Księga Wyjścia (14)

Ballada o człowieku, książkach i systemie

Nadszedł czas, w którym znudziło mi się coś o czym marzyłem – czyli poukładane, przewidywalne życie. Przestałem szukać kapci i kupiłem solidne buty, które są początkiem kolejnych zmian i sygnałem, że czas ruszyć w drogę. Życie może być znośne, dopóki nie wpadamy w stagnację, rutynę i powtarzalność. Zanim jednak wyruszę w ten świat, mam do załatwienia dwie dosyć ważne sprawy. Jedną jest pomoc J. Miasto chce go eksmitować z mieszkania, przydzielając jednocześnie lokal zastępczy. Ładnie to brzmi, ale gdy poznacie szczegóły, to już nie jest tak kolorowo.

Druga ważna sprawa to wydanie kolejnej książki. Historię J. opisywałem już wielokrotnie na Fb. Chłopak jest jeszcze bardziej zagubiony w gąszczu przepisów niż ja, a ponieważ wiem gdzie szukać pomocy, do kogo się zwrócić, natychmiast się tym zająłem. Obecnie jestem na etapie pisania odwołań, podań, próśb i wyjaśnień. W jego imieniu oczywiście. Tym, którzy nie korzystają z Fb, opiszę w skrócie na czym ów problem polega.
J. jest moim dawnym kolegą. Trafiliśmy na siebie przypadkiem w punkcie terapii substytucyjnej. Okazało się, że nawet całkiem blisko siebie mieszkamy. Historię życia i upadku opisywałem już w którymś z poprzednich odcinków. Teraz skupię się na teraźniejszości. Od czasu, gdy trafiliśmy na siebie we wspomnianym punkcie utrzymujemy dosyć zażyły kontakt.
W poniedziałek dostał nakaz opuszczenia mieszkania. Lokal zastępczy oczywiście został mu przydzielony, J. nie ma do nikogo pretensji, to skromny chłopak i godzi się z tym, że jeżeli doprowadził do zadłużenia, to musi ponieść konsekwencje. Problem leży jednak gdzie indziej. J. ma pierwszą grupę inwalidzką, ma HIV i HCV, kłopoty z błędnikiem i bywają dni, że nie jest w stanie podnieść się z łóżka. Sporo czasu spędza w szpitalach, korespondencja wysyłana przez urzędy często więc wraca do nadawcy, bo nie ma kto jej odebrać. Jest tak schorowany, że nie zostało mu wiele życia, czego ma pełną świadomość. Powodem nakazu, który dostał, jest dług – jedenaście tysięcy. Wcześniej dostał nakaz odpracowania zaległości w ramach prac społecznych. Wystarczy jednak raz na niego spojrzeć, by zorientować się, że to głupi pomysł. Nawet najlżejsza praca w tym konkretnym przypadku nie wchodzi w grę. Czasem przez kilka dni nie jest w stanie podnieść się z łóżka. Żyje dzięki terapii substytucyjnej dostaje Metadon, już nie bierze heroiny, odstawił wszelkie narkotyki. Zmęczyło go to, wieczne zdobywanie, wzrost tolerancji, więc i dawki coraz większe. Do podobnego wniosku również doszedłem, że już dość, nie mam siły, przestało mnie to bawić, a zaczęło męczyć. Był taki moment, że gdy zdałem sobie z tego sprawę. Uzależnienie nie pozwoliło mi ot tak, z dnia na dzień przestać pić czy brać. Stąd detoks i terapia substytucyjna. Już nie ryzykowałem trzeźwienia bez wsparcia farmakologicznego. Wszelkie podjęte wcześniej próby, prędzej czy później kończyły się fiaskiem. Czasami nawet po kilku latach nadchodził moment… zawiał wiatr… coś pękło i budziłem się trzy miesiące później najczęściej już w szpitalu gdzie doprowadzali mnie do ładu, stawiali na nogi i przywracali do życia.
Wracając jednak do J. – dostał ten nakaz opuszczenia mieszkania, z zaznaczeniem, że jeśli tego nie zrobi, to sprawa trafi do komornika. J. urodził się w tym domu, mieszkał całe życie, ale poza wątkiem sentymentalnym jest jeszcze inny. Istotny i bardziej praktyczny, niewielka odległość do szpitala. Miejsce gdzie chcą wysiedlić J. jest zwykłym gettem rządzącym się własnymi prawami. Osiedle powstało poza miastem, budynki wybudowano w stylu włoskim, czyli wejścia do mieszkań z zewnątrz – klatką schodową jest zwykły taras, który nie chroni przed zimnem. Mieszkania te są ogrzewane prądem. Wiem, trzynaście metrów można łatwo ogrzać, ale nawet tak mała powierzchnia, pożre całą rentę, jeśli wcześniej sąsiad nie wpadnie i nie wymusi odpowiednimi narzędziami, by oddał mu te pieniądze.
Skupianie biedy w jednym miejscu, to największy błąd jaki robią gminy i miasta w Polsce. Takie osiedla zaczynają funkcjonować na własnych zasadach, żyją własnym rytmem, a ten kto ma za sobą dłuższą odsiadkę, stoi wyżej w hierarchii osiedlowej wspólnoty.
Nawet pizzy nie chcą tam przywozić. Miasto ma cała masę mieszkań rozrzuconych w różnych innych miejscach, zamiast tworzyć kolejną „13 dzielnice” wystarczy przenosić ludzi do normalnych bloków. Wtedy zaczną równać w górę. J. godzi się na tę eksmisję, ale chciałby przydział, gdzieś w okolicy szpitala. Wyrzucanie go poza miasto jest nieludzkie, brakuje jeszcze smoły i pierza. Tak niegdyś wypędzano złoczyńców – oblewano gorącą smołą i obsypywano pierzem.
Jeśli J. jest złoczyńcą, bo większość życia spędził ze strzykawką w żyle, to oprócz siebie nikomu krzywdy nie zrobił. Wręcz przeciwnie, pamiętam z dawnych lat, że na niego zawsze można było liczyć. Krzywdę zrobił sobie, a pomógł wielu innym, zupełnie obcym ludziom. Może zamiast eksmitować poczekajcie chwilę, to już długo nie potrwa. J., jest ostatnim ze starych puławskich narkomanów, tych którzy jeszcze robili kompot z maku. W tym wypadku śmierć będzie najlepszym komornikiem, dajcie mu przeżyć te ostatnie miesiące w spokoju, komforcie, że nie przyjdzie kolejne pismo z jakimś nakazem, a jeśli już koniecznie musicie, to weźcie pod uwagę jego zdrowie i odległość do szpitala. Tu zwracam się z prośbą do mojego dawnego kolegi, który niedawno został prezydentem Puław. Wiem Paweł, że jednym z Twoich haseł, było uporządkowanie zadłużenia, eksmisja niepłacących i „rozwiązanie kwestii romskiej” – zbieżność skojarzeń celowa. Pozwól chłopakowi dożyć ostatnich dni, może miesięcy w spokoju. Naprawdę miasto na tym ucierpi?
O wynikach tego co uda się zrobić będę Was informował. Przyszło mi teraz do głowy, że jest bardzo dużo ludzi, którzy słuchają „Dżemu”, są fanami Ryśka Rydla, a jednocześnie gardzą ćpunami. Coś mi tu zgrzyta, i nie wiem dlaczego pomyślałem o książce Konwickiego „Kompleks polski”.
A jeśli już jestem przy książkach, to przejdę do kolejnego tematu (sprytnie wykombinowałem z tym Konwickim, jako łącznikiem drugiego tematu) mam zamiar wydać kolejną książkę. To że mam zamiar wydać, wcale nie oznacza, że ją wydam. Jest już praktycznie napisana, ale jak powiedziała moja znajoma „Łatwiej napisać książkę niż ją wydać i wypromować”.
W EMPiKach i wszelkich księgarniach, dworcowych kioskach, królują te same nazwiska. Skusiłem się nawet i przeczytałem „Balladyny i Romanse” Karpowicza. Opadły mi ręce. Nie jestem krytykiem, ale przeraziła mnie mierność tej literatury i jej dostępność. Pamiętam, że pomyślałem wówczas o tym czy w dzisiejszych czasach mieliby jakąkolwiek szansę Stachura, Hłasko, Wojaczek czy Bruno-Milczewski. Uznałem, że najmniejszej. Powędrowałem myślami dalej i Zastanowiłem się nad Redlińskim – zapewne też miałby niewielkie szanse na taki nakład a co za tym idzie również promocję. Szczytem goryczy było, gdy zobaczyłem jedną z książek Pilcha w wyprzedaży supermarketu – jedynie cztery złote. Kupiłem oczywiście, razem z biografią Jimmy’ego Page’a pt. „Światło i Cień” – cena 3.99. Pomimo tego, że powinienem być zadowolony z kupna, wyszedłem z marketu załamany, wrzuciłem jeszcze do koszyka „Dowódcy i generałowie” Nigela Cawthorna. Akurat ta pozycja mało mnie interesuje, ale w tej cenie przeczytam biografię stu ludzi, którzy byli przyczyną łez, nieszczęść, rozwalania państw. Od Leonidasa przez Napoleona, Pattona po Colina Powella – tego skurczybyka pamiętam jeszcze z Jugosławii – formalnie rozkazy wydawała już Condoleezza Rice, Powell teoretycznie wycofał się ze stanowiska sekretarza stanu, ale zbyt często pojawia się jego nazwisko we wszystkich wojnach w byłej Jugosławii, żeby uwierzyć w koniec kariery. Łzy, którym winna jest ta para bandytów, widziałem już osobiście. Byłem świadkiem nieszczęścia jakie zafundowali ludziom pod pozorem niesienia pokoju.
Trochę się zapędziłem. Jak już wspomniałem jest plan, ale co z niego będzie – zobaczymy. Gdy przypomnę sobie wszystkie przejścia, jakie miałem wydając „Z dna”, to trochę mną trzęsie i wierzcie mi, jest to argument żeby dać sobie spokój i zapomnieć o wydawaniu kolejnej książki. Z drugiej strony trzymanie w rękach pierwszego egzemplarza jest tak zajebiste, że warto przejść te trudy. Ale czy potrafię? Potrafię napisać, ale wydać i sprzedać już nie wystarczy na dzisiaj, zamiast zdjęcia jest świetna karykatura Sławka Mikawoza. Mistrz aktów i portretów. A poza tym świetnego kumpla. cdn

PiS zawiódł lokatorów

O tym, dlaczego PiS nigdy nie chciał naprawdę rozwiązać problemu reprywatyzacji, jaki jest ostateczny bilans prac komisji weryfikacyjnej i jaka jest prawdziwa stawka sporu o reprywatyzację Paweł Jaworski (strajk.eu) rozmawia z Beatą Siemieniako, prawniczką walczącą o prawa pokrzywdzonych lokatorów.

Paweł Jaworski: Komisja Partyka Jakiego zasądziła odszkodowania dla części lokatorów, którzy musieli opuścić mieszkania w wyniku reprywatyzacji. Jednak władze Warszawy otwarcie odmawiają wypłaty tych kwot. Sprawa jest w sądzie. Kiedy można liczyć na jej finał? Ludzie czekają na naprawienie ich krzywd.
Beata Siemieniako: Ten spór na pewno szybko się nie zakończy. Decyzje komisji są zaskarżane przez miasto do sądów powszechnych i tam będą „mielone” być może nawet przez kilka lat – sądy obecnie działają jeszcze wolniej niż przed „deformą” sądownictwa PiS-u. Część lokatorów i lokatorek być może zrezygnuje z dochodzenia swoich praw, bo procesy będą dla nich oznaczać dotkliwe koszty psychiczne i finansowe. PiS uchwalił taki system przyznawania odszkodowań, który świetnie się nadaje do rozgrywania sporu między ratuszem a komisją.
A jak inaczej można to było rozwiązać?
Można to było zrobić całkowicie w trybie administracyjnym i sądowo-administracyjnym. Czyli w systemie, w którym z góry się zakłada, że jednostka jest zawsze słabsza niż władza publiczna. Bo lokator nie może grać na tych samych zasadach, co warszawski Ratusz. A PiS zrobił tak, jakby strony były sobie równe. Lokatorzy i lokatorki są przez to wściekli na miasto, bo się broni w sądzie, a zwykli ludzie nie mają takich prawników jak ratusz. Często w ogóle ich nie stać na prawników, a proces cywilny jest skomplikowany. PiS natomiast tylko wygrywa na ich gniewie.
Władze stolicy odmawiają wypłaty odszkodowań, uznając, że komisja nie ma właściwych kompetencji, by je przyznawać, mają je za to inne instytucje.
Ratusz generalnie twierdzi, że komisja jest organem niekonstytucyjnym. Inny argument jest taki, że decyzje o odszkodowaniach dla lokatorów są z mocy prawa powiązane z decyzjami dotyczącymi prawidłowości reprywatyzacji konkretnej kamienicy. I tu jest problem. Bo może być tak, że zanim decyzje dotyczące reprywatyzacji nie staną się prawomocne, to sprawy dotyczące odszkodowań są zawieszone. Czyli na przykład zanim sąd prawomocnie nie stwierdzi, czy Komisja słusznie cofnęła reprywatyzację kamienicy na Nowogrodzkiej 6a, to lokatorzy z Nowogrodzkiej muszą zaczekać. A wiemy przecież, że decyzje dotyczące prawidłowości reprywatyzacji są zaskarżane, np. przez spółkę Fenix. Dlatego podstawa prawna, od której zależą odszkodowania dla lokatorów cały czas nie jest prawomocna i miasto mówi, że nie wypłaci odszkodowań.
Co będzie, jeżeli Warszawski Sąd Administracyjny stwierdzi, że Komisja się myliła, reprywatyzacja była ok, a odszkodowania już zostaną wypłacone? Wówczas zgodnie z literą prawa lokatorzy będą musieli je zwrócić. Taka jest argumentacja miasta.
Czyli impas w sprawie odszkodowań wiąże się z niekończącym się sporem o komisję.
Tak. Tutaj jest z jednej strony zła wola miasta, bo mogłoby wypłacić odszkodowania zamiast się kłócić, ale wolało skorzystać z prawnej możliwości odwołania się. Z kolei PiS – bo z nim jest „sklejona” komisja – uchwalił ustawę, która umożliwia miastu takie działanie, a jednocześnie utrudnia lokatorom dochodzenie swoich praw. Wpędza lokatorów w kozi róg, gdzie muszą się sądzić z miastem jak równy z równym.
Trzaskowski i Rabiej ciągle twierdzą, że sprawa odszkodowań musi zostać rozstrzygnięta za pomocą ustawy, której projekt ratusz złożył w Sejmie w 2018 r. Środowiska lokatorskie bardzo ją krytykują, bo zbyt wąsko określa grono osób uprawnionych do odszkodowań.
Tak, propozycja ratusza zawęża grono uprawnionych i ogranicza wysokość odszkodowań. Ale i obecna ustawa o komisji nie daje uprawnień do odszkodowań szerokiej grupie. Teraz o odszkodowania mogą się ubiegać tylko ci lokatorzy, którzy mieszkają lub mieszkali – nawet to można różnie interpretować – w kamienicach, którymi zajęła się komisja. A to jest ułamek całej liczby poszkodowanych reprywatyzacją. Oznacza to, że Komisja nie gwarantuje powszechnej wypłaty odszkodowań. Kiedy ustawa o komisji była uchwalana, czyli w marcu 2017 r., wiele osób sygnalizowało, że z odszkodowaniami będzie problem, m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich i Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Ja też o tym pisałam.
A czy ratusz miał wtedy jakąkolwiek propozycję dla poszkodowanych?
Nie miał i o to właśnie chodzi. W tamtym momencie miasto powinno zaproponować swoje rozwiązanie. Ale ratusz obudził się półtora roku później i rzucił ochłap w postaci ustawy, która daje jeszcze bardziej ograniczone możliwości. Szkoda z tym dyskutować – trzeba było proponować alternatywę, wtedy kiedy było to możliwe. W istocie żadne rozwiązanie – ani „pisowskie”, ani „platformerskie” – nie jest dobre. Potrzebujemy prostego, przejrzystego i powszechnego systemu wypłaty odszkodowań. Kwoty mogą być nawet mniejsze, ale powszechne, a nie uzależniające ich przyznanie od tysiąca rzeczy. I potem, lokatorze, udowadniaj przed sądem swoje racje i broń się sam – tak nie powinno być.
To może poszkodowani mogą liczyć na to, że uda się po prostu unieważnić większość reprywatyzacji? Istnieje interpretacja, za którą opowiada się głównie Jan Śpiewak, że prawie wszystkie decyzje o zwrotach były nielegalne.
Według Jana Śpiewaka cały spór o reprywatyzację rozbija się o tzw. przesłankę posiadania, której w bardzo wielu decyzjach nie badano. I ja się z nim zgadzam, że nie powinno było tak być i że to był błąd. Ale w mojej opinii, nawet jak się zacznie powszechnie badać przesłankę posiadania, to nie rozwiąże nam problemu. A co, jeśli ktoś udowodni, że posiadał, a w konsekwencji zreprywatyzuje kamienicę i wykurzy lokatorów? Co wtedy takim lokatorom powiemy?
Skandal z reprywatyzacją to przede wszystkim skandal polityczny. To nie jest spór tylko o prawo i kruczki prawne, to jest spór o historię i o to, w jakim społeczeństwie chcemy żyć.
Czy „duża” ustawa jest w ogóle konieczna, żeby uporać się z problemem reprywatyzacji?
W niektórych przypadkach tak, a w innych nie. Jeżeli nie będzie ustawy reprywatyzacyjnej, to sądy muszą radykalnie zmienić swoją linię orzeczniczą.
Jak może do tego dojść? Ugruntowała się już pewna praktyka, która zwykle sprzyjała posiadaczom roszczeń. Sądy przekona dyskusja społeczna wokół zwrotów kamienic razem z ludźmi, czy bardziej wyroki Naczelnego Sądu Administracyjnego albo Sądu Najwyższego?
Jedno i drugie. Jeżeli sędziowie zaczynają rozumieć skutki społeczne wydawanych orzeczeń, jeżeli widzą, że wprowadzenie jakiejś zasady prowadzi ostatecznie do działań niezgodnych z prawem, to mogą wydać wyrok kwestionujący dotychczasową linię orzeczniczą i inaczej zinterpretować przepis. Muszą wtedy wykonać większy wysiłek niż „kopiuj-wklej” z ostatnich wyroków, ale każdy sędzia ma do tego prawo, a wręcz obowiązek.
A czy niedawne uchylenie przez WSA decyzji komisji Jakiego, unieważniające zwroty pewnych kamienic, wynika właśnie z trzymania się starej linii orzeczniczej?
Nie zawsze. Czasem uchylenie decyzji Komisji wynika z niechlujstwa komisji i jej uporu w naciąganiu prawa. W jednej sprawie zrobiono np. coś takiego: komisja wydała decyzję, potem PiS zmienił ustawę, na podstawie której wydano decyzję, następnie komisja zmieniła decyzję dostosowując ją do nowych przepisów… To klasyczny przykład, że prawo nie działa wstecz. Dlatego WSA wskazał, że orzeczenie komisji weryfikacyjnej zapadło tak naprawdę na podstawie ustawy z przyszłości, bo stan prawny na który się powołała, nie istniał jeszcze w chwili wydania decyzji. To absurd. Poza tym każdy kij ma dwa końce. Być może przyjdzie kolejna władza i też zacznie działać na podstawie prawa, które dopiero chce uchwalić.
W takim razie jedyne, co udało się komisji to rozbudzenie debaty na ważny temat społeczny. Niestety skutki praktyczne są żadne. Czy więcej dobrego nie zrobiła w takim razie choćby „mała” ustawa reprywatyzacyjna?
Jakkolwiek należy krytykować Hannę Gronkiewicz-Waltz i ratusz za szereg spraw, to „mała ustawa” była dobrym krokiem w kierunku ograniczenia reprywatyzacji, a przede wszystkim handlu roszczeniami. To był projekt, który realnie coś zmienił – wyłącznie w skali Warszawy, i to w niewielkiej skali, ale jednak. PiSowi do tej pory udało się na reprywatyzacji zbić przede wszystkim kapitał polityczny. Na razie po prostu nie wiadomo, czy komisja przyczyni się do realnych zmian, po prostu jest za wcześnie, by to ocenić. Bilansu będzie można dokonać dopiero po tym, jak jej decyzje się uprawomocnią. Komisja dała duże nadzieje lokatorom, ale niestety potem niektórych z nich zawiodła. Za niewybaczalne uważam to, że przewodniczący komisji, wydając decyzję w sprawie Poznańskiej 14, mówił: „kamienica wraca do miasta, lokatorzy mogą wrócić do swoich mieszkań”.
A to była nieprawda…
To jest nieprawda do dzisiaj. A to było półtora roku temu. Nikt nie wrócił do mieszkań, a ta kamienica nie wróciła do miasta.
I Patryk Jaki był świadomy tego, że ten skutek jest iluzoryczny?
To dobrze wyglądało w mediach. Uściskał lokatorów, którzy płakali ze wzruszenia… Jak to skomentować? Obłudne i cyniczne? Czy rzeczywiście chciał dobrze i czuł się „dobrym szeryfem”? Nie wiem.
Dlaczego projekt ustawy reprywatyzacyjnej Jakiego utknął w „zamrażarce” sejmowej?
Mogę się tylko domyślać. Pewnie było wiele nacisków, by tego projektu nie uchwalać. Po pierwsze, możliwe, że wybuchłby międzynarodowy skandal porównywalny do tego wokół ustawy o IPN, ponieważ prawo do odszkodowań przysługiwało w tym projekcie tylko obywatelom polskim. Poza tym zadziałało lobby właścicieli i deweloperów, którzy wywalczyli korzystne dla siebie przepisy. Na przykład, że odszkodowania będą liczone po cenach dzisiejszych, a nie z czasów nacjonalizacji. Zwracał na to uwagę dr Tomasz Luterek.
Ustawa jednak nie przewidywała zwrotów w naturze, czyli samych mieszkań. To można Jakiemu zaliczyć na plus.
Być może Patryk Jaki był pełen dobrych chęci, ale jednocześnie za słaby, żeby wszystko to przewalczyć. Gdy powstała Komisja, a potem projekt ustawy reprywatyzacyjnej, zapanował entuzjazm w ruchu lokatorskim. Chyba wszyscy i wszystkie wierzyliśmy, że idzie zmiana. W końcu większość postulatów, które kiedyś wysuwali działacze lokatorscy, wcześniej uznawane za „bolszewickie”, zostały w tym projekcie uwzględnione: weryfikacja dotychczasowej reprywatyzacji, odszkodowania dla lokatorów za ich krzywdy, wstrzymanie zwrotów kamienic w naturze. Teraz to wszystko mamy, ale „na pół gwizdka”. Odszkodowania niby są, ale nikt ich jeszcze nie dostał. Weryfikacja jest, ale jeszcze nic nie wróciło do miasta. Podsumowując: PiS zrobiło tu znacznie mniej, niż mogło zrobić. Mają większość w sejmie i mogą uchwalić ustawę, jaką chcą. A skoro mogą, to czemu tego nie robią?
Przez ostatnie lata dyskusja o reprywatyzacji dotyczyła głównie kwestii ideologicznych i prawnych. To dobrze, bo teraz jest mniej „sakralne” podejście do własności. Ale gdzieś w tym wszystkim gubią się sami poszkodowani. Czy jeżeli nie będzie ustawy, to lokatorzy komunalni będą teraz lepiej chronieni?
Niedawno weszła ustawa, która radykalnie pogarsza sytuację lokatorów. Uchwalił ją PiS, który kreuje się na obrońcę lokatorów. Dalej: władza obiecała program Mieszkanie Plus, ale w pakiecie wprowadziła eksmisję na bruk bez żadnej rozprawy w sądzie, tylko na podstawie papierków. Kolejna rzecz, wciąż prywatni właściciele nie mają limitów w ustalaniu wysokości stawek czynszowych na wolnym rynku. Absolutnie nie twierdzę, że obrońcą lokatorów była Platforma Obywatelska, czy poprzednie rządy. Chodzi mi w tym wszystkim o kubeł zimnej wody na otrzeźwienie. Lokatorzy od wielu lat są traktowani jako obywatele gorszej kategorii.
Znasz osoby, które straciły mieszkania przez zwroty kamienic. Co one teraz myślą o Patryku Jakim i komisji?
Wolałabym, żeby te osoby same o tym opowiedziały. Jest różnie. Komisja jest pierwszym organem, który powiedział lokatorom i lokatorkom: „Słuchamy was. Opowiedzcie nam, co was spotkało”. Wcześniej ludzie, którym odcinano wodę, podwyższano czynsze i wydzwaniano głuche telefony, odbijali się od drzwi do drzwi i nie mieli znikąd pomocy. Uważam, że to jest ważne osiągnięcie Komisji.
Na koniec pytanie, które nie mogło nie paść: o niesławną amerykańską ustawę 447. Czy rzeczywiście jest się czego bać?
Polska może uchwalić taką ustawę, jaką chce. Tylko, że nie uchwala żadnej. Tu nie chodzi o chciwych Żydów, tu chodzi po prostu o to, że ludzie robię tyle, na ile państwo im pozwala. W Polsce reprywatyzacja mogła się dziać, mogły być zwracane szkoły i szpitale, mogły być reaktywowane przedwojenne spółki, bo państwo na to pozwalało. Jeśli państwo nie powie stop, to każdy będzie chciał ugrać jak najwięcej. Narodowość nie ma tu żadnego znaczenia.

Pokażę Wam Dwie Warszawy

Pierwsza z nich to nieremontowane latami, kiedyś piękne, zabytkowe, przedwojenne kamienice będące w zasobie miasta. Niektóre dalej opalane piecami kaflowymi, bez podłączenia do CO. Kamienice, których ścian nikt nie malował od co najmniej 30 lat. Z których odpadł już tynk. W których jest na klatkach ciemno, pachnie moczem i stęchlizną. Na podwórkach których na placach zabaw bawią się w chowanego tylko puste butelki oraz zupełnie się w nic nie bawią góry śmieci.
Pierwsza Warszawa nigdzie się nie spieszy. Tak, jak się umiera na raka w hospicjum: zachowując godność, ale jednak śmierdząc, nie kontrolując wydalania i nie mając siły zrobić wokół siebie samodzielnie już kompletnie nic. Zapach tych kamienic jest jak oddech stulatka – wątła nitka łącząca nas z daleką przeszłością.
Warszawa Druga niecierpliwi się. Jest młoda i głodna. Czeka, aż Pierwsza wreszcie zdechnie. Aż będzie można wyrzucić po niej zasikany tapczan i wstawić świeżutką sofę z IKEI, aż z kamienic grożących zawaleniem wreszcie ujdzie ostatnie tchnienie – aż ich lokatorzy wyjadą do Anglii lub miasto ich wykwateruje. Dlatego Druga od wielu lat nie dawała kasy na Pierwszą. Wiedziała, że tamta, prędzej czy później, umrze.
Pierwsza i Druga mieszkają 20 metrów od siebie – po przeciwnych stronach tej samej ulicy.
Po tej Drugiej powstają piękne, nowoczesne, w ch drogie apartamentowce. Wszystko jak z intro Blue Velvet Lyncha: kliniczne, pachnące cifem floral klatki, odchwaszczone ogródki i obleciane rafią balkony z technorattanowymi fotelami i suszarką na pranie. Wygracowane ścieżki, fontanna, bezpieczny plac zabaw, parking podziemny. Lux torpeda level deweloperka. No oczywiście, wsio OGRODZONE I MONITOROWANE.
A teraz, Moi Drodzy i Drogie, powiedzcie mi, jakie dzieciństwo będą miały dzieci mieszkające w Warszawie numer 1, a jakie w Warszawie nr 2?
Jak dzieci z tej Pierwszej będą się czuły, widząc rówieśników z drugiej strony ulicy bawiących się na zamkniętym dla „obcych” placu zabaw?
Czy myślicie, że spotkają się z nimi kiedykolwiek prywatnie i zamienią choć kilka zdań? Czy też będą chodzić do zupełnie różnych szkół, robić zupełnie gdzie indziej zakupy, spędzać gdzie indziej ferie i wakacje?
Kiedy już wyrosną z zabaw na placu i z rejonowej podstawówki, która tak czy owak musi przyjąć wszystkich, Pierwsi (przynajmniej część z nich) i Drudzy będą się starali o te same miejsca w liceach. Kto się dostanie? Kto będzie musiał, mimo ambicji, pójść do zawodówki, bo za słabo zda egzaminy? A kiedy ukończą te czy inne szkoły, to czy dom Pierwszych będzie jeszcze w ogóle stał?
Na wszystko spogląda z góry Rafał Trzaskowski (bilbord wisi po tej Drugiej stronie ulicy).

 

Autorka jest rzeczniczką prasową SLD. W wyborach samorządowych kandyduje na radną Rady Miasta Warszawy z listy nr 5 SLD Lewica Razem, z okręgu nr 7 obejmującego Targówek, Wawer i Wesołą.

Głos lewicy

Warszawa eksmituje

Na warszawskiej Woli przy ul. Piaskowej grozi zawaleniem budynek oddany przez miasto do użytku w 2010 r. Trzeba wyprowadzić i dać mieszkanie 140 rodzinom. Kto zawinił? Prywatny wykonawca. Ale i urzędnicy miejscy, którzy nie umieli w sposób należyty dopilnować budowy, za którą miasto płaciło. Kryzys wokół Piaskowej sprawił, że ludziom, którzy już mieli się wprowadzać do przyznanych im mieszkań, usłyszeli, że będą musieli znowu ileś miesięcy czekać. Niektórzy zdążyli wpłacić już kaucję, którą im zwrócono. Trwa wyścig z czasem. Czy miasto zdąży wyprowadzić wszystkie rodziny z zagrożonego budynku zanim budynek runie. Ratusz zawinił, ale cenę płacą mieszkańcy. Poszukiwanie lokali, żeby mieć gdzie wyprowadzić lokatorów zagrożonego budynku sprawia, że rośnie presja na eksmisje. Przychodzą do nas ludzie, których ewidentnie nie powinno się eksmitować, ale miasto potrzebuje mieszkań, więc upiera się przy wyrzucaniu. W Warszawie najwięcej eksmisji dokonuje się z mieszkań komunalnych. Teraz jednak w związku z kryzysem zjawisko to się nasila. Na Pradze Północ brakuje tysiąca mieszkań w związku z rewitalizacją i decyzjami PINB o wyłączaniu kolejnych walących się kamienic z eksploatacji. A w Śródmieściu wyłączono z użytkowania i wyburzono na ul. Świętokrzyskiej wielką kamienice ze 150 mie4szkaniami pod pozorem uszkodzeń jakich budynek doznał w wyniku wybuchu gazu w jednym z mieszkań. Nie muszę dodawać, że działką już się zajmie deweloper, który na miejsce kilkupiętrowego budynku walnie tam kolejny drapacz chmur.
Przyczyn kryzysu mieszkaniowego jest kilka. Po pierwsze jak na istniejące potrzeby to praktycznie oprawie się nie buduje. Po drugie, kierujący się żądza zysku prywatni wykonawcy odwalają fuszerkę ( Piaskowa), po trzecie, istnieje wielkie ciśnienie na pozyskiwanie działek budowlanych ze strony deweloperów, więc pod byle pretekstem burzy się istniejące budynki, Po czwarte wreszcie, nie remontowane przez dziesięciolecia kamienice popadają w ruinę i trzeba je rozbierać. To ostatnie dotyczy w szczególności najbiedniejszych dzielnic na Pradze. Tam też doszło do kilku tajemniczych pożarów, które według strażaków były skutkiem podpaleń. Oczywiście na likwidacji tych spalonych domów skorzystali jak zwykle deweloperzy.
Wczoraj przyszła do mnie samotna matka trójki dzieci. Po spłaceniu 9000 zł. długu czynszowego zwróciła się do miasta o ponowne zawarcie umowy najmu. Miasto odmówiło twierdząc, że ta pani tam nie mieszka. Uzyskali nawet kilka oświadczeń sąsiadów, że „jej nie widują”. Wkrótce rozprawa o eksmisję. Postaramy się zapobiec temu, by samotna matka trójki dzieci trafiła do przytułku. Bo za błędy urzędników, za korupcję i bałagan nie mogą płacić najsłabsi Piotr Ikonowicz na Facebooku.