Finałowa rywalizacja Bidena i Sandersa

O nominację kandydata Partii Demokratycznej w tegorocznych wyborach prezydenckich w USA ubiegała się rekordowa liczba kandydatów, aż 30-tu. Stopniowo kandydaci wycofywali się, albo z braku poparcia, albo z braku pieniędzy na kosztowną kampanię. Dziś na placu boju zostało tylko dwóch kandydatów, którzy mają szansę na uzyskanie nominacji na konwencji Partii Demokratycznej. 13-16 lipca br. w Milwaukee w stanie Wisconsin: 76 letni Joe Biden i 78 letni Bernie Sanders.

Obaj reprezentują różne skrzydła polityczne. Biden uważany jest za przedstawiciela umiarkowanych demokratów. Sanders natomiast, który mówi o sobie, że jest socjalistą reprezentuje bardziej liberalne lewicowe skrzydło w Partii Demokratycznej.
We wcześniejszym etapie kampanii wyborczej Biden był atakowany przez swych demokratycznych rywali za swój oględny stosunek do rasizmu i do praw obywatelskich. Osobiście podkreśla swoje od pół wieku doświadczenie w polityce i 8 lat aktywnej wiceprezydentury przy Obamie. W debatach ze swymi demokratycznymi rywalami zarzucał im, że „wy mówicie różne rzeczy podczas, gdy ja wszystko to robiłem” i podkreślił, że w tych wyborach „rozgrywa się bitwa o duszę narodu”.
Bernie Sanders, choć uważa się za socjalistę i rzecznika ludzi nieuprzywilejowanych nie jest biednym człowiekiem. Jest milionerem. Jego majątek oceniany jest na ponad 2 mld. dolarów i pochodzi głównie z honorariów za książki. Podkreślam, że uczciwie płaci podatki. Jego dochód w 2019 r. wyniósł 566 421 dol. z czego jako podatek federalny odprowadził 137 573 dol. Prawie 19 tys. dol. przeznaczył na cele charytatywne. Niektórzy jego krytycy powątpiewają, czy człowiek tak zasobny może skutecznie bronić interesów biedniejszej części społeczeństwa amerykańskiego. Menadżer kampanii wyborczej Sandersa Faiz Shakir twierdzi, że majątek Sandersa „ma zerowy wpływ” na jego poglądy polityczne. Przeciwnicy Sandersa zarzucają mu, że jego propozycje społeczno-gospodarcze są zbyt kosztowne.
Warto zwrócić uwagę, że najstarszy kandydat na prezydenta cieszy się masowym poparciem młodych wyborców. Również popularny jest jego postulat podniesienia płacy minimalnej do 15 dol. za godz. Biden natomiast ma więcej pieniędzy na kampanię wyborczą oraz wsparcie establishmentu Partii Demokratycznej. Najnowszy sondaż ogólnokrajowy CNN wykazał, że wśród demokratów 52 proc. preferuje na prezydenta Joe Bidena. Za Sandersem zaś opowiada się 36 proc. ankietowanych.
W niniejszym artykule porównuję programy wyborcze obu głównych pretendentów do ubiegania się o nominację kandydata Partii Demokratycznej w rywalizacji z republikaninem, obecnym prezydentem Donaldem Trumpem. W polityce zagranicznej nie ma poważniejszych różnic między Bidenem i Sandersem. Dlatego uwagę czytelników zwrócę na to co różni obu rywali w sprawach polityki wewnętrznej USA, ponieważ ten obszar ma największe znaczenie dla wyborców amerykańskich.
W przeciwieństwie do prezydenta Trumpa, który uważa, że nie ma na świecie kryzysu klimatycznego i nie ma potrzeby przestrzegać międzynarodowej konwencji z Paryża z 12 grudnia 2015 r., obaj demokratyczni pretendenci uważają, że jest to poważny problem. Biden przedstawił plan wyeliminowania do 2050 r. gazów szkodliwych dla środowiska człowieka. Zapowiada powrót Stanów Zjednoczonych do paryskiego porozumienia klimatycznego. Realizacja jego planów w tej dziedzinie ma kosztować 1,7 bln dol. w ciągu pierwszych 10 lat. Sanders, który ostro krytykuje Trumpa za wycofanie się Stanów Zjednoczonych z paryskiego porozumienia klimatycznego przedstawił własny konkretny plan rozwiązania kryzysu klimatycznego. Ma on kosztować 16,3 bln dolarów w ciągu 15 lat. Źródłem dochodów na ten cel będą pieniądze ze sprzedaży czystej energii pochodzącej z publicznych instytucji.
Zarówno Biden jak i Sanders mają program zwiększenia przez Amerykanów dostępu do służby zdrowia. Mimo pewnego postępu jaki w tej dziedzinie dokonał się za prezydentury Obamy jest to nadal poważny problem dla dziesiątków milionów Amerykanów.
Sanders nie chce zmieniać obecnej struktury w służbie zdrowia, natomiast proponuje znacjonalizować sektor ubezpieczeń zdrowotnych. Dodatkowe środki na ochronę zdrowia proponuje zdobyć poprzez wyeliminowanie decyzji Trumpa z 2017 r. o redukcji podatków dla bogatych Amerykanów.
Sprawy imigracji są nie tylko przedmiotem sporu między demokratami i republikanami, ale także są różnice w poglądach Bidena i Sandersa. Biden proponuje drogę do uzyskania obywatelstwa dla nielegalnych imigrantów przebywających na terenie Stanów Zjednoczonych. Proponuje on również podniesienie limitu przyjęć imigrantów w skali rocznej z 18 tys. do 125 tys. Biden jest przeciwny karaniu nielegalnych imigrantów, którzy przybyli do USA z zamiarem ubiegania się o azyl.
Sanders jest zwolennikiem moratorium na deportacje. Jest przeciwny budowie muru na granicy z Meksykiem i separacji małżeńskiej imigrantów. Proponuje on również reorganizację struktur rządu amerykańskiego odpowiedzialnych za sprawy imigracji.
Przedmiotem dyskusji w tegorocznej kampanii wyborczej są sprawy edukacji. Biden proponuje zwiększyć środki finansowe na pomoc dla szkolnictwa w biedniejszych dzielnicach. Proponuje on również bezpłatne studia w dwuletnich collegach. Koszt tego programu wycenia na 750 mld rocznie.
Dziesięciopunktowy program edukacyjny Sandersa przewiduje m.in. podwyżkę uposażeń nauczycieli do 60 tys. dol. rocznie, bezpłatne posiłki dla uczniów i rozbudowany program wakacyjny dla uczniów. Jeżeli chodzi o wyższe studia to program Sandersa zwany „college for all” („college dla wszystkich”) postuluje zniesienie czesnego we wszystkich publicznych uczelniach. Pieniądze na realizację tego programu ocenianego na 2,2 bln dol. proponuje on, aby pozyskać z podniesienia podatków na firmy z Wall Street.
Przedmiotem kampanii wyborczej demokratów jest również kwestia dostępu do broni i przestępczość wynikająca z tego dostępu. Biden proponuje, aby posiadacze broni ofensywnej albo odstąpili tę broń rządowi federalnemu, albo zarejestrowali ją w agencji rządowej. Zamierza on przeznaczyć 900 mln dol. na walkę z użyciem broni w 40 miastach o najwyższej przestępczości z użyciem broni. Zapowiada on zniesienie ochrony producentów broni z powodu jej użycia w aktach przestępczych. Postuluje również zaostrzenie kontroli przy sprzedaży broni.
Sanders w przeszłości nie był zwolennikiem ograniczenia dostępu do broni. Teraz domaga się silniejszej kontroli w dostępie do broni ofensywnej, automatycznej. Postuluje zaostrzenia kary dla osoby, która kupuje broń dla kogoś kto nie ma prawa do posiadania broni. Domaga się on również zakazu posiadania przez obywateli broni z dużymi magazynami.
Wszystko więc wskazuje, że decydująca walka o nominacje kandydata Partii Demokratycznej w listopadowych wyborach prezydenckich rozegra się między Joe Bidenem i Bernie Sandersem, chociaż zdecydowanie większe szanse na uzyskanie nominacji ma oczywiście Biden, który odniósł więcej zwycięstw w dotychczasowych prawyborach.

Szkoda Sandersa,

ale Biden ma większe szanse by pokonać Trumpa.

Do wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w listopadzie br. jest jeszcze sporo czasu, ale kampania nabiera wyraźnie tempa.Prawidłowością jest to, że na tym etapie jest ona szczególnie zacięta w obozie politycznym z którego nie wywodzi się urzędujący prezydent, szczególnie gdy może on kandydować na drugą 4-letnią kadencję. Tak jest obecnie w obozie Demokratów znajdujących się w opozycji,gdyż wśród Republikanów nikt nawet nie próbował kwestionować kandydatury Donalda Trumpa.
Przed czterema laty
sytuacja była odmienna.Ponieważ odchodził po dwóch kadencjach Barack Obama, to Demokraci musieli znaleźć jego godnego następcę i po długiej batalii, w której była sekretarz stanu Hillary Clinton (zarazem małżonka innego prezydenta) pokonała na finiszu lewicowego Berni’ego Sandersa (o korzeniach polsko-żydowskich) to ona stanęła przed szansą bycia pierwszą kobietą prezydentem USA. Z kolei wówczas dość zaskakująco w obozie Republikanów odpadali w prawyborach m.in. senatorowie Marco Rubio z Florydy i Ted Cruz z Teksasu,a nominację zdobył wyrażnie niedoceniany Donald Trump, który w finale choć uzyskał ok. 3 mln głosów mniej niż Clinton odniósł zwycięstwo. Liczą się bowiem w ostatecznym rachunku głosy elektorów przypisanych do danego stanu,a zwycięzca bierze całą pulę.
To była swego rodzaju sensacja i pamiętam, że gdy-będąc w okolicach przylądka Horn- dowiedziałem się przez telefon satelitarny o tym rezultacie, to nie chciałem wierzyć.Nota bene w sporym stopniu w stanach tzw. „pasa rdzy” (rust belt), jak np. Ohio,Michigan, gdzie Trump wygrywał niewielką różnicą głosów, przyczyniła się też do tego konserwatywna Polonia. Kwestią odrębną, której tu nie poruszam, jest sprawa oceny prezydentury Trumpa-tak w aspekcie polityki wewnętrznej, jak i międzynarodowej.Ciekawostką jest przy tym to, iż angielskie słowo „trump” znaczy „atut”.’No trump” w licytacji to „bez atu”. Amerykanie są głęboko podzieleni odnośnie do tego, czy ich obecny prezydent stanowi wartość dodaną, czy też przyczynia się m.in. do pogłębienia chaosu światowego.
Superwtorek i jego skutki
Konwencja Demokratów,na której 1991 delegatów wybierze kandydata tej partii na prezydenta odbędzie się w połowie lipca br. w Milwaukee w stanie Wisconsin. Trwają prawybory, tradycyjnie rozpoczęte w małych stanach Iowa i New Hampshire.Tam właśnie wybierani są ci delegaci spośród tych kandydatów,którzy w danym stanie otrzymają co najmniej 15 proc. głosów. Na początku pretendentów do prezydentury było kilkunastu, ale przed i po tzw. superwtorku (3 marca) sytuacja się wyraźnie wyklarowała.
W 14 stanach, w tym tak kluczowych, jak 40 mln Kalifornia i 29 mln Teksas wybierano delegatów (np. w Teksasie-228). Po wycofaniu się Pete’a Buttigiega i Amy Klobucher, którzy udzielili poparcia byłemu wiceprezydentowi dwóch kadencji u Obamy i senatorowi z małego stanu Delaware Joe Bidenowi, w szranki stanęli: Biden (ur. 1942 r.), Michael Bloomberg-przez 3 kadencje burmistrz Nowego Jorku, według Forbes’a 10. najbogatszy człowiek świata z majątkiem ponad 50 mld dol., urodzony w 1942 r.. Sen. Elisabeth Warren z Massachusetts (w USA często mówi się o tym stanie „Taxachusetts” ze względu na wysokie podatki); ur. 1949 r.. I Berni Sanders-senator z Vermontu (ur. 1941r.) mający duże poparcie szczególnie wśród młodego pokolenia, dobry mówca.
Biden, któremu do tej pory raczej nie szło, wygrał aż w 10 stanach, w tym w Teksasie,Arkanzas i Massachusetts. Ma on silne poparcie zwłaszcza wśród Afroamerykanów. Wielu komentatorów amerykańskich uważa,iż takiego come back nie było od wielu lat. Bloomberg,który w reklamy telewizyjne zainwestował ponad 550 mln dol. (sic!) i świadomie z dużym opóźnieniem włączył się do kampanii wyborczej, postanowił się z niej wycofać ponieważ wygrał tylko w małym Samoa Amerykańskim.Udzielił poparcia Bidenowi.Warren przegrała nawet w „swoim” Massachusetts, więc Sanders zaapelował, by się wycofała na jego rzecz. Nie sądzę, aby to się stało szybko.Sam Sanders zwyciężył w 4 stanach- w Colorado, Utah, w „swoim” Vermoncie i – co najważniejsze – w kluczowej Kalifornii.
Co dalej?
Donald Trump, który nie jest najstarszym kandydatem w tych wyborach (ur. w 1946 r.) swoim zwyczajem wyraził zadowolenie z biegu wydarzeń w obozie Demokratów. Zapewne sądzi,iż długa, decydująca, wyczerpująca walka Sandersa i Bidena osłabi konkurentów.
Sanders, który jest wyjątkowo bojowy i żywotny, to bez wątpienia najbardziej lewicowy polityk w dziejach USA, który z tak dobrymi wynikami i szansami ubiega się o najwyższy urząd w tym państwie. Jego program w Europie byłby uważany za typowo socjaldemokratyczny, ale nad Potomakiem brzmi niekiedy rewolucyjnie. Nie popiera go np. Hillary Clinton. „Będąc trzeżwym jak sędzia” (to be as sober as a judge) – by użyć ważnego idiomu angielskiego – uważam z przykrością, iż w sumie w dość konserwatywnych Stanach Zjednoczonych Biden ma jednak większe szanse na pokonanie Trumpa niż Sanders. A to może być kluczowy czynnik o znaczeniu także globalnym. Przy tym porównania z prezydentem Andrzejem Dudą same się nasuwają!

Bernie Sanders kontra establishment

Głosowania w czterech stanach za nami i nie ulega wątpliwości, że senator Bernie Sanders prowadzi w wyścigu o nominację Partii Demokratycznej. Właśnie w tym momencie spływają wyniki z 14 kluczowych stanów tzw. Super-Wtorku, które zadecydują o dalszym kierunku wyścigu. Wedle większości sondaży, Bernie Sanders zdobędzie kilka kluczowych stanów i będzie na dobrej drodze do przejęcia sterów Demokratów. Będzie konkurentem Donalda Trumpa w tegorocznym wyścigu do Białego Domu? Nie, jeśli partyjno-medialny establishment postawi na swoim.

79-letni polityk ze stanu Vermont, wieloletni kongresmen i senator, zadeklarowany socjalista, populista i pogromca miliarderów lubi starcia w stylu walki Dawida z Goliatem. Niemal 40 lat temu zaskoczył wszystkich wygrywając wybory na burmistrza malutkiego Burlington (zaledwie 10 głosami!), promując bezwstydnie lewicową agendę rozbudowy świadczeń socjalnych i ograniczenia władzy developerów. W toku swoich rządów okazał się jednak pragmatykiem.
Podobnie podczas długiej kariery w kongresie, gdzie współpracował z Demokratami (zachowując status niezależnego) potrafiąc łączyć twardą ideowość (sprzeciw wobec wojny z Irakiem) z typowym pragmatyzmem (współpraca z republikaninem Johnem McCainem przy ustawie o weteranach). W 2016 roku przysporzył sporo stresu Hillary Clinton, namaszconej z góry jako królowej Partii Demokratycznej. Ówczesna opozycja elit partyjnych skupionych w tzw. Democratic National Convention (DNC) pozostawiła zadrę wśród zwolenników Berniego.
Skąd ten wieloletni opór? Przynajmniej od czasów Billa Clintona, Demokraci głównego nurtu to organiczni centryści, podkreślający potrzebę kompromisu (pomimo okazjonalnych, buńczucznych deklaracji), skupieni na polityce tożsamościowej (kwestię śwatopoglądowe są ważniejsze od ekonomicznych), podkreślający swoje pro-biznesowe kwalifikacje. Nawet w sytuacji zdominowania wszystkich szczebli władzy, jak na początku prezydentury Baracka Obamy, nominalnie progresywna partia amerykańskiej polityki, dokonała bardzo niewiele zmian czyniących Stany państwem bardziej progresywnym.
Dość ograniczony program Obamacare stanowił malutki wyjątek (Bernie Sanders głosował za). Wedle definicji europejskich, Partia Demokratyczna to klasyczna centro-prawica.
4 lata po zakończeniu bardzo wstrzmięźliwej prezydentury Obamy, Bernie Sanders proponuje dokończenie programów społecznych, które jak do tej pory objawiały się wyłącznie w deklaracjach: Green New Deal (gigantyczne inwestycje w transformację energetyczną), Medicare for All (powszechne ubezpieczenie zdrowotne), bezpłatna edukacja wyższa, radykalne zwiększenie opodatkowania miliarderów czy wprowadzenie ograniczeń finansowania kampanii wyborczych przez wielki biznes.
Wszystkie te propozycje, cieszą się sympatią demokratycznych polityków – tyle jeśli chodzi o teorię. W rzeczywistości mało kto chce iść na wojnę z wielkimi koncernami farmaceutycznymi czy miliarderami z Wall Street. Zwłaszcza nieco mniej eksponowany postulat wprowadzenia ograniczeń finansowania kampanii wyborczych, budzi prawdziwy popłoch.
Bez większych regulacji w tym zakresie, amerykańska demokracja przypomina bardziej klasyczną oligarchię lub oligarchię z elementami demokracji. Większość progresywnych polityków w wyścigu o nominacje, przyjmuje wpłaty od tzw. dużego biznesu, co skutecznie hamuje ich bardziej reformatorskie zapędy. Bernie Sanders stanowi wyjątek i taka postawa budzi sprzeciw w kolektywnej świadomości medialno-partyjno-biznesowej. Wystarczy posłuchać komentarzy pojawiających się po pierwszych trzech zwycięstwach w stanach Iowa, New Hampshire i w Nevadzie:
James Carville (polityczny strateg związany z obozem Clintonów): „Jestem przerażony na śmierć Sandersem (…) Nigdy nie był Demokratą, zawsze był ideologiem”. Michael Smerconish (dziennikarz CNN): „Czy coronavirus i Bernie Sanders mogą być zatrzymani?”. Michael Bloomberg (multimiliarder, kandydat w prawyborach) na debacie w Nevadzie: „Inne kraje próbowały komunizmu i to nie zadziałało”. Hillary Clinton (kandydatka Partii Demokratycznej w 2016 r.): „Nikt go nie lubi, nikt z nim nie chce pracować”.
Cristobal Alex (doradca Joe Bidena, kandydata w prawyborach): „Mamy już prezydenta których wychwala dyktatorów, nie potrzebujemy kolejnego”. W ostatnich tygodniach takie i podobne ataki skupiały się m.in na: rzekomej niewybieralności Sandersa (sondaże zaprzeczają), radykalnym programie ekonomicznym (choć większość konkurencji proponuje zbliżone rozwiązania), internetowej agresywności najtwardszych zwolenników senatora (raczej nie odbiegają od standardu), rzekomego sympatyzowania z Fidelem Castro (wszystko za sprawą pochwalenia programu walki z analfabetyzmem, w ślad za Obamą), wyznawaniu idei demokratycznego socjalizmu, braku możliwości sfinansowania ambitnych programów społecznych czy niewystarczająco entuzjastycznej opozycji wobec prawa do posiadania broni.
Zarzutów jest więcej i codziennie pojawiają się nowe. Niektóre ataki przybierają karykaturalną formę. Chris Mathews (prezenter z MSNBC) porównał zwycięstwa Sandersa w pierwszych stanach do sukcesów Trzeciej Rzeszy we Francji w 1940 r. Kilka dni później przeprosił, ale wrażanie o absolutnej panice w obozie status quo pozostało.
Zgodnie z zasadmi Partii Demokratycznej, kandydatci w prawyborach walczą o 4765 delegatów na lipcową konwencję w Millwauke. 714 z tej puli to tzw. Superdelegaci, czyli przedstawiciele partyjnej wierchuszki, niemal na pewno nieprzychylnej Sandersowi. Jeżeli żaden z kandydatów nie zdobędzie 1885 głosów, konwencja wejdzie w fazę negocjowania kandydata.
To również niezbyt dobra wiadomość dla socjalisty z Vermont. W niedzielę rano spłynęły wyniki z Karoliny Południowej i wygląda na to, że Joe Biden, były wiceprezydent u boku Obamy, wraca do gry po miażdżącym zwycięstwie w stanie, który od początku wyścigu stanowił jego „ścianę ognia” (firewall). W oczekiwaniu na wyniki Super-Wtorku, kiedy głosują między innymi bogate w delegatów Kalifornia i Teksas, rosnąć będzie nacisk na resztę stawki. Pete Buttigieg postawił pierwszy krok, wycofując się w niedzielę, chwilę po katastrofalnym wyniku w Karolinie Południowej. W poniedziałek krok drugi wykonała Amy Klobuchar z Minnesoty, nie czekając nawet na wybory we własnym stanie. Ich kapitulacja niemal na pewno nie obyła się bez nacisków partyjnej góry i ewidentnie wzmocni Joe Bidena.
Za sprawą wykruszania się konkurencji, Bernie Sanders i jego lewicowa agenda napotykają na pierwszy poważny opór. W tej sytuacji trudno przewidzieć ruchy senator Elizabeth Warren. W warstwie programej stoi najbliżej Sandersa (promuje m.in. solidny podatek od majątków powyżej 50 mln dol.), niemniej jednak w dotychczasowych działaniach ujawniła sporą dozę kalkulacji (nie boi się atakować konkurencji, gdy jest jej to na rękę). Być może Warren będzie chciała zachować swój stan posiadania do konwencji, a może nawet wejść w porozumienie z kandydatem centrum – w zamian za propozycję wiceprezydentury.
Niemal na pewno, nie wycofa się Michael Bloomberg, pompujący setki milionów dolarów prywatnego majątku w kampanię, której pierwszy sprawdzian nadejdzie dopiero we wtorek (nie konkurował we wczensych stanach). Bloomberg ma już niewielkie szanse na przebicie śćiany innych kandydatów, zwłaszcza w kontekście pierwszej wygranej Bidena i jego dobrych sondaży w połodniowych stanach. Może również negocjować coś więcej na lipcowej konwencji (wiceprezydent u boku Bidena?), w końcu dysponuje poważnym argumentem w postaci nieograniczonych funduszy na kampanię.
Na ten moment trudno określić, jaki projekt Ameryki miałby stać za takim centrowym kandydatem, ale oceniając po dotychczasowym dorobku Partii Demokratycznej, można się domyślać, że chodzi o przywrócenie tego, co było. Czy taka strategia okazałaby się bardziej skuteczna od „demokratycznej rewolucji” Berniego Sandersa?
I ważniejsze pytanie: czy sprawdziłaby się walce z Donaldem Trumpem i jego Partią Republikańską? Badania elektoratu potwierdzają słuszność strategii Sandersa. Oceniając na podstawie zaskakujących wyników z 2016 roku, ani medialne poparcie, ani wielkie pieniądze, ani tym bardziej program oparty na „sile spokoju”, nie gwarantują wygranej z kontrkandydatem oferującym populistyczną wizję Ameryki. Być może jedyne lekarstwo na zły populizm prawicy, stanowi dobry populizm lewicy.
Właśnie to stanowi o prawdziwej sile kampanii Berniego Sandersa, ale też rodzi największe zmartwienie dla establishmentu Demokratów i ich bogatych sponsorów.
Czy ewentualna prezydentura demokratycznego socjalisty naprawdę jest im bardziej na rękę niż przewidywalna kontynuacja „szalonego”, ale systemowo „bezpiecznego” Donalda Trumpa?
Super-Wtorek powinien rozwiać wiele tych i innych wątpliwości.

Falstart Demokratów?

Amerykańska Partia Demokratyczna fatalnie rozpoczęła proces wyłaniania swego kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wynik głosowania w stanie Iowa pozostaje zagadką, partia nie jest w stanie ogłosić zwycięzcy, padają sprzeczne wyniki, wzajemne oskarżenia i wiele podejrzeń o „grubą manipulację”. Wygląda na to, że kierownictwo Demokratów powtarza próby wyeliminowania z wyścigu popularnego, lewicującego Berniego Sandersa, podobnie jak w 2016 r.
System wyborczy w stanie Iowa jest tak skomplikowany i niedorzeczny, że o manipulacje i oszustwa wyborcze bardzo tam łatwo. Na dodatek firma informatyczna, która dostarczyła programu do liczenia głosów, bliska Clintonom i kandydatowi Pete’owi Buttigiegowi, totalnie pokpiła sprawę: program nie był w stanie poradzić sobie z zadaniem. Jeszcze kilka dni temu wydawało się, że niespodziewanie wygra 38-letni Pete Buttigieg, lecz po częściowo ręcznym liczeniu wychodzi, że Buttigieg i Sanders mają właściwie taki sam wynik.
Szef Demokratów na poziomie federalnym Tom Perez nie chce uznać tych z bólem podanych wyników ze względu na liczne nieprawidłowości i sprzeczności w protokołach – domaga się ponownego, całkowicie ręcznego przeliczenia głosów. Według dotychczasowych rezultatów Buttiegieg miałby mieć 26, 2 proc. głosów, a Sanders 26, 1 proc. Obaj ogłosili zwycięstwo, lecz według różnych kryteriów, co jest możliwe, gdyż głosowanie powszechne właściwie się nie liczy, lecz wielostopniowy system przedstawicielski, które ma ono wyłonić. Sami Amerykanie nie bardzo rozumieją dlaczego np. kandydat, który dostał najwięcej głosów, ma ich procentowo mniej, niż następny.
Teoretycznie Sanders i Buttigieg mają teraz taką samą liczbę (po 11) delegatów na przyszłą konwencję federalną, lecz każdy delegat ma prawo zagłosować na niej inaczej, niż poprzednio deklarował. Ciągle jednak brakuje podstawowych, oficjalnie zatwierdzonych wyników w Iowa – Demokraci muszą najpierw rozstrzygnąć, czy liczyć wszystko od nowa, czy nie. Naturalnie Republikanie wyśmiewają ten bałagan, pozycja Trumpa się umacnia.

Znak antysemityzmu

Lewica nie ma lekko w tej sprawie. Zanim dojdziemy do Sandersa, przypomnijmy, że w tym roku Jeremy Corbyn, lider brytyjskiej lewicy, utonął pod oskarżeniami o „tolerowanie antysemityzmu” w swej Partii Pracy, co przyczyniło się do jej porażki w wyborach. „Antysemityzm” ten polegał na karygodnej solidarności z Palestyńczykami znajdującymi się pod izraelską okupacją.

Corbyn nawet sam tę solidarność manifestował, co miało dowodzić jego rasistowskiej, antyżydowskiej postawy, „przebranej w antysyjonizm”. Ostatni trend medialno-polityczny, by antysyjonizm włączyć do definicji antysemityzmu, wyeliminował Corbyna na zawsze.
Oczywiście Brytyjczyków motywowała w wyborach głównie kwestia brexitu, jednak tak szeroki tego rodzaju atak na lewicę ze strony mediów, polityków prawicy, naczelnego rabina kraju, a potem nawet izraelskiej dyplomacji, był bezprecedensowy i bardzo głośny, jakby miał zostać zapamiętany na długo. Mówił o tym Jean-Luc Mélenchon, lider lewicy francuskiej (Nieuległej Francji – LFI): wytknął działania brytyjskiego lobby proizraelskiego i jego „bezpośrednie” powiązania z rządzącą w Izraelu skrajną prawicą Benjamina Netanjahu. Dodał, że należy opierać się takim polityczno-etnicznym lobby we Francji i oczywiście wymienił CRIF.
Ci, którzy mówią, że we Francji jest Kalifat, mają rację. To Francis Kalifat, prezes CRIFu, Rady Przedstawicielskiej Francuskich Instytucji Żydowskich, wielka postać francuskiej polityki. To on wymierza publiczne ciosy, kiedy trzeba, i to on odpowiedział tak Mélenchonowi, że tamten nie mógł się otrząsnąć. Kalifat wbił weń złośliwą szpilę, choć niektórzy twierdzą, że to była maczuga: porównał go do człowieka, który pragnął zjednoczyć lewicę i źle skończył – Jacquesa Doriota, najpierw komunisty, potem kolaboranta i nazisty. Ni mniej, ni więcej.
Doriot chciał w latach 30. ub. wieku zjednoczyć we Francji komunistów i socjalistów, co stało się powodem jego konfliktu z Kominternem (III Międzynarodówką), do którego należał. Maurice Thorez, ówczesny szef Kominternu, chciał tego samego, ale inaczej… Doriota wyrzucono z partii, do której należał od młodości i której był oddany całym sercem. Tak wkurzył się na stalinistów, że w czasie wojny znowu pojechał do Moskwy, ale w niemieckim mundurze i czołgu. Dostał wtedy Krzyż Żelazny, ale pierwszy raz nie dotarł do celu.
Doriot stał się gorliwym narodowym socjalistą i kolaborantem od początku wojny, aż brytyjski samolot rozpruł mu wnętrzności serią kul, na południu Niemiec. Doriot próbował tam w styczniu 1945 r. ratować francuskie władze kolaboracyjne. I to do niego, człowieka, który wysyłał Żydów do obozów, Kalifat porównał Mélenchona. „Jestem Żydem, którego prawie cała rodzina zginęła w obozach śmierci, i uważam, że takie stanowisko CRIF przyczynia się do antysemityzmu” – komentował to Gérard Miller, znany pisarz i psychoanalityk, który głosował na lidera LFI. Inni też uważają, że Kalifat stanowi zagrożenie, jednak poza tym lawina ruszyła. Lewica znowu jest podejrzana o hitleryzm.
Z Berniem Sandersem, kandydatem lewicowej części Demokratów na prezydenta USA, jest nieco inaczej, gdyż sam jest Żydem. Np. kilka miesięcy temu pewien facet z Florydy został skazany na 15 miesięcy więzienia, gdyż wyzywał Sandersa regularnie od „żydowskich bękartów” i groził śmiercią. Sanders sam bywa ofiarą antysemityzmu i jest nawet syjonistą, ale prasa coraz bardziej na niego wjeżdża za to, że toleruje w swym otoczeniu „antysemitkę” Lindę Sarsour. To członkini jego sztabu wyborczego, która nie wahała się powiedzieć, że „nie da się pogodzić syjonizmu z ruchami postępowymi”. Jej zdaniem lewica nie może popierać „rasistowskiego Izraela”, ale „…w tych czasach nacjonalizmu i antysemityzmu będę dumna i szczęśliwa, że pierwszy raz w historii nasz kraj wybierze Żyda na prezydenta”. Pytana, dlaczego popiera syjonistę, odpowiada, że „on uważa Palestyńczyków za ludzi”, co jest bardzo możliwe.
„Sojusz Lindy Sarsour z Berniem Sandersem to obraza dla Żydów” – takie tytuły pojawiły się w mediach, już kiedy Sanders przyjął ją do współpracy, na początku grudnia. Teraz kandydat lewicy ma na karku regularne, medialne molestowanie, mniej lub bardziej zawoalowane oskarżenia o antysemityzm. Kto następny? Polityczne wycinanie ruchów lewicowych za pomocą takich zarzutów robi się bardzo modne, rok 2019 stał pod tym znakiem.