W Legii już zmieniono trenera

Po porażce z Górnikiem Zabrze właściciel Legii Warszawa Dariusz Mioduski nieoczekiwanie dokonał zmiany trenera. W poniedziałek w miejsce zwolnionego Aleksandara Vukovicia zatrudnił selekcjonera reprezentacji Polski U-21 Czesława Michniewicza. Nowy szkoleniowiec stołecznego klubu będzie łączył te funkcje.

Vuković był trenerem piłkarzy Legii od 2 kwietnia 2019 roku. W poprzednim sezonie wywalczył mistrzostwo Polski, ale w obecnym prowadzony przez niego zespół zawodził oczekiwania właściciela klubu. Posada serbskiego szkoleniowca była zagrożona już od porażki z Omonią Niokozja w 2. rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów, bo awans do fazy grupowej tych elitarnych rozgrywek to niezmienne marzenie Dariusza Mioduskiego. Planem awaryjnym jest zakwalifikowanie się do fazy grupowej Ligi Europy, ale w prezentowanej obecnie formie warszawski zespół ma na to niewielkie szanse. Pokazała to dobitnie sobotnia porażka z Górnikiem Zabrze w 4. kolejce ekstraklasy. Vuković najwyraźniej nie był w stanie zagwarantować szefowi klubu radykalnej poprawy jakości gry, a już w czwartek 24 września legionistów czeka mecz w 3. rundzie eliminacji Ligi Europy z mistrzem Kosowa Dritą Gnjilane, zaś w przypadku oczekiwanego zwycięstwa tydzień później, 1 października, potyczka w 4. rundzie z mistrzem Azerbejdżanu Karabachem Agdam. A między tymi spotkaniami także u siebie zagra w 5. kolejce ligowej ze Śląskiem Wrocław. Trudno o bardziej sprzyjający układ gier. Pieniądze do zarobienia w Lidze Europy są znacznie mniejsze niż w Lidze Mistrzów, ale gra idzie w najgorszym razie o 2,9 mln euro.
Nie dawał gwarancji sukcesu
Serbski trener jako piłkarz spędził w Legii siedem sezonów, a od 2015 roku pracuje w sztabie szkoleniowym stołecznego klubu i w poniedziałek zakończył swoje trzecie podejście do roli trenera pierwszego zespołu. Gdy w kwietniu 2019 roku zastępował Portugalczyka Ricardo Sa Pinto, miał być „trenerem na lata”. Pewnie dlatego prezes i zarazem właściciel Legii Dariusz Mioduski w komunikacie zamieszczonym na stronie internetowej klubu poświęcił mu wiele ciepłych słów. „Bardzo dziękuję Vuko za to co zrobił dla Legii, nie tylko przez ostatnie półtora roku jako trener I drużyny, z którą zdobył Mistrzostwo Polski, ale także na przestrzeni ostatnich lat. Zawsze mogliśmy na niego liczyć, szczególnie w trudnych momentach i nigdy nie bał się brać odpowiedzialności. Należy mu się za to ogromny szacunek ze strony Klubu i kibiców. Bardzo rozwinął się też jako trener, szybko się uczył i rozwijał, dlatego jestem pewien, że będzie osiągał dalsze sukcesy w swojej karierze trenerskiej. Wiem też, że jest oraz pozostanie prawdziwym Legionistą i zawsze tak będziemy go w Klubie traktować. Dzisiaj musieliśmy jednak podjąć trudną decyzję, która wynika z faktu, że nadrzędnym celem Legii jest realizacja celów sportowych, w tym awans do pucharów europejskich. Uznaliśmy, że zmiana na stanowisku trenera pozwoli na szybszą poprawę gry naszej drużyny, co jest niezbędne ze względu na nadchodzące mecze decydujące o awansie do fazy grupowej Ligii Europy”.
Dalsze losy Vukovicia na razie są niewiadomą. Stołeczny klub i tak musi mu zapłacić pełny kontrakt, więc z szukaniem nowej pracy nie musi się spieszyć. Serb prowadził legionistów w 65 meczach, z których 36 wygrał, 12 zremisował, a w 17 doznał porażek. Wywalczył wicemistrzostwo, a w poprzednim sezonie zdobył dla stołecznego klubu 14. mistrzowski tytuł.
Michniewicz na dwóch stołkach
Zatrudniony w poniedziałek w miejsce Vukovicia 50-letni Czesław Michniewicz dostał od Mioduskiego dwuletni kontrakt. Ponieważ od 7 lipca 2017 roku nowy trener Legii pracuje w PZPN w roli selekcjonera kadry młodzieżowej, musiał uzyskać zgodę szefa związku Zbigniewa Bońka na podjęcie pracy w stołecznym klubie. Ustalono, że do zakończenia eliminacji do Młodzieżowych Mistrzostw Europy będzie łączył obie posady. Pierwszy problem pojawi się w meczu o Superpuchar z Cracovią, który został wyznaczony na 9 października, gdy kadra U-21 grać będzie z Serbią (9 października) i Bułgarią (13 października).
Legia jest dziesiątym klubem w trenerskiej karierze Michniewicza. W przeszłości był szkoleniowcem Lecha, Zagłębia Lubin, Arki, Widzewa, Jagiellonii, Polonii Warszawa, Podbeskidzi, Pogoni i Bruk-Betu Nieciecza. Z Zagłębiem zdobył mistrzostwo Polski, a z Lechem wywalczył Puchar oraz Superpuchar Polski.
Zadania jakie właściciel Legii postawił Michniewiczowi są oczywiste – awans do fazy grupowej Ligi Europy, obrona mistrzowskiego tytułu i zdobycie Pucharu Polski. Jeśli przy tym wyraził też oczekiwanie, żeby zespół grał ładny dla oka, widowiskowy futbol, to raczej chyba się nie doczeka, bo Michniewicz największą wagę przywiązuje do gry defensywnej.
Kto następny do zwolnienia?
W miniony weekend zmiany szkoleniowca zaczęli domagać się fani Wisły Kraków, rozdrażnieni porażką ich ulubieńców 0:3 z Wisłą Płock. Trener „Białej Gwiazdy” Artur Skowronek, którego w poprzednim sezonie wychwalano przy Reymonta pod niebiosa, po porażce z „Nafciarzami” usłyszał z trybun: „To jest prawda oczywista, to jest właśnie wuefista” oraz „Zmieniaj trenera, hej Kuba zmieniaj trenera”. Poprawić notowania u kibiców swojej drużyny będzie mu trudno, bo w 5. kolejce wiślaków czeka wyprawa do Zabrza, a Górnik już jednego trenera w tym sezonie zmienił.
Nieciekawie wygląda też sytuacja trenera Piasta Gliwice Waldemara Fornalika. Po czterech kolejkach jego zespół z wylądował na ostatnim miejscu w tabeli mając zerowy dorobek punktowy, zero strzelonych goli i cztery stracone. Nietrudno więc zauważyć, że Vuković stracił posadę będąc w znacznie lepszym położeniu od Fornalika, bo zostawił zespół na 7. miejscu z dorobkiem sześciu punktów i bilansem bramkowym 5:6.

PKO Ekstraklasa: Liga znów robi się polska

Mimo pierwszego w piłkarskiej ekstraklasie przypadku zakażenia koronawirusem, do jakiego doszło w Wiśle Płock, wszystkie kluby przygotowują się już do rozpoczęcia nowego sezonu ligowego. I jak podczas każdej przerwy letniej sporo też dzieje się na rynku transferowym.

Hitem okna transferowego jest rzecz jasna pozyskanie przez Legię Artura Boruca, ale w innych klubach dyrektorzy sportowi i trenerzy też nie próżnują. Interesująca strategie przyjęto w Pogoni Szczecin, która powoli staje się przyjazna przystanią także dla cudzoziemców z polskimi korzeniami. Do już grających w ekipie „Portowców” Szweda Pawła Cibickiego i Portugalczyka Tomasa Podstawskiego w ostatnich dniach dołączył Austriak Alexander Gorgon, który ze szczecińskim klubem podpisał trzyletni kontrakt. To wychowanek Austrii Wiedeń, w barwach której występował do 2016 roku i zagrał w 161 meczach, strzelając 52 gole i zanotował 28 asyst. Ostatnie cztery sezony 31-letni ofensywny pomocnik spędził w chorwackim zespole HNK Rijeka, z którym w sezonie 2016/2017 zdobył mistrzostwo kraju, zagrał w fazie grupowej Ligi Europy oraz dwukrotnie zdobył Puchar Chorwacji. Starsi kibice piłkarscy w Polsce zapewne lepiej znają jednak jego ojca, Wojciecha Gorgonia, przed laty piłkarza Wisły Kraków (1082-1985) i Zagłębia Sosnowiec (1985-1986). To dlatego Alexander płynnie mówi po polsku, co z pewnością pomoże mu w szybkiej aklimatyzacji w ekipie „Portowców”.
W Pogoni będzie występował z numerem 20, takim samym z jakim gra w w Chorwacji. „Chciałbym wnieść do drużyny dobrego ducha i pomagać w rozwoju młodym zawodnikom” – zapowiedział nowy nabytek szczecińskiego klubu. Warto podkreślić, że zarówno w Austrii Wiedeń, jak i HNK Rijeka Alexander Gorgoń pełnił funkcje kapitana drużyny.
Na polskich piłkarzy, niekoniecznie urodzonych za granicą, stawiają też inne kluby. Najbardziej zaś Jagiellonia Białystok, która niedawno zmieniła trenera, zastępując Bułgara Iwajło Petewa byłym asystentem Adama Nawałki Bogdanem Zającem, który dostał za zadanie przebudowę kadry zespołu w oparciu o rodzimych graczy. „Przebudowujemy drużynę i zmieniamy sposób myślenia. Będziemy teraz stawiać na naszych. Skoro nie udało się zając miejsca na podium siłami cudzoziemskich graczy, to damy szansę naszym młodym zawodnikom. Może oni też nie dadzą rady powalczyć o czołowe lokaty w lidze, ale przynajmniej ograją się i nabiorą doświadczenia, które zaprocentuje w następnych sezonach” – uzasadnia zmianę strategii przewodniczący rady nadzorczej białostockiego klubu Wojciech Strzałkowski.
Po rodzimych piłkarzy znów zaczął śmielej sięgać trener Piasta Gliwice Waldemar Fornalik. Na miejsce najskuteczniejszego strzelca zespołu w poprzednim sezonie, Hiszpana Rafaela Lopeza, który przeniósł się do Legii Warszawa, ściągnął ze Stali Mielec Michała Żyro, a do środka pomocy z Lechii Gdańsk Patryka Lipskiego, którego dobrze zna z czasów, gdy prowadził go w Ruchu Chorzów. Lipski przeszedł do Lechii w sierpniu 2017 roku. Wystąpił w 69 spotkaniach, strzelając dziewięć goli i notując osiem asyst. Zdobył z gdańskim zespołem Puchar oraz Superpuchar Polski. Ten piłkarz ma dopiero 26 lat i pod wodzą Fornalika może w nowym sezonie być rewelacją ekstraklasy, podobnie jak wspomniany Żyro, który już w Mielcu przypomniał, że sześć lat temu nie bez powodu dostawał powołania do reprezentacji Polski. Ale jeszcze ciekawszym nabytkiem gliwickiego klubu jest pozyskany z Atletico Madryt 19-letni pomocnik Javier Ajenjo Hyjek. Chociaż urodził się i wychował w Madrycie, to ma polskie obywatelstwo i zdecydował się reprezentować polskie barwy. Do tej pory grał w kadrach młodzieżowych od U-17 do U-20. Występuje na środku pomocy, ale dobrze też radzi sobie na skrzydłach.
Zmianę nastawienia wobec polskich graczy zasygnalizował też trener sąsiadującego z Piastem przez miedzę Górnika Zabrze Marcin Brosz. Zabrzański klub w ostatnich dniach pozyskał lidera zespołu Stali Mielec Bartosza Nowaka. Ten 26-letni pomocnik w poprzednim sezonie był gwiazdą I ligi i walnie przyczynił się do awansu mieleckiej drużyny do ekstraklasy strzelając 13 goli i notując 13 asyst. Podpisał z Górnikiem dwuletni kontrakt z opcją rocznego przedłużenia. Oprócz niego w zabrzański klub pozyskał też 23-letniego napastnika Alexa Sobczyka. Urodzony w Wiedniu piłkarz ma polskie korzenie, bo oboje jego rodzice są Polakami. Ma na koncie 10 występów w młodzieżowych reprezentacjach Austrii. Z Górnikiem podpisał trzyletnią umowę.
Wypada mieć nadzieję, że także w innych polskich klubach wróci moda na zatrudnianie polskich piłkarzy, także tych w zaawansowanym już wieku, którzy wzorem Boruca też chcieliby zakończyć karierę w polskiej lidze. A „do wzięcia” są właśnie reprezentanci Polski Maciej Wilusz, Thiago Cionek i Radosław Majewski.

Koniec gry w ekstraklasie

W miniony weekend zakończyły się rozgrywki naszej piłkarskiej ekstraklasy. Już wcześniej tytuł zapewniła sobie Legia Warszawa, w ostatniej 37. kolejce wicemistrzostwo przyklepał Lech Poznań, zaś brązowe medale Piast Gliwice. Z ligi spadły natomiast zespoły ŁKS Łódź, Korony Kielce i Arki Gdynia.

Zakończony w minioną niedzielę sezon w naszej piłkarskiej ekstraklasie rozpoczął się 19 lipca 2019 roku i przez pandemię koronawirusa trwał dokładnie 367 dni, najdłużej w historii. A to przecież jeszcze nie koniec zmagań, bo w piątek 24 lipca w Lublinie dwa zespoły ekstraklasy, Cracovia i Lechia Gdańsk, zagrają w finale Pucharu Polski. Nowe rozgrywki zainauguruje mecz o Superpuchar Polski – 9 sierpnia mistrz Polski Legia zagra na swoim stadionie ze zdobywcą Pucharu Polski. Nim wystartuje nowy sezon ligowy, tegoroczny mistrz kraju, Legia, rozpocznie walkę o awans do Ligi Mistrzów. Pierwsza runda eliminacji ma się odbyć się w dniach 18-19 sierpnia. Ze względu na napięty kalendarz UEFA zrezygnowała z meczów rewanżowych. Jeśli Legia wygra, kolejne spotkanie w tych rozgrywkach zagra już tydzień później, w przypadku przegranej trafi do II rundy kwalifikacji Ligi Europy, która odbędzie się dopiero w połowie września. Nowy sezon PKO Ekstraklasy ma wystartować 22 sierpnia.
Co pokażą w pucharach?
Nigdy przerwa letnia nie trwała tak krótko. Po pierwszej kolejce ligowej zostanie rozegrana II runda eliminacji Ligi Mistrzów (25-26 sierpnia) oraz I runda eliminacji Ligi Europy (27 sierpnia) z udziałem Lecha Poznań, Piasta Gliwice oraz Cracovii lub Lechii. W tym roku z powodu pandemii rywalizacja o awans do fazy grupowej obu europejskich pucharów będzie czystą loterią, bo UEFA w pierwszych rundach kwalifikacyjnych zrezygnowała z rewanżów i o awansie do kolejnego etapu zmagań decydować będzie jedno spotkanie na boisku wyłonionego losowo gospodarza. Ale żeby wygrać cztery mecze, też trzeba mieć mocny zespół.
Tymczasem nasze „eksportowe” ekipy tuż po zakończeniu ligowych rozgrywek zaczęły tracić kluczowych graczy. Legia już na początku lipca musiał odesłać do AS Monaco bramkarza Radosława Majeckiego, a trener Aleksandar Vuković w meczach o Ligę Mistrzów nie będzie mógł wystawić kontuzjowanych Marka Vesovicia, Jose Kante i Vymara Sanogo, a na razie stołeczny klub pozyskał jedynie z Lechii Gdańsk bocznego obrońcę Filipa Mladenovicia. Jeszcze poważniejszy ubytek będzie musiał w swoim zespole zapełnić trener Lecha Dariusz Żuraw, bo z jego ekipy odszedł jej najskuteczniejszy strzelec Duńczyk Christian Gytkjaer, a drugi pod względem skuteczności w „Kolejorzu” Kamil Jóźwiak bardzo chce opuścić Polskę juz tego lata. Na miejsce Gytkjaera, który w minionym sezonie strzelił 24 gole i został królem snajperów ekstraklasy, przychodzi Szwed Mikael Ishak, który w ostatni sezon spędził w niemieckiej 2. Bundeslidze, w barwach zespołu FC Nuerberg, dla którego zdobył jedną bramkę. Nie miejmy złudzeń, że te nietypowe z powodu pandemii kwalifikacje europejskich pucharów będą dla polskich zespołów lepsze od poprzednich. Gwoli przypomnienia – rok temu ówczesny mistrz Polski Piast przegrał u siebie z BATE Borysów, a później jeszcze z FC Ryga, co było kompromitacją. Cracovia nie dała rady DAC Dunajska Streda, zaś Legia, po przejściu slabeuszy – FC Europa, Kuopion Pallloseura i Atromitos Ateny, odpadła z Glasgow Rangers, a Lechia nie sprostała Broendby Kopenhaga.
Taka liga, jak jej piłkarze
Ekstraklasa SA swoje wyróżnienia rozdała zaraz po zakończeniu niedzielnych meczów ostatniej kolejki spotkań w grupie mistrzowskiej. Dzień wcześniej sezon zakończyły zespoły z grupy spadkowej, ale z nich nikt nie został nagrodzony, co wydaje się jak najbardziej zrozumiałe. Piłkarzem sezonu 2019/2020 został pomocnik Piasta Jorge Felix. W tej kategorii o wyborze decydowali piłkarze klubów ekstraklasy. Hiszpan w tym najbardziej miarodajnym plebiscycie wyprzedził Chorwata Domagoja Antolicia (Legia) oraz Duńczyka Christiana Gytkjaera (Lech).
W pozostałych kategoriach zwycięzców wybierała 14-osobowa kapituła złożonej z dziennikarzy, ekspertów oraz przedstawicieli Ekstraklasy S.A. i PZPN. Oto jej aktualny skład: Michał Kołodziejczyk, Krzysztof Marciniak i Żelisław Żyżyński (Canal+), Michał Zawacki, Robert Podoliński (TVP Sport), Wojciech Bajak (Ekstraklasa.org), Michał Zachodny (PZPN), Mateusz Januszewski (EkstraStats), Mateusz Rokuszewski (Weszło), Łukasz Olkowicz (Przegląd Sportowy), Paweł Kapusta(Sportowe Fakty), Andrzej Janisz (Polskie Radio), Paweł Wilkowicz (Sport.pl) i Roman Kołtoń (niezrzeszony).
Wybór piłkarzy dość wymownie zweryfikował oceny członków kapituły, którzy zawodnika Piasta nie nagrodzili w żadnej z kategorii. Bramkarzem sezonu został po raz drugi w karierze Dusan Kuciak ( W liczbie obronionych strzałów słowacki golkiper Lechii Gdańsk należał do ligowej czołówki, ale do jedenastki kolejki trafiał najwięcej razy i pewnie ten fakt przeważył przy jego wyborze. Najlepszym obrońcą sezonu, także po raz drugi w karierze, uznano Artura Jędrzejczyka (Legia Warszawa). Kandydatura kapitana mistrzowskiej drużyny i zarazem jednego z nielicznych reprezentantów Polski występujących na co dzień w ekstraklasie choćby z tych powodów jest do zaakceptowania. Na najlepszego pomocnika sezonu kapituła wybrała Domagoja Antolicia (Legia Warszawa), który w minionych rozgrywkach strzelił trzy gole i liczył pięć asyst, co jest dorobkiem znacznie skromniejszym od osiągniętego przez Jorge Felixa w Piaście. Ale o jego wyborze przesądziły statystyczne wyliczenia liczby podań.
W przypadku najlepszego napastnika sezonu wybór mógł być tylko jeden, bo zwykle najbardziej na taki tytuł zasługuje król strzelców, a że w minionym sezonie najwięcej goli (24) strzelił Christian Gytkjaer, to właśnie Duńczyk zgarnął to wyróżnienie. Najlepszym młodzieżowcem w ekstraklasie kapituła uznała Michała Karbownika (Legia Warszawa), ale gdyby ktoś zażądał uzasadnienia, to właściwie nic konkretnego na korzyść tego młodego gracza nie przemawia, poza powielaną obiegową opinią, że jest nadzwyczaj utalentowany.
Vuković trenerem sezonu
Na najlepszego trenera wybrano Aleksandara Vukovicia, który doprowadził Legię do mistrzowskiego tytułu notując najwięcej zwycięstw. Pod względem bilansu bramkowego legionistom dorównał jedynie Lech – oba zespoły zakończyły rozgrywki z identycznym dorobkiem 70:35. Za sukces Vukovicia należy też uznać zwycięstwo 7:0 nad Wisłą Kraków, najwyższe w ekstraklasie od piętnastu lat.
Z pewnością jednak na ten laur zasłużył też szkoleniowiec Piasta Gliwice Waldemar Fornalik, który co prawda w tym sezonie nie obronił mistrzowskiego tytułu, lecz jeśli zważy się, że po poprzednim sezonie z jego zespołu odeszła niemal połowa podstawowych graczy, to tak szybka odbudowa siły zespołu, pamiętając o jego znacznie skromniejszym budżecie i możliwościach od posiadanych przez warszawski klub, zasługuje na nie mniejsze uznanie, niż dokonania Vukovicia. Gdyby jednak przyjąć za kluczowe kryteria widowiskowości gry oraz promowania młodych polskich zawodników, to tytuł trenera sezonu bez wątpienia zgarnąłby Dariusz Żuraw z Lecha Poznań.
Najlepsi strzelcy PKO Ekstraklasy:
24 gole – Christian Gytkjaer (Lech),
16 goli – Igor Angulo (Górnik), Jorge Felix (Piast),
15 goli – Damjan Bohar (Zagłębie),
14 goli – Flavio Paixao (Lechia), Jarosław Niezgoda (Legia).

To już koniec sezonu

Najdziwniejszy sezon w historii, przerwany w marcu przez pandemię koronawirusa, ostatecznie został szczęśliwie dokończony bez większych sportowych sensacji. Mistrzem został zespół Legii, jak zawsze typowany na faworyta rozgrywek, a z ligi spadły zespoły, którym taki los wieszczono jeszcze przed rozpoczęciem sezonu.

Jeśli coś jeszcze wyróżnia ten sezon od poprzednich, to niewielka stosunkowo liczba trenerskich dymisji. W trakcie sezonu praktycznie każdy zespół przeżywał gorsze momenty, jakieś serie spotkań bez zwycięstwa czy bolesne porażki, ale w Legii, Lechu, Piaście, Śląsku, Lechii, Cracovii i Pogoni władze zachowywały spokój i nie dymisjonowały szkoleniowców. W grupie mistrzowskiej jedynie Jagiellonia dokonała wymiany trenera, zastępując w grudniu ubiegłego roku Ireneusza Mamrota Bułgarem Iwaiło Petewem. Natomiast Aleksandar Vuković (Legia), Dariusz Żuraw (Lech), Waldemar Fornalik (Piast), Vitezslav Lavicka (Śląsk), Michał Probierz (Cracovia) i Kosta Runjaić (Pogoń) mimo trudnych momentów zachowali posady.
O tym, że takie rozsądne podejście popłaca, świadczy też układ sił w grupie spadkowej. Nieprzypadkowo pierwsze miejsce zajął w niej Górnik Zabrze, prowadzony od czerwca 2016 roku przez Marcina Brosza, a tuż za nim uplasował się beniaminek ekstraklasy Raków Częstochowa, trenowany od kwietnia 2016 roku przez Marka Papszuna. Trzecie w tej grupie Zagłębie Lubin dokonało zmiany szkoleniowca we wrześniu ubiegłego roku, zastępując Holendra Bena van Daela Słowakiem Martinem Sevelą, ale chociaż słowacki trener nie spełnił oczekiwań szefów klubu i nie zakwalifikował się do grupy mistrzowskiej, Savelę w ekipie „Miedziowych” nagrodzono przedłużeniem kontraktu. Wisła Płock tuż po rozpoczęciu obecnego sezonu musiała zmienić trenera przymusowo, gdy Leszek Ojrzyński z przyczyn rodzinnych poprosił o rozwiązanie kontraktu. Ale zatrudniony w jego miejsce Radosław Sobolewski miał spokój i komfort pracy. Podobnie sytuacja wyglądała w Wiśle Kraków, w której co prawda w połowie listopada zwolniono trenera Macieja Stolarczyka, lecz jego następcy, Arturowi Skowronkowi, władze klubu zaufały na tyle, że nawet jak zespołowi zagroziło widmo degradacji, nawet w plotkach nie pojawił się temat dymisji. Najgorzej pod tym względem wyglądała sytuacja w ekipach spadkowiczów. ŁKS Łódź na początku maja tego roku niespodziewanie zwolnił Kazimierza Moskala, zastępując go Wojciechem Stawowym, co nie przyniosło żadnego pozytywnego efektu. Koronę Kielce w minionym sezonie prowadziło aż czterech szkoleniowców. Upadek Korony to wina fatalnego zarządzania klubem. Z tego też powodu z ekstraklasą pożegnała się także gdyńska Arka. Warto odnotować, że oba te kluby są pod kontrolą piłkarskich agentów.
Ten sezon był więc mimo nietypowych okoliczności całkiem normalny, a teraz czeka nas inna norma – exodus wybijających się zawodników. Z Lecha np. odejdzie król strzelców ekstraklasy Christian Gytkjaer. Duńczyk dostał oferty, które zdecydowanie przebiły możliwości finansowe poznańskiego klubu. Z Górnika z tego samego powodu odchodzi po czterech latach inny wybitny snajper, Hiszpan Igor Angulo, z kolei z do odlotu z Piasta szykuje się jego rodak Jorge Felix. Legia już zimą oddała do AS Monaco bramkarza Radosława Majeckiego, a teraz wystawia na sprzedaż jeszcze utalentowanego nastolatka Michała Karbownika. Do nowego sezonu żaden z zespołów ekstraklasy nie przystąpi więc w składzie, w jakim zakończył obecne rozgrywki.

Restart ligi wyzwaniem dla trenerów

Polski rząd luzuje coraz bardziej rygory nałożone w związku z pandemią koronawirusa. W środę Od 18 maja na otwartych obiektach będzie mogło jednocześnie ćwiczyć nawet 32 zawodników. Otwarte zostaną także hale sportowe. Dla klubów piłkarskich to dobre wieści, bo zgodnie z tymi wytycznymi od najbliższego poniedziałku kadry zespołów będą mogły już trenować razem. Restart rozgrywek wydaje się niezagrożony. Departament Rozgrywek Krajowych PZPN-u wspólnie z Ekstraklasą SA przygotował ramowy terminarz rozgrywek ekstraklasy, Pucharu Polski oraz I i II ligi do końca sezonu 2019/2020.

W miniona środę na konferencji z udziałem premiera Mateusza Morawieckiego i ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego podano nowe wytyczne dotyczące obostrzeń, w tym także dotyczące sportu. wynika z nich, że od poniedziałku 18 maja zwiększony zostanie limit osób, które będą mogły ćwiczyć na otwartych obiektach sportowych, czyli stadionach, boiskach, skoczniach, torach, skateparkach (może przebywać na nich maksymalnie 14 zawodników plus dwóch trenerów). Na otwartych pełnowymiarowych boiskach piłkarskich będą mogły przebywać maksymalnie 22 osoby plus czterech trenerów. Ale w przypadku podzielenia boiska na pół, na każdej części będzie mogło ćwiczyć po 14 graczy plus dwóch szkoleniowców, co oznacza, że jednorazowo na całym boisku da się prowadzić zajęcia w grupie liczącej 32 zawodników i sześciu trenerów. Obie części boiska muszą być jednak wtedy oddzielone strefą buforową.
Od 18 maja będzie można też prowadzić treningi i zajęcia sportowe w obiektach zamkniętych. W salach i halach sportowych o powierzchni do 300 m2 równocześnie będzie mogło ćwiczyć 12 osób plus trener, w obiektach od 301 do 800 m2 16 osób plus dwóch trenerów, w obiektach od 801 do 1000 m2 24 osoby plus dwóch trenerów, zaś w obiektach powyżej 1000 m2 nawet 32 osoby plus trzech trenerów. Takie warunki pozwalają nie tylko piłkarzom na realizację pełnego programu treningowego, ale także przedstawicielom innych gier zespołowych.
Piłkarze pod specjalnym nadzorem
Pierwsze mecze zaplanowano na 26 i 27 maja, w tych dniach odbędą się dwa zaległe spotkania ćwierćfinałowe Pucharu Polski. We wtorek Miedź Legnica podejmie Legię Warszawa, a w środę Stal Mielec zagra z Lechem Poznań. Wcześniej, przed zawieszeniem rozgrywek z powodu pandemii koronawirusa, awanse do półfinału Pucharu Polski zapewniły sobie Cracovia (2:1 po dogrywce z GKS Tychy) i Lechia Gdańsk (2:1 z Piastem Gliwice).
Półfinały tych rozgrywek wyznaczono na 7-8 lipca. Jeśli do finału Pucharu Polski awansują dwa kluby z PKO Ekstraklasy, mecz zostanie rozegrany 24 lipca, ale jeśli choć jeden z finalistów będzie z I ligi, wtedy finałowa potyczka odbędzie się 22 lipca.
Ekstraklasa ma wznowić rozgrywki w piątek 29 maja, a ich zakończenie zaplanowano w weekend 18-19 lipca. Trzy kolejki odbędą się w środy: 10 i 24 czerwca oraz 15 lipca, terminy pozostałych ośmiu wyznaczono w czerwcu w dniach 5-8, 12-14, 19-21 i 26-28, zaś w lipcu 4-5, 11-12, 1oraz 18-19.
Rozgrywki pierwszej i drugiej ligi mają zostać wznowione w weekend 2-3 czerwca. Dokładne daty oraz godziny meczów zostaną ustalone w późniejszym terminie. Zmagania potrwają do 26 lipca, a 28 i 31 lipca zaplanowano baraże dla drużyn z I ligi z miejsc 3-6 o jedno miejsce w ekstraklasie.
Ustalono też ramowe zasady rozgrywania meczów. Stadiony podzielone zostały na strefy, z których najważniejsza będzie tzw. strefa zero, czyli plac gry wyznaczony tylko dla osób, które znalazły się na klubowych „listach izolacyjnych” i przeszły uprzednio kwarantannę oraz badania na obecność koronawirusa (limit dopuszczał 50 osób w każdym klubie). Na boisku nie będzie chłopców do podawania piłek, a bez maseczek będą mogli na nim przebywać jedynie piłkarze, trenerzy i sędziowie. Inne upoważnione osoby zostaną oznaczone identyfikatorami przyporządkowującymi ich do danych stref i nie będą mogły się swobodnie przemieszczać do innych sektorów stadionu. Jakikolwiek catering jest zabroniony, nie będzie również dziecięcej eskorty oraz maskotek.
Spotkania będą rozgrywane bez udziału publiczności, a Ekstraklasa SA rekomenduje, by kluby podejmowały działania zachęcające kibiców do pozostania w domach i niegromadzenia się w związku z organizacją spotkań ligowych. Na każde ze spotkań PKO Ekstraklasy będzie mogło wejść do 15 dziennikarzy, którzy na stadionie będą poruszali się poza strefami, w których mogą przebywać osoby objęte izolacją. Konferencje prasowe i rozmowy z piłkarzami nie będą się odbywać.
Forma zespołów wielką niewiadomą
Piłkarze wrócili do treningów po dwumiesięcznej przerwie, co oznacza, że powinni zaliczyć niemal pełny okres przygotowawczy, jak po każdej przerwie w rozgrywkach. Trenerzy nie mają jednak teraz na to tyle czasu, a dodatkowym mankamentem obecnej sytuacji jest trudność z organizowaniem spotkań kontrolnych. Dla szkoleniowców będzie to nowe wyzwanie, z którym nie mieli jeszcze okazji się zmierzyć. Także dla nich forma ich podopiecznych będzie więc jedną wielka niewiadomą. W trakcie kwarantanny w dwóch klubach doszło do zmiany trenerów. Zdecydowały się na to dwa ostatnie zespoły w tabeli – ŁKS Łódź (Kazimierza Moskala zastąpił Wojciech Stawowy) i Arka Gdynia (Ireneusz Mamrot przejął zespół po Krzysztofie Sobieraju).
W pozostałych 14 ekipach wszystko pozostało po staremu: w Legii rządzi Serb Aleksandar Vuković, w Piaście Waldemar Fornalik, w Cracovii Michał Probierz, w Śląsku Wrocław Czech Vitezslav Lavicka, w Lechu Poznań Dariusz Żuraw, w Pogoni Szczecin Niemiec Kosta Runjaić, w Lechii Gdańsk Piotr Stokowiec, w Jagiellonii Białystok Bułgar Iwajło Petew, w Rakowie Częstochowa Marek Papszun, w Wiśle Płock Radosław Sobolewski, w Zagłębiu Lubin Słowak Martin Sevela , w Górniku Zabrze Marcin Brosz, w Wiśle Kraków Artur Skowronek, a Koronie Kielce Maciej Bartoszek. Pięciu szkoleniowców to cudzoziemcy, reszta reprezentuje polską myśl szkoleniową, cokolwiek to znaczy. W tym gronie najdłużej z aktualnym zespołem pracuje Marek Papszun, który prowadzi zespół Rakowa od 18 kwietnia 2016 i w poprzednim sezonie wprowadził go do ekstraklasy.
Kolejni pod względem długości stażu w jednej ekipie są Marcin Brosz (w Górniku od 3 czerwca 2016), Michał Probierz (w Cracovii od 21 czerwca 2017 roku), Waldemar Fornalik (w Piaście od 19 września 2017 roku) oraz Kosta Runjaić (w Pogoni od 6 listopada 2017 roku).
Który z nich w tych nietypowych warunkach okaże się najlepszym fachowcem? Przekonamy się o tym już wkrótce.

Piast poskromił Legię

Trener Piasta Waldemar Fornalik niedawno w jednej z publicznych wypowiedzi stwierdził, że koronowanie Legii na mistrza już w marcu jest stanowczo przedwczesne. Były selekcjoner reprezentacji Polski uzasadnił swoją opinię w 26 kolejce, ogrywając stołeczny zespół na jego stadionie 2:1.

Drużynie Piasta co prawda trochę pomógł sędzia Jarosław Przybył, wyrzucając z boiska już w 10. minucie napastnika Legii Jose Kante, ale chociaż była to mocno kontrowersyjna decyzja, wynik, jak to się mówi, poszedł w świat. I jakimś specjalnym zaskoczeniem chyba nie jest, bo legioniści w tym sezonie przegrali z gliwiczanami już po raz drugi. W rundzie jesiennej, dokładnie 6 października ub. roku, Piast pokonał ich na własnym boisku 2:0, po golach Piotra Parzyszka i Jorge Felixa. Potem jednak stołeczny zespół zwarł szeregi i w kolejnych spotkaniach z 42 możliwych do zdobycia punktów wywalczył 34, co dało mu zasłużony awans na pierwsze miejsce. Piast przerwał ten zwycięski marsz i niewykluczone, że ośmieli tym inne zespoły.
Tu pojawia się ciekawostka – w poprzednim sezonie, w którym mistrzostwo ligi zdobył Piast, to Legia w sezonie zasadniczym dwukrotnie okazała się lepsza od gliwiczan, wygrywając z nimi na wyjeździe 3:1 (12 sierpnia 2018), a u siebie 2:0 (15 grudnia 2018). Ale w fazie play off warszawianie przegrali niespodziewanie na Łazienkowskiej 0:1. Tak na marginesie w poprzednim sezonie w siedmiu dodatkowych kolejkach w grupie mistrzowskiej zespół Waldemara Fornalika nie przegrał ani razu, notując sześć zwycięstw i jeden remis, natomiast Legia na finiszu wygrała tylko dwa spotkania, dwa zremisowała, a aż trzy przegrała.
W tym sezonie taki scenariusz rzecz jasna nie musi się powtórzyć, ale może. Do zakończenia rundy zasadniczej zostały cztery kolejki, zatem 12 punktów do zdobycia oraz siedem kolejek w fazie play off, czyli kolejne 21 „oczek”, co w sumie daje 33 punkty. A Legia po 26. kolejce przewodzi z dorobkiem 51 punktów i przewagą ośmiu nad drugim Piastem, dziewięciu nad kolejnymi w tabeli ekipami Cracovii, Śląska i Lechii oraz dziesięciu nad szóstą w stawce Pogonią. W takim ujęciu realne szanse na włączenie się do walki o mistrzostwo będą miały nawet dwa ostatnie zespoły w grupie mistrzowskie.
Podobnie rzecz się ma z rywalizacja w grupie spadkowej. Po 26 kolejkach wydaje się, że najmniejsze szanse na uniknięcie degradacji ma Łódzki Klub Sportowy, zwłaszcza po poniedziałkowej porażce 0:1 w Kielcach z Koroną. Łodzianie okupują ostatnie miejsce w tabeli z dorobkiem 20 punktów i wprawdzie do 15. Arki mają tylko pięć, a do 14. Korony sześć „oczek” straty, lecz ponieważ z ligi spadną trzy ostatnie drużyny, to dla tego tercetu punktem odniesienia jest punktowy dystans do zespołu zajmującego pierwszą bezpieczną lokatę. W tej chwili wymarzone dla nich 13. miejsce zajmuje Wisła Kraków z przewagą pięciu punktów nad Koroną, sześciu na Arką i aż 11 nad ŁKS-em. Teoretycznie te straty są do odrobienia, ale ekipa „Białej Gwiazdy” musiałaby zacząć przegrywać mecze, podobnie jak wyprzedzające ją ekipy Górnika i Zagłębia. Aż takich cudów w polskiej piłce nie należy się jednak spodziewać.
Teoretycznie jednak wciąż jeszcze wszystko jest jeszcze możliwe, o ile rzecz jasna rozgrywki uda się doprowadzić do końca, co wobec dynamicznie rozwijającej się także w naszym kraju epidemii koronawirusa nie jest już takie oczywiste.

Pogoń przegoniła Legię

Przerwa na reprezentację nie posłużyła prowadzącym w ekstraklasie po 15 kolejkach zespołom Legii Warszawa i Piasta Gliwice. W 16. serii spotkań legioniści przegrali w Szczecinie z Pogonią 1:3, a aktualni mistrzowie Polski ulegli w Poznaniu Lechowi 0:3. Nowym liderem z dorobkiem 31 punktów została drużyna „Portowców”.

Wedle układu ligowej tabeli hitem kolejki był mecz aktualnego lidera rozgrywek, czyli Legii, z Pogonią. Szczecińska drużyna miała jednak do legionistów tylko jeden punkt straty i w przypadku wygranej szanse na objęcie prowadzenia. W pierwszej kolejce rozgrywek obecnego sezonu „Portowcy” pokonali stołeczny zespół na Łazienkowskiej 2:1, w rewanżu na swoim przebudowywanym stadionie zwyciężyli jeszcze wyraźniej, bo 3:1. Dwa pierwsze gole, Adama Buksy i Srdana Spiridonovicia, były bezdyskusyjne, trzeci wzbudził trochę kontrowersji, bo sędzia Bartosz Frankowski dopiero po analizie VAR przyznał szczecinianom rzut karny, zamieniony na bramkę przez Buksę.

Legionistów przed kompromitacją uchronił niezawodny Jarosław Niezgoda, który w końcówce spotkania zdobył honorowego gola. Bohaterem szczecińskiej ekipy był natomiast Buksa, który sam zdobył dwie bramki, a przy trzeciej zaliczył asystę. Niezgoda uzyskał 10. trafienie w obecnych rozgrywkach i wskoczył na czoło klasyfikacji strzelców. Tyle samo bramek co 25-letni napastnik Legii ma też na koncie snajper Lecha Poznań Christian Gytkjaer. W meczu z Piastem Duńczyk dwukrotnie pokonał bramkarza gości, powiększając swój łączny dorobek w polskiej ekstraklasie do 51 bramek.

Spotkanie Lecha z Piastem także zasługiwało na miano hitu kolejki, bo przecież gliwiczanie to aktualni mistrzowie Polski, a po 15. kolejce zajmowali pozycję wicelidera. Trener gliwickiej drużyny Waldemar Fornalik jako szkoleniowiec nie ma jednak szczęścia w potyczkach z „Kolejorzem” rozegranych na poznański stadionie, bo nie wygrał tam od 2006 roku. Tym razem liczył na przełamanie tej kiepskiej passy, albowiem lechici przystępowali do meczu z Piastem po serii czterech spotkań bez zwycięstwa, a ponadto w trzech wcześniejszych tegorocznych starciach z gliwickim zespołem dwukrotnie przegrali i raz wywalczyli remis. Te trzy starcia odbyły się jednak poza stadionem na Bułgarskiej, a w sobotę „Kolejorz” zmierzył się z Piastem w swoim mateczniku. I tradycji stała się zadość – Fornalik znowu musiał przełknąć gorycz porażki, bo jego zespół przegrał gładko 0:3. Szkoleniowiec Piasta był wyraźnie niezadowolony i ostro zrugał swoich piłkarzy, ale znalazł też pozytywny aspekt w tej przegranej. „Moim zawodnikom taki kubeł zimnej wody dobrze zrobi” – skomentował cierpko porażkę Fornalik.

W ekipie Lecha radość ze zwycięstwa zmąciła wieść, że dwaj młodzi reprezentanci w kadrze poznańskiego klubu, boczny obrońca Robert Gumny i skrzydłowy Kamil Jóźwiak, doznali w spotkaniu z Piastem kontuzji i na jakiś czas wypadną ze składu.
W ostatnich dniach dużo też mówiono o Górniku Zabrze, a to dlatego, że wyszło na jaw iż z zabrzańskim klubem ostro negocjuje 130-krotny reprezentant Niemiec Lukas Podolski. Urodzony w Gliwicach napastnik od dziecka jest wielkim fanem Górnika i wielokrotnie mówił, że jego marzeniem jest zakończenie piłkarskiej kariery w tym klubie. A że z końcem roku kończy się jego kontrakt z japońskim Vissel Kobe i gwiazdor chce wrócić do Europy, działacze zabrzańskiego klubu namawiając 34-letniego napastnika, żeby dołączył do ekipy Górnika. Szanse na to są niewielkie, ale nie ulega kwestii, że gracz o takim nazwisku byłby wielkim wzmocnieniem. Tym bardziej, że zespół popadł w marazm. W 16. kolejce Górnik tylko zremisował u siebie z Wisłą Płock 2:2. Był to dziesiąty z rzędu mecz zabrzan bez zwycięstwa. Ostatni raz wygrali w lidze 25 sierpnia, pokonując Koronę Kielce 3:1. Dlatego zajmują dopiero 12. miejsce.

 

Piast został królem Lotto Ekstraklasy

Ekstraklasa SA doceniła sukces Piasta Gliwice. Piłkarze świeżo upieczonego mistrza Polski zgarnęli większość nagród indywidualnych za miniony sezon, a tytuł najlepszego trenera otrzymał Waldemar Fornalik.

Waldemar Fornalik zdobył swój pierwszy mistrzowski tytuł jako trener. Tak się złożyło, że dokonał tego wyczynu w okrągłą 30. rocznicę zdobycie tego trofeum w roli piłkarza. Miało to miejsce w sezonie 1988/1989, a Fornalik był wtedy skromnym prawym obrońcą w Ruchu Chorzów, który dwa sezony wcześniej w kuriozalnych okolicznościach spadł do niższej ligi, po roku wrócił i z marszu zdobył mistrzostwo Polski, 14. w dorobku tego klubu i na razie ostatnie. Do minionej niedzieli był to także ostatni tytuł wywalczony przez śląski klub. Trzy dekady niemocy przerwał dopiero malutki i niebogaty przecież klub z Gliwic.

Pieniądze nie grają

Jeśli wierzyć publikowanym w tej kwestii informacjom, gliwicki klub miał w minionym sezonie budżet w wysokości 25 mln złotych. W porównaniu z Legią Warszawa, która deklarowała budżet na poziomie 170 mln złotych, Piast jawi się jak ubogi krewny. Na tle innych klubów też pod tym względem nie wypada najlepiej, bo większym budżetem mogła pochwalić się większość klubów. Drugi na liście krezusów Lech Poznań deklarował 75 mln złotych, Lechia Gdańsk, która długo była liderem i faworytem do wygrania ligi, dysponowała budżetem na poziomie 45 mln zł. Te różnice miały swoje odzwierciedlenie w płacowych dysproporcjach. Artur Jędrzejczyk zarabiał w Legii miesięcznie 215 tys. złotych netto, najlepszy strzelec warszawskiego zespołu Carlitos 210 tysięcy. Następni na liście płac Kasper Hamalainen, Miroslav Radović i Adam Hlousek dostawali po 120 tysięcy. Tyle zarabiał też najlepiej opłacany piłkarz Piasta Gliwice Tomasz Jodłowiec, ale to piłkarz Legii jedynie wypożyczony do gliwickiego klubu, co oznacza, że połowę pensji płaciła mu Legia, czyli de facto Piast płacił mu miesięcznie 60 tys. złotych. To i tak więcej od pozostałych graczy, zarabiali maksymalnie 40-45 tys. złotych netto.

Pod względem wartości transferowej piłkarze Piasta także sporo odstawali od konkurentów – wartość wszystkich piłkarzy Legii wyceniano na 37,5 mln euro, Lecha na 21, a trzecią w tym zestawieniu Pogoń Szczecin na niecałe 14 mln euro. Graczy z Gliwic wyceniono na 6,8 mln euro, co daje im w ekstraklasie dopiero 11. miejsce.

Deszcz indywidualnych wyróżnień

Nie pierwszy raz się jednak okazało, że pieniądze nie grają na boisku decydującej roli. Przyznała to poniekąd Ekstraklasa SA, przyznając na podsumowującej sezon piłkarskiej gali nagrody indywidualne. Wyróżnienie „Piłkarza sezonu” otrzymał Joel Valencia, „Młodzieżowca sezonu” Patryk Dziczek. Za najlepszego bramkarza uznano pomocnika uznano Frantiska Placha, za najlepszego obrońcę Aleksandara Sedlara, a najlepszym pomocnikiem uznano Joela Valencię. Oczywiście trenerem sezonu został Waldemar Fornalik. Do stołu z nagrodami poza wymienionymi reprezentantami Piasta z innych klubów zaproszono tylko Igora Angulo z Górnika Zabrze, który odebrał dwie nagrody – dla króla strzelców rozgrywek i najlepszego napastnika

Rycerze wiosny z Gliwic

Zespół Piasta zawdzięcza sukces rewelacyjnej grze w rundzie wiosennej. Ubiegły rok podopieczni trenera Fornalika kończyli na znakomitym trzecim miejscu. Znakomitym zważywszy na fakt, że poprzedni sezon zakończyli na 14. pozycji i do końca rozgrywek musieli bronić się przed degradacją. O mistrzowskim tytule nikt w ich szeregach poważnie nie myślał, bo mieli 11 punktów straty do znajdującej się na czele tabeli Lechii, a po porażce w pierwszej kolejce wiosennej części sezonu z Cracovią (1:2) ich strata urosła do 14 punktów. Potem jednak Piast w 16 kolejnych meczach 13 razy wygrał, dwa razy zremisował i doznał tylko jednej porażki. Ogółem wiosną zdobył 41 punktów – najwięcej ze wszystkich. O 11 więcej od drugiej pod tym względem Cracovii, 12 więcej od Legii i aż o 15 od Lechii. Drużyna Fornalika odniosła najwięcej zwycięstw (21) i poniosła najmniej porażek (7), była druga pod względem skuteczności (55 goli) i najlepsza w defensywie (33 stracone bramki). Na swoim stadionie gliwiczanie przegrali tylko jedno spotkanie, w 4. kolejce z Legią, ale w sumie zdobyli na nim 48 z 57 możliwych do zdobycia punktów.

Dla gliwiczan złoto to największy sukces w 74-letniej historii klubu. W sezonie 2015/2016 prowadzony przez czeskiego trenera Radoslava Latala Piast zdobył wicemistrzostwo. Też do ostatniej kolejki rywalizował z warszawską Legią. Potem klubowi nie wiodło się już tak dobrze. Fornalik przejął zespół we wrześniu 2017 po Dariuszu Wdowczyku. Piast zajmował wtedy 14. miejsce i do samego końca rozgrywek musiał zawzięcie bronić się przed spadkiem. O pozostaniu w elicie przesądziło dopiero zwycięstwo u siebie z Bruk-Betem Nieciecza 4:0 w ostatniej kolejce. Dwanaście miesięcy później niemal ta sama ekipa piłkarzy także w ostatnim meczu sezonu, tym razem z Lechem Poznań, przypieczętowała zdobycie mistrzowskiego tytułu. Sukces ma zwykle wielu ojców, ale w Gliwicach na to miano zasłużył tylko jeden – Waldemar Fornalik. Może teraz coś zwojuje także w europejskich pucharach? Oby…

 

Lotto Ekstraklasa: Gliwice szykują fetę

Piast Gliwice może już w środę świętować zdobycie mistrzostwa Polski. Stanie się tak, jeżeli w 36. kolejce pokonają na wyjeździe Pogoń, a wicelider Legia przegra w Białymstoku z Jagiellonią. Kibice gliwickiego klubu już wykupili wszystkie bilety na ostatni mecz sezonu z Lechem, żeby cieszyć się z pierwszego w historii mistrzowskiego tytułu ich ulubieńców.

Stadion Piasta jest nowym obiektem, ale może pomieścić niewiele ponad 10 tysięcy widzów. Większego w Gliwicach nie potrzeba, bo obecny obiekt rzadko wypełnia się do ostatniego miejsca. Jak każdy klub piłkarski w Polsce, także Piast ma swoich „ultrasów”, którzy przysparzają mu kłopotów i co jakiś czas narażają na płacenie kar finansowych za ich wybryki. W poniedziałek środowisko gliwickich kiboli zostało niespodziewanie „przetrzepane” przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego Policji. Akcja prowadzona przez krakowski oddział CBŚP nie ma raczej związku z faktem, że zespół Piasta już w środę może wywalczyć pierwsze w historii mistrzostwo Polski.

To najprawdopodobniej kolejny etap większej akcji przeciwko pseudokibicom. Pod koniec kwietnia funkcjonariusze zatrzymali 16 osób powiązanych ze środowiskiem fanów Wisły Kraków kryjących się pod nazwą „Sharks”, a na początku maja 53 pseudokibiców Ruchu Chorzów, którym prokuratura postawiła zarzuty dotyczące ponad stu przestępstw, m. in. rozbojów i handlu narkotykami.

Wypada mieć nadzieję, że zatrzymanie łobuzów nie sprowokuje innych kiboli do jakiejś idiotycznej akcji protestacyjnej podczas niedzielnego meczu z Lechem Poznań. Niewykluczone, że wynik tego spotkania nie będzie miał już żadnego znaczenia, bo Piast może wywalczyć mistrzowski tytuł już w środę, jeśli w 36. kolejce wygra w Szczecinie z Pogonią, a Legia przegra w Białymstoku z Jagiellonią. Ciekawostką jest fakt, że w poprzedniej serii spotkań Piast potykał się z Jagiellonią, a Legia z Pogonią. I teraz „Portowcy”, którzy już o nic nie walczą, ponownie mogą „zamieszać” w rywalizacji o mistrzowski tytuł.

Niepokonani w play off

Tylko czy stać ich na powstrzymanie nakręconych perspektywą historycznego triumfu graczy Waldemara Fornalika? Fani Piasta wierzą w swój zespół i już szykują się już na niedzielną wielką fetę. „Informujemy, że w kasach nie ma już biletów na mecz Piasta Gliwice z Lechem Poznań. Wszystkie wejściówki na niedzielne spotkanie zostały wyprzedane” – pochwalił się gliwicki klub za pośrednictwem Twittera. Piast przed środowym meczem z Pogonią jest liderem ekstraklasy z dorobkiem 68 punktów i wyprzedza drugą Legię o jedno „oczko”, a trzecią Lechię Gdańsk o cztery. Podopieczni trenera Fornalika są rewelacją wiosennej rundy ekstraklasy. Od 9 lutego tego roku rozegrali 15 meczów i aż dwanaście z nich wygrali, jeden zremisowali (z Wisłą Kraków 2:2), a tylko dwukrotnie doznali porażek – z Cracovią 1:2 i Lechią 0:2). Warto podkreślić, że te osiem punktów stracili w rundzie zasadniczej. W fazie play off gliwiczanie pozostają jak dotąd niepokonani, co zapewne piłkarze Pogoni potraktują jak wyzwanie.

Potknięcia Legii w 35. kolejce nie wykorzystała drużyna Lechii, która rundę zasadniczą zakończyła na pierwszym miejscu, lecz po serii porażek spadła na trzecią pozycję i w tej chwili ma już jedynie iluzoryczne szanse na zdobycie mistrzostwa. Gdańszczanie w miniona niedzielę zremisowali u siebie 1:1 z Zagłębiem Lubin. W pięciu meczach rozegranych w ramach grupy mistrzowskiej podopieczni Piotra Stokowca odnieśli tylko jedno zwycięstwo, wygrywając z Pogonią w Szczecinie po szalonym meczu 4:3, ale stracili aż 11 bramek, co rozwiało mit o żelaznej defensywie tego zespołu. Teraz Lechia ma 64 punkty i traci cztery do Piasta i trzy do Legii. W środę gdańszczanie zmierzą się na wyjeździe z siódmym Lechem Poznań, który już o nic nie walczy i po tym sezonie pozbędzie się większości piłkarzy z obecnej kadry zespołu, ale to wbrew pozorom może być atutem „Kolejorza”, bo jego trener Dariusz Żuraw zapewne postawi na utalentowanych młodych graczy, których w kadrze poznańskiego klubu nie brakuje.

Kibice Lechii mogą jednak uznać ten sezon za udany, bo ich zespół zdobył przecież Puchar Polski, a nawet jeśli zakończy rozgrywki ligowe na trzecim miejscu, to i tak będzie to najlepsze osiągnięcie gdańskiego klubu w historii. Dzięki triumfowi biało-zielonych w Pucharze Polski wartości nabrało czwarte miejsce w ekstraklasie, bo zespół który je wywalczy w nowym sezonie wystartuje w kwalifikacjach Ligi Europy.

Kto zajmie czwartą lokatę?

Realne szanse na zajęcie tej lokaty mają jeszcze trzy zespoły – czwarta po 35. kolejkach Cracovia (54 punkty), piąta Jagiellonia (także 54 pkt) oraz szóste Zagłębie Lubin (52 pkt). W środę sporo się w tej rywalizacji wyjaśni, bo Zagłębie Lubin i Cracovia zmierzą się w bezpośrednim starciu, natomiast Jagiellonia podejmie Legię. Tylko zwycięstwo „Pasów” nad „Miedziowym” przy jednoczesnej porażce Jagiellonii zakończy ten wyścig i zapewni Cracovii start w europejskich pucharach.
Nie ma się jednak co łudzić, nawet Piast, chociaż jego postawa w tegorocznych rozgrywkach może budzić podziw, nie ma zespołu zdolnego do wywalczenia awansu nie tylko do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ale nawet do Ligi Europy. Możemy co najwyżej liczyć na to, że nie skompromituje się odpadając już w pierwszej rundzie kwalifikacji. Podobną nadzieję wypada żywić w przypadku Legii, Lechii oraz tej drużyny, która zajmie czwartą lokatę.

Zestaw par 36. kolejki
Grupa mistrzowska (środa, 15 maja):
Lech Poznań – Lechia Gdańsk, godz. 20:30, sędziuje Bartosz Frankowski; Zagłębie Lubin – Cracovia, godz. 20:30, sędziuje Paweł Gil; Jagiellonia Białystok – Legia Warszawa, godz. 20:30, sędziuje Szymon Marciniak; Pogoń Szczecin – Piast Gliwice, godz. 20:30, sędziuje Łukasz Szczech.

 

Trzeci upadek Niebieskich

Na dwie kolejki przed końcem rozgrywek w II lidze jest już praktycznie przesądzone, że wśród zespołów, które spadną na czwarty poziom rozgrywek, znajdzie się 14-krotny mistrz Polski Ruch Chorzów. Będzie to trzecia z rzędu degradacja „Niebieskich”. Upadek tego klubu jest niebywały, bo w sezonie 2013/2014 Ruch był jeszcze trzecią siłą w ekstraklasie.

W chorzowskim klubie w ostatnich czterech latach doszło do wielu zmian właścicielskich, we władzach, w sztabie trenerskim oraz w kadrze zespołu. Upadek zaczął się Ww kwietniu 2017 gdy po zakończeniu sezonu zasadniczego ekstraklasy odszedł z Ruchu trener Waldemar Fornalik. Szkoleniowiec, który dzisiaj walczy z Piastem Gliwice o mistrzostwo Polski, dwa lata temu sam zrezygnował z dalszego prowadzenia ekipy „Niebieskich”, ale odchodząc zostawiał zespół na bezpiecznym miejscu w tabeli. Na trenerskiej ławce zastąpił go dawny kolega z boiska, ściągnięty z Grecji legendarny wśród fanów Ruchu „Gucio”, czyli Krzysztof Warzycha. On i Fornalik byli zawodnikami „Niebieskich” wówczas, gdy 30 lat temu drużyna ta zdobyła swój 14. i ostatni jak dotąd tytuł mistrzowski. Niestety, Warzycha nie miał wielkiego trenerskiego doświadczenia i mimo starań nie zdołał utrzymać zespołu w ekstraklasie.

Ostatni raz chorzowianie spadli do niższej ligi w 2003 roku i wrócili do elity po czterech sezonach. Wydawało się wtedy, że klub ma solidne fundamenty. W grudniu 2008 zadebiutował na giełdzie, w 2012 wywalczył wicemistrzostwo Polski, dwukrotnie kończył rozgrywki na najniższym stopniu podium, był bliski awansu do fazy grupowej Ligi Europy. Mimo tych sukcesów klub nie znalazł dość uznania we władzach miasta i nie dorobił się nowoczesnego stadionu. Wpadł też w spiralę zadłużenia, z której nie wyplątał się do dzisiaj.

Pierwszoligowe rozgrywki w poprzednim sezonie „Niebiescy” zaczęli z pięcioma ujemnymi punktami, co było karą za naruszenia wymogów licencyjnych. Osłabiony kadrowo zespół grał słabo i we wrześniu Warzycha zrezygnował z samodzielnego prowadzenia drużyny. Zastąpił go ściągniętego z Grecji Argentyńczyk Juana Ramona Rochy, dawny trener „Gucia” w Panathinaikosie Ateny, u boku którego Warzycha był asystentem i tłumaczem. Duet ten nie zdołał jednak powstrzymać upadku i w kwietniu 2018 roku podziękowano im za pracę. Nowym szkoleniowcem został inny były zawodnik i szkoleniowiec Ruchu Dariusz Fornalak, ale jemu także nie udało się poprawić wyników i zespół z hukiem spadł do II ligi, czyli de facto trzeciej. Po raz pierwszy w swojej 99 historii chorzowski klub znalazł się na tym poziomie rozgrywek.

Fornalakowi w końcu podziękowano i w jego miejsce od 1 listopada ub. roku zatrudniono kolejnego zasłużonego w przeszłości dla tego klubu piłkarza i trenera – Marka Wleciałowskiego, obarczając go zadaniem przebudowy kadry zespołu i wywalczenia awansu do I ligi. Wydawało się, że podoła zadaniu, bo zimą tego roku w trakcie przygotowań do rundy wiosennej „Niebiescy” wygrali wszystkie mecze kontrolne. W lidze już jednak tacy mocni nie byli i zamiast marszu w górę tabeli, zespół zanotował zjazd w dół. Władze klubu w kwietniu zwolniły Wleciałowskiego i misję ratunkową powierzyły słowackiemu trenerowi Janowi Kocianowi, pod wodzą którego pięć lat temu Ruch zajął w ekstraklasie trzecie miejsce.

Tym razem Kocian nic nie wskórał i na dwie kolejki przed końcem rozgrywek zajmuje z zespołem przedostatnią lokatę w tabeli, ze stratą sześciu punktów do zajmującego pierwsze niezagrożone spadkiem miejsce zespołu Gryfa Wejherowo. Ruchu przed degradacją może uratować tylko cud, bo ma tylko jeden procent szans na jej uniknięcie. Wściekli kibice posłali delegację na spotkanie z władzami klubu, która przedstawiła listę żądań. Mają zostać spełnione do 30 maja. To zapowiedź jeszcze większego zamętu. Nie można zatem wykluczyć, że „Niebiescy” jako klub mogą przestać istnieć dosłownie w przededniu jubileuszu stulecia.