Czy i jak Synod dla Amazonii zmienił oblicze kościoła katolickiego?

Synod dla Amazonii, do którego papież Franciszek przykładał szczególną wagę, trwał w Watykanie od 6 do 27 października 2019 r. Jak wyjaśnił sam papież: „został powołany, aby odnaleźć nowe drogi i ukazać amazońskie oblicze Kościoła, a także by odpowiedzieć na sytuacje niesprawiedliwości w tym regionie”. Trzytygodniowe obrady odbywały się pod hasłem „Amazonia: nowe drogi dla Kościoła i ekologii integralnej”.

Obrady synodu zostały otworzone procesją amazońskich tubylców, którzy na Plac św. Piotra wnieśli indiańską kanoę symbolizującą łódź św. Piotra. Indios w pióropuszach na głowach modlili się razem z Ojcem Świętym w San Pietro i uczestniczyli w obradach wraz z biskupami. Tak kolorowych, radosnych i symbolicznych scen Watykan jeszcze nie widział. Nie wszystkim się podobało.
W Synodzie dla Amazonii brało udział 184 ojców synodalnych i 80 wysłanników specjalnych, wśród których znalazło się 35 kobiet. Papież podkreślił, że obrady miały cztery wymiary: „ekologiczny, społeczny, duszpasterski i kulturowy”. Ogłosił, że ma zamiar przygotować do końca roku tekst adhortacji, będącej podsumowaniem synodu i nadającej jego ustaleniom moc prawną. Będzie to prawdziwy przełom dla Kościoła.
Synod Biskupów został ustanowiony przez papieża Pawła VI, 15 września 1965 r. poprzez motu proprio (dekret papieski – przp. aut.) „Apostolica sollicitudo”. Jako papieski organ doradczy powstał w kontekście soboru watykańskiego II i wraz z konstytucją dogmatyczną „Lumen gentium” (21 listopada 1964 r.), ma na celu wprowadzenie kolegialności w kwestiach dotyczących życia Kościoła – poprzez wspólną dyskusję biskupów pod przewodnictwem papieża.
Tak dla żonatych księży diakonów
Nad dokumentem końcowym Synodu dla Amazonii liczącym aż 120 punktów głosowało 185 prałatów i wszystkie punkty zdobyły wymaganą większość 2/3 głosów.
Najbardziej gorący był punkt 111 mówiący o możliwości „wyświęcania mężczyzn – odpowiednich i uznanych przez wspólnotę – którzy będą mieli owocny diakonat stały i otrzymają właściwe przygotowanie do kapłaństwa, mając rodzinę prawnie założoną i trwałą”. Oznacza on otwarcie się Kościoła kat., na żonatych księży diakonów, podkreślając jednocześnie wartość celibatu kapłańskiego. Jest to nowość w stosunku do dyskusji na temat tzw. viri probati (wypróbowanych mężczyzn) – czyli starych mężczyzn prezbiterów, żonatych lub wdowców, trwającej od czasu soboru watykańskiego II. Już podczas światowego synodu w 1971 r., aż 40% biskupów opowiedziało się za dopuszczeniem do święceń żonatych viri probati. Uznano jednak wtedy, że sprawa jeszcze nie dojrzała. W 2007 roku na Konferencji Episkopatu Ameryki Łacińskiej i Karaibów biskupi znów chcieli o tym problemie rozmawiać, ale reprezentant Watykanu oznajmił, że nie jest to odpowiednie miejsce ani czas. Dopiero w 2017 r., papież Franciszek wrócił do tematu i postanowił postawić sprawę na Synodzie dla Amazonii. Za otwarciem na żonatych księży diakonów głosowało 128 biskupów, przeciw 41. To punkt, który miał największą ilość „non placet” – czyli głosów przeciwnych.
W regionach Amazonii wspólnoty wiernych są odwiedzane przez księdza raz na kilka lat. Na jednego duchownego przypadają tam dziesiątki wiernych, którzy pełnią różnorakie funkcje w Kościele. Ameryka Łacińska stała się dziś epicentrum globalnego kryzysu katolicyzmu. Obok spadku powołań, kolejną kwestią jest konkurencja ze strony innych religii – protestantyzmu, a przede wszystkim pentekostalizmu. Problem Ameryki Łacińskiej narastał od lat, potrzebny był jednak papież z tego kontynentu, aby go zrozumieć.

Amazonia a sprawa kobiet

Na Synodzie dla Amazonii mowa była również o diakonacie kobiet. Uczestnicy synodu opowiedzieli się za wznowieniem prac komisji powołanej przez Franciszka w 2016 roku do przedyskutowania tej kwestii. Punkt 103 dokumentu końcowego zauważa, że w licznych konsultacjach, które odbyły się w Amazonii została uznana za fundamentalną dla katolicyzmu rola zakonnic i kobiet pełniących ważne funkcje we wspólnotach wiernych. W wielu konsultacjach zabiegano o stały diakonat dla kobiet i z tego powodu to był drugi ważny temat podczas tego synodu. Już w 2016 r. papież Franciszek utworzył „Komisję do spraw diakonatu kobiet”, która stwierdziła, że istniał on w pierwszych wiekach Kościoła i mógłby się odrodzić. Bergoglio w tej sprawie został jednak wyhamowany przez wewnętrzną opozycję.
Na Synodzie dla Amazonii w Watykanie nie zabrakło scen wymownych i symbolicznych, „Skończmy z tym maskulizmem! Pora aby kobiety też głosowały!” – powiedziała podczas konferencji prasowej siostra Birgit Weilr z Kongregacji Misyjnej Sióstr Szpitalnych, współpracująca z Komisją ds. Działań Społecznych Konferencji Episkopatu w Peru. Na obrady w Watykanie zostało zaproszonych 35 kobiet, co stanowi zaledwie 7.5% wszystkich uczestników, choć ponad połowa wiernych katolickich to kobiety…
„Jesteśmy wdzięczne papieżowi za wszystkie gesty, które uczynił wobec kobiet. Mamy oczywiście nadzieję, że podczas tego pontyfikatu przynajmniej przełożone zakonów będą miały prawo głosu, tak jak duchowni płci męskiej – w końcu papież Franciszek przypomniał, że do głosowań w kwestiach ważnych dla Kościoła nie są wymagane święcenia kapłańskie. Gdy bracia głosują w jakiejś sprawie, te same sprawy dotyczą sióstr.” – mówiła siostra Birgit.
Dokument końcowy Synodu dla Amazonii mówi o „kobietach będących ofiarami przemocy fizycznej, moralnej i religijnej, w tym o kobietobójstwie”, a następnie prosi o rewizję motu proprio Pawła VI, aby również odpowiednio przygotowane kobiety mogły wykonywać posługę diakońską: „W nowych kontekstach ewangelizacji i duszpasterstwa w Amazonii, gdzie większość wspólnot katolickich prowadzona jest przez kobiety, prosimy o utworzenie ustanowionej posługi „wiodącej wspólnoty żeńskiej”, która da jej uznanie w służbie zmieniających się potrzeb ewangelizacji i dbałość o wspólnotę”.
W przemówieniu końcowym zamykającym Synod dla Amazonii, papież Franciszek oświadczył, że wznowi prace „Komisji do spraw diakonatu kobiet” i że Kongregacja Nauki Wiary ma za zadanie zgłębić sprawę stałego diakonatu kobiet, który istniał w początkach Kościoła.
Co papież Franciszek zrobił do tej pory dla kobiet? Mało – pomimo szczerych chęci… Liczą się jego dwa ważne gesty: decyzja o tym, że kobiety z grzechu aborcji nie muszą spowiadać się jedynie u biskupa oraz wyniesienie Marii Magdaleny do rangi „Apostoła wśród Apostołów” i oficjalne uznanie jej święta.
Na soborze watykańskim II dyskutowano o kapłaństwie kobiet. Papież Jan Paweł II zamknął tę dyskusję, a Benedykt XVI zakończył ją definitywnie uznając, że dla kobiet droga do kapłaństwa jest niemożliwa. Od tamtego czasu w gronie intelektualistek i teolożek katolickich toczy się debata na temat roli kobiet w Kościele katolickim: czy mają one aspirować do kapłaństwa ulegając klerykalizacji, czy też stanowią antidotum na klerykalizm katolicki, oferując kobiecą wizję władzy. „Feminizm katolicki?” – istnieje i ma się coraz lepiej w epoce ruchu Me Too, gdy obok pedofilii klerykalnej drugą plagą Kościoła są nadużycia (nie tylko) seksualne na zakonnicach. W Polsce jednak – gdzie jedynym dopuszczalnym wzorem żeńskiego katolicyzmu jest Kaja Godek – o tych sprawach się milczy.
Za punktem 103 dotyczącym diakonatu żeńskiego głosowało 137 biskupów, a 30 było przeciwnych.

Amazonifikacja Watykanu

Kolejnymi punktami, które wzbudziły lekki opór były te dotyczące „rytuałów amazońskich” (116,117. 118 i 119) i koncentrujące się na stworzeniu „katolickich obrzędów ludów tubylczych”. „Musimy dać autentycznie katolicką odpowiedź na prośbę społeczności amazońskich o dostosowanie liturgii poprzez wzmocnienie wizji świata, tradycji i symboli oraz oryginalne obrzędy, które obejmują wymiar transcendentny, wspólnotowy i ekologiczny” – głosi punkt 116. „W Kościele katolickim istnieją 23 różne obrzędy, co jest wyraźnym znakiem tradycji, która od pierwszych stuleci próbowała inkulturować treść wiary i jej celebrację poprzez język, który jest jak najbardziej spójny z tajemnicą, która ma być wyrażona” – głosi punkt 117. „Konieczne jest, aby Kościół w swojej niestrudzonej pracy ewangelizacyjnej działał tak, aby proces inkulturacji wiary wyrażał się w najbardziej spójnych formach, aby można go było celebrować i przeżywać także w językach właściwych ludom amazońskim. Należy pilnie utworzyć komitety do tłumaczenia i opracowywania tekstów biblijnych i liturgicznych na języki różnych miejsc (…) Należy zachęcać do muzyki i śpiewu, które są akceptowane i wspierane przez liturgię” – głosi punkt 118. „Nowy organizm Kościoła w Amazonii musi powołać kompetentną komisję do studiowania i dialogu, zgodnie z obyczajami oraz tradycjami ludów przodków, mającą na celu opracowanie rytuału amazońskiego, który wyraża liturgiczne, teologiczne, dyscyplinarne i duchowe dziedzictwo Amazonii” – głosi punkt 119.
Jednym słowem – aby ratować dusze amazońskich tubylców i zapobiegać kryzysowi katolicyzmu w tych regionach, pora skończyć z modelem kolonializmu w filmowym stylu „Misji” w reżyserii Rolanda Joffé, i przyozdobić się w tubylcze piórka oraz przyswoić synkretyzm religijny.
Na tydzień przed zakończeniem obrad Synodu dla Amazonii miał miejsce dziwny epizod. Z kościoła Santa Maria in Traspontina przy Watykanie, na Via della Conciliazione zostały skradzione figurki amazońskie wystawione tam w ramach manifestacji religijnej „Amazonia wspólny dom” i wyrzucone do rzeki Tyber. Całe zdarzenie nagrano telefonem i pokazano na YouTube. Wśród rzeźb tubylczych znajdowała się tzw. „Pachamama” – czyli symboliczne przedstawienie Matki Ziemi. Policja włoska wyłowiła figurki z rzymskiej rzeki, a papież Franciszek przeprosił ludy tubylcze za brak szacunku, jaki spotkał je w Wiecznym Mieście.
Sprawa wzbudziła trochę zamieszania, jakie starała się napompować polska prasa ultrakatolicka. Portal PCh.24 opublikował nawet „mocny list otwarty bp. Athanasiusa Schneidera, poświęcony sprawie obecności w Watykanie amazońskich figurek „Pachamamy”. Można w nim przeczytać: „4 października 2019 r., w wigilię rozpoczęcia Synodu Amazońskiego, w Ogrodach Watykańskich, w obecności papieża Franciszka oraz niektórych biskupów i kardynałów, miała miejsce ceremonia religijna, której częściowo przewodniczyli szamani i podczas której zostały użyte symboliczne przedmioty, a w szczególności drewniana rzeźba nagiej, ciężarnej kobiety. Takie podobizny są znane i należą do rdzennych rytuałów plemion amazońskich, konkretnie służąc kultowi tak zwanej Matki Ziemi, Pachamamy. W kolejnych dniach drewniane, nagie figurki kobiece czczone były również w Bazylice św. Piotra, przed grobem świętego Piotra. Papież Franciszek powitał również dwóch biskupów niosących na ramionach figurę Pachamamy i udających się z procesją do Sali Synodalnej, gdzie owa figura została ustawiona na honorowym miejscu. Figurki Pachamamy zostały również wystawione na widok publiczny w kościele Santa Maria in Traspontina.
W rzeczywistości tzw. „rytuały amazońskie” na Synodzie dla Amazonii miały około 20 „non placet” na 185 głosów.

Grzech ekologiczny

W dokumencie podsumowującym synod była mowa również o przekazie ekologicznym zawartym w papieskiej encyklice „Laudato si” oraz o potrzebie zdefiniowania „grzechu ekologicznego” jako działania lub zaniechania przeciwko Bogu, przeciwko bliźniemu, wspólnocie i środowisku. Można przeczytać w nim, że Amazonia jest „zranionym i zdeformowanym pięknem miejscem bólu i przemocy. Ataki na przyrodę mają konsekwencje dla życia ludzi. Ten wyjątkowy kryzys społeczno-środowiskowy znalazł odzwierciedlenie w przesłuchaniu przedsynodalnym, w którym uwypuklono następujące zagrożenia dla życia: przywłaszczenie i prywatyzacja zasobów naturalnych, takich jak woda; legalne i nielegalnego wykorzystywanie drewna; polowanie i łowienie drapieżników; niezrównoważone megaprojekty (projekty hydroelektryczne, koncesje leśne, masowe wylesianie, monokultury, infrastruktura drogowa, infrastruktura wodna, kolej, projekty wydobywcze i naftowe); zanieczyszczenie spowodowane przez przemysł wydobywczy i składowiska miejskie; a przede wszystkim zmiany klimatu. Są to realne zagrożenia, które powodują poważne konsekwencje społeczne: choroby związane z zanieczyszczeniem, handel narkotykami, nielegalne grupy zbrojne, alkoholizm, przemoc wobec kobiet, wykorzystywanie seksualne, handel ludźmi, sprzedaż narządów, turystyka seksualna, utrata oryginalnej kultury i tożsamości (języka, praktyk duchowych i tradycji), kryminalizacja i morderstwo przywódców oraz obrońców terytorium. Za tym wszystkim stoją interesy gospodarcze i polityczne dominujących sektorów, przy współudziale niektórych gubernatorów i niektórych autorytetów autochtonicznych. Ofiary to: dzieci, młodzież, kobiety i Matka Ziemia”. Wskazano na konieczność stworzenia w każdym kościele lokalnym i regionalnym obserwatoriów duszpasterskich mających na celu diagnozę konfliktów społeczno-środowiskowych i wsparcie w zapobieganiu im.
Franciszek, odnosząc się do kwestii ekologicznych omawianych na synodzie, przywołał przykład zaangażowania ruchu młodzieżowego, nastolatki ze Szwecji Grety Thunberg i innych. Młodzi ludzie, stwierdził, „mają świadomość zagrożenia ekologicznego, które istnieje nie tylko w Amazonii”.
Jak pisał Tom Phillips w swoim artykule „Kościół na celowniku Bolsonara w związku z Synodem dla Amazonii, opublikowanym w The Guardian i przedrukowanym w Internazionale – ekologiczny charakter synodu wywołał burzę polityczną w Brazylii. Generałowie prezydenta Jaira Bolsonara ostrzegli Kościół, że nie będą tolerować ingerencji w politykę wewnętrzną i szukali poparcia ultrakonserwatystów w Rzymie, związanych z Instytutem Plinio Corrêa de Oliveira.

Opozycja Franciszka

W przeddzień rozpoczęcia Synodu dla Amazonii, 5 października 2019 r., w Hotelu Quiririnale w Rzymie odbył się „antysynodalny” kongres stowarzyszenia katolików świeckich Tradycja Rodzina i Własność (TFP), zorganizowany przez Instytut Plinio Corrêa de Oliveira. Otworzył go modlitwą kardynał Raymond L, Burke, a zamknął kardynał Walter Brandmuller – znani opozycjoniści Franciszka, którzy zasłynęli już z licznych działań wymierzonych w Ojca Świętego.
Wśród uczestników kongresu znaleźli się Julio Loredo (prezes włoskiej TFP), książe Bernard Brazylijski (tytularny następca tronu Brazylii), Jonas Marcolino Macuxí – wódz amazońskiego plemienia Macuxi, klimatolog Luiz Carlos Molion, James Bascon (amerykańska) TFP, José Antonio Ureta (francuska TFP), Roberto de Mattei – historyk i prezes Fundacji Lepanto, i inni.
Podczas kongresu klimatolog Molion zapewnił, że nie istnieje globalne ocieplenie wywołane działaniami człowieka, a ocieplenie w latach 1916-45 było spowodowane przez aktywność słoneczną, a to w latach 1976-2005 zmniejszeniem zachmurzenia i fenomenami takimi jak El Nino, natomiast w przyszłych latach czeka nas ochłodzenie i dłuższe zimy. Mówił również, że Amazonia nie jest zielonym płucem świata, gdyż nie jest niezbędnym źródłem wilgoci dla atmosfery, a sam las zużywa więcej tlenu niż go wytwarza.
James Bascon stwierdził natomiast: “W przeciwieństwie do tego, co wydaje się na pierwszy rzut oka (patrz katastrofy ekologiczne w krajach komunistycznych), komunizm i ekologizm mają wiele wspólnego. Żądają radykalnego egalitaryzmu, odrzucają chrześcijańskie przesłanie, nienawidzą zachodniej cywilizacji, odrzucają własność prywatną w jakiejkolwiek formie, dążą do utopii. Faktyczny współczesny ekologizm można uznać po prostu za bardziej zaawansowaną formę niemal religijnego socjalizmu. Komunizm nie jest martwy, ale żyje w formie ekologizmu. Zielony to nowy czerwony. Ekologizm jest idealnym ucieleśnieniem egalitarnego snu Karola Marksa.” Dodał również, że marksistowska teologia wyzwolenia odradza się dziś w ekologicznej ideologii Amazonii.
Roberto de Mattei krytykując Synod dla Amazonii stwierdził: „Oto nowa religia, która została nam zaproponowana: religia o plemiennej twarzy, która w rzeczywistości jest antyreligijną, bałwochwalczą wizją natury, przed którą musimy prosić Pana o ducha, którym Eliasz zniszczył bożków i pokonał fałszywych proroków. Widzimy, że bożki są mile widziane w Watykanie i wobec tej strasznej perspektywy musimy głośno powtórzyć słowa, którymi Apostołowie sprzeciwiali się tym, którzy prosili ich, aby nie głosili Ewangelii bezpośrednio po śmierci Chrystusa: „Non possumus” – „Nie możemy milczeć na temat tego, co widzieliśmy i słyszeliśmy”.
W kongresie TFP uczestniczyło około dwustu osób. Po takich deklaracjach trudno nie domyślać się kto stoi za wyrzuceniem posążka Pachamamy do Tybru.

Papież Franciszek przewiózł Kościół na drugi brzeg

– Robią dużo hałasu, ale w rzeczywistości pozostała ich już tylko garstka. Opozycja papieża Franciszka wykrusza się. Nie wiadomo czy kard. Brandmuller doczeka konlawe. Synod dla Amazonii był wielkim sukcesem, większość biskupów poparła jego postanowienia. Był to synod naprawdę kolegialny, na którym poruszono kluczowe sprawy dla współczesnego Kościoła: zapobieganie kryzysowi powołań poprzez otwarcie na żonatych księży diakonów, diakonat kobiet i ich rola w Kościele, sprawy ekologii tak ważne dla całego świata i przyszłych pokoleń, kwestia nierówności społecznych i biedy. Kościół jest z Franciszkiem. Cokolwiek by się stało, Franciszek zapewnił sobie już sukcesję na kolejnym konklawe, nominując swoich nowych kardynałów. Bergoglio zmienił Kościół. Nie jest to już Kościół postwojtyłowy. To Kościół franciszkański. – powiedziała nam Elisabetta Piqué, argentyńska dziennikarka i autorka książki “Franciszek. Życie i rewolucja”.
W ciągu sześciu lat Bergoglio nominował 67 nowych kardynałów elektorów, przekraczając limit 120 purpuratów ustanowiony przez Pawła VI. Obecnie kardynałów jest 128, z czego większość to “bergoglianie”. Dzięki sprawnym manewrom politycznym Franciszek zawrócił Kościół postwojtyłowy na drogę soboru watykańskiego II i używając amazońskiej kanoy przewiózł go z prawego brzegu konserwatyzmu na lewy brzeg progresywizmu. Jego rewolucji nie da się już zatrzymać.

Tymczasem w Watykanie…

Gdy polski kler nadal koncentruje się na walce z ideologią LGBT, z Watykanu napływają co chwila plotki sugerujące możliwość jeśli nie dekanonizacji Jana Pawła II, to przynajmniej zdjęcia go po cichu z pomnika. Teoretycznie dekanonizacja jest możliwa, jeśli udowodni się „wprowadzenie w błąd” papieża dokonującego tego aktu; dewojtylizacja Kościoła już postępuje żwawo. Na przestrzeni ostatniego roku miały miejsce trzy znamienne wydarzenia.

W błyskawicznym procesie beatyfikowano, a następnie kanonizowano arcybiskupa Oscara Romero, zamordowanego 24 marca 1980 r. przez bojówkę Roberta D’Aubissona, który przeszedł przeszkolenie w tzw. „Szkole Ameryk”, bazie treningowej organizowanej i finansowanej przez USA, szkolącej bojówkarzy w celu likwidacji ludzi z Ameryki Łacińskiej uznawanych za szkodliwych z punktu widzenia geopolityki Wuja Sama. Romero był utożsamiany z ideami teologii wyzwolenia, jednak urzędujący wówczas papież z Polski, wrogi wszelkim ruchom w Kościele mającym rys lewicowości czy postępowości, związany politycznie z interesami USA rządzonym przez Ronalda Reagana, nic nie uczynił w tej sprawie. Akta zebrane w Salwadorze, potwierdzające męczeństwo Romero, leżały bez żadnej decyzji od 1990 do 1999 r. w zakamarkach Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Tymczasem podobny akt zabójstwa duchownego – sprawa ks. Jerzego Popiełuszki, zamordowanego w 1984 r. – został niezwykle szybko uznany za męczeństwo.
Drugim ważnym epizodem będącym oznaką dewojtylizacji jest otwarcie w lutym 2019 r. procesu beatyfikacyjnego byłego generała jezuitów o. Pedro Arrupe. Od początku swego pontyfikatu Karola Wojtyła był skonfliktowany z Arrupe – zarówno na tle osobowości, jak i poglądów na rolę Kościoła i jezuitów, w tym stosunku do „teologii wyzwolenia”. W Towarzystwie Jezusowym od lat 50. rodziły się „wywrotowe” idee bazujące na marksizmie i marzeniu o sprawiedliwości społecznej. Im był oddany Pedro Arrupe, człowiek głęboko oddany idei rozwojowi ludzkości i postępu. Gorąco popierał dialog z marksizmem i współpracę z „obozem realnego socjalizmu” przeciwko prawicowym dyktaturom kreowanym z Waszyngtonu. Jezuici pod jego kierunkiem stali się najbardziej progresywną i zaangażowaną społecznie wspólnotą zakonną. Tymczasem Karol Wojtyła nie był w stanie wyjść poza mentalność prowincjonalnego, polsko-lokalnego, zachowawczego proboszcza z Małopolski czy Podkarpacia. Charakteryzowały go ponadto skrajny antykomunizm i ludowo-masowa bezrefleksyjna religijność. Z filozofem i otwartym na świat jezuitą wyraźnie mu było nie po drodze. Następcy Arrupe, powolni papieżowi, konsekwentnie oczyścili zakon z jednostek niezależnych i samodzielnie myślących. To też „zasługa” Jana Pawła II, który wolał popierać ultrakonserwatywne Opus Dei. Obecnym jednak generałem jezuitów jest Wenezuelczyk, Arturo Sosa Abascal. Czyżby miał nastąpić i w tej sprawie dewoltylizacyjny zwrot?
Trzecim elementem dewojtylizacji jest likwidacja Papieskiego Instytutu JP II dla Studiów nad Małżeństwem i Rodziną, co nastąpi w roku bieżącym. W jego miejsce powstanie Papieski Instytut Teologiczny JP II dla Nauk o Małżeństwie i Rodzinie i to jedno słowo „dla Nauk” powoduje wzburzenie bezkrytycznych zwolenników wszystkiego, co w jakikolwiek sposób może być wiązane z Karolem Wojtyłą. Prof. Stanisław Grygiel – filozof, filolog i dotychczasowy wykładowca Instytutu, bliski przyjaciel papieża z Polski, stwierdza, iż to zaprzepaszcza dorobek placówki naukowej i Jana Pawła II. Grygiel boi się tego „dla”, gdyż to spowoduje jego zdaniem „otwarcie” na inne spojrzenia dot. zagadnień rodziny, relacji płci, małżeństwa, in vitro, badań nad genetyką itd. Antidotum na te prądy w Watykanie i Kościele ma być tworzenie w seminariach i na uniwersytetach w Polsce samodzielnych katedr zajmujących się tylko myślą filozoficzną Karola Wojtyły i nauczaniem Jana Pawła II. To jest jego zdaniem misja dla polskich środowisk naukowych.
A w Polsce wszystko, co dotyczy Jana Pawła II, jest dogmatem. Nieruchomą, zastygłą w hieratycznym bezruchu konstrukcją. Liczni w naszym kraju tradycjonaliści i konserwatyści absolutnie nie rozumieją tego co się dzieje we współczesnym świecie. Ich próby obrony status quo (w wersji polskiego tradycjonalizmu i „wsobności”) noszą w sobie coś z „Wesela” Wyspiańskiego: „.. Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. W zglobalizowanym świecie, tak się nie da żyć. Co najwyżej można wegetować na peryferiach.

Agenda dla Europy

Powiązania i watykańskie inspiracje konfrontacji w Polsce.

Mamy faktycznie w naszym kraju konflikt cywilizacyjny o podłożu religijnym. W mniejszym lub większym stopniu tlił się on przez cały okres od roku 1989, chociaż z różną intensywnością. Przy stałej gotowości kolejnych ekip sprawujących władzę z rożnych opcji politycznych do akceptacji szczególnej pozycji Kościoła katolickiego w państwie oraz rangi jego oczekiwań i aspiracji, głosy obywateli wołających o świecki charakter szkoły, dopuszczalność aborcji do 12 tygodnia, możliwość szerokiego stosowania wspomaganych technik rozrodu czy nasycania przestrzeni publicznej treściami o charakterze religijnym były marginalizowane, pomijane i ignorowane, również przez media. Praktyki takie były stosowane wobec obywatelskich inicjatyw ustawodawczych jak np.: „świecka szkoła” czy ostatnio dotyczącej jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz likwidacji ich przywilejów finansowych. Godzenie się kolejnych rządów z nadrzędną wobec wszystkich innych instytucji pozycją Kościoła zostało tak dalece utrwalone w świadomości społecznej, że wszelkie działania jakie władze czyniły z chęci przypodobania się biskupom, zasłużenia na poparcie kleru czy chociażby zneutralizowania stanowiska Kościoła wobec aktywności aktualnie rządzącej formacji politycznej zostały skutecznie przykryte zasłoną milczenia. Pojedyncze nieśmiałe próby sprzeciwu czy to wobec działalności Komisji Majątkowych hojnie i bez należytej podstawy prawnej przydzielających kościołom i związkom wyznaniowym majątek państwowy i samorządowy, czy wobec przywileju swobodnego obrotu ziemią rolną, albo możliwości odliczania od dochodu ustalonego dla celów podatkowych osób prawnych kwot darowizn na cele kultu religijnego do wysokości aż 10% ostentacyjnie lekceważono bez żadnych konsekwencji społecznych. Wyraźnie widać było, że postępuje proces klerykalizacji kraju w zamian za poparcie Kościoła katolickiego dla sprawujących władzę. Niezależna pozycja Kościoła katolickiego w Polsce pozostała nienaruszona nawet po 2005 roku i to pomimo utraty wsparcia i autorytetu zmarłego papieża JPII. Kościół nie poparł projektu IV Rzeczpospolitej lansowanego przez koalicyjny rząd PiS i bez problemu uporał się z próbą lustracji mogącej zagrozić pozycji hierarchów. Klerykalizm polityczny narodowo-wyznaniowej partii Jarosława Kaczyńskiego bezskutecznie rozniecał światopoglądowy konflikt do czasu aż zyskał martyrologiczną podbudowę po katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, a Kościół uwierzył w możliwość całkowitego panowania w sferze światopoglądowej jako ukoronowaniu swojej pozycji i władzy trwale zapewniającej potrzebny poziom finansowania z państwowej kasy. Tym narzędziem stała się polityzacja religii, zawsze zresztą w Polsce związanej z potocznym poczuciem tożsamości narodowej i ścisły sojusz z partią rządzącą. Zdobycie jednak takiego poziomu władzy, który może zrealizować pełne podporządkowanie społeczeństwa regułom i rytuałom konfesyjnie zdefiniowanego katolickiego systemu wartości, a co za tym idzie czysto praktycznym interesom ekonomicznym Kościoła wymagał oprócz faktycznej koalicji z władzą także wsparcia na arenie międzynarodowej i to nie tylko ze strony Watykanu, co by nie mówić jednakże bardzo powściągliwego w politycznym zaangażowaniu lecz tworzącego się właśnie frontu ultrakonserwatywnych organizacji łączących i najbardziej nieprzyjazną postępowi i prawom człowieka cześć hierarchii kościoła powszechnego, fundamentalistycznych części innych wyznań chrześcijańskich w tym o także np. ortodoksyjnych sekt religijnych z Brazylii, potomków arystokratycznych rodzin europejskich, rosyjskich miliarderów i amerykańskich fundamentalistów. Dla nich wszystkich cywilizacyjna konfrontacja ze współczesnością szanująca prawa kobiet, osób LGBT, prawa do rozwodu, zmiany płci, stylu czy sposobu życia, wolnością myśli, sumienia bądź swobodnego wyboru wyznania albo pozostania bezwyznaniowcem, jest wyrazem niezgody na świeckie zasady funkcjonowania państw, jest koniecznością wynikającą z religijnej wizji świata. Organizacje te stworzyły program przywrócenia tzw. naturalnego porządku znany jako Agenda dla Europy i czynnie starają się go zrealizować w tych krajach europejskich w których istnieją społeczne i polityczne warunki urzeczywistnienia religijnych wartości poprzez sukcesywne wprowadzanie czy to pełnego zakazu prawnego aborcji, czy to zakazu stosowania In vitro. Krajem z którym wiązano wielkie nadzieja na restaurację religijnego czyli jak twierdzą zwolennicy ruchu „naturalnego” porządku społecznego była i jest Polska właśnie. Tu przebiegał konflikt o zaostrzenie i tak najbardziej surowych przepisów zakazujących aborcji, który wyprowadził na ulice miast setki tysięcy kobiet. To właśnie w Polsce został rozdmuchany cywilizacyjny spór o prawny kształt kraju w którym po jednej stronie stanął Kościół katolicki z partią rządzącą i wspomagającymi ich organizacjami Agendy dla Europy jak Ordo Iuris. Taka sytuacja jest spełnieniem marzeń narodowo-wyznaniowej partii rządzącej, która dowolnie może eskalować konflikt lub go wyciszać i kierować ,stosownie do swoich potrzeb i uznania, na aktualnie interesujące ją środowiska dzisiaj np. na osoby LGBT, a jutro na ateistów lub lewaków aktualnie stanowiących dowolnie skonfigurowany zbiór zwolenników innej opcji politycznej niż rządząca.
Trudno jest ustalić dzisiaj ustalić bez usunięcia wątpliwości bezpośrednie powiązania osobowe i finansowe różnych grup i instytucji wewnętrznych Kościoła katolickiego z ruchem obejmującym ponad 100 różnych organizacji w przeważającej części całkowicie świeckich dążących do przywrócenia tzw. naturalnego porządku. Określenie to należy rozumieć jako generalne odrzucenie praw człowieka w tym przede wszystkim w zakresie zdrowia seksualnego, reprodukcji w tym aborcji i technik wspomaganego rozrodu, równouprawnienia osób LGBT czy zmiany płci. Ruch skupia bowiem wyznawców różnych wyznań chrześcijańskich, w tym nie tylko katolików lecz tradycjonalistów protestanckich i prawosławnych, wyznawców ortodoksyjnych sekt i ultrakonserwatystów różnej maści. Głównymi jednakże organizatorami ruchu wydaja się być instytucje i osoby związane z watykańską hierarchią, która nawet na forum międzynarodowym w zakresie praw osób homoseksualnych potrafi sprzymierzyć się z Arabią Saudyjską, Katarem czy Koreą Płn. Oprócz wskazania konkretnych osób z kierownictwa ruchu jak Gudrun Kugler czy Terrence McKeegan, oboje będący działaczami politycznymi zatrudnionymi w watykańskim Międzynarodowym Instytucie Teologicznym i mający za sobą długą karierę przeciwstawiania się prawom reprodukcyjnym wartą odnotowania postacią jest Gregor Puppinck reprezentujący Stolicę Apostolską w różnych organach Rady Europy czy Luca Volonte z Europejskiej Partii Ludowej w Parlamencie Europejskim.
Niezwykłych ustaleń można jednak dokonać uważnie przeglądając powiązania ideowe pomiędzy skrajnie prawicowymi organizacjami i grupami hierarchów watykańskich, a treściami proponowanymi przez Agendę dla Europy. Jednym z najbardziej interesujących przedsięwzięć intelektualnych i to nie bez bezpośredniego wpływu na Konferencję Episkopatu Polski poprzez osobę byłego już Prefekta Kongregacji Nauki Wiary kardynała Gerhardta Ludwiga Mullera nieustannie goszczącego w Polsce na różnych wydarzeniach w tym sensu stricto politycznych, jest grupa Das Regensburger Netzwerk. Z jej działalnością wiąże się nie tylko byłego papieża Josepha Ratzingera, jego brata Georga, nadal mieszkającego w Ratyzbonie oraz wspomnianego już Gerhardta Mullera, ale także „luksusowego biskupa” Limburga Franz-Petera Tebartz-van Elsta, który zasłynął wydaniem 31 mln. Eur na renowację swojej siedziby oraz kardynała Georga Gansweina, słynącego z elegancji i przystojnej postury sekretarza byłego papieża Benedykta XVI. Do grupy tej należy także konserwatywny ksiądz Wilhelm Imkamp obecnie zamieszkujący w pałacu Glorii von Thurn und Taxis, która od dawna wspiera grupę w tym finansowo. W Szwajcarii w mieście Chur znajduje się szwajcarskie odgałęzienie tej „ratyzbońskiej sieci”, które skupia się wokół biskupa Vitusa Huondera j jego zastępcy księdza Martina Grichtinga. Według autora poczytnej książki „Sodoma” opisującej skalę homoseksualizmu wśród watykańskich hierarchów kościelnych Frederica Martela grupę z Ratyzbony łączy ze znanym włoskim instytutem Dignitas Humane Institute, kierowanym przez ultrakonserwatystę Benjamina Harnwella, osoba afrykańskiego kardynała Roberta Saraha. Jest to niezwykła postać byłego afrykańskiego przywódcy plemiennego, który stał się księdzem katolickim. Kształt jego poglądów i wizja duszpasterstwa powstały pod wpływem arcybiskupa Lefebra, aktywnego publicysty i propagatora najbardziej skrajnej bo przed soborowej, lefebrovskiej wersji katolicyzmu. Działalność Saraha sprowadzająca się do nieustannej walki ze znaną nam w Polsce dokładnie tzw. „ideologią gender”, związkami homoseksualnymi i lobby gejowskim jest finansowana z nieustalonego źródła, podobnie jak olbrzymie nakłady jego wątpliwej wartości książek zalewające Afrykę. W przemówieniu z 2015 roku na synodzie poświęconym rodzinie nazwał rozwód skandalem, a powtórne małżeństwo cudzołóstwem. Zagrożenie LGBT przyrównuje do terroryzmu islamskiego, uważając że to dwie strony tego samego medalu „dwie bestie apokalipsy”. Kardynal Sarah jest wiodącą postacią także we francuskiej organizacji „La Manif pour tous” (manify dla wszystkich) zrzeszającej przeciwników małżeństw jednopłciowych i organizującej marsze uliczne m.in. zwolenników Marine Le Pen. Nie może zatem budzić zdziwienia naturalna skłonność zachowawczych ruchów religijnych do szukania „przyjaznych stosunków” z najbardziej konserwatywnymi nacjonalistycznymi organizacjami politycznymi. Wystarczy zapoznać się z zamieszczoną na stronach internetowych Dignitas Humane Institute Deklaracją Powszechną Godności Człowieka, wywodzącej naturę człowieka”.. z podobieństwa Boga, jego stwórcy” i uważnie przeczytać zawarty w niej nakaz działania mający być odpowiedzią na „..rosnącą świecka nietolerancję wobec chrześcijan we wszystkich wyznaniach..” aby zauważyć pełną zbieżność działań podejmowanych przez Instytut z manifestem Agendy dla Europy. Mieszczący się w historycznych zabudowaniach zakonu cystersów w Trisulti we Włoszech, Dignitas Humane Institute cieszy się zaangażowaniem, w tym finansowym Steve K. Bannona byłego doradcy i szefa kampanii wyborczej Trumpa. Instytut ma za zadanie przygotowanie kadr do konfrontacji ze świeckością mająca ustąpić przed aktywnym udziałem wiary chrześcijańskiej w życiu publicznym. Punkt 12 Uniwersalnej deklaracji godności ludzkiej wzywa wszystkich mężczyzn do wyraźnego podejmowania i uznania zawsze i wszędzie, że prawdziwe prawa leżą poza wszelkimi prawami stanowionymi i że najważniejszym prawem jest uznanie człowieczeństwa za stworzone na obraz i podobieństwo Boga.
Z działalności prowadzonej przez powiązane ze sobą organizacje świeckie i wyznaniowe przy aktywnym zaangażowaniu Kościoła katolickiego lub jego fundamentalistycznej części hierarchii w sposób oczywisty wynika, że stoimy w Polsce przed poważnym problemem konfrontacji świeckości z aspiracjami wspólnot wyznaniowych do kształtowania Polski, Europy i całego świata podług konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości, że ataki hierarchii kościelnej m.in. w Polsce na kwestie praw reprodukcyjnych czy LGBT, gender czy jednopłciowych związków małżeńskich, a nawet partnerskich to nie jest wyłączna inicjatywa krajowego episkopatu, lecz część cynicznie zaplanowanej i realizowanej konfrontacji światopoglądowej, w tym osłabienia nastrojów proeuropejskich, że w końcu budowany jest sukcesywnie, zakrojony na szeroką skalę sojusz sił wyznaniowych i konserwatywnych i że obejmuje on różne wyznania chrześcijańskie, które tradycyjnie toczyły ze sobą spory i waśnie. Sojusz ten ma zmierzyć się z układem europejskich państw demokratycznych, w których świeckość, dystans do różnych wyznań i programowa areligijność jest konstytucyjnym fundamentem istnienia wolności jednostki, koegzystencji różnych przekonań, nurtów filozoficznych, a także stylów i sposobów życia. Najgorsze jest jednak to, że przynajmniej obecnie konfrontacja ta odbywa się w Polsce i to w okresie wyborów do Sejmu. Nie jest więc obojętne w jaki sposób będzie prezentowany stan relacji Kościoła katolickiego z państwem. Nie można sprowadzać ich do prostych haseł wprowadzenia podatków obejmujących działalność kościołów i związków wyznaniowych bo prawne uwarunkowanie ich funkcjonowania jest pochodną pozycji i roli jaka pełnią na danym etapie rozwoju społecznego i rozwoju państwa. Problematyka prawnej separacji kościołów i związków wyznaniowych z państwem, konieczna do przeprowadzenia w Polsce nie może obejmować jedynie kwestii uprzywilejowania fiskalnego czy usunięcia lekcji religii ze szkół na marginesie w obecnym stanie prawnym niemożliwego do realizacji, ale przede wszystkim stworzenia instytucjonalnych podstaw do edukacji społeczeństwa i opracowania projektów ustaw stopniowo wdrażających rozdział i ściśle określających zakres autonomii i niezależności kościołów i związków wyznaniowych od państwa w sprawowaniu ich zdefiniowanej funkcji religijnej, a nie wszelkiej działalności jaką życzą sobie prowadzić, bo w takiej sytuacji muszą być podporządkowane obowiązującemu prawu powszechnemu uwolnionemu od częstej w Polsce nieprawidłowej recepcji prawa wewnętrznego Kościoła.

Skąd my to znamy?

Kryzys kościelny wokół pedofilnych czynów „duchownych” i mechanizmu krycia ich przez przełożonych sprawił, że znów jest okazja do tego, by zastanowić się nad mechanizmami działania instytucji idealizowanej przez miliony ludzi na całym świecie i uważanej za uprawnionego nosiciela Ewangelii, a tak naprawdę rządzącej się quasi-mafijnymi mechanizmami.

W 1960 roku na polskich półkach księgarskich ukazała się w dużym nakładzie, nawet jak na owe czasy wysokich nakładów książkowych, powieść Tadeusza Brezy „Urząd” i spowodowała duży rezonans czytelniczy i wśród krytyki literackiej. Po stronie kościelnej odezwały się zirytowane pomruki, że wydanie tej powieści, to wyraz – a jakże – „walki z Kościołem”. Ostrożniej pisała o tej powieści prasa katolicka. Na więcej pozwalali sobie niektórzy księża, którzy przemawiając z ambon krytycznie, czasem wrogo nawiązywali do wymowy powieści. Akcentów niechętnych powieści Brezy można było dopatrzeć się też w tzw. „listach pasterskich” biskupów polskich. „Urząd” był owocem kilkuletniego pobytu pisarza w Rzymie w roli attache kulturalnego ambasady PRL we Włoszech, podobnie jak jego poprzednia, głośna książka, eseistyczno-reporterska „Spiżowa Brama”. Bohater „Urzędu”, to młody naukowiec, prawnik z Torunia, który przybywa do Rzymu w sprawie swojego ojca. Ten, wskutek niechęci ze strony swojego biskupa ordynariusza utracił możliwość pracy w roli adwokata kurialnego w tym mieście. Główny bohater relacjonuje, w pierwszej osobie, swoje doświadczenia z pobytu w Wiecznym Mieście, a przede wszystkim swoje wizyty składane watykańskim dostojnikom, których próbuje przekonać do racji ojca i spowodować, by ich decyzje przyczyniły się do pozytywnego zakończenia kryzysu. Dzięki wsparciu watykańskiego adwokata, dawnego przyjaciela ojca, mecenasa Campilli, stara się, by przebieg tych wizyt uwzględniał panujące za Spiżową Bramą procedury i obyczaje. Narrator, niczym kafkowski Józef K. z „Procesu” napotyka na niewzruszony mur zimnego urzędu, działającego niczym powolna, ale dobrze naoliwiona machina. Indywidualne intencje czy odczucia watykańskich rozmówców nie mają tu znaczenia, bo wszyscy są trybami idealnie wbudowanymi w zimny, bezduszny, biurokratyczny system. Nie tylko nie „załatwia” sprawy ojca, ale rozwiązanie, do którego dochodzi, jest sprzeczne z założonym celem. Niejako przy okazji narrator staje się obiektem zainteresowania watykańskich służb specjalnych, które próbują go zwerbować do współpracy. Powieść zawiera też elementy krytycznego portretu mieszkającej w Rzymie polskiej emigracji o przedwojennym rodowodzie. Kilka lat po edycji powieści, w 1963 roku Andrzej Szafiański zrealizował w Teatrze Telewizji spektakl oparty na „Urzędzie”, z Edmundem Fettingiem w roli głównej. W 1964 roku Władysław Krzemiński zrealizował w Krakowie (z Januszem Zakrzeńskim) i Warszawie (z Andrzejem Łapickim) przedstawienia teatralne według „Urzędu”. W 1969 roku Janusz Majewski wyprowadził „Urząd” z przestrzeni czterech ścian sceny i przy udziale doborowej obsady aktorskiej (m.in. Ignacy Gogolewski i Aleksander Bardini) zrealizował film telewizyjny według powieści Brezy, kręcąc kilka scen także na ulicach Rzymu.
Urząd Doskonały
„Kuria jest labiryntem, mechanizmem z tysiącem niewiadomych” – mówi w „Urzędzie” ksiądz de Vos, kurialny urzędnik do którego narrator powieści kieruje swoje pierwsze kroki, skierowany do niego przez ojca i jego watykańskiego przyjaciela. To pierwsze z trzech spotkań z watykańskimi prałatami jeszcze nie w pełni uzmysławia bohaterowi z jak skomplikowanym i perfidnym systemem biurokratycznym ma do czynienia. Niektórzy interpretatorzy „Urzędu” Brezy, n.p. Stefan Żółkiewski, doszukiwali się w tej powieści uniwersalizacji fenomenu biurokracji jako takiej. A jednak watykańska, na co zwracał uwagę inny egzegeta „Urzędu” Tadeusz Drewnowski, kościelna biurokracja nie działa tak, jak zwykła, typowa biurokracja świecka, gdzie mimo wszelkich jej wad, utrudnień i stawianych barier, łatwiej można uchwycić przynajmniej nici personalnej odpowiedzialności. Na urzędzie cywilnym można n.p. wymóc decyzję na piśmie. W przypadku biurokracji kościelnej jest inaczej. To poniekąd paradoks, ponieważ Kościół katolicki jest organizacją precyzyjnie zbudowaną i ściśle hierarchiczną. A jednak kolejni rozmówcy bohatera „Urzędu” działają w sposób, który uniemożliwia nie tylko wskazanie, kto i jakie decyzje może podjąć. Nie sposób także ocenić, jaką pozycję oni sami zajmują w watykańskiej strukturze. Dokonuje się klasyczne, przysłowiowe odsyłanie „od Annasza do Kajfasza”. Przy tym watykańscy urzędnicy nie objawiają emocji, podejmowane kwestie „owijają w bawełnę” okrągłych słów, są uprzejmi, pozornie niekolizyjni w stosunku do petenta, deklarują dobrą wolę, ale ich „obłość” uniemożliwia petentowi nie tylko wymuszenie jakiejś decyzji, ale nawet zdefiniowanie ich intencji. Biurokracja kościelna kieruje się zasadą całkowitej niezależności od państwa, pełnej autonomii, toteż nie respektuje reguł rządzących biurokracja świecką. Ta ostatnia przynajmniej musi pozorować zajęcie się zgłoszoną sprawą, biurokracja kościelna bardzo często reaguje całkowitym milczeniem i działa tak, jak uważa, bowiem nadrzędny jest interes Kościoła. Biurokracja watykańska w zwierciadle powieści Brezy działa jako „Urząd Doskonały”.
Tysiące małych Watykanów
Kościół katolicki jest organizacją powszechną, głęboko przemyślaną i nieustannie przemyśliwaną już od dwóch tysiącleci. Jest w tym kościele doktryna i jej strażnicy, ale jest także zakorzenione poczucie realizmu i świadomość konieczności jakiegoś dopasowywania się do ciągle zmieniającego się świata. Tymi, którzy wymuszali posłuch dla doktryny, byli dominikanie ze swoją Świętą Inkwizycją. Tymi, którzy jako pierwsi próbowali odpowiedzieć na wyzwania świata świeckiego byli jezuici, uznani skądinąd za synonim katolickiej obłudy. Powszechność katolicyzmu sprawia, że jego biurokracja pod każdą szerokością geograficzna działa podobnie, podczas gdy biurokracje świeckie naznaczone są w różnych krajach cechami specyficznymi, lokalnymi. Wyłożone wyżej niektóre jej właściwości można jak w soczewce zobaczyć w sprawach związanych z pedofilią kleru. Do takich mechanizmów jak unikanie odpowiedzialności, izolowanie się od zewnętrznych nacisków, milczenie, unikanie formalnych śladów dochodzi także solidarność kastowa, korporacyjna, która w żadnej biurokraci państwowej w tym stopniu nie występuje. „Urząd” Tadeusza Brezy, podobnie jak obecne demaskowanie praktyk pedofilnych kleru, potraktowany został przez niego i bardziej fanatyczną część opinii katolickiej jako „atak na Kościół”. Eksperyment polegający na równoległym przeczytaniu „Urzędu” i przeanalizowaniu mechanizmów, za pomocą których biskupi – w tym polscy – kryli księży pedofilów, pozwala na dostrzeżenie uderzających podobieństw. Przed wielu laty traf losu prawił, że znalazłem się, jako osoba postronna, w konflikcie z administracją Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Nie była o struktura stricte kościelna, jak kuria czy parafia, lecz placówka naukowo-dydaktyczna, a mimo to, kierowana przez przedstawicieli kleru (rektor, dyrektor administracyjny) rządziła się podobnymi regułami, czego boleśnie doświadczyłem przez kilkanaście lat, jako że konflikt nie był incydentalny, lecz przewlekły. „Urząd” Brezy nigdy nie stracił na aktualności, ale dziś w czasach demaskacji pedofilnych skandali w szeregach kleru, także polskiego, jego aktualność nabrała szczególnej, naocznej intensywności.

Przyjedzie miotła

Reakcja Watykanu na film „Tylko nie mów nikomu”.

Abp Charles J. Scicluna przyjedzie do Polski 13 czerwca br., na zaproszenie polskich biskupów wystosowane jeszcze przed konferencją, na której Episkopat przedstawi dane dotyczące pedofilii w polskim Kościele. Poprowadzi dzień studyjny podczas zebrania plenarnego episkopatu w Świdnicy. Nie ma żadnych specjalnych wskazówek ani zaleceń od papieża, tak jak podczas swojej misji w Chile. Można mieć nadzieję, że jego wizyta przyczyni się do pozytywnych przemian w polskim Kościele, które się już rozpoczęły. Przeciwnicy papieża Franciszka i ci, którzy chcą ukryć nadużycia seksualne mają jednak mocne wiosła i wiosłują przeciw. Z naszych źródeł dowiedzieliśmy się, że film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” widziało w Watykanie już kilka osób. Dla jednych to ważny dokument, inni jednak starali się go zdyskredytować jako „atak na Kościół”, „manipulację medialną”, „film zrobiony przez środowiska wrogie Kościołowi”, „manipulację politycznę przed wyborami europejskimi”. Najprawdopodobniej więc papież podejdzie do niego ostrożnie, tak jak zresztą do całej „sprawy polskiej”, aby jego osoba nie została wykorzystana politycznie. Z drugiej strony nie należy się też spodziewać, że Franciszek będzie wysyłał abp. Sciclunę wszędzie tam, gdzie wybuchnie skandal, jako pogromcę lokalnych Episkopatów. Mamy jednak szczęście, że wszystko co dzieje się w Polsce zbiega się z wejściem w życie nowych norm Vos estis lux mundi.
„Wy jesteście światłem świata” (Vos estis lux mundi), to nowe motu proprio, które papież Franciszek wydał 9 maja br. Ma obowiązywać od 1 czerwca na okres 3 lat. List apostolski był już zapowiadany przez ojca Deferico Lombardiego, jezuitę i byłego rzecznika prasowego Stolicy Apostolskiej, w ostatnim dniu szczytu dotyczącego ochrony małoletnich w Kościele, który odbył się w Watykanie w dniach 21–24 luty 2019 r. Jak określił inny jezuita – ojciec Hans Zollner, członek Papieskiej Komisji ds. Ochrony Małoletnich – jest to najważniejszy krok ostatnich lat.
Nowe normy wytaczają bardzo jasno i precyzyjnie procedury w sprawie zgłaszania przypadków molestowania i przemocy seksualnej oraz rozliczania biskupów z ich działań, także tych, którzy zakończyli posługę i przeszli na emeryturę. Nakładają obowiązek na metropolitów prowadzących sprawę zdawania relacji z postępu dochodzenia co 30 dni i przewiduje, iż dochodzenie powinno zakończyć się w ciągu 90 dni. Mówią o tym, że każda diecezja ma otworzyć biuro lub „okienko internetow”, gdzie w prosty i szybki będzie można składać zawiadomienia o popełnionych nadużyciach lub podejrzeniach o nie. Nakłada na wszystkich duchownych obowiązek informowania przełożonych o wszystkich uzasadnionych podejrzeniach, pod groźbą sankcji w przypadku jego niedopełnienia lub prób tuszowania nadużyć. Motu proprio mówi również, że każdy może złożyć zawiadomienie przy użyciu wyznaczonych procedur lub w jakikolwiek inny odpowiedni sposób.
W odniesieniu do osób, które twierdzą, że zostały pokrzywdzone, „obowiązkiem władzy kościelnej jest przyjęcie ich, wysłuchanie, towarzyszenie im podczas procedur i traktowanie ich z godnością oraz szacunkiem”.
Tekst kończy się potwierdzeniem poszanowania prawa i przepisów innych państw. Art. 19 dotyczy „Przestrzegania ustawodawstwa państwowego” i mówi: „Niniejsze przepisy stosuje się bez uszczerbku dla praw i obowiązków ustanowionych gdziekolwiek w ustawodawstwie państwowym, w szczególności dotyczących ewentualnych obowiązków zawiadomienia właściwych władz cywilnych”.
Abp Charles J. Scicluna – którego zadaniem już z woli papieża Benedykta XVI było prowadzenie dochodzeń w zakresie tzw. delicta graviora i zajmowanie się nadużyciami seksualnymi popełnionymi przez księży – ma wybitne osiągnięcia w prowadzeniu dochodzeń w tej dziedzinie. To dzięki niemu w 2005 r., zostało szybko zamknięte dochodzenie w sprawie Marcial Maciela Degollado, który cieszył się bezkarnością za pontyfikatu Jana Pawła II. W listopadzie 2018 r. papież Franciszek powołał go na stanowisko sekretarza pomocniczego Kongregacji Nauki Wiary. W lutym br. Scicluna razem z Lombardim i Zollnerem był w komitacie organizującym historyczny szczyt w Watykanie o ochronie nieletnich, w którym udział wzięli przedstawicie episkopatów z całego świata. W ubiegłym roku pomógł Franciszowi rozwiązać kompromitujący problem z pedofilią w kościele chilijskim, przygotowując dla niego raport o nadużyciach seksualnych i tuszowaniu przestępstw przez tamtejszych hierarchów – co doprowadziło do dymisji wszystkich chilijskich biskupów (ostatecznie papież zdymisjonował tylko nielicznych). Na początku maja Scicluna przedstawił w Watykanie papieskie motu proprio Vos estis lux mundi, tłumacząc jego znaczenie i wprowadzane nowości.
Abp Charles J. Scicluna zadeklarował, że przed przyjazdem do Polski na pewno zobaczy film „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich. Może zrobi on na nim takie wrażenie, jakie zrobił na wielu Polakach.

Biskupi działają zgodnie z instrukcjami Watykanu

Podstawową cechą działania kościoła katolickiego jest zakłamanie. Dotyczy to oczywiście także pedofilii.

Opinia publiczna jest oburzona tuszowaniem pedofilii księży. Tymczasem obowiązkowe UTAJNIANIE tych przestępstw w kościele katolickim usankcjonowała instrukcja watykańska z 1922 r. pt „Crimen sollicitationis”. W roku 1962 powstała wprawdzie druga wersja instrukcji ale ciągle z zasadą pełnej tajności, pod groźbą ekskomuniki, obowiązującej wszystkie osoby biorące udział w postępowaniu zawsze w ramach struktur kościelnych, bez ingerencji świeckiego wymiaru sprawiedliwości.
Datę 30 kwietnia 2001 nosi list apostolski Jana Pawła II oddający sprawy pedofilii do załatwiania wyłącznie przez Kongregację Nauki Wiary, której szefem był wówczas

Kardynał Ratzinger.

Znali się bliżej z czasów Soboru Watykańskiego II (1962-1965), kiedy to obaj robili wszystko żeby kościół katolicki zbytnio sie nie unowocześnił. List nie zmienił zasady zachowania milczenia. Pamiętam protesty organizacji katolickich z różnych krajów kierowane do komisji watykańskiej d/s wyświęcenia papieża Polaka, m.in. dotyczące ukrywania pedofilii. Na początku filmu Sekielskich słyszymy przysięgę – zobowiązanie do milczenia – powtarzaną przez kobietę – ofiarę księdza pedofila. Tytuł filmu też do tego słusznie nawiązuje.
To właśnie katolicki obowiązek utajniania tych przestępstw spowodował, że komisje, które powstały w kilku krajach były i są wyłącznie świeckie, BEZ przedstawicieli Kościoła.
Te komisje powstały m.in. także dlatego, że często te przestępstwa się przedawniły mimo, że w wielu państwach europejskich przestępstwo to przedawnia się po 20 latach od uzyskania pełnoletności przez ofiarę. Powstały głównie dla ofiar i często doprowadzaly do kar więzienia oraz do istotnego zadośćuczynienia finansowego zwykle na koszt kościoła.
Ponieważ w Polsce kościół katolicki ma ogromny wpływ na tworzenie prawa, pedofilia przedawnia się u nas błyskawicznie. Dopiero od 2014 roku jest to 30 rok życia ofiary. Przedtem było 5 lat od uzyskania pełnoletności ofiary i to pod wpływem nacisków Unii Europejskiej, bo jeszcze przedtem było to 10 lat od przestępstwa, co było skandaliczne. Jest oczywiste, że człowiek 30 letni – o zrujnowanej psychice – rzadko jest wystarczająco silny na stawienie czoła machinie sądowej. W Szwajcarii pedofilia w ogóle się nie przedawnia (było referendum). I to rozwiązanie chyba jest najsłuszniejsze.
KSIĘŻA BARDZO RZADKO SĄ ARESZTOWANI W MOMENCIE DONIESIENIA. Często mają całe tygodnie na mataczenie i urabianie świadków. Nawet wtedy gdy zostali prawomocnie skazani na więzienie, zwykle wyrok nie przekracza 2 lat dlatego, że taka kara umożliwia zwolnienie z odbywania kary z powodu złego stanu zdrowia. Skazany natychmiast ciężko choruje. Podejrzewam, że niektóre zabójstwa księży dokonane przez młodych ludzi były spowodowane właśnie bezkarnością księży-przestępców, co musiało budzić dodatkowo ogromną frustrację ofiar. Te przypadki powinny być starannie zrewidowane np. sprawa Dawida z Blachowni pod Częstochową.

Zgodnie z polskim prawem 

ofierze można zasądzić ZADOŚĆUCZYNIENIE FINANSOWE, ale polski kościół katolicki – bezwstydnie bogaty – twierdzi, że ksiądz jest prywatną osobą fizyczną a nie funkcjonariuszem kościoła. A przecież jest nim i to w dodatku umundurowanym. To zadośćuczynienie jest tym bardziej ważne, że często ofiarami pedofilow kościelnych padają dzieci zaniedbane z rodzin dysfunkcyjnych, nie mające oparcia w rodzicach. Niedawny wyrok z zadośćuczynieniem 1 mln zł jest wreszcie jakimś zwrotem ku normalności choć renta powinna być określona w sposób uwzględniający długi czas wypłacania np w wysokości dwóch rent minimalnych. Trudno sobie wyobrazić żeby osoba o tak zrujnowanej psychice domagała się co jakis czas przed sądem należnej podwyżki.

A we Francji

kościół katolicki ogłosił, że bedzie wypłacał zadośćuczynienia ofiarom księży pedofilów mimo kodeksowego przedawnienia. Trzeba podkreślić, że francuski kościół katolicki jest biedny jak mysz kościelna w porównaniu z kościołem polskim. Ustawa o rozdziale kościoła od państwa z 1905 r. upaństwowiła nawet budynki kościelne. Trzeba przyznać, że we Francji problem jest marginalny, bo czynnych katolików jest tylko ok. 7 proc. populacji.
Nie sposób nie poruszyć przy tej okazji sprawy nadużyć coraz częściej odprawianych praktyk nazywanych EGZORCYZMAMI. Nie wierzę, żeby nie dochodziło do ohydnych gwałtów gdy egzorcysta zamyka się w oddzielnym pomieszczeniu z młodą dziewczyną. W niektórych państwach egzorcyzmy są prawnie zakazane.

W Polsce należałoby wprowadzić wysokie kary

grzywny dla osób, które wiedzą o przestępstwach wobec dzieci a nie informują o tym prokuratury. Byłoby to skuteczniejsze niż obowiązujące teraz kary więzienia chyba nigdy nie zastosowane.
Histeryczne okrzyki prezesa o 30 latach więzienia dla sprawców to przesada.
Ważne, żeby kara była rzeczywiście egzekwowana. W państwach funkcjonujących prawidłowo od dawna odchodzi się od długich kar więzienia. Pomysłodawca zapomina o tym, że zresocjalizowany więzień ma wrócić do społeczeństwa a nie zdemoralizować się do końca. Jeszcze miałoby to od biedy sens gdyby odbywało się na koszt kościoła.
Zasady papieża Franciszka wyrażone w niedawnym liście pasterskim niestety nie przynoszą przełomu. Trudno było spodziewać się rewolucji. Franciszek nie działa w próżni a większość hierachów nie chce istotnych zmian. Uważają, że milczenie pomaga Kościołowi zachować nieskazitelny wizerunek. A bez OBOWIĄZKU oddawania sprawców pod świecki wymiar sprawiedliwości nie będzie żadnej ochrony dzieci.
Reasumując prawidłowe byłoby wzorowanie się na działalności wyłącznie ŚWIECKICH specjalnych komisji w państwach zachodnich co niestety nie jest możliwe pod rządami PiSu. Wyszłaby z tego karykatura, co widać po urzędowym spisie pedofilów stworzonym z inicjatywy Ziobry – nie ma w nim ani jednego przedstawiciela kleru. Było oczywiste, że tak będzie, bo kościół katolicki stoi w Polsce ponad prawem.
Po filmie KLER i po dokumencie Sekielskich być może znajdą się w nim nazwiska byłych księży. Trzeba dodać, że pedofile świeccy bywali skazywani – ostatnio rzadziej – na kary bardzo surowe, nieraz wieloletniego więzienia i przeżywają prawdziwą gehennę w więzieniu. Zdarzały się samobójstwa.

Uważam, że taką komisję

ze specjalnymi ustawowymi uprawnieniami zniesienia przedawnienia i ustaleniami solidnego zadośćuczynienia finansowego na koszt Kościoła mógłby powołać Rzecznik Praw Obywatelskich. Koszt funkcjonowania komisji powinien ponosić oczywiście Kościól.
Na koniec dodam, że głoszona przez kościół opinia jakoby pedofilia występowała w kościele w takiej samej proporcji jak i w społeczeństwie świeckim jest zupełnie nieuprawniona, bo w zasadzie tylko księży i zakonników katolickich obowiązuje celibat. A celibat powoduje, jak twierdził mój zmarły mąż, że „sperma uderza im do głowy”.

Watykan za zamkniętymi drzwiami

Czterdzieści lat temu, 16 października 1978 roku , biały dym unoszący się z komina Kaplicy Sykstyńskiej obwieścił światu wybór nowego papieża. Został nim – ku ogólnemu zaskoczeniu – polski kardynał Karol Wojtyła, który przybrał imiona Jana Pawła II. Aby móc lepiej zrozumieć ówczesne wydarzenia wypadnie nam nieco cofnąć się w czasie.

 

W wyniku włoskiej rewolucji, w XIX wieku Kościół pozbawiony został władzy w państwach kościelnych a po 1870 roku papież de facto stał się więźniem Watykanu. Sytuacja uległa zmianie dopiero kiedy Pius XI w zamian za pomoc udzieloną Mussoliniemu w dojściu do władzy otrzymał w prezencie 80 mln dolarów (odpowiednik dzisiejszych 500 mln) oraz przywrócono mu na mocy Traktatu Laterańskiego z 1929 roku, tymczasową suwerenność nad miastem Watykan. Tenże traktat sprytnie wykorzystano do założenia Banku Watykańskiego, który mając rejestrację w Watykanie czyli nigdzie, (jako że nie obowiązywały go żadne przepisy świeckiego prawa, stał się – a może od początku był tak pomyślany – znakomitą pralnią pieniędzy. Po II Wojnie Światowej był wręcz nieoceniony przy organizacji masowego przerzutu za ocean zbrodniarzy hitlerowskich w wyniku czego jego zasoby powiększyły się przypuszczalnie o złoto zrabowane wymordowanym przez III Rzeszę Żydom. Jak jednak powszechnie wiadomo, wszystko co piękne szybko się kończy,toteż po wyekspediowaniu z Europy ostatnich nazistowskich oprawców trzeba się było rozejrzeć za nowymi źródłami dochodów. Pomysł na to przedstawił pewien skromny sycylijski handlarz cytryn Michele Sindona, płynnie łączący swoją działalność handlową z reprezentowaniem na terenie Mediolanu interesów… mafii sycylijskiej. W jego staraniach na tym polu wspierał go dzielnie wielce wpływowy arcybiskup Mediolanu Giovani Montini, dzięki czemu Cosa Nostra miała stały dostęp do legalnych pieniędzy, a obaj panowie zostali serdecznymi przyjaciółmi. Trzeba trafu, że w 1963 roku po śmierci papieża Jana XXIII jeden z nich (bynajmniej nie M. Sindona) wybrany zostaje na jego miejsce, przyjmując imię Pawła VI. To naturalnie otwiera nieporównywalnie większe możliwości. Na dobry początek świeżo upieczony papież zatrudnia swego mediolańskiego przyjaciela na stanowisku nadzorcy kościelnych finansów. Ma pomóc w ich pomnażaniu na Chwałę Pana i trzymaniu z daleka od nich zachłannego włoskiego fiskusa.
Trzeba przyznać, że mafijny ekspert wywiązuje się z powierzonego mu zadania bez zarzutu. Zorganizowana przez niego wyprzedaż wybranych watykańskich ruchomości pozwala je nabyć po godziwych cenach mafijnym bossom, którzy w ten oto prosty sposób wymieniają brudne pieniądze z handlu narkotykami i prostytucji na czyściuteńkie watykańskie aktywa. Interes kręci się tak znakomicie, że jego udziałowcy postanawiają poszerzyć sferę działania.
Oczywiście do nowych zadań potrzebni są nowi ludzie. Jednym z wybrańców okazuje się zaufany ochroniarz Pawła VI, bp Paul Marcinkus, który zwykł był mawiać, że Kościół nie utrzyma się z Ave Maria i w swej działalności nie hamowały go nigdy podobne przeżytki jak skrupuły moralne. Taka postawa znajdowała uznanie w oczach jego pryncypała i tak oto w 1971 roku papieski ochroniarz powołany zostaje na szefa Instytutu Dzieł Religijnych, pod którym to eufemizmem ukrywa się Bank Watykański. Skala prowadzonych interesów sprawia, że świątobliwym ojcom zaczyna być cokolwiek niezręcznie prowadzić je na wprost z mafią, toteż rada w radę postanawiają czynić to przy udziale pośrednika. Wybór pada na szanowany mediolański Banco Ambrosiano, w którym Watykan ma też swoje udziały. Na jego dyrektora w 1971 roku, powołany zostaje z polecenia M. Sindony (czytaj mafii) niejaki Roberto Calvi. Naturalnie zbieżność dat z nominacją bp P. Marcinkusa całkowicie (nie) przypadkowa…
Teraz pozostało tylko całkowicie opanować mediolański bank, co wymagało od naszych bohaterów nieco zachodu. Rzecz w tym, że w jego statucie znajdował się zapis ograniczający liczbę posiadanych udziałów dla każdego z akcjonariuszy na maksimum 5% całości portfela. Nowy dyrektor poradził sobie z tym problemem z lekkością motyla tworząc cały łańcuch spółek – wydmuszek zarejestrowanych w rajach podatkowych, przy pomocy których wykupił pozostałe akcje.Niejako przy okazji stworzony został perfekcyjny system prania pieniędzy, gdyż przelewając ogromne sumy z jednego kończ świata na drugi pomiędzy owymi spółkami i wchodzącymi w skład owej korporacji oboma bankami, skutecznie zacierano źródło ich pochodzenia.
Na scenie pojawia się teraz kolejny bohater naszej opowieści, włoski przedsiębiorca i polityk Licio Gelli, znajdujący także w nawale swych rozlicznych obowiązków, czas na przewodniczenie Loży Masońskiej Propaganda Due (P – 2), skupiającej w swych szeregach całą śmietankę towarzyską ówczesnych Włoch. Rzeczony Licio Gelli jak na Wielkiego Mistrza przystało miał niezwykle barwny życiorys. Karierę rozpoczynał jako działacz włoskiej Narodowej Partii Faszystowskiej Duce, w czasie II Wojny Światowej walczył w randze porucznika w Dywizji SS Herman Goering, by po jej zakończeniu z zapałem zająć się ewakuacją swoich najbardziej zasłużonych towarzyszy broni za ocean, co pozwoliło im uniknąć stryczka. Nie trzeba dodawać, że w tej humanitarnej akcji korzystał szczodrze ze wsparcia Watykanu… Teraz, kiedy jego koledzy Paweł VI, Michele Sindona i Roberto Calvi budowali swoje finansowe imperium doszlusował do nich stając się kluczowym klientem Banco Ambrosiano.
Interes kręcił się znakomicie : miliardy mafijnych środków pochodzących z handlu narkotykami wprowadzano do legalnego obrotu a Kościół nie musiał już bynajmniej utrzymywać się ze zdrowasiek. I kiedy wyglądało, że biznes kwitł będzie do końca świata i jeden dzień dłużej, niespodziewanie 6 sierpnia 1978 roku w Castel Gandolfo umiera jeden z kluczowych udziałowców naszej korporacji – Paweł VI.
Zapewne powołano coś na kształt sztabu kryzysowego aby zabezpieczyć interesy pozostałych akcjonariuszy przed nieodpowiedzialnym wyborem na wakujące stanowisko człowieka,mogącego swoim wścibstwem zaszkodzić wszystkim zainteresowanym. Ideałem byłby kandydat spoza watykańskiego establishmentu, który nie będzie się interesował rzeczami tak przyziemnymi jak watykańskie finanse a zwłaszcza źródło ich pochodzenia. Nie wiemy naturalnie w jaki sposób dotarto do Ducha Świętego z sugestią, którego kandydata winien wskazać elektorom za godnego objęcia sukcesji, faktem jest, że wywiązał się on ze swego obowiązku znakomicie. Po jednym z najkrótszych konklawe w historii bo już w drugim dniu jego trwania,26 sierpnia 1978 roku o godzinie 18.05 ogłoszono wybór nowego papieża.
Nowo wybrany Ojciec Święty zdawał się spełniać wszystkie warunki jakie stawiali przed jego kandydaturą członkowie sztabu kryzysowego, ale jego powołanie na Tron Piotrowy okazało się niespodziewanie kolejnym potwierdzeniem prawdziwości przysłowia mówiącego, że kiedy Bóg chce nas ukarać, spełnia nasze życzenia…
Kardynał Albino Luciani – on to bowiem został wybrańcem uczestniczących w konklawe elektorów – był patriarchą Wenecji i przez całe swoje dotychczasowe życie trzymał się jak najdalej od rzymskiej kurii wraz ze wszystkimi jej intrygami. Pochodził z bardzo ubogiej rodziny. Jego ojciec był rolnikiem gospodarzącym na cztero hektarowym poletku, co zapewne z ogromnym trudem wystarczało do utrzymania rodziny. Jego największym marzeniem było zostanie wiejskim proboszczem, ale los najwyraźniej sobie z niego zażartował. Bardzo szybko został biskupem niewielkiej diecezji a następnie kardynałem i patriarchą Wenecji. Wybierając się na konklawe, możliwości swojego wyboru w ogóle nie brał pod uwagę a skomentował je słowami: „Trudno będzie znaleźć osobę, która mogłaby sobie poradzić z licznymi problemami stanowiącymi naprawdę ciężkie brzemię. Na szczęście mnie nie grozi to niebezpieczeństwo”. Po ogłoszeniu wyników głosowania początkowo nie przyjął wyboru dlatego kardynałowie musieli głosować po raz drugi. Skapitulował dopiero po powtórnym wyborze. Wszystkim zainteresowanym musiało się wydawać, że wybrano idealnego kandydata dla zachowania istniejącego status quo. Jakże srogo się pomylili!
Nowo wybrany papież – czego zapewne nie wzięto w swych rachubach pod uwagę – był nade wszystko człowiekiem uczciwym, zaś swoją posługę traktował jak powołanie a nie drogę do kariery. Niespodzianki zaczęły się od tego, że Ojciec Święty, który przybrał imiona Jana Pawła, zrezygnował z obowiązującej wśród jego poprzedników formy pluralis maiestatis,odrzucił barokową koronację i nie założył potrójnej korony z diamentami, nie zgodził się na obnoszenie go w lektyce a na pierwszą audiencję udał się… piechotą! Odmówił także spotkania z przybyłymi do Rzymu szefami ultraprawicowych reżimów Argentyny, Paragwaju i Chile. Zresztą czego można się było spodziewać po facecie, który w czasie kryzysu paliwowego w 1973 roku, zamiast wyegzekwować dodatkowy przydział benzyny, pojechał do parafii koło Mestre koleją a przed wiejski kościółek zajechał z fasonem… na rowerze, wywołując spontaniczny aplauz zgromadzonych parafian ! Kardynał !! Spróbujcie sobie Państwo wyobrazić podobny obrazek w polskich realiach… Wybór A. Luciani został wszędzie bardzo ciepło przyjęty – natychmiast nazwano go „uśmiechniętym papieżem”. Pojawiły się nadzieje na oczyszczenie swoistej „stajni Augiasza”, w którą zamienił się Watykan.
Za wyraz owych nadziei uznać zapewne należy zaadresowany do Jana Pawła list otwarty dziennikarzy opiniotwórczego „Il Mondo”. Jego autorzy w prostych żołnierskich słowach postawili nowej głowie Kościoła kilka zasadniczych pytań domagając się przywrócenia przez adresata „ładu i porządku moralnego” w Watykanie. Pytano między innymi : „ Czy słusznym jest by Watykan działał na rynku jak zwykły spekulant?” „Czy właściwe jest by Bank Watykański pomagał w nielegalnych transferach kapitału z Włoch do innych krajów?” „Czy bank powinien pomagać swoim klientom w uchylaniu się od płacenia podatków?”
Wścibskich pismaków interesowała także – nie wiedzieć czemu – współpraca Watykanu z takimi postaciami jak M.Sindona, pełniącego za pontyfikatu Pawła VI rolę oficjalnego bankiera Watykanu, któremu podlegały wszystkie zagraniczne transakcje Stolicy Apostolskiej.W liście zawarta była także przejrzysta aluzja do biskupa P. Marcinkusa : „To jedyny biskup, który jest jednocześnie członkiem zarządu banku świeckiego, utrzymującego filię w jednym z rajów podatkowych”. Rzecz szła o Cisalpine Overseas Bank w Nassau na Bahamach, przekształcony później w Banco Ambrosiano Overseas.
Te rewelacje jak i informacje o aferze w kościele amerykańskim z arcybiskupem Johnem Patrickiem Codym w roli głównej, gdzie wyparowało 5 mln dolarów, miały zapewne spory wpływ na pierwsze działania Jana Pawła I. Już w drugim dniu swojego urzędowania, 27.08.78 zawiadomił on kardynała Jeana Marie Villota pełniącego funkcję watykańskiego sekretarza stanu, o zamiarze wszczęcia śledztwa w sprawie finansów Stolicy Apostolskiej. W rozmowie stwierdził : „ Nie pominiemy żadnej dykasterii, żadnej kongregacji ani żadnej sekcji.” Po tygodniu na biurko papieża trafił wstępny raport o działalności Instytutu Dzieł Religijnych, prowadzącego – o dziwo ! – czysto świecką działalność !
Z około 11 tysięcy prowadzonych w nim kont tylko 1650 służyło sprawom Kościoła a pozostałe (9630) były źródłem środków na łapówki lub osobiste wydatki takich postaci jak M.Sindona, L. Gelli, R. Calvi i… bp P.Marcinkus. Jednak wymienione rewelacje okazały się być zaledwie uwerturą, gdyż 7.09.78 kardynał G. Benelli przyniósł papieżowi kolejne bardzo złe wieści. Narodowy Bank Włoski wszczął dochodzenie w sprawie powiązań R. Calviego i Banco Ambrosiano, z Bankiem Watykańskim. Śledztwo obejmowało przeprowadzoną przez R.Calviego transakcję zakupu Banco Cattolica del Venetto oraz manipulacje akcjami florenckiego Banco Mercantile. Raport kontroli skarbowej dotarł na biurko sędziego Emilio Alessandriniego, a wnioski w nim zawarte prostą drogą prowadziły na ławę oskarżonych (poza Calvim naturalnie !) takich watykańskich dostojników jak bp P. Marcinkus i jego najbliższych współpracowników Luigi Mennini i Pelegrino de Strobel. Jakby i tych rewelacji było za mało, we wtorek 12.09.78 w serwisie Agencji Informacyjnej L’Osservatore Politico ukazał się artykuł pod znamiennym tytułem „Wielka Loża Watykańska” zawierający listę 121 wybitnych duchownych i świeckich katolickich mających być członkami lóż masońskich powiązanych ze znanym nam już Licio Gellim i słynną Lożą P – 2. Gdyby informacja okazała się prawdziwa, papież byłby zmuszony do podjęcia radykalnych kroków a wymienieni na liście kardynałowie i biskupi utracili by swoje tytuły i urzędy podlegając dodatkowo ekskomunice. Na samym szczycie listy figurowało nazwisko kardynała … J.M.Villota ! Żarty się skończyły, zaczęły się schody.
Sprawdzenie autentyczności opublikowanych rewelacji wbrew pozorom było dość proste, gdyż włoskie prawo nakazuje tajnym stowarzyszeniom rejestrację we właściwym urzędzie nazwisk swoich członków. Papież poprosił zaufanych współpracowników, kardynałów Pericle Feliciego i Giovanni Benelliego, których nazwiska nie figurowały na liście, o podjęcie stosownych działań. Otrzymana błyskawicznie odpowiedź upewniła Ojca Świętego w jego podejrzeniach, że jest źle a nawet jeszcze gorzej ! Na liście obok kardynała J.M.Villota figurowały między innymi nazwiska jego asystenta, kardynała S.Baggio, papieskiego ministra spraw zagranicznych Agostino Casaroli, wikariusza diecezji rzymskiej Ugo Polletti, zaufanego sekretarza Pawła VI prałata Pasquale Macchi oraz – jakżeby inaczej – naszego ulubieńca biskupa Paula Marcinkusa. Równolegle do papieża zaczęły docierać wyniki dochodzenia w sprawie Banku Watykańskiego zawierające informacje o nielegalnych transakcjach, spółkach – wydmuszkach, oszustwach w obrocie papierami wartościowymi i praniu miliardów dolarów pochodzących z prowadzonego przez mafię handlu narkotykami. Tego już było zbyt wiele– nawet jak dla człowieka o tak łagodnym usposobieniu jak Albino Luciani.
W sobotę 23.09.78 Jan Paweł I został biskupem Rzymu. W pierwszej homilii zacytował św. Grzegorza Wielkiego: „Pasterz powinien z pełnym współczuciem być blisko każdego ze swych poddanych. Zapominając o swoim miejscu w hierarchii za równych sobie powinien uważać tych, którzy postępują właściwie, jednak wobec złych nie powinien się cofać przed korzystaniem z praw, jakie mu daje jego urząd.” Powiało grozą.
Porządki zaczęły się 28.09.78. Wcześnie rano papież wezwał do siebie kardynała S. Baggio, któremu oznajmił, że wie o jego przynależności do P-2 i zamierza odesłać go do Wenecji. Atak furii purpurata przyjął z olimpijskim spokojem. Po południu przy herbacie papież poinformował kardynała J. M. Villota o swojej decyzji natychmiastowego zwolnienia biskupa P. Marcinkusa ze stanowiska prezesa Banku Watykańskiego i wydalenia go z Watykanu. Miał wrócić do rodzinnego Chicago i objąć tam obowiązki biskupa pomocniczego. Inni członkowie kierownictwa banku mający powiązania z Marcinkusem, Sidoną i Calvim, mieli zostać zdymisjonowani i przeniesieni na podrzędne stanowiska poza Watykanem.
Sam kardynał dostał polecenie złożenia do końca dnia rezygnacji ze swojego stanowiska i bezzwłocznego powrotu do rodzinnej Francji. Zastąpić go miał kardynał Giovanni Benelli. Na odchodnym usłyszał jeszcze, że wszyscy jego przyjaciele z masonerii zostaną usunięci ze Stolicy Apostolskiej i skierowani do obowiązków w parafiach pod nadzorem biskupów i prałatów. Rozmowa zakończyła się o 19.30. Po kolacji spożytej w towarzystwie swoich sekretarzy Johna Magee i Diego Lorenziego, papież obejrzał wieczorne wiadomości, po czym udał się do swego gabinetu by jeszcze raz przejrzeć notatki. O 21.30 udając się na spoczynek, w doskonałym nastroju pożegnał się ze swymi sekretarzami i gosposią.
Następnego poranka o 4.30 siostra Vincenza – tak jak codziennie – postawiła na stoliku przed drzwiami papieskiej sypialni dzbanek kawy i zapukała. Ku swemu zdziwieniu, kiedy po pół godzinie przyszła ponownie, dzbanek stał nietknięty. Zapukała i kiedy nie usłyszała odpowiedzi weszła do pomieszczenia. Na łóżku siedział nieruchomo Jan Paweł I ściskając w dłoni plik kartek, reszta leżała rozrzucona na kołdrze. Zakonnica natychmiast zadzwoniła po ojca Magee. Kiedy sekretarz wszedł do sypialni i ujrzał tam nie dającego znaku życia papieża natychmiast zatelefonował do kardynała Villota zajmującego jeden z apartamentów w Pałacu Laterańskim. Ku jego najwyższemu zdumieniu pierwszym pytaniem dostojnika było: „Czy ktoś jeszcze wie, że Ojciec Święty nie żyje?” J. Magee odparł, że nikt poza papieską gospodynią. Kardynał polecił mu wówczas, by nikomu, nawet siostrze Vincenzie nie pozwolił wejść do pomieszczenia. On, jako kardynał kamerling osobiście wszystkim się zajmie po przybyciu na miejsce. Istotnie, zjawił się błyskawicznie – ku zdziwieniu zakonnika – starannie ogolony i ubrany w odświętne szaty. O 5.00 rano ! Nie mniej szokujące były czynności podjęte przez J.M.Villota. Pierwszą z nich było … zapakowanie przedmiotów z papieskiej sypialni do przyniesionej ze sobą (!) torby, do której trafiały kolejno stojące na nocnym stoliku lekarstwa, rozrzucone na łożu kartki i plik dokumentów trzymany przez Jana Pawła I w dłoni. Następnie z szuflady biurko zabrany został papieski testament, terminarz jego zaplanowanych spotkań i lista planowanych nominacji. Na koniec w czeluściach torby zniknęły papieskie okulary i pantofle nocne. Nikt nigdy więcej nie zobaczył już tych przedmiotów. Dopiero po tym świątobliwy ojciec znalazł chwilkę czasu by udzielić zmarłemu ostatniego namaszczenia. Po odprawieniu obrzędu nakazał osłupiałemu papieskiemu sekretarzowi natychmiastowe odesłanie siostry Vincenzy do jej macierzystego klasztoru w Wenecji „by nie mogli się z nią kontaktować dziennikarze.” Dopiero po tym zatelefonował po watykańskiego lekarza, doktora Renato Buzzonetiego, który dotarł na miejsce kilka minut przed 6.00 rano. Po dokonaniu pobieżnych oględzin zwłok oświadczył, że zgon nastąpił pomiędzy 22.30 a 23.00 dnia poprzedniego, a przyczyną miał być zawał serca. Po tej diagnozie kardynał wyjął ze swoich szat niewielki srebrny młoteczek, którym uderzył w papieskie czoło pytając: „Albino Luciani, czy jesteś martwy?” Po trzykrotnym powtórzeniu tej czynności wygłosił oficjalną formułę stwierdzającą śmierć papieża.
Jeszcze nie zamknęły się na dobre drzwi za lekarzem, gdy do sypialni wkroczyli dwaj balsamiści, bracia Ernesto i Arnoldo Signoracci. Było kilka minut po 6.00, więc J. M. Villot musiał ich wezwać NATYCHMIAST po telefonie od o. J. Magee a przed telefonem do lekarza i zanim sam mógł na własne oczy stwierdzić, że papież nie żyje. Teraz nakazał przybyłym natychmiastowe wstrzyknięcie do naczyń krwionośnych zmarłego płynu konserwującego co naturalnie uniemożliwiało dokładne określenie przyczyny zgonu po ewentualnej autopsji. Zszokowany dotychczasowym przebiegiem wydarzeń papieski sekretarz, otrzymał polecenie przedstawienia dziennikarzom kłamliwej wersji wydarzeń, jakoby to on, a nie siostra Vincenza znalazł martwego papieża. Surowo zabroniono mu wspominać o kartkach trzymanych w reku przez zmarłego i rozsypanych na jego łożu, oraz o przedmiotach spakowanych przez kardynała do torby.
O 6.45 kardynał kamerling przekazał informację o śmierci Jana Pawła I dziekanowi kolegium kardynalskiego, kardynałowi Confalonieriemu, szefowi watykańskiego korpusu dyplomatycznego prałatowi Agostino Casaroli i sierżantowi Hansowi Rogganowi z Gwardii Szwajcarskiej. Nieomal natychmiast po otrzymaniu tej wiadomości, sierżant natknął się na biskupa P.Marcinkusa, co było zdarzeniem zupełnie wyjątkowym, gdyż biskup mieszkał w Rzymie, 20 minut drogi (samochodem naturalnie!) od Watykanu i NIGDY nie pojawiał się w swoim biurze przed godziną 9.00. Na widok dostojnika sierżant spontanicznie wypalił: „Ojciec Święty nie żyje!”. Znaleziono go martwego w łóżku! Ku najwyższemu zdumieniu gwardzisty, ta rewelacja nie wywołała żadnej reakcji purpurata…
Wreszcie o 7.27 radio watykańskie puściło w eter kłamliwą wersję wydarzeń owego tragicznego poranka sprokurowaną przez kardynała Villota. Jak powszechnie wiadomo kłamstwo ma krótkie nogi, toteż wkrótce Watykan zmuszony był przyznać, że zmarły trzymał w ręku plik notatek zawierające dane pewnych nominacji w Kurii Rzymskiej i włoskim episkopacie. Kolejnym poważnym problemem wizerunkowym stała się gorączkowa praca balsamistów w sytuacji, gdy włoskie prawo zakazuje balsamowania zwłok przed upływem 24 godzin od śmierci, bez zgody Sądu. Zaczęto publicznie podnosić kwestię autopsji – a raczej jej braku. Już 1. X. 78 na pierwszej stronie opiniotwórczego mediolańskiego dziennika „Corriere Della Sera” ukazał się artykuł pod tytułem: „Dlaczego nie ma zgody na autopsję?” Te głosy miały bardzo poważne uzasadnienie. Zmarły papież miał dopiero 66 lat, nigdy nie palił, alkohol pił tylko okazjonalnie i w minimalnych ilościach, zdrowo się odżywiał i zajmował sportem. Osobisty lekarz Jana Pawła I, dr Carlo Frizzerio potwierdził, że Ojciec Święty nie miał żadnych objawów choroby serca. Poza tym miał niskie ciśnienie, co powinno – przynajmniej w teorii – zabezpieczać go przed atakiem serca. „ Tak naprawdę – stwierdził lekarz – papież wymagał pomocy tylko raz, gdy zapadł na ciężką grypę.” Tą diagnozę potwierdził w rozmowie z dziennikarzami, dr Giuseppe Da Ros, który badał Jana Pawła I w sobotę, 23.09.78 : „ On nie czuł się dobrze, lecz bardzo dobrze !” Wybitni kardiologowie w całego świata z doktorem Christianem Barnardem z RPA (pionierem operacji transplantacji serca), uznali in gremio postawienie diagnozy zawału serca jako przyczyny zgonu bez przeprowadzenia sekcji zwłok, za „ bzdurę i niedorzeczność.”
Wzrastający nacisk opinii publicznej popchnął kardynała Villota do kolejnego kłamstwa : stwierdził publicznie, że prawo kanoniczne wprost zakazuje poddania zmarłego papieża takiemu badaniu. Szybko okazało się jednak, że prawo kanoniczne WCALE nie reguluje tej kwestii, zaś w historii znane są co najmniej dwa przypadki przeprowadzenia sekcji zwłok zmarłych papieży: w 1774 roku po śmierci Klemensa XIV i w 1830 po śmierci Piusa VIII. Na domiar złego okazało się, że wymyślona przez doktora Buzzonetiego godzina śmierci papieża jest – najoględniej rzecz biorąc – wzięta z sufitu. Zgodnie ze świadectwem watykańskich balsamistów, gdy przystępowali oni do pracy (kilka minut po 6.00 rano) ciało było jeszcze ciepłe. Potwierdził to także drugi z papieskich sekretarzy o. Lorenzi. Dodajmy, że ani wtedy, ani nigdy potem nie przedstawiono opinii publicznej świadectwa zgonu, za to skrupulatnie zadbano o to, by ze wszystkich 19 pomieszczeń składających się na papieskie apartamenty zniknęły wszelkie ślady mogące wskazywać na to, że Jan Paweł I kiedykolwiek w nich zamieszkiwał i pracował jako najwyższy zwierzchnik Kościoła katolickiego. Coraz głośniej zaczęto mówić o morderstwie… Pod taką presją, wyznaczono konklawe w najbliższym dopuszczalnym terminie licząc na to, że jego rezultaty „przykryją” śmierć papieża i pomogą w zamilczeniu całej sprawy. Uczyniono także wszystko, by na tym zwoływanym w takim pośpiechu konklawe Duch Święty stanął tym razem na wysokości zadania wskazując kandydata, który nie będzie się starał wtykać nosa w nie swoje sprawy, przeszkadzając Kościołowi i jego wspólnikom w robieniu kasy.
Tak oto zwołane 14.X.78 konklawe już 16.X.78 ogłosiło swój werdykt wynosząc na Tron Piotrowy polskiego kardynała Karola Wojtyłę, co natychmiast stało się sensacją, przysłaniającą ostatnie tragiczne wydarzenia. Nowy papież przybrał imię Jana Pawła II co miało sugerować, że będzie kontynuować dzieło porządków rozpoczęte przez poprzednika. Będąc człowiekiem stosunkowo młodym i cieszącym się dobrym zdrowiem dawał swym elektorom nadzieję na długi pontyfikat co z kolei wróżyło utrzymanie pożądanego przez nich status quo przez długie lata. To w teorii, a w praktyce? Myślę, że odpowiedź na to pytanie znajdziemy w dalszych losach pozostałych naszych bohaterów, których – mam nadzieję – także zdążyliście już Państwo polubić.
Początkiem przywracania naruszonego status quo było zamordowanie 29 stycznia 1979 roku w Mediolanie znanego nam już sędziego Alessandriniego, prowadzącego – jak pamiętamy – dochodzenie w sprawie mafijnych powiązań Watykanu. Pięciu bandytów zastrzeliło sędziego gdy zatrzymał na czerwonym świetle swój samochód. Co ciekawe, prowadzone przez niego dochodzenie natychmiast zamknięto …
Kontynuacją było zamordowanie 20 marca 1979 roku w Rzymie redaktora i założyciela agencji informacyjnej OP Osservatore Politico – Carmine Pecorelli, który miał nieostrożność zawiadomienia Jana Pawła I o przynależności do masonerii wielu jego najbliższych współpracowników. Morderca wepchnął głęboko lufę pistoletu w gardło ofiary i dwukrotnie wystrzelił. Policjanci znaleźli w ustach zamordowanego kamień, co w języku mafii oznacza, że zastrzelony już nigdy nie ujawni tajemnicy.
W marcu 1979 roku do sądu w Nowym Jorku wpłynął akt oskarżenia przeciwko Michele Sindonie, obejmujący imponującą listę 79 przestępstw, łącznie wycenianych przez prokuraturę na 25 lat pudła. Ożywioną korespondencję na ten temat prowadzili ze sobą zastępca prokuratora Nowego Jorku John Kenney i włoski prawnik Giorgio Ambrosoli z Mediolanu. Mniej więcej w tym samym czasie śledczy Boris Giuliano odkrył mafijne powiązania naszego bohatera.
Było zapewne całkowitym przypadkiem, że 11 lipca 79 roku zastrzelono na ulicy G. Ambrosolo, a 21 lipca zamordowano nazbyt dociekliwego śledczego. M. Sindona tymczasem udawał, że się ukrywa, a amerykański i włoski wymiar sprawiedliwości udawały, że go poszukują. Ta ciuciubabka trwała dopóki w 1986 roku stróże prawa nie podsłuchali rozmowy telefonicznej naszego bohatera, która naprowadziła ich na ślad będących w jego posiadaniu dokumentów kompromitujących szereg osób z politycznego świecznika Włoch, Watykanu i Bóg jeden wie skąd jeszcze. Dokumenty przejęto i po rozbrojeniu tej bomby M. Sindonę bez dalszej zwłoki zapuszkowano, Długo sobie nie posiedział, gdyż niefartownie wypił kawę doprawioną cyjankiem czy czymś podobnym, co jemu zdecydowanie zaszkodziło, zaś jego byłym wspólnikom zapewniło spokojny sen. Teraz wszyscy mogli już być całkowicie pewni jego milczenia …
Roberto Calvio pozostał na swoim stanowisku – co więcej – wkrótce stał się stałym bywalcem na obiadach u naszego wielkiego rodaka. Szczodrze finansował ze środków swojego banku działalność „Solidarności”, udostępnił zarówno Banco Ambrosiano jak i sieć swoich fikcyjnych spółek do transferu kasy jaką organizacja pod nazwą CIA pompowała via Watykan w polską opozycję. Bez ryzyka dużego błędu możemy przyjąć, że nie czynił tego z pobudek ideowych, a inspirację do swych działań czerpał nie tyle może bezpośrednio od Ducha Świętego,ile od urzędującego naonczas następcy św. Piotra. Kiedy w 1981 roku w skarbcach jego banku zaczęło z lekka prześwitywać dno zaczął niejasno podejrzewać, że wystrychnięto go na dudka, a że nieszczęścia najczęściej chodzą parami, wpadł przy nielegalnym wywozie okrągłej kwoty 26,4 mln dolarów.
W trakcie procesu – wbrew obawom wspólników – milczał jak grób, wierząc widać, że wyciągną go z kabały. Po wyroku skazującym go na 4 lata więzienia, załamał się. Złożył apelację i wyszedł za kaucją ale zszarpane nerwy zaczęły być złym doradcą. Zaczął opowiadać w towarzystwie, że został przez Ojca Świętego – mówiąc kolokwialnie – wystawiony do wiatru. Wszędzie chodził z teczką zawierającą dokumenty – według niego – kompromitujące Watykan. „Jeżeli coś mi się stanie, papież będzie musiał abdykować” – powiedział. W rozpaczy napisał nawet osobisty list do Jana Pawła II sugerujący, że jego upadek będzie także katastrofą dla Watykanu. Zapachniało szantażem.
Jak się pewnie państwo domyślacie list pozostał bez odpowiedzi, za to 7 czerwca 1982 roku w Bibliotece Watykańskiej spotkali się panowie Ronald Raegan i Jan Paweł II.
Jedenaście dni później pod mostem Blackfriers w Londynie znaleziono 9,5 metrową linę, której jeden koniec przywiązano do barierki mostu, zaś drugi zakończony był 120 kilogramowym ciałem byłego „Bankiera Boga” – jak nazywano Roberto Calviego. Kilka godzin przed tym, ginie w Mediolanie jego sekretarka, która przypadkiem nieszczęśliwie wypada z okna biura w którym pracuje. Ot, taki zbieg okoliczności… Śmierć jej bossa uznana zostaje przez brytyjski (niezależny a jakże!) Sąd za samobójstwo, pomimo, że denat skacząc z wysokości 3 piętra nie uszkodził sobie (jak wykazała sekcja zwłok) kręgów szyjnych… Czy byłby to cud w Londynie ?
Nieutulonej w żalu rodzinie dopiero po 16 latach udało się odkręcić to kuriozalne orzeczenie. Łatwo zrozumieć ich upór i determinację: żadna firma ubezpieczeniowa na świecie nie realizuje polis na życie samobójców… We wznowionym w 1998 roku śledztwie skupiono się na osobie niejakiego Flavio Carboniego, pewnie dlatego, że był dość łatwo dostępny, siedział bowiem za sprzedaż zawartości słynnej teczki Calviego. Kupcem okazał się być rezydujący w Watykanie czeski biskup Pavel Hnilica, który zeznał przed Sądem, że środki na ten zakup dostał z Banku Watykańskiego. Nie muszę dodawać, że ani teczki, ani dokumentów które zawierała nikt już więcej nie widział.
Kilka godzin po śmierci R.Calviego z biura umiejscowionego w wynajętym pokoju hotelowym w Monte Carlo wysłano polecenia przelewu dużych sum z rachunków Banco Ambrosiano na rachunki spółek z siedzibami w skrytkach pocztowych w Panamie. Natychmiast po przeprowadzeniu tej operacji człowiek wynajmujący pokój zlikwidował znajdujące się w nim biuro i zniknął, a wraz z nim 1,5 mld $ z kont Banco Ambrosiano.
Niefartownie potoczyły się także dalsze losy Licio Gelli. W 1981 roku policja przeszukująca willę kluczowego klienta Banco Ambrosiano w toskańskim Arezso znalazła listę ponad tysiąca nazwisk najbardziej wpływowych ludzi we Włoszech, będących członkami P – 2. Lożę natychmiast zdelegalizowano jako organizację zagrażającą bezpieczeństwu państwa a jej mistrz salwował się ucieczką do Szwajcarii. Kiedy sprawa nieco przyschła przeniósł się do luksusowej willi w Cannes gdzie żył sobie spokojnie hodując kwiatki doniczkowe. Jego spokój ponownie zakłócili jednak w 1998 roku stróże prawa, którzy w doniczkach hodowanych przez Wielkiego Mistrza roślinek znaleźli … 160 kg złota ! Złoto trafiło zapewne do skarbca Republiki Francuskiej a jego dotychczasowy właściciel do francuskiego pierdla. Niestety nie udało mi się ustalić, kto podlewał kwiatki podczas jego długiej, wymuszonej nieobecności w domu…
Nie wszystkich bohaterów naszej opowieści prześladował jednak tak straszliwy pech. Biskup Paul Marcinkus aż do końca lat 80 kierował Instytutem Dzieł Religijnych powierzonym jego pieczy i w dobrym zdrowiu dotrwał do emerytury, którą spędzał w swojej posiadłości w stanie Arizona oddając się życiowej pasji – grze w golfa. Niezłomnego zaufania jakim darzył go Jan Paweł II, nie podważyły nawet oskarżenia o oszustwa i defraudacje okrągłej kwoty 3 mld $, dzięki czemu śledczy całego świata chcący z nim zamienić choć kilka słów na ten temat, mogli mu co najwyżej skoczyć na immunitet.
Żadna krzywda nie spotkała roztargnionego biskupa Johna Cody’ego z Chicago, któremuś gdzieś się zapodziało marne 5 mln zielonych. Dożył spokojnie swoich dni przez nikogo już nie niepokojony.
Nic złego nie spotkało także kardynała J. M. Villota a kariera jego kolegi z P – 2 nabrała nawet rozpędu. Agostino Casaroli – bo o nim to mowa – został w 1979 roku ustanowiony przez Jana Pawła II Sekretarzem Stanu i Przewodniczącym Administracji Dóbr Stolicy Apostolskiej a 30 czerwca 1979 roku otrzymał z jego rąk nominację kardynalską.
Swoiste resume stanowić może przypadek niejakiego Enrico De Pedisa, który szefował gangowi z Magliany i 2 lutego 1990 roku zginął w mafijnych porachunkach. Ku osłupieniu całego świata przestępca został pochowany w bazylice św, Apolinarego położonej w samym centrum Rzymu, a zgodę na pochówek wydał sam kardynał Ugo Polletti (skąd my już znamy to nazwisko ?!), piastujący naonczas godność wikariusza diecezji rzymskiej. Dodatkowego smaczku całej sprawie dodaje fakt, że obowiązujące od 1983 roku prawo kanoniczne (kanon 1242) przewiduje grzebanie w kościołach wyłącznie papieży, kardynałów i biskupów diecezjalnych więc podjęcie podobnej decyzji z pewnością nie było możliwe bez co najmniej cichej zgody Watykanu. Wiedząc kim był Enrico De Pedisa, strach się domyślać za jakie zasługi mógł zostać pośmiertnie tak wyróżniony…
Jan Paweł I mówił językiem ludzi, do których przemawiał. Jego celem był Kościół „nowej ewangelizacji”, który idzie na krańce świata. Nie dane mu było zrealizować swoich planów, ale ziarno zostało zasiane i wzeszło po wielu latach wraz z wyborem papieża Franciszka. Pomimo iż od Jego tajemniczej śmierci minęło przeszło 40 lat sprawa najwyraźniej uwiera Watykan, gdyż niedawno światło dzienne ujrzała książka autorstwa watykanistki Stefanii Falarki „Papież Luciani. Kronika śmierci”, która – jak to określono – „kładzie kres spekulacjom w sprawie śmierci Jana Pawła I”. Dodajmy wracając do totalnie skompromitowanej – jak by się mogło wydawać – wersji śmierci w wyniku… choroby sercaa. Z ogłoszeniem owych rewelacji przytomnie odczekano, aż z naszego padołu łez odejdą wszyscy ci, którzy swego czasu skutecznie ową wersję oprotestowali…

Głos prawicy

Franek lewak

Prawnik Witold Jurasz komentuje ostatnie poczynania głowy kościoła:
Watykan ogłosił decyzję papieża Franciszka, zmieniającą jeden z artykułów Katechizmu Kościoła Katolickiego tak, że obecnie Kościół jednoznacznie i bez wyjątków wyklucza stosowanie kary śmierci.
Po przejrzeniu kilkunastu wpisów znanych publicystów, komentatorów a nawet polityków polskiej „prawicy” na ten temat z rozbawieniem odnotowuję, że najbardziej niezadowoleni z tej zmiany są ci, który są równocześnie zażartymi „obrońcami życia”. Nie mniej komiczne jest też to, że krytyka papieża jest wprost proporcjonalna do ilości wpisów o tradycji, Kościele, Bogu oraz ilości zdjęć i grafik nawiązujących do religii na profilu. Zawsze myślałem, że w Kościele nie ma wyboru i nie można danego punktu Katechizmu akceptować, a innego już nie. Do tej pory konserwatyści atakowali tzw. „Kościół Otwarty” za takie rzekomo wybiórcze podejście. Zabawne, że teraz strona konserwatywna robi dokładnie to samo.
Do tej pory wiedziałem, że Polska jest w oczach intelektualnie ciekawych (w angielskim sensie słowa „interesting”, które jest delikatną formą zasugerowania szaleństwa) publicystów i polityków ostatnią redutą obrony Europy, ale zaraz okaże się, że jesteśmy też depozytariuszami prawdziwej wiary. Watykanem zaś rządzą masoni, liberałowie i gender, a papież Franciszek to lewak (i tylko intelektualnie ciekawa pani z teatru w Poznaniu uważa, że prawak).
Kiedyś bym się nadmiarem paranoików martwił, ale nie widząc żadnych szans na terapię myślę, że to dobrze, że szaleńcy przestali się ukrywać. Im szybciej nasza psychoprawica stanie się sektą tym szybciej powstanie w Polsce solidna europejska prawica w stylu CDU albo brytyjskich konserwatystów (które to partie rzecz jasna w oczach psychoprawicy żadną prawicą nie są).
I tylko jedno mnie martwi. Na lewicy w sondażach co prawda dominują na nowo nasi rodzimi „genosse der Bosse”, ale dziecięca choroba lewicowości wśród młodej lewicy ma jednak ostry przebieg, więc grozi nam, że pewnego dnia możemy wpaść z deszczu pod rynnę.

 

Dobra zmiana w PKP

Publicysta Piotr Zaremba dzieli się kilkoma kolejowymi refleksjami…
Jeżdżę teraz często po Polsce pociągami. Ten scenariusz powtarza się: na dworcu głównie komunikaty o spóźnieniach, a ja wśród tłumu na peronie albo wgapiam się w tablicę, albo wypatruję pociągu. Komunikat słyszalny nie zawsze, atmosfera loterii, przy czym efekt ostateczny coraz częściej jest ten sam: półgodzinne, godzinne, półtoragodzinne spóźnienie.
Poczucie straty czasy, ale też dla ludzi często jeżdżących odpowiedni tryb życia. Nie można wyruszyć na styk, o ile jedziemy na godzinę, więc zapasy czasowe, jakie trzeba uwzględnić są często wielogodzinne. Czy to sprzyja społecznej mobilności? Czy miasta oddalają się od siebie zamiast zbliżać? Pomijam już linie dotknięte remontami (Poznań, Lublin). Między Warszawą i Krakowem nic się nie dzieje. A jednak dzieje się prawie zawsze. I nie ma winnego, choć operatorem całości jest zdaje się PKP, więc i „zerwane trakcje” ją obciążają. Personel z którym się stykamy odpowiedzialny nigdy nie jest, ludzie na stacji też nie. Borykamy się z odczłowieczoną, zawsze niewinną machiną. Symbolizuje ją głos zapowiadaczki lub kierownika pociągu wyrażający żal z ostentacyjną obojętnością.
Podobno we Włoszech zasługą Mussoliniego było to , że za jego rządów pociągi zaczęły jeździć punktualnie. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale tak sobie myślę, że rozstrzelanie pierwszego kierownika pociągu, podziałałoby. Oczywiście to żart. Ba, jestem zwolennikiem wolności z tym koszmarem nawet.
Ale w teorii dobra zmiana jest jednocześnie centralistyczna i prospołeczna. Tymczasem z koleją jest tak samo, albo i nieco gorzej jak było. Ludzie zdaje się nie uważają problemu spóźniających się pociągów za konsekwencję polityki, poza może najbardziej fanatycznymi przeciwnikami aktualnej władzy. Więc mnie zapewne przytakną największe pisofoby. Wcześniej byłem gotów drzeć pasy z ministrów z PO, Inni stali na peronach ze smętnymi minami. To jak deszcz po słonecznym dniu.