli mamy polisę, to w przypadku długotrwałej rehabilitacji po zdarzeniu losowym czy nieuleczalnej choroby, my i nasza rodzina będziemy chronieni.
54 proc. badanych przeznaczyłoby środki z ubezpieczenia na życie czy ubezpieczenia Następstw Nieszczęśliwych Wypadków na zabezpieczenie finansowe swoich bliskich. 51 proc. – na własne leczenie.
Natomiast aż 1/3 deklaruje, że wykorzystałaby je na bieżące wydatki, a 1/4 – na spłatę zobowiązań, co oznacza, że bez środków z ubezpieczenia ich codzienne życie uległoby znacznemu zaburzeniu.
Ponieważ troska o najbliższych jest jednym z najsilniejszych motywatorów do zakupu polis NNW, więc single rzadziej się ubezpieczają. Brak ubezpieczenia indywidualnego tłumaczą najczęściej młodym wiekiem czy brakiem pieniędzy, ale też przyczynami mniej racjonalnymi (nigdy o tym nie myślałem, zbytnie skomplikowanie ubezpieczeń itp).
Gdy dojdzie do sytuacji w której spotka ich choroba, niezdolność do pracy, czy nieszczęśliwy wypadek, znacznie trudniejsze dla singli będzie zachowanie dotychczasowego standardu życia. Wtedy pojawia się problem, z którym często muszą się uporać sami. Warto więc wcześniej pomyśleć o indywidualnym ubezpieczeniu.
Jak pokazuje badanie, osoby nie będące w związku małżeńskim może dość skutecznie skłonić do ubezpieczenia zmiana stanu cywilnego (17 proc.) oraz pojawienie się dziecka (32 proc.). Wniosek – należy się żenić, wychodzić za mąż oraz mieć dzieci.

Korespondencja z Piekła (3)

Poemat o dzieciaku

 

Życie na detoksie wróciło do normy. Znowu zaczął się czas awantur o wszystko, ale głównie o wyimaginowane kradzieże, każdy podejrzewa każdego o kradzież wszystkiego, nawet tego czego nie ma i nigdy nie było. Eskalacja nieporozumień sięgnęła zenitu, doszło nawet do poważnego pobicia, agresor oczywiście od razu wyleciał, ofiara prawdopodobnie ocaliła zęby. Choć nie wiem, czy wszystkie. Podzieliło to również pensjonariuszy. Jedni stanęli w obronie bijącego, inni bitego. Nie szukam jednak sensacji, więc nie będę plotkował o tym wydarzeniu, ale do tematu jeszcze wrócę, ponieważ ściśle dotyczy on tego tekstu.
Kolejnym bardzo ważnym elementem oddziałowego życia, są różnego rodzaju dile, te osadzone w miejscowych realiach, jak i olbrzymie biznesy zaplanowane zaraz po wyjściu z oddziału. Lokalne – oddziałowe interesy są zwykle niewielkie, ale bywają dochodowe. Polegają głównie na wymianie papierosów za wartościowe przedmioty od pacjentów, którym akurat szlugi się skończyły, lub dopiero przyjechali na oddział i w roztargnieniu lub z braku pieniędzy nie mogli ich kupić.
Mając papierosy i clonazepam, który jest jeszcze cenniejszy, można zrobić tutaj majątek. Majątek na miarę krezusa detoksu. Dzieje się tak na każdym detoksie w Polsce. Większość pacjentów wcale nie przychodzi tutaj, by przestać ćpać, chodzi im głównie o wejście na program metadonowy, lub trochę odpocząć i się odwirować przed kolejnym ciągiem. W tej grupie jest jednak jakiś procent, który autentycznie chce się wyleczyć. I właśnie dla tych kilku procent warto prowadzić takie oddziały. Personel robi wszystko, by udaremnić handel pozornym pacjentom (pozorny pacjent to taki który przyszedł tu, by wejść na program i generalnie ma w dupie leczenie), których celem jest nie dać się złapać. Te zawody zawsze kończą się remisem, a przyłapany pacjent od razu zostaje wyrzucony z oddziału.
Clonazepam to lek stosunkowo tani. W w aptece opakowanie kosztuje jakieś dziesięć złotych, a jeśli kupowany jest z ryczałtową zniżką, wtedy cena wynosi jakieś 4 złote. Na oddziale przebitka może wynieść nawet tysiąc procent. Bywa że na detoksie sprzedają po 25 złotych za tabletkę, czyli 750 złotych za opakowanie. Gdy cena jest tak wysoka oznacza, że jest mało towaru. Normalnie sprzedają jednego klona, za paczkę papierosów. To też świetny interes.
O ile te małe detoksowe interesy zwykle się udają , o ile nie dojdzie do wpadki, to te wielkie interesy planowane po wyjściu ze szpitala kończą się co najwyżej kilkudniowym wspólnym ćpaniem. I ewentualnie wyrwaniem kartki z zeszytu w celu zrobienia biznesplanu. Po kilku dniach narkotykowego ciągu na kartce która miała posłużyć rozpoczęciu „pewnego” biznesu, drżące ręce rysują plan trasy do najbliższego aśramu. Każdy narkoman przynajmniej raz w życiu musi „poważnie” zaplanować życie w aśramie, podobnie jak muzułmanin musi odwiedzić Mekkę.
Ale – jak w każdej minispołeczności – niepodzielną królową wszystkiego jest plotka. Przy wyobraźni i fantazji narkomanów, najdrobniejsza nawet pierdoła rośnie do gigantycznych rozmiarów. Mija więc czas na oskarżeniach o kradzieże, dochodzeniach i obgadywaniu każdego, kogo akurat nie ma w pobliżu. Czasami pojawiają się nowi pacjenci, czasami odchodzą. Jedni planowo, inni na własne żądanie. Nie wytrzymują bez ćpania i zwykle ten właśnie argument podają. Jeszcze inni wylatują.
Zdeklarowany narkoman ma ten komfort, że nie zawsze musi udawać czy oszukiwać. Bo, że z oddziału wyciąga ich narkotykowy głód, jest dla wszystkich oczywiste.
Rozmawiałem z wieloma pacjentami, zgodzili się na opublikowanie ich historii, pod własnym imieniem i bez zmian uniemożliwiających identyfikację. Rozumiem starych ćpunów jak Gacek, który jest pokoleniem punkrocka, mniej więcej w moim wieku, serdeczny i koleżeński. Poznalem go wiele lat temu, podczas pierwszego mojego pobytu tutaj. Ale zdziwiło mnie że zgodę wyraził również dziewiętnastoletni Arek – chłopak z dobrego domu, mówiący biegle w trzech językach, który maturę zdawał po hiszpańsku.
Każda historia jest inna, ale każda fascynuje. Na oddziale leży dziewiętnaścioro pacjentów, wciaż dochodzą nowi Nieważne więc jak długo zostanę na oddziale, pewne jest to, że tematów nie zabraknie.
Dziewiętnastolatkowie na wózkach inwalidzkich! Siedemnastoletnie dzieciaki z parkinsonizmem – choroba o tyle gorsza od Parkinsona, że kompletnie nieuleczalna. Albo wcale nie mówią, albo usiłują coś wybełkotać, mają nieskoordynowane ruchy, zachowują się jak sparaliżowani. Ci którzy próbują poruszać się o własnych siłach, łapią się ścian by pokonać kilka kroków. To wcale nie efekt zażywania dopalaczy, ale jednego z najłatwiej dostępnych narkotyków, popularnego leku na katar, który można kupić w każdej aptece bez recepty. Przy dodaniu odrobiny octu i nadmanganianu potasu, wyjdzie narkotyk, który swym działaniem przypomina kokainę połączoną z amfetaminą. Jego zażycie daje wrażenie sprawczości, czujemy że złapaliśmy boga za nogi, a świat leży u naszych stóp. Tych samych stóp, które po kilkunastu miesiącach nie są w stanie pokonać kilku kroków i muszą wspomagać się wózkiem inwalidzkim. Zrobienie tego narkotyku wymaga jednak pewnej wiedzy. Wiem – w dobie internetu to żaden problem. Są też jednak bezreceptowe leki narkotyczne, które nie wymagają żadnych chemicznych przeróbek. Gotowe do spożycia od razu po kupieniu, nawet pod apteką.
Czasy szkolnych dilerów już dawno przeszły do lamusa, a najlepszym dostawcą narkotyków jest sympatyczna pani magister z pobliskiej apteki. Jeśli już zna klienta, sprzeda mu dowolną liczbę opakowań. Nie muszę wspierać się tu żadnymi relacjami narkomanów, ponieważ sam tak kupowałem.
Ludzie podniecają się, gdy w transporcie bananów policja czy celnicy znajdą kilkadziesiąt kilogramów kokainy. Każdy udaremniony przemyt jest szeroko głoszonym sukcesem, każdy rozbity gang zajmuje czołówki stacji telewizyjnych i prasowych jedynek. Waga i ilość wszystkich nielegalnie sprzedawanych narkotyków, to niewielka część twardych, a nawet najtwardszych narkotyków sprzedawanych legalnie w polskich aptekach. Bez recepty oczywiście. Jestem pewien, że „legalna” sprzedaż lekarstw, które pozornie mają leczyć kaszel czy katar jest wielokrotnie wyższa niż cały czarny rynek narkotyków. Bez problemu można kupić morfinę czy speeda, którego działanie jest równie wystrzałowe? Pozwala to sądzić, że właściwości lecznicze są najmniej istotnym punktem produkcji.
Po co więc zwalczać tzw. bossów narkotycznego podziemia, skoro prawdziwy problem leży zupełnie gdzie indziej. To nie dilerzy narkotykowi sa źródłem największego zagrożenia narkomanią wśród młodzieży, ale koncerny farmaceutyczne i apteki. Dlaczego więc państwo chroni koncerny farmaceutyczne, wybijając im konkurencję? Jestem pewien, że firma Unia, produkująca Thiocodin zbankrutowałaby, gdyby lek ten był na receptę. Oczywiście, kodeina, która w organizmie metabolizuje się w morfinę, nie ma wpływu na to, że młodzież – i nie tylko – żre to garściami’. Z róbcie drodzy czytelnicy pewien eksperyment, w słoneczny , letni dzień, postójcie chwilę pod apteką i zwróćcie uwagę jak wielu ludzi kupuje te tabletki na kaszel, mimo, że będzie to środek upalnego lata. Bez trudu znajdziecie blistry i opakowania po tym leku poniewierają się w okołolicealnych koszach. Ale nie tylko tzw. gimbaza go kupuje. Gdy jeszcze sam jadłem Thiocodin i łaziłem po niego od apteki do apteki, regularne spotykałem staruszkę, która kupowała dokładnie to samo co ja, czyli bardzo silny narkotyk dostępny bez recepty.
Ministerstwo Zdrowia pozoruje jakieś działania, ograniczając możliwość zakupu do jednego opakowania. Producent Thiocodinu wyszedł jednak temu naprzeciw i produkował opakowania zawierające nie dziesięć – jak poprzednio – tabletek, a po dwadzieścia.
Po jakimś czasie ktoś z resortu zdrowia zorientował się jednak, że firma bez problemu ominęła zakaz sprzedaży więcej niż jednego opakowania, zwiększając pudełka i pakując w nich dwa razy więcej tabletek niż poprzednio. Znowu pomajstrowali coś w przepisach i teraz koncern farmaceutyczny Unia pakuje nie dziesięć, ale i nie dwadzieścia tabletek. Znaleziono kompromis – pakować można 16 sztuk, zmniejszając jednocześnie drugi składnik leku – sulfogwajakol – który narkomanowi nie jest do niczego potrzebny. Specjalnej szkody też nie wyrządza, ale po cholerę inwestować w środek na kaszel w leku, którego na kaszel prawie nikt nie używa. Zatem, w jednej tabletce Thiocodinu jest 15 mg kodeiny. Opakowanie zawierające 16 sztuk zawiera 180 mg. Trzy takie opakowania dają ponad pół grama bardzo silnego narkotyku, który organizm, przerabia na czyściutką morfinę.
Wprawdzie kolejny przepis nakłada na apteki zakaz sprzedaży więcej niż jednej paczki, ale ponieważ żyjemy w kraju lombardów i aptek, to wystarczy przejść kilkadziesiąt metrów, by kupić nie trzy, a pięć opakowań. A to do już prawie gram kodeiny. Nie mówiąc o tym, że osiedlowe apteki często takich dylematów nie mają, a sympatyczna pani magister sprzeda nawet dziesięć opakowań znajomemu klientowi. Musi jedynie dziesięć razy nabić na kasę osobny paragon.
Kodeinę zawiera także przeciwbólowy lek o nazwie Antidol. Zawarta w nim duża dawka paracetamolu skutecznie odstrasza, bo przy zjedzeniu 40 tabletek, w której każda zawiera 500 mg paracetamolu, konsekwencje mogą być nieprzyjemne. Oczywiście, jest sposób by oddzielić jedno od drugiego, ale wymaga to powrotu do domu i kilkunastu minut cierpliwości. A tej narkoman nigdy nie ma, a Thiocodin można połknąć zaraz po kupieniu, nawet pod apteką, jeśli tylko będzie czym popić.
Thiocodin odkrył też wspomniany Arek, zafascynowany amerykańskim rapem, miał zaledwie szesnaście lat gdy po raz pierwszy sięgnął po ten narkotyk. Podobnie jak ja, opracował sobie listę aptek, by zbyt często nie kupować w tych samych punktach. No chyba, że u osiedlowej pani magister, ale tam cena jest zwykle ciut wyższa. Igor potrzebował już dziesięć, jedenaście opakowań dziennie. Więc skrupulatnie liczył każdą złotówkę Wychodził wtedy z domu dwie godziny przed planowanymi zajęciami i robił rundę po mieście, kupując po jednym opakowaniu.
Po roku, już gdy był w liceum, uznał, że Thiocodin jest jednak za słaby. Chciał mocniejszych wrażeń. Wsiadł w pociąg i pojechał do Warszawy szukać heroiny. Wysiadł na dworcu i swoim wyglądem zadbanego młodzieńca, dziecinną buźką i markowym ubraniem uzbierał 250 złotych. Wystarczyło na gram heroiny. Odnalezienie miejsca, gdzie można ją kupić, nie sprawiło mu już większego problemu. Był tak żądny wrażeń, ze nie miał oporów by samemu podać sobie w żyłę. Siedział w stolicy dwa dni ciągle ćpając kupiony towar.
W końcu szkoła zorientowała się w jego problemie, kilka dni przed studniówką został z niej wyrzucony. Dzięki staraniom rodziców podszedł do matury w prywatnym liceum. Zdał ją celująco, w dodatku zdawał egzamin po hiszpańsku. To jeden z trzech języków, które zna.
Teraz ma dziewiętnaście lat, nie ma planów ani pomysłu na życie. To właśnie on został dzisiaj ciężko pobity w jednej z sal, sprawca został wprawdzie usunięty, ale to nie koniec szykan. Pozostali pacjenci wyrzucili jego rzeczy z pokoju informując, że ma stamtąd wypierdalać. Próbowaliśmy zrobić wraz z terapeutą jakąś roszadę, by przynajmniej w nocy czuł się bezpieczny. Był tak zastraszony, że bał się nawet zbliżyć do swojej sali. W końcu udało się umieścić największego z pacjentów na łóżku wyrzuconego agresora, dodało to chłopakowi otuchy i przyhamowało chęć zemsty pozostałych pacjentów.
Arek już drugi raz przyjechał się odtruć od heroiny, tym razem wszedł na program metadonowy. To znaczy, nie wiem czy wszedł, bo z tego co mówił, planował wyjechać z detoksu następnego dnia rano. Jak będzie, czas pokaże.
Arek to typowy dzieciak klasy średniej, przekonany że wszystko mu się należy Sytuację pogarszają również jego rodzice, spełniając wszelkie jego zachcianki. Nawet podczas matury matka dyskretnie podawała mu niewielkie ilości narkotyku. Uległa szantażowi, że bez tego nie zda matury.
P.S. Arek na własną prośbę opuścił oddział. Czarno widzę jego przyszłość.