Zeszyt letnich lektur

Książka była dla nas zawsze tak ważna jak codzienny chleb i powietrze, bez których żyć nie podobna.

Książka była dla nas zawsze tak ważna jak codzienny chleb i powietrze, bez których żyć nie podobna.
Towarzyszyła nam w czasie nauki, studiów i działalności zawodowej ku zdobyciu wiedzy, przemyśleniom i intelektualnemu rozwojowi. Stanowiła także możliwość ucieczki od codzienności, była okazją dla wartościowej rozrywki i odpoczynku. Wreszcie niektórzy z nas zaczęli tworzyć książki – pisać, redagować, wydawać. Przez te dziesiątki minionych lat nazbierało się ich w domowych bibliotekach wiele: bardzo ważnych i cennych, zakupionych i otrzymanych z różnej okazji, tych, do których ciągle wracamy, drugich, do których obecności przyzwyczailiśmy się, i wreszcie tych… których jeszcze nie zdążyliśmy przeczytać. I stale, choć tak je kochamy, mamy z nimi wiele problemów: nie mieszczą się w naszych małych mieszkaniach, są pełne obaw o swoją przyszłość w walce z przybywającymi nowymi tomami, i sytuacji….gdy właścicieli już na tym świecie nie stanie.

Od kiedy nauczyłem się czytać

moją pasją stały się książki. Pierwszą była opowieść „O bohaterskim koniu”, który wędrował z polskimi żołnierzami przez wszystkie fronty II wojny światowej. Trochę później „Ogniem i mieczem”, wydane jeszcze przed wojną przez Zakład Naukowy Ossolińskich we Lwowie (przez wiele lat po wojnie nie wznawiano tej części Trylogii), ale największym powodzeniem cieszyły się powieści lotnicze Janusza Meissnera. Czytałem „Hangar nr 7” i „Żądło Genowefy” nawet późno w nocy pod kołdrą, przyświecając sobie latarką tak, aby nie wzbudzić zainteresowania śpiących już rodziców. Na osiemnaste urodziny otrzymałem od nich „Historię filozofii” Władysława Tatarkiewicza.

Warto wiedzieć,

że w dawnych latach naszej podstawowej edukacji, w klasach VI i VII, a może i już w V, nauczyciele języka polskiego wymagali prowadzenia zeszytu lektur zawierającego nie tylko obowiązujące szkolne pozycje, ale i wszystkie inne, które przeczytaliśmy. Nie był to tylko ich spis bowiem na stronie nieparzystej należało zamieścić rysunek tematycznie związany z przeczytaną książką: mogła to być jej okładka, jakaś wybrana scena, można było wlepić obrazek nawiązujący do jej treści. Na kolejnych stronach należało napisać krótki streszczenie, opinię o lekturze czy też o autorze, można było także przytoczyć wybrany, charakterystyczny fragment tekstu.
I właśnie posługując się taką zapomnianą, a może i dziś często zarzuconą, metodą przedstawiam mój letni zeszyt lektur.

Janusz Termer,

literat, krytyk literacki, dziennikarz, postać w polskim świecie pisarskim powszechnie znana i wysoko ceniona. Ostatnio wydał tom „Myślenie literaturą”. Autor pisze, że „często nadal, z wielu powodów, w Polsce szczególnie – myślimy literaturą, nie zawsze zdając sobie z tego sprawę, jak nie przymierzając Molierowski pan Jourdain, nie wiedzący, że całe życie mówił prozą”.
Kilka z zamieszczonych esejów-szkiców-wspomnień miałem okazję poznać wcześniej bowiem z autorem łączy mnie przyjaźń od 1957 roku, kiedy to spotkaliśmy się na pierwszym roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, podtrzymywana obecnie kontaktem mailowym. Studiów prawniczych nie skończyliśmy; on porzucił je dla polonistyki, ja dla socjologii.
W jednym z przywoływanych tekstów wspomina naszą młodzieńczą wyprawę na Sądecczyznę, ale nie pisze o wyjątkowej lekcji historii jaką odebraliśmy na Wawelskim Wzgórzu. Janusz przyjechał do Krakowa i chciał, w ten mroźny lutowy dzień, odnowić swoje wcześniejsze szkolne doznania i zwiedzić krypty królewskie. Ale wejście do nich było zamknięte, a przewodnik powiedział, że jest wyjątkowo zimno. Zrozumieliśmy aluzję i dzięki odpowiedniemu napojowi ruszyliśmy. W którymś momencie zwrócił się do nas z pytaniem: Panowie studenci, a dlaczego nastąpiły rozbiory Polski ? My, już po zdanym egzaminie z „Historii państwa i prawa polskiego” u prof. Leśnodorskiego, wymieniliśmy rozliczne przyczyny. Skrzywiona twarz naszego cicerone oznaczała, że nie o to chodzi, a wreszcie przerwał nam, i poklepując jeden z sarkofagów powiedział: Przez kobiety panowie studenci, przez kobiety, bo na przykład ten, tu leżący…
Termer w swej książce przypomina także czasy współczesne i rzeczy dużo ważniejsze: „literatura (poezja, proza, dramatopisarstwo, eseistyka, reportaż) była zawsze i jest w – swych najlepszych wydaniach – jednym z głównych źródeł otwartego poznawczo, racjonalnego, realistycznego, twórczego myślenia o rzeczywistości i człowieczej doli. Także dziś, w tym zglobalizowanym i komercyjnym do granic możliwości świecie, ma niebagatelną do odegrania rolę”

Przemysław Gasztold

jest autorem obszernej, liczącej ponad 800 stron, monografii „Towarzysze z betonu. Dogmatyzm w PZPR 1980-1990” wydanej przez IPN. Do zapoznania się z tym opracowaniem, pomimo licznych i powszechnych zastrzeżeń jakie wywołuje jej edytor, skłonił mnie zamieszczony w Internecie spis treści z podrozdziałami o nurtach reformatorskich w PZPR, w tym o krakowskiej „Kuźnicy”, z którą związany jestem od jej początków.
Książka powstała na podstawie wcześniejszej rozprawy doktorskiej ale w swoim obecnym kształcie wywołuje sprzeczne opinie. Budzi szacunek dla wręcz tytanicznej pracy autora, który oparł jej treści na kwerendzie w ponad 30 polskich i zagranicznych archiwach, wykorzystał ponad 5500 źródeł publikowanych, ponad 100 wspomnień i pamiętników, liczne relacje świadków wydarzeń oraz równie wiele tytułów prasowych.
Jej naukowy standard obniża się już od początku, bowiem pierwszy człon tytułu ma niewątpliwie ipenowsko-marketingowy charakter. Dalej jest jeszcze gorzej: od autora poważnego opracowania oczekuje się maksimum obiektywizmu, a tego w wyrażanych opiniach i dygresjach brak. Nadto powinien powstrzymać się od swoich politycznych sympatii, złośliwych charakterystyk czy komentarzy. Dużo jednak ważniejszym jest obraz wydarzeń politycznych wymienionych lat w Polsce, który wyłania się z jej kart.
Istnienie różnego rodzaju frakcji, grup interesu czy też koterii, mechanizmów decyzyjnych, gier wewnętrznych i zakulisowych intryg jest zjawiskiem historycznie starym, powszechnie znanym i wręcz naturalnym w strukturach każdej władzy, a wiec również i w partiach politycznych. Tak było oczywiście i w PZPR. Ale nie one, pomimo ważącej często siły oddziaływania, a dziejąca się poza gabinetami wpływów rzeczywistość ostatecznie wyznaczała polityczne decyzje.
Autor pisze we wstępie: „wprowadzenie stanu wojennego traktowane jest jako mniejsze zło, a decyzje ekipy gen. Wojciecha Jaruzelskiego jako chroniące przed interwencją wojsk Układu Warszawskiego i przejęciem władzy przez partyjnych ekstremistów. Koncepcja „mniejszego zła” zakłada, że Tadeusz Grabski, Mirosław Milewski czy Stefan Olszowski razem z innymi twardogłowymi dążyli do brutalnej rozprawy z „Solidarnością”, zachęcali do zewnętrznej interwencji, a w razie jej rozpoczęcia, weszliby w skład tzw. komitetu powitalnego. Aby do tego nie dopuścić, gen. Wojciech Jaruzelski zmuszony był wprowadzić stan wojenny. Najwyższy czas, aby zweryfikować powyższą hipotezę oraz rozłożyć na czynniki pierwsze działalność partyjnego betonu.” A na stronie następnej: „stawiam tezę, że wyprowadzenie wojska na ulicę 13 grudnia 1981 r. i pacyfikacja „Solidarności” były skutkiem aktywnego lobbingu grup dogmatycznych. Sytuacja na jesieni 1981 r. była tak napięta, że gdyby I sekretarz KC nie zdecydował się na wariant siłowy, to w niedługim czasie zostałby zastąpiony przez bardziej stanowczych działaczy, pozbawionych rozterek moralnych dotyczących tego, czy uderzyć w niezależny związek zawodowy. Co więcej, uważam, iż gen. Jaruzelski stanął na czele PZPR w październiku 1981 r. właśnie po to, aby wprowadzić stan wojenny.”
Wymóg naukowych rozważań wymaga logiki i dowodów. Kolejność była inna: Jaruzelski nie dlatego wprowadził stan wojenny aby nie dopuścić partyjnej ekstremy do władzy, bowiem będąc pod naciskiem napiętej sytuacji na jesieni 1981 r. chciał zapobiec większemu złu, jakim byłaby radziecka, i inna bratnia pomoc. Dopiero interwencja zewnętrzna dawała ewentualną możliwość sukcesu wspomnianej grupie – wcześniej, o czym zresztą obszernie pisze autor, mimo podejmowanych prób, nie miała szans: „Podmiotami na scenie politycznej, które najgłośniej wzywały wówczas do uderzenia, były właśnie grupy dogmatyczne. Jaruzelski znajdował się pod ich presją, ale wciąż miał decydujący głos w sprawie kierunku politycznego kursu.”
Autor nie tylko nie spełnia ambitnego celu weryfikacji sformułowanej hipotezy o wprowadzeniu stanu wojennego i obrony swojej kolejnej tezy, ale nadto nie przedstawia żadnego dowodu na związek pomiędzy wyborem Jaruzelskiego na I sekretarza KC, a planem wprowadzenia stanu wojennego.
Ale i tak warto przeczytać tę książkę, niesie bowiem wiele mało znanych informacji i materiałów źródłowych, a we fragmentach godne uwagi analizy i spostrzeżenia.

Iwan Aleksandrowicz Sierow,

z żalem to piszę, rozczarował mnie swoimi kronikarskimi zapiskami, wydanymi ostatnio pod obiecującym tytułem „Tajemnice walizki generała Sierowa”. Są zapewne pasjonujące dla historyków badających szczegółowo okres, w których Sierow pełnił kierownicze funkcje w NKWD, później jako pierwszy szef KGB, a w końcu GRU. Może są fascynujące dla szukających politycznych sekretów w działalności służb specjalnych: jednej czy drugiej operacji przeciw polskiemu podziemiu na Ukrainie i Litwie, aresztowaniu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, fałszowania wyborów w okresie referendum w 1946 roku, i późniejszych sejmowych, udziału w wydarzeniach węgierskich, czy też rewelacji na temat słynnego anglo-amerykańskiego szpiega płk. Pieńkowskiego, który wg autora kronik był w rzeczywistości czynnym radzieckim agentem (à propos takich gier, z których carski, radziecki i rosyjski wywiad słynie po dziś dzień, coś się kojarzy polsko-podobnego).
Rozczarował, bowiem wszystkie podstawowe wydarzenia opisane przez Sierowa znane były powszechnie, co prawda często nie w szczegółach, ale od lat wielu, i nadto nie z tajnych źródeł. Nie zmieniła ta lektura w żadnej mierze mojego oglądu politycznego świata tamtych czasów, a fakt opisany przez autora, że o mały traf radziecka obrona przeciwlotnicza nie zestrzeliła samolotu z Ribbentropem lecącym na podpisanie słynnego paktu z Mołotowem, to – jak ktoś słusznie niedawno napisał – Hitler wysłałby kolejnego ministra i porozumienie doszło by do skutku..
„Tajemnice…” – tom liczący ponad 800 stron – zostały bardzo starannie opracowane przez Aleksandra Hinsztejna, członka Centralnej Rady Rosyjskiego Towarzystwa Wojskowo-Historycznego. Wspomnienia uzupełniają dodatkowe materiały (przebieg służby, wykaz odznaczeń i kalendarium życia Sierowa), prawie 600 biogramów postaci często mało znanych polskiemu czytelnikowi, szereg archiwalnych zdjęć i fotokopii dokumentów i niespełna 800 przypisów, korygujących pamięć autora bądź rozszerzających

dany wątek.

Hinsztejn jest także autorem tekstu wstępnego, z którego warto przytoczyć następujący fragment: „Wykonując wolę Kremla i Łubianki, Sierow czynił wszystko, co było konieczne dla osiągnięcia celu. Potrafił być przebiegły i wiarołomny – jego znakiem firmowym stało się zwabianie przeciwnika w pułapkę. Tak zneutralizowano przywódców polskiego, ukraińskiego, a potem węgierskiego ruchu oporu. Nie zamierzam go ani potępiać, ani usprawiedliwiać – jak już zaznaczyłem, był człowiekiem swojej epoki. Sierow nie zwykł kwestionować rozkazów, lecz je wykonywać, za co właśnie ceniło go kierownictwo…Przygotowując materiały do publikacji, nie stawialiśmy sobie za cel wybielania czy potępiania autora. Historia nie bywa tylko jasna czy ciemna. Jest wielobarwna.
Dlatego musimy poznać prawdę o swej niedawnej przeszłości, niezależnie od tego, jak bardzo była trudna i niejednoznaczna”.
To rosyjskie wezwanie, rozszerzając także o współczesność, można z powodzeniem adresować i do Polaków.

Jerzy Wojciech Borejsza

publicysta i historyk specjalizujący się w historii Polski i Europy XIX i XX wieku, w tym europejskich totalitaryzmów, autor bestseleru z 1984 roku „Piękny wiek XIX”, zdążył w 2018 roku wydać swoją ostatnią książkę „Ostaniec czyli ostatni świadek”. Zdążył, gdyż zmarł miesiąc temu pozostawiając nam ten spory tom reminiscencji, jak pisał, dla utrwalenia pamięci o postaciach, których nie znajdziemy w encyklopediach i zdarzeń, w których rzeczywistość jest nam tak trudno dziś uwierzyć.
Wszystkie opisane doznania i przemyślenia, przywołane wydarzenia i postaci, w różnych relacjach i w odmienny sposób, tworzyły i kształtowały świat autora. Są to wspomnienia o tamtych pokoleniach i o okresie, w którym los dał im, i dał jemu, egzystować na tej ziemi. A los nie wybiera i naznaczył życie autora w sposób szczególny: dziadek Abraham Goldberg był znanym działaczem syjonistycznym i redaktorem naczelnym „Hajntu”, ojciec Jerzy Borejsza bardzo prominentną postacią partyjną minionych lat czterdziestych i twórcą „Czytelnika”, a on sam studentem radzieckich uczelni zdobywający kolejne stopnie naukowe na Uniwersytecie Warszawskim, później uznanym uczonym wykładającym także na wielu europejskich uniwersytetach. To bogate i spełnione życie obfitowało również w dni grozy, poniżenia, ważnych przewartościowań i zawiedzionych nadziei, ale na pytanie dlaczego stale wraca do Polski odpowiedział: „ Po pierwsze, moją ojczyzną jest język polski. W żadnym innym języku nie wyrażę tak dokładnie moich myśli. Po wtóre, nie wracam dla ludzi. Ci bywają bardzo różni. Nie czynię sobie złudzeń. Wracam dla polskich lasów. To jest moja ojczyzna,
moja ziemia…”
Jerzy W. Borejsza pisał swoje wspomnienia z następującym przesłaniem: „W roku 2018 rozpocząłem osiemdziesiąty czwarty rok życia. I widzę, jak przez Polskę i Europę przetacza się nawrotna fata ruchów bądź reżimów autorytarnych. Jednym z filarów propagandy, na których się wspierają, jest fałszowanie historii. Prawda historyczna często przestaje w takich warunkach istnieć.
W czasie, kiedy w Polsce i w krajach naszego regionu tworzy się Orwellowskie „ministerstwa prawdy”, kiedy fałszowanie przeszłości, czyli kłamstwo historyczne, przykrywa się dwoma połączonymi a nieprzystającymi do siebie słowami „polityka historyczna”, tym bardziej poczuwam się do dania świadectwa, często ostatniego, ludziom, których znałem, i wydarzeniom, które obserwowałem”

Józef Lipiec,

druh od czasów szczenięcych wypraw na jabłka do ogrodu mojej ciotki, dziś profesor filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego i autor licznych naukowych rozpraw, równie uznawany aktywny uczestnik wielu pubkicznych przedsięwzięć, opublikował rozważania o zjawisku społecznym, które co prawda wg. Floriana Znanieckiego jest przedmiotem badań socjologii, a nadto szeregu jeszcze innych nauk, ale jak się okazuje podlega także z powodzeniem rozważaniom filozofa. Stykamy się z nim od naszego zarania przez cale życie i w różnych układach, aktywnie w nim uczestniczymy i go zwalczamy, chwalimy, kpimy z niego i potępiamy – to wszystko dotyczy tematu najnowszej książki Lipca „Władza. Źródła, cele, żądze”.
Autor pisze: „Ideałem i celem rozwojowych przeobrażeń jest z jednej strony przekreślenie tradycji absolutyzmu jedynowładztwa i z drugiej – wolnościowy zwrot ku demokratycznej wielopodmiotowości (przedstawicielskiej lub bezpośredniej). Wzorcem skuteczności jest jednak powrót do elitarystycznej koncepcji Platona. Rządzić trzeba umieć, a wcześniej wiedzieć, po co się to robi i dokąd zmierza – ku dobru wspólnemu. Jeśli władza jest naprawdę potrzebna, to fachowa, kompetentna i sprawna. Jeśli jest przeżytkiem i balastem – to każda bez wyjątku.”
Do tych myśli dodać wypada rozważania wybitnego socjologa Maxa Webera, zajmującego się szerzej pojęciem władzy i uważającego za władzę legalną tylko taką, do której sprawowania „uprawniony jest każdy, kto działa w ramach przyznanych mu kompetencji, określonych przez obowiązujący porządek
normatywny.”

No i na końcu tego zeszytu letnich lektur

znaleźliśmy się ponownie w naszym polskim, współczesnym piekiełku, bowiem na pytania czy obecna polityczna władza jest kompetentna i sprawowana ku dobru wspólnemu, i czy jest legalna, bo działająca w myśl obowiązującego porządku normatywnego, pada jednoznaczna negatywna odpowiedź.

Nie czytasz..?

Zostaniesz uwzględniony w raporcie Biblioteki Narodowej, z którego wynika, że Polska to praktycznie niemal kraj analfabetów.

W tym całym raporcie Biblioteki Narodowej na temat tego, że Polacy nie czytają warto zwrócić uwagę na w ogóle szerzej niekomentowany, a bardzo skandaliczny, fragment, w którym Biblioteka Narodowa wyjaśniając wyniki własnych badań stwierdza sama, że istnieje: „niewielkie przełożenie czytania książek w dorosłym życiu na powodzenie na rynku pracy”…
Ta opinia wyrażona przez taką instytucję nie jest przypadkowa. Tak samo uczy się w szkołach, gdzie dzieci uczy się zapamiętywania fragmentów streszczeń i fragmentów z fragmentów, a potem wypełniania testów zgodnie ze świętym i jedynym kluczem. Jak w scenie z „Wojny Polsko-Ruskiej”, gdzie Pani każe pisać tylko na temat i tylko zgodnie z jedną wersją, a cała szkoła ostatecznie uczy dziecko głównie tego, że ma być ciche, grzeczne, nie podskakiwać i być posłusznym niewolnikiem.
I to chyba tylko w Polsce „Biblioteka Narodowa” może głosić, że zdolność przeczytania książki i ćwiczenia się w czytaniu nie ma później wpływu na powodzenie na rynku pracy…
To o jakim rynku pracy my teraz mówimy?
I czy to dobry rynek?
Polski system edukacji uczy wyłącznie przystosowania i karmi społeczeństwo bzdurami o dostosowaniu do wyobrażonego „rynku pracy” i wymagań przedsiębiorców, jakby były słowem świętym i wiecznie trwałym-niezmiennym. A wielce światli przedsiębiorcy w polskim biedakapitalizmie – gdzie ceni się przede wszystkim taniość człowieka – faktycznie chcą mieć za pracownika niewykształconego, ogłupionego i pozbawionego wiedzy na temat świata człowieka, który tym łatwiej da się okradać i który nigdy nie zakwestionuje ani jego zarządzania, ani jego władzy, ani polityki rządu, czy systemu podatkowego.
Z jednej strony tyrania biedarynku, a z drugiej państwowo-szkolna walka z tym co „nieużyteczne” dla właściciela.
Wprost idealna „symbioza”.