Timmermans w Warszawie

Wiceszef Komisji Europejskiej przyjechał do Warszawy, aby przeciągnąć na swoją stronę jak największą część polskiej lewicy.

Odpowiedzialny w Komisji Europejskiej m.in. za rządy prawa we Wspólnocie Frans Timmermans spędził niedzielę (7 kwietnia) w Warszawie, gdzie spotkał się m.in. z kierownictwem Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Według rzeczniczki Anny Marii Żukowskiej rozmowa Timmermansa z przewodniczącym Włodzimierzem Czarzastym dotyczyła praworządności, planowanej polityki ugrupownaia europejskich socjalistów, kampanii wyborczej do PE, a także wspólnej polityki w ramach frakcji Socjalistów i Demokratów w PE. Mowa była również o szczegółach planowanego przez wiceszefa KE wsparcia dla kandydatek i kandydatów Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Dla Timmermansa liczy się teraz każdy głos w europarlamencie, ubiega się o jedno z najważniejszych stanowisk w Brukseli (interesuje go funkcja szefa KE, ale też szefa europarlamentu, Rady Europejskiej lub wysokiego przedstawiciela ds. zagranicznych).

Przeciwko mowie nienawiści!

„W moim kraju palą tęczę jak kiedyś ludzi w stodole; hejt nasz polski powszedni jak chleb, jak obiad na stole; Czego nie zniszczyli Hitler, Stalin; Czego Zomo pałą nie zajebało; Czego nie dopalił oświęcimski piec; Polskiej nienawiści zeżre wściekły pies” tymi słowami rozpoczyna się piosenka Marii Peszek pt. Modern Holocaust, która już w 2016 roku zwracała uwagę na wzrost mowy nienawiści w przestrzeni publicznej. Co roku podczas tzw. Marszu Niepodległości jesteśmy świadkami popisów przemocy symbolicznej oraz nienawistnych haseł, które wprost skierowane są do ludzi lewicy, mniejszości etnicznych i seksualnych. Również liberalny mainstream nie jest wolny od haseł odwołujących się do podobnych praktyk. Czym jest bowiem nawoływanie Radosława Sikorskiego do „dorżnięcia watahy” czy też nazywanie przez Donalda Tuska wyborczyń Prawa i Sprawiedliwości „moherowymi beretami”? Nie bez winy są także politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy przypinają łatki „zdradzieckich mord” i „złodziei” swoim przeciwnikom politycznym.
Temperatura politycznego sporu przekłada się na realne akty przemocy. Zabójstwo Marak Rosiaka, pracownika biura poselskiego PiS w Łodzi w 2010 roku na chwilę otrzeźwiło polityków. Przez moment politycy przestali się atakować, język debaty publicznej zelżał. Po paru dniach wszystko wróciło do „normy”, a politycy tak PO jak i PiS wrócili do uprawiania wojny polsko-polskiej.
Szok i przerażenie związane z zabójstwem prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w styczniu 2019 roku było zapewne dla nas wszystkich czymś niezwykle dojmującym. Oto w świetle kamer uzbrojony w nóż napastnik dokonuje morderstwa na włodarzu Gdańska. Znów wszyscy zadaliśmy sobie pytanie o znaczenie słów, oskarżeń, nienawiści słownej, która przeradza się z zbrodnię. By przeciwdziałać podobnym zbrodniom w przyszłości trzeba działać, reagować i edukować. Taką rolę mają fundacje polityczne, których zadaniem jest współprowadzić debatę publiczną na w sprawach absolutnie kluczowych dla jakości demokracji. Reagując na to co wydarzyło się w ostatnich latach Centrum im. Ignacego Daszyńskiego wraz z Fundacją im. Friedricha Eberta organizują w nadchodzącą środę 3 kwietnia o godzinie 17:30 dyskusję otwartą pt. „Mowa nienawiści i agresja w życiu publicznym”, która odbędzie się w Gdańsku w Cafe Oficyna przy ul. Chlebnickiej 24/25. O tym skąd biorą się te niebezpieczne zjawiska oraz jak im przeciwdziałać dyskutować będą: dr hab. Małgorzata Niewiadomska-Cudak, dr Łukasz Cora oraz red. Dorota Sobieniecka-Kańska, zaś prowadzenie całości wydarzenia przypadnie koordynatorom Centrum im. Ignacego Daszyńskiego w Gdańsku: dr Magdzie Leszczynie-Rzucidło oraz dr Tomaszowi Bojarowi-Fijałkowskiemu. Zapraszamy do udziału w naszej dyskusji czytelniczki i czytelników „Trybuny”.

„Lewica. Stare błędy, nowe wyzwania”

Wydana niedawno przez „Muzę” książka znanego amerykańskiego politologa i filozofa polityki Michaela Walzera, związanego przez lata z uniwersytetami Harvarda i Princeton, współtwórcy magazynu „Dissent”, ma ambitny, zachęcający polski tytuł, choć w oryginale jest on skromniejszy i znacznie lepiej oddający treść pracy: ”Polityka zagraniczna Lewicy”. De facto jest to przeredagowany wybór wcześniejszych esejów autora, który wcześniej zajmował się m.in. kwestiami wojen sprawiedliwych i niesprawiedliwych, interwencji humanitarnych, czy związkami między lewicą a religią (zwłaszcza w przypadku islamu).W większości przez pryzmat polityki Stanów Zjednoczonych i to przed dojściem do władzy prezydenta Donalda Trumpa.
Z pewnością książka warta jest lektury i dyskusji. Ta ostatnia odbyła się na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, a moderował ją dr Bartosz Rydliński (UKSW) z udziałem m.in. dr. hab. Marka Greli (Akademia Vistula), pierwszego ambasadora RP przy Unii Europejskiej),dr. hab. Ewy Marciniak (dyr. Instytutu Nauk Politycznych UW) i red. Agaty Szczęśniak (OKO.press).
Zabierający głos prof. Tadeusz Iwiński wskazywał na nietypowość lewicy w USA (np. w porównaniu z lewicą europejską), na nierozróżnianie przez autora lewicy społecznej i politycznej (obie odgrywały zresztą w Stanach znikomą rolę poza okresem wojny w Wietnamie i częściowo w trakcie „Annus mirabilis” 1968 r.), a więc w pewnym sensie nieuchronne koncentrowanie się na lewicy intelektualnej. Prof. Walzer dość często udziela wywiadów i pewne jego spostrzeżenia w nich zawarte są dla dyskutanta bardziej wartościowe niż dłuższe teksty. Przykładem może być jego świeża teza, potwierdzająca się też nad Wisłą, iż „tam, gdzie abdykuje lewica przychodzi populizm”.
Prof. Tadeusz Iwiński za trafne, choć gorzkie, podsumowanie całej pracy uznał taką opinię autora: „Lewicowcy nie są w Stanach Zjednoczonych żadną siłą, a większość z nas nawet sobie nie wyobraża, żeby mogli kiedykolwiek sprawować władzę. Wielu lewicowych intelektualistów żyje w Ameryce jak na emigracji wewnętrznej, nie chcąc się identyfikować ze współobywatelami, uznając każdy przejaw uczuć patriotycznych za niepoprawny politycznie”.

Z czym do Unii

Czy Europa Socjalna może być lekiem na prawicowy populizm? Wszystko wskazuje na to, że przyszły Europarlament będzie posiadał największą w historii reprezentację eurosceptyków.

Już mniej niż 100 dni zostało do wyborów europejskich, które niestety tak w Polsce jak i pozostałych państwach Unii Europejskiej pozostają wydarzeniem politycznym co najwyżej drugiej kategorii. Niska frekwencja, niemrawa kampania, która z reguły schodzi na krajową tematykę, doświadczeni i zasłużeni kandydaci i kandydatki z jednej, z drugiej celebryci tworzący każdorazowo
„nowy rozdział”.

To wszystko od lat cechuje wybory do Parlamentu Europejskiego
– instytucji, która w naszym codziennym życiu odgrywa niezwykle ważną rolę, współtworzy prawo europejskie, do którego następnie muszą wedle zapisów traktatowych dopasować się państwa członkowskie. Parlament Europejski pozostaje także najbardziej demokratyczną i społecznie kontrolowaną częścią całej unijnej machiny. To właśnie przez pracę parlamentarzystów sprawy ważne dla przeciętnych Europejczyków nie tylko mogą ujrzeć światło dzienne, ale dać początek nowej, lepszej jakości społeczno-politycznej Starego Kontynentu. Europarlamentarzyści i europarlamentarzystki odegrali przecież kluczową rolę w ukształtowaniu Europejskiego Filaru Praw Socjalnych, pierwszej poważnej zapowiedzi utworzenia ogólnoeuropejskich standardów polityki społecznej, poprzez m.in. wspieranie sprawiedliwych i sprawnie funkcjonujących rynków pracy oraz systemów opieki społecznej. Z drugiej jednak strony wszystko wskazuje na to, że przyszły Europarlament będzie posiadał największą w historii reprezentację eurosceptyków, którzy Unii nienawidzą, chcą ją zniszczyć, na których tle Jarosław Kaczyński i jego PiS uchodzą za euroentuzjastów. Nie bez winy są w tym europejscy chadecy i socjaldemokraci, przedstawiciele centroprawicy i centrolewicy, którzy na przestrzeni ostatnich lat upodobnili się do siebie, za wszelką cenę unikając sporu wokół spraw fundamentalnych:

W jakiej Europie chcemy żyć?
Czy chcemy więcej państwa dobrobytu, czy może więcej wolnego rynku? Czy zależy nam na ochronie naszego europejskiego stylu życia, czy też za wszelką cenę chcemy podpisać niekorzystne dla nas porozumienie handlowe ze Stanami Zjednoczonymi?
Na te kluczowe pytania europejski mainstream nie potrafił lub nie chciał odpowiedzieć. Nic dziwnego, że wielu z nas, obywateli Unii Europejskiej, nie chce głosować na miałkich, niewyrazistych i sztucznie uśmiechniętych polityków, którzy boją się sporu, będącego naturalną częścią demokracji.
Populiści
z reguły proponują jednak lekarstwo gorsze od choroby. Zamiast wzmacniać świat ludzi pracy, opowiadają się za jeszcze większą deregulacją, w miejsce dyskusji o społecznej odpowiedzialności kapitału wszędzie doszukują się zagrożeń dla narodowej, religijnej i kulturowej suwerenności i niepodległości. Każdy kto wyda się niewystarczająco „prawy” określany jest przed autorytarnych populistów wrogiem narodu i jego nieskazitelnej historii, nawet jeśli ubóstwiani przez populistów „bohaterowie” mają na swoich „patriotycznych” rękach krew cywilów, niewinnych niemowląt i dzieci, matek, ocalałych z Zagłady.

Pytanie
jak walczyć z zagrożeniem europejskiego prawicowego populizmu pozostanie kluczowym do dnia wyborów, które odbędą się 26 maja.
Będziemy starali się znaleźć na nie odpowiedź w nadchodzący piątek 8 marca we Wrocławiu. O godzinie 18:00 w barze Barbara przy ul. Świdnickiej 8b nieopodal Rynku. prof. dr hab. Adam Chmielewski (Zakład Filozofii Społecznej i Politycznej Uniwersytetu Wrocławskiego), prof. UWr dr hab. Anna Pacześniak (Katedra Studiów Europejskich UWr), Robert Kwiatkowski (Rada Dialogu i Porozumienia Lewicy) oraz dr Anna Skrzypek (Fundacja Europejskich Studiów Progresywnych) będą dyskutować z wszystkimi chętnymi o tym, na ile obietnica Europy Socjalnej równych szans i możliwości, standardów opieki zdrowotnej dla wszystkich Europejczyków i Europejek, dostępu do rynku pracy, takich samych praw pracowniczych mogą być skutecznym lekiem na prawicowy populizm. W imieniu Centrum im. Ignacego Daszyńskiego jako współorganizator tej ważnej debaty zapraszam wszystkich czytelników i wszystkie czytelniczki „Trybuny” do wzięcia aktywnego udziału w naszej rozmowie!

Zaproszenie na debatę

Instytut Politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego,
Fundacja im. Friedricha Eberta

 

zapraszają na debatę

 

„Pomiędzy jubileuszami.
Polityka historyczna w polsko-niemieckiej codzienności”

 

10 grudnia (poniedziałek), godz. 15:00
Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego (UKSW)
Warszawa, ul. Wóycickiego 1/3, budynek 23, sala 401

 

Polityka historyczna nabrała szczególnego znaczenia w Polsce po wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2015 roku. Zaczęto wtedy w sposób otwarty mówić, że jest ona ważnym narzędziem polityki wewnętrznej i zagranicznej. Rozpoczęła się realizacja związanych z nią celów. Jaką rolę polityka historyczna odgrywa w politykach prowadzonych przez kraje, w tym przez Polskę i Niemcy? Jakie jej przejawy dotyczą naszego życia codziennego? Czy należy jej się obawiać, czy może wystarczy stworzyć kanon zasad, których przestrzeganie sprawi, że będzie ona polityką prowadzoną w sposób mądry?
Te i wiele innych kwestii poruszymy podczas dyskusji zainspirowanej publikacją Fundacji im. Friedricha Eberta „Pomiędzy jubileuszami. Polityka historyczna w polsko-niemieckiej codzienności”.

Prosimy o potwierdzenie uczestnictwa do dnia 07.12. na adres: biuro@feswar.org.pl lub telefonicznie: +48 22 831 78 61. Liczba miejsc ograniczona.
Organizatorzy zapewniają tłumaczenie symultaniczne polsko-niemieckie.

 

Program:

godz. 15:00 Otwarcie
prof. dr hab. Radosław Zenderowski, dyrektor Instytutu Politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie

godz. 15:10 Wprowadzenie
dr Joanna Andrychowicz-Skrzeba, Fundacja im. Friedricha Eberta w Polsce

godz. 15:20 Historia jako element działań politycznych
dr Manuel Becker, Uniwersytet Reński Fryderyka Wilhelma w Bonn

godz. 15:35 Debata „Pomiędzy jubileuszami. Polityka historyczna w polsko-niemieckiej codzienności”
prof. dr hab. Antoni Dudek, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie
dr Maria Kobielska, Uniwersytet Jagielloński w Krakowie
dr hab. Anna Warakomska , Uniwersytet Warszawski
dr Manuel Becker, Uniwersytet Reński Fryderyka Wilhelma w Bonn

Zaproszenie – Region Koszaliński

Komitet Obrony Lewicowych Tradycji oraz Koszalińskie Porozumienie Lewicy

 

zapraszają mieszkańców Regionu Koszalińskiego
na debatę obywatelską,

 

która odbędzie się w dniu 21 lipca 2018 r. /sobota/ o godz. 12.00
w sali kinowej Koszalińskiej Biblioteki Publicznej przy Placu Polonii 1

 

Tematyka debaty: „Jak zniszczono polską gospodarkę”

 

Gościem honorowym debaty będzie prof. Paweł Bożyk – były doradca ekonomiczny Edwarda Gierka.

 

W przeddzień 22 lipca będzie również okazja przypomnieć prawicy, jak zniszczono Koszalińskie i jak zniszczono koszaliński przemysł elektroniczny

Ludzie PRL-u obudźcie się. Nie jesteście żadnym gorszym sortem. To Wy jesteście solą tej ziemi. To Wy jesteście bohaterami tamtych czasów. Zarówno Wy jak i Wasze dzieci i wnuki możecie być z tego dumni.

 

Serdecznie zapraszamy.

 

Grzegorz Andrzej Niski, sekretarz generalny Unii Pracy.

Milczenie jest złotem

Czy Platforma Obywatelska rzeczywiście nie ma nic do powiedzenia?

 

Prawicowe media i publicyści „dobrej zmiany” ostatnio przeprowadzają kolejny atak na Platformę Obywatelską – tym razem pod hasłem „oni nie mają nic do powiedzenia”. I rzeczywiście – coś jest na rzeczy. Polityce Platformy „żeby mieć stale ciepłą wodę w kranie” Prawo i Sprawiedliwość przeciwstawiło politykę szybkich i radykalnych działań od legislacji i administracji poczynając, poprzez fiskalizm i sprawy zagraniczne, na demografii i budownictwie kończąc. Oczywiście podziwiając tempo i dynamikę działań PiS nie należy popadać w zbytni entuzjazm, bo czasem zrobią kilka sensownych rzeczy, a zaraz potem uchwalą coś tak głupiego, że szybko muszą to zmieniać żeby się nie wpakować w jeszcze większe szambo – jak np. w sprawach Instytutu Pamięci Narodowej i sądownictwa. Co ciekawe, niektóre błędy w ramach deklarowanej polityki „wstawania z kolan” naprawiają praktycznie pod cudze dyktando…

 

Aktywny PiS i pasywna Platforma

W każdym razie PiS zrealizował czy też realizuje dużą część swojego programu wyborczego z 2015 roku, a na odbytej 16 kwietnia br. konwencji Zjednoczonej Prawicy dołożył kolejny pakiet obietnic typu „dla każdego coś miłego” – czyli „piątkę Morawieckiego”.
A Platforma rzeczywiście obecnie nie ma wiele do zaoferowania. W PO do klęski wyborczej obowiązywała narracja jeszcze w 2010 roku narzucona przez Donalda Tuska: „Nie ma z kim przegrać tych wyborów. Nie ma innej siły, której Polacy mogliby spokojnie powierzyć rządy. Mamy PiS, formację silniejszą niż SLD, więc groźniejszą. I jednocześnie zupełnie bez pomysłu co zrobić żeby Polakom było lepiej”. Po przegranych w 2015 roku wyborach politycy Platformy stworzyli nową narrację: „Tylko my możemy odsunąć PiS od władzy”. Oczywiście jedno i drugie jest w takim samym stopniu nieprawdziwe, natomiast doskonale pokazuje jak bardzo zadufani w sobie są liderzy PO i z jak wielką pogardą oceniają polską scenę polityczną – co zresztą stało się przyczyną ich klęski.
Ciągłe ataki Platformy Obywatelskiej na Prawo i Sprawiedliwość, bez pokazywania własnych propozycji programowych są w zasadzie w chwili obecnej jedyną możliwą strategią funkcjonowania dla tej partii. Platforma jest przecież ugrupowaniem liberalnym, a prezentowanie w tej chwili programu konsekwentnie liberalnego byłoby samobójstwem politycznym. PiS po objęciu rządów w 2015 roku, jako pierwsza partia polityczna bardzo stanowczo zerwała z liberalną polityką prowadzoną przez kolejne rządy od 1989 roku, zarówno w sferze gospodarczej, jak i społecznej, co ewidentnie uzyskało poparcie społeczne.. Odejście od ideologicznej reprywatyzacji i prywatyzacji, a nawet renacjonalizacja (określana przez PiS jako polonizacja) majątku narodowego, interwencjonizm w sferze gospodarczej, a zwłaszcza redystrybucja dochodu narodowego (program Rodzina 500+, nie ma charakteru socjalnego, tylko pronatalistyczny) inne programy społeczne Mieszkanie+, Dostępność+ pokazały, że możliwa jest inna polityka niż liberalna. Można założyć, że powrót do polityki liberalnej kreowanej przez PO w czasie poprzednich ośmiu lat ich rządów, wywołał by społeczny protest.

 

Kto stoi za PO?

Należy pamiętać, że tzw. twardy elektorat Platformy Obywatelskiej ma dosyć ograniczony zasięg ludzki. Z różnego typu badań opinii publicznej przeprowadzanych od powstania partii w 2001 roku wynika, że są to przede wszystkim mieszkańcy dużych miast, z lekką przewagą kobiet, większość deklaruje poglądy prawicowe, choć z niektórych badań wynika, że 20 procent określa swoje poglądy jako lewicowe – cokolwiek by to obecnie znaczyło, choć w wypadku PO najprawdopodobniej chodzi o tzw. lewicę obyczajową. Wyborcy PO deklarują się jako ludzie wierzący, choć można by powiedzieć, że są to „wierzący nieortodoksyjnie” – z uczestnictwem w mszach od kilku razy w roku do kilku razy w miesiącu. Do powyższych cech wyróżniających wyborców PO należy dodać jeszcze jedną – status majątkowy. Nie było w tej sprawie badań, również bardzo spłaszczona skala podatkowa nie daje jakiegoś szerszego rozeznania. Jednak biorąc pod uwagę polityczne priorytety PO można śmiało założyć, że wyborcy Platformy w znakomitej większości należą do grupy 5 – 15 procent najlepiej sytuowanych Polaków.
Za taką tezą mogą świadczyć działania i stanowiska Platformy – oczywiście zakładając, że działa ona w interesie swoich członków i wyborców. W chwili kryzysu budżetu państwa Platforma wbrew swoim obietnicom wyborczym podniosła podatki. Ale przecież podniosła tylko podatki pośrednie – VAT, które biorąc pod uwagę strukturę wydatków w gospodarstwach domowych, uderzyły przede wszystkim w rodziny średnio i mało zarabiające – to one poniosły ekonomiczne skutki naprawy finansów państwa. W tym sensie Donald Tusk dotrzymał obietnicy wyborczej. Ludzie bogaci praktycznie nie ponieśli kosztów ratowania budżetu.
Krytyczny stosunek Platformy do programu 500+ to kolejny dowód na prowadzenie przez PO liberalnej polityki w interesie grup uprzywilejowanych finansowo. Pomijając oczywiście ten moment kiedy PO w ramach „walki totalnej” z PiS zaczęła przez chwilę stosować wręcz populistyczną argumentację polityczną, całkowicie sprzeczną z całą wcześniejszą i obecną linią polityczną PO.
Podobnie władze PO zareagowały na propozycję premiera Morawieckiego „daniny” od najbogatszych na rzecz osób niepełnosprawnych. Ta inicjatywa de facto wprowadza dla grupy najbogatszych Polaków kolejną stawkę podatkową i do tego – co jest pewnym ewenementem – na ściśle określone potrzeby również ściśle określonej grupy społecznej. Czyli mamy tu do czynienia, podobnie jak przypadku programu 500+, z klasyczną redystrybucją dochodu narodowego, tak niemiłą środowiskom liberalnym.

 

Polska-Niemcy. Zdumiewające wyniki

Platforma Obywatelska, jako partia liberalna, w kolejnych wyborach uzyskuje nadreprezentację polityczną w parlamencie. W 2001 – 12,7 proc., 2005 – 24,14 proc., 2007 – 41,51 proc., 2011 – 39,18 proc., 2015 – 24,09 procent. Za naszą zachodnią granicą, w Niemczech, również liberalna Wolna Partia Demokratyczne (FDP) uzyskała w 2013 – 4,8 proc., w 2017 – 10,7 procent.
Wyniki FDP w Niemczech moim zdaniem oddają rzeczywiste wpływy klasycznej partii liberalnej – w tym sensie wyniki wyborcze Platformy od 2005 roku to polityczna nadreprezentacja, co najprawdopodobniej wynika ze strachu wyborców przed PiS-em i rozczarowania polityką SLD.
W Niemczech (CDU/CSU) i w Polsce (PiS) chrześcijańska demokracja uzyskuje podobne wyniki i miejsce na scenie politycznej. Za to w centrum i po lewej stronie sceny politycznej wszystko jest odwrotnie. W Polsce socjaldemokraci (SLD) mają tak nikłe wpływy polityczne jak liberałowie (FDP) w Niemczech. Za to polscy liberałowie (PO) mają wpływy polityczne jak niemieccy socjaldemokraci (SPD)…

 

Wojna o inteligencję – lemingi i wykształciuchy

Natomiast wojna z PiS-em dała Platformie dodatkową grupę wyborców, o różnym statusie majątkowym, tzw. wykształciuchów. Część z nich to być może jeszcze spadek po dawnej Unii Demokratycznej, a potem Unii Wolności (to może być te 20 procent wyborców deklarujących lewicowe poglądy). To również dawni wyborcy SLD, którzy uwierzyli w większą skuteczność Platformy w walce z PiS. Wykształciuchy to inteligencja humanistyczna i techniczna, pracownicy mediów, pracownicy państwowi i samorządowi, studenci, ale też – co prestiżowe – znani aktorzy i artyści. Wykształciuchy są szczególnie uczuleni na wszelkie przejawy naruszania zasad demokracji zarówno w polityce, jak i kulturze, ochronie zdrowia. Wykształciuchy walczą o równe prawa wszelkiego typu mniejszości – narodowych, językowych czy seksualnych.
Odwrotnością wykształciuchów, inteligencji od kilku pokoleń, są lemingi. Niezwykle barwna grupa zwolenników Platformy. Pojęcie „lemingi” było szczególnie modne około roku 2012. Lemingi to młodzi, ofensywni, doskonale wykształceni ludzie, najczęściej z mniejszych miast, brutalnie walczący o każdy stopień korporacyjnej kariery w wielkich aglomeracjach.. Co prawda znany politolog Norbert Maliszewski odtrąbił koniec lemingów już w 2015 roku, kiedy to w wyborach parlamentarnych Platforma Obywatelska straciła na rzecz PiS-u przewagę w grupie wyborców w wieku 18-25 lat. Interpretacja tego jest taka, że jedne lemingi się zestarzały, a Platforma nie była w stanie odpowiedzieć na potrzeby kolejnej generacji młodej ofensywnej inteligencji, zwłaszcza w zakresie tworzenia nowych miejsc pracy.

 

Politycal Fistion czyli co może powiedzieć Platforma

Wyobraźmy sobie, że media i dziennikarze swoimi ciągłymi opowiadaniami o tym, że „PO nie ma nic do powiedzenia” zmusiły szefa Platformy do przedstawienia swojego politycznego programu. Oczyma duszy już widzę jak gdzieś w Polsce w wielkiej sali konferencyjno-kongresowej na trybunę wychodzi szef partii Grzegorz Schetyna i wygłasza polityczne credo Platformy:
„Drogie Koleżanki i Koledzy!
Powiedzmy sobie szczerze – pogłoski o naszej śmierci są przedwczesne. Jesteśmy największą opozycyjną partią polityczną w Polsce. Tylko my możemy odsunąć od władzy populistyczne rządy pisowców i zablokować powrót do władzy postkomunistów.
Przecież to my reprezentujemy 15 procent najbogatszych, najbardziej twórczych Polaków. To my tworzymy Polskę i to nam należą się szczególne prawa w tym kraju. To nie może być tak, że 15 procent najbardziej twórczych ludzi ma się poddać dyktaturze całej reszcie, która nie ma ani naszych pieniędzy, ani naszego wykształcenia, ani doświadczenia.
Dość powiedzieć, że ci ludzie bez naszych pieniędzy nie byli by w stanie nawet wychować własnych dzieci. W programie 500+ i kolejnym 300+jesteśmy ograbiani z naszych pieniędzy. Tylko po to żeby utrzymywać dzieci nieudaczników i bezrobotnych. To skandaliczne marnowanie naszych pieniędzy, które przepychane przez budżet państwa trafiają do najgorszych grup społecznych..
Musimy nauczyć naszych współobywateli, ale niestety nieudaczników, że każdy musi sam zapewnić sobie swój los bez pomocy państwa, a tym bardziej bez pomocy roszczeniowych, czy niemal bandyckich ugrupowań jak związki zawodowe czy ostatnio organizacje niepełnosprawnych.
Dlatego budżet państwa musi być jak najmniejszy – dzięki temu podatki od dochodów osobistych będą jak najniższe. Budżet ma finansować przede wszystkim tylko państwową administrację centralną, wojsko i policję. Zwłaszcza policję, żeby zapobiec wszelkim działaniom antypaństwowym. Większy budżet i wyższe podatki nie są nam potrzebne.
Przecież my – tu obecni na tej sali – przedstawiciele 15 procent narodu polskiego – doskonale wiemy. `że jesteśmy w stanie zapewnić sobie i naszym rodzinom dostęp do oświaty, nauki, kultury, ochrony zdrowia, wypoczynku.
Każdy jest wolny! Jeśli Polak pracuje i zarabia to może iść do dowolnego lekarza, szkoły czy teatru. Dlaczego mamy płacić za innych – niech każdy płaci za siebie.
Dlaczego reszta Polaków nie robi tak jak my? Przecież to my dajemy im pracę, a oni i tak jadą do Holandii czy Irlandii. Gdyby spełnić ich wygórowane, roszczeniowe postulaty, to my – pracodawcy byśmy stracili dochody, a polska gospodarka straciła by konkurencyjność.
Dla nas jest oczywiste – tylko niskie koszty pracy, krótkie umowy, brak osłon socjalnych tworzą konkurencję na rynku pracy – niskie pensje, co w sumie daje akumulację kapitału w naszych rękach. Podobnie jest z emerytami – przecież obniżenie wieku emerytalnego to wzrost konkurencji na rynku pracy i możliwość obniżenia płac – a to przecież da dopływ kapitału dla naszych 15 procent.
I oczywiście – żeby widać rządy Platformy – musi być ciepła woda w kranach – jak ktoś stale płaci.
Tak musimy budować bogatą Polskę.”

 

Dlaczego PO nic nie mówi?

I myślę, że gdyby Platforma Obywatelska miała dzisiaj coś powiedzieć, to powiedziała by coś takiego, jak powyższe polical fiction. Może to nie jest sympatyczne dla PO, ale przecież prawdziwe! Bo przecież oparte na programach, publicznych wypowiedziach i działaniach polityków Platformy Obywatelskiej.
W Polsce jest miejsce na partię liberalną z poparciem 10-15 procent i tylko tyle. I może rzeczywiście trudno więcej wymagać. „Mówienie jest srebrem – milczenie jest złotem”. W przypadku Platformy jest to niezwykle słuszne.

Co lewica może zaoferować Warszawie czyli pięcioro zgodnych ludzi za stołem

„Co lewica może zaoferować Warszawie?” – na taki temat debatowali dzisiaj przedstawiciele i przedstawicielki wszystkich znaczących partii politycznych sytuujących się właśnie po lewej stronie sceny politycznej, na spotkaniu zorganizowanym przez Społeczne Forum Wymiany Myśli w Warszawie.

 

Notowałam wypowiedzi raczej dla porządku niż dlatego, żeby przedstawicielka Razem, działaczka Zielonych, lider Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, członkini Inicjatywy Polska czy też reprezentant SLD powiedzieli coś zaskakującego, coś, czego ich formacje już nie postulowały w studiach telewizyjnych czy na demonstracjach. Postulaty były to zresztą zupełnie słuszne, diagnozy właściwe. Tak, Warszawa potrzebuje prospołecznej polityki mieszkaniowej, wyrównywania różnic między dzielnicami, rozgrodzenia, większej roli samorządu na rynku pracy (klauzule społeczne!). Potrzebuje samorządowców, którzy nie będą obawiali się stosować już istniejącego prawa, zamiast przymykać oczy, gdy deweloperzy je łamią, i którzy będą chcieli kształtować miasto inaczej niż tylko pod kątem potrzeb najbogatszych. I nie tylko Warszawa potrzebuje polityczek i polityków, którzy tak, jak Hanna Gospodarczyk z Razem będą mówić, że jako socjaliści mają obowiązek występować po stronie pracujących i zmuszać kapitał do ustępstw, albo jak Piotr Ikonowicz wciągać zwykłych ludzi do aktywności.
Jedno wszakże stwierdzenie, które padło zza stołu, odnotowałam z niedowierzaniem (nie wzburzeniem, gdyż gorsze już rzeczy zdarzały się na polskiej lewicy). Oto oznajmił Sebastian Wierzbicki z SLD, a potwierdziła Dagmara Misztela z Zielonych, że najważniejsze było to, że delegaci pięciu partii usiedli, usłyszeli, że są zgodni w najważniejszych, ba, we wszystkich punktach i zadeklarowali gotowość do rozmów o dalszej współpracy. Sukcesem jest, zasugerowano, już wola rozmawiania, dzięki niej może powstaną trzy osobne listy wyborcze, a może jedna.
Otóż nie, warszawska lewico, to, że zasiedliście za jednym stołem i przez trzy godziny bardzo ożywionej momentami debaty nie oskarżyliście się po raz tysięczny o zdradę/oportunizm/brak doświadczenia/odwoływanie się do niewłaściwego elektoratu nie jest, w obecnym układzie sił, żadnym osiągnięciem. Do tego, by zrozumieć, że zajmujecie aktualnie (przynajmniej w słowach, bo w czynach rzadko macie okazję) podobne stanowisko w sprawach polityki społecznej, że podobnie widzicie swoje zadania w stołecznym samorządzie i że macie pod adresem PiS i PO zbliżone zarzuty, nie potrzebowaliście dzisiejszego spotkania. Wystarczyłoby wam doświadczenie dziesiątek demonstracji, na których zgodnie powiewały obok siebie wasze flagi, a aktywistki i aktywiści zbierali podpisy pod tymi samymi obywatelskimi inicjatywami. Dla ocenienia skutków obecnego rozdrobnienia dostateczna winna być świadomość tego, że wszystkie te protesty, poza najbardziej spektakularnymi, niczego nie były w stanie osiągnąć. Oraz doświadczenie pójścia w rozdrobnieniu do poprzednich warszawskich wyborów.
W tych natomiast, oprócz starych problemów, już towarzyszą wam – i będą się tylko wzmagały – naciski ze strony obozu liberalnego, który zaczął już drżeć o swojego faworyta i nawoływać: lewico, zrezygnuj nawet z pierwszej tury wyborów na prezydenta Warszawy, oddaj nam swoje głosy. I to za darmo, bo nawet nie w zamian za pustą obietnicę „zajęcia się problemami społecznymi” kiedyś, kiedy już uznamy polską demokrację za oficjalnie uratowaną. Wy o tym wiecie, na dzisiejszej debacie trafnie ocenialiście perspektywy rządów Rafała Trzaskowskiego. Wszyscy. Tak samo, jak zgodnie się uzupełniając wskazaliście, o jaki procent elektoratu mogłaby walczyć wasza lista, ilu radnych moglibyście mieć, ilu kandydatów potrzeba do skutecznego startu (w mieście i w dzielnicach).
Co jeszcze jest wam potrzebne, by wielogodzinne negocjacje o programie i możliwym kształcie list, które, jak zadeklarowała delegatka Razem, trwają, zaowocowały podjęciem choćby próby odejścia od dotychczasowych, jak widać nieskutecznych strategii? Jeszcze więcej ataków na „lewactwo”? Macie gwarantowane. Nowe doświadczenia bezradności w obliczu prawicowego szaleństwa? Tymi dzieliła się na debacie Paulina Piechna-Więckiewicz, mówiąc, że samotna radna-krytyczka neoliberalnego podejścia do miasta i mieszkańców sama nic nie może zrobić, nic zgłosić – ani projektu uchwały, ani projektu stanowiska.
Nie zaskoczyliście mnie propozycjami programowymi, zaskoczcie inaczej, pokazując, że naprawdę chcecie w następnej kadencji mieć narzędzia do wpływania na rzeczywistość. Mówiliście: pójście osobno jeszcze nie jest przesądzone. Udowodnijcie.

W tym tygodniu w PE

W najbliższych dniach Parlament Europejski zajmie się szeregiem istotnych tematów.

Oto niektóre z nich:

Pracownicy delegowani

We wtorek odbędzie się debata plenarna i głosowanie ws. nowych przepisów mających na celu zapewnienie równych płac i warunków pracy dla pracowników wysłanych czasowo do innego kraju UE oraz zagwarantowanie uczciwej konkurencji przedsiębiorstw. Nieformalne porozumienie w tej sprawie Parlament Europejski i państwa członkowskie osiągnęły w marcu.
Aktualnie prawo UE przewiduje zestaw obowiązkowych przepisów dotyczących warunków pracy, które stosuje się w odniesieniu do pracowników delegowanych (m. in. minimalne wynagrodzenie, maksymalny czas oddelegowania, minimalny wymiar płatnego urlopu corocznego). Przepisy te zawarte są w dyrektywie z 1996 r.
W porównaniu z 1996 r. sytuacja gospodarcza i rynek pracy w Unii Europejskiej uległa wielkim zmianom. W ciągu ostatnich 20 lat jednolity rynek się powiększył, a różnice płac wzrosły, a delegowanie pracowników może być sposobem na ich wykorzystywanie. Ramy prawne z 1996 r. nie odpowiadają już w pełni aktualnej sytuacji.
Ponadto luki w obowiązującym prawodawstwie doprowadziły również do wzrostu „kreatywnych” nadużyć i oszustw (takich jak przedsiębiorstwa skrzynkowe lub fikcyjne podwykonawstwo), które prowadzą do wyzysku pracowników delegowanych.
Najważniejsza zmiana dotyczy stawki płacy, do jakiej uprawniony jest pracownik delegowany. Zgodnie z aktualnie obowiązującą dyrektywą pracownicy delegowani mają prawo do stawki minimalnej. Zgodnie z nową propozycją w kraju, w którym wykonywana jest praca powinny być stosowane takie same przepisy w sprawie wynagrodzeń, jak w przepisach krajowych lub powszechnie stosowanych układach zbiorowych. Pracownicy delegowani mieliby zatem podlegać takim samym przepisom, jeśli chodzi o wynagrodzenie – zgodnie z zasadą „równa płaca za jednakową pracę w tym samym miejscu”.
Zasada traktowania na równi z lokalnymi pracownikami z agencji pracy tymczasowej zostanie również zastosowana do pracowników oddelegowanych przez agencje pracy tymczasowej.
Poza tym pracownicy oddelegowani na okres dłuższy niż dwa lata (oddelegowanie długoterminowe) mają być objęci co najmniej obowiązkowymi przepisami prawa pracy kraju przyjmującego.
W 2016 roku w UE było 2,3 mln pracowników delegowanych. Zgodnie z danymi zgromadzonymi przez UE liczba pracowników delegowanych w UE w latach 2010–2016 wzrosła o 69 proc. Ogółem pracownicy oddelegowani stanowią zaledwie 0,4 proc. siły roboczej w UE, jednak w zależności od sektora i kraju liczba pracowników wysyłanych za granicę może być większa.
82,3 proc. pracowników delegowanych jest wysyłanych do państw UE-15. Niemcy, Francja i Belgia to kraje, w których pracuje najwięcej pracowników oddelegowanych. W tych trzech krajach łącznie usługi świadczy około 50 proc. wszystkich pracowników delegowanych. Z kolei Polska, Niemcy i Słowenia to trzy kraje, z których wysyła się najwięcej pracowników za granicę. Przeważnie delegowanie odbywa się między sąsiadującymi państwami.

Środki antydumpingowe

We wtorek odbędzie się debata, a w środę głosowanie plenarne nad projektem przepisów, które mają na celu skuteczniejsze przeciwdziałanie dumpingowi środowiskowemu i społecznemu. Po zatwierdzeniu przepisów UE będzie mogła nakładać wyższe cła na przywóz towarów po cenach dumpingowych lub subsydiowanych z krajów trzecich. Nieformalne porozumienie w tej sprawie Parlament Europejski i państwa członkowskie osiągnęły w grudniu 2017 r.

Przyszłość Europy

W środę rano odbędzie się debata plenarna o przyszłości Europy z udziałem premiera Luksemburga Xaviera Bettela. To już szósta z kolei debata z udziałem przywódcy jednego z państw członkowskich. W dyskusji weźmie udział również przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.

Inne tematy

Wśród pozostałych tematów m. in. zapobieganie nielegalnemu ingerowaniu w odczyty stanu licznika kilometrów używanych samochodów na terenie UE, przyszłość unijnej polityki rolnej i przywrócenie zaufania do strefy Schengen.