Błogosławią karabiny, a nie chcą pobłogosławić ludzkiej miłości

„Ten Kościół budzi we mnie strach. Powinien mieć ramiona zawsze otwarte, wychodzić naprzeciw, pamiętać, że dla Jezusa prawda to nie doktryna, lecz dobro, które trzeba czynić. Dlaczego Kościół nie może błogosławić par homoseksualnych? Jeżeli dwie osoby żyją razem, czynią dobrze i się kochają, dlaczego nie można ich błogosławić? Błogosławi się domy, zwierzęta, przedmioty, ale dwie osoby, które się szczerze kochają – nie!” – tak mówił 75-letni ojciec Alberto Maggi, brat zakonny serwita, pisarz katolicki i biblista w wywiadzie udzielonym Paolo Rodariemu, watykaniście dziennika La Repubblica.

„Czy Kościół ma władzę udzielania błogosławieństwa związkom osób tej samej płci?” – stanowisko Kongregacji Nauki Wiary wydane 15 marca 2021 roku, jako tzw. Responsum ad dubium wywołało bardzo gorące reakcje w świecie katolickim, począwszy od interwencji w stylu refleksji teologicznej po prawdziwe deklaracje wojny w stosunku do Watykanu. Zwłaszcza w krajach niemieckojęzycznych, gdzie już od pewnego czasu w Kościele „świętuje się miłość gejowską”, dokument wywołał oburzenie.
„Nie spodobała mi się ta deklaracja Kongregacji Nauki Wiary. Z prostego powodu: wiadomość, która dotarła do mediów na całym świecie, brzmiała „nie”. „Nie” dla błogosławieństwa. I to jest coś, co rani wielu ludzi” – te słowa krytyki wyraził austriacki hierarcha wielkiego kalibru, kard. Christoph Schönborn, arcybiskup Wiednia i teolog, w rozmowie z Der Sonntag, organem archidiecezji austriackiej.
Cytowany przez ADISTA – włoską, katolicką agencję informacyjną – biskup Anwersy, Johan Bonny, był bardziej bezpośredni: „Wstydzę się swojego Kościoła, jak powiedział pewien ksiądz. A przede wszystkim czuję wstyd intelektualny i moralny. Chcę przeprosić wszystkich, dla których ta odpowiedź jest bolesna i niezrozumiała”.
„Czy oni zdają sobie sprawę, że to, co robią, to wykorzystywanie błogosławieństwa Bożego spowodowane instynktem samozachowawczym?” – skomentował Matthias Sellmann, teolog pastoralny, członek Zgromadzenia Drogi Synodalnej i jeden z 212 profesorów-sygnatariuszy listu sprzeciwiającego się oświadczeniu watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary.
Także jeden z najbardziej znanych biblistów i teologów brazylijskich ojciec Marcello Barros, wyraził swoją krytykę: „Wszelka miłość jest sama w sobie święta i nie potrzebuje błogosławieństwa księdza lub proboszcza, aby się legitymizować. Funkcją małżeństwa kościelnego nie jest „błogosławienie” miłości, która już sama w sobie jest święta, ale uczynienie tego związku publicznym znakiem i świadectwem miłości Boga do ludzkości” – stwierdził ojciec Barros.
Nie błogosławię palm i gałązek oliwnych
Oprócz wypowiedzi ojca Alberto Maggi, we Włoszech największym echem odbił się przedświąteczny protest ks. Giulio Mignani, proboszcza Bonassola z okolic La Spezia. „Jeśli nie mogę błogosławić par tej samej płci, nie błogosławię też palm i gałązek oliwnych” – stwierdził ks. Giulio w Niedzielę Palmową i nie poświęcił symboli chrześcijańskich przyniesionych do kościoła przez wiernych. Zrobił to w ramach protestu przeciwko dokumentowi zakazującemu błogosławienia związków homoseksualnych. Nikt z jego parafian nie był zaskoczony. Don Giulio, który wielokrotnie opowiadał się po stronie tęczowych rodzin, wyjaśnił swój gest podczas homilii na mszy.
W wywiadach udzielonych włoskim mediom proboszcz stwierdził, że opinia wydana przez Kongregację Nauki Wiary, która w rzeczywistości staje się formalnym zakazem, jest absurdalna. „W Kościele błogosławi się wszystko, czasami niestety nawet broń, ale nie można pobłogosławić prawdziwej i szczerej miłości dwojga ludzi, ponieważ są homoseksualistami. Ale jeszcze bardziej niepokoi fakt, że ich miłość nadal nazywana jest „grzechem”. Dodał również, że po Responsum ad dubium przegranymi nie będą osoby LGBT, które z łatwością mogą się obejść bez błogosławieństwa Kościoła, ponieważ w między czasie Bóg ich już pobłogosławił. Po Responsum ad dubium przegranym będzie Kościół.
Gest i wypowiedzi księdza z miasteczka koło La Spezia obiegły media włoskie. Jego słynne słowa dotarły do Kongregacji Nauki Wiary. Wierni bili brawa na mszy, ale kilka dni później don Giulio, który już w przeszłości wypowiadał się na gorące tematy, takie jak eutanazja, wyrażając nieortodoksyjne opinie, dostał naganę z Kurii. Zawiadamiano go z bólem, że niewykonanie rytuału liturgicznego i powiązanie tego z osobistym protestem w stosunku do stanowiska, na którego publikację Ojciec Święty wyraził zgodę, jest niewłaściwe i zostanie ocenione w odpowiednich urzędach, zgodnie z obowiązującym prawem kanonicznym.
Wszyscy mieszkańcy Bonassola, wraz z burmistrzem miasteczka, stanęli w obronie swojego proboszcza i postawili nawet barykadę w postaci internetowej petycji ogólnokrajowej change.org, która ruszyła 31 marca. W kilka dni zebrano blisko 10 tys. podpisów, które mają zostać wysłane do papieża Franciszka. Pięć tysięcy podpisów przesłano już wraz z listem poleconym do Kurii, od której oczekuje się odpowiedzi na temat losów księdza.
Włoscy katolicy nie akceptują decyzji Świętego Oficjum
To nie był protest odosobniony. „Wydaje nam się, że Responsum pokazuje brak akceptacji i nieuznawanie, że miłość między dwoma homoseksualistami jest możliwa; co jest naprawdę obraźliwe dla wielu ludzi” – skomentował don Cosimo Scordato, profesor na Wydziale Teologii uniwersytetu sycylijskiego i rektor kościoła San Francesco Saverio w Palermo.
Pierluigi Consorti, docent prawa z uniwersytetu w Pisie przeanalizował Responsum ad dubium watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary, która wydała negatywną odpowiedź na zapytanie „Czy Kościół ma władzę udzielania błogosławieństwa związkom osób tej samej płci?”, z punktu widzenia prawnego, a nie doktrynalnego. Według niego, Kodeks Prawa Kanonicznego – na podstawie aktów Soboru Watykańskiego II – stwierdza, że Stolica Apostolska „może ustanawiać nowe sakramentalia lub autentycznie interpretować te, które już zostały przyjęte, jak również je znieść lub zmienić”. Krótko mówiąc, ma niezbędną moc – odpowiedź na postawione pytanie jest zwyczajnie błędna.
Najbardziej dramatycznym ze wszystkich komentarzy był list matki homoseksualnego dziecka, Dei Santonico, opublikowany przez ADISTA. Pisała w nim: „Drodzy, chciałabym dotrzeć do każdego z was, siostry i bracia, którzy w Kościele katolickim lub na jego obrzeżach podążacie drogą wiary lub czując się wykluczeni, zboczyliście z niej. Chcę być świadkiem bolesnego krzyku, który dociera ze świata, do którego czuję, że należę, jako matka homoseksualnego syna, krzyku homoseksualnych i transpłciowych chrześcijan oraz ich rodziców, po deklaracji Kongregacji Nauki Wiary z 15 marca (…) Zaledwie kilka miesięcy temu na audiencji papież przywitał nas, rodziców dzieci LGBT. Widziałam łzy radości w oczach niektórych rodziców. Szczęśliwych, że po latach zagubienia, bólu i wstydu poczuli się mile widziani przez papieża. Jednak żadne z nich nigdy nie zaakceptuje przyjęcia, które wymaga od ich synów i córek okaleczenia własnych pragnień w stosunku do normalnego życia emocjonalnego, radości z budowania relacji i przyszłości z ukochaną osobą. Pewnego dnia użyłam powiedzenia: „Jeśli istnieje piekło homoseksualistów, to chcę tam iść”. Potem usłyszałem, że również inne matki rezerwują sobie tam miejsce. Piekło nie jest straszne tym, którzy są gotowi poświęcić swoje życie, nawet życie pozagrobowe, dla miłości. W obliczu mocy miłości każda doktryna blednie. Kto jej się sprzeciwia, przegrywa. Niech wie o tym Kongregacja Nauki Wiary. Moje rozmyślania kieruję do tych, którzy nie przeżywają tego doświadczenia jako rodzice osób LGBT, którzy idą razem z innymi, lecz do tych, którzy przeżywają to wszystko w samotności, w rozpaczy, nie mogąc sobie z tym poradzić i ukrywając się. Kieruję do tych, na których ramiona, Kongregacja Nauki Wiary swoimi słowami położyła nieznośny ciężar, głaz, który ich miażdży. Swojego bólu nie mogą nawet wykrzyczeć, pozostanie zduszony w ich gardle” (…)
Czy papież aprobuje?
„Wraz z krytyką obskurantyzmu, zawartego w dokumencie Stolicy Apostolskiej, datowanego na 22 lutego, w święto Katedry św. Piotra, a opublikowanego 15 marca i podpisanego przez Prefekta kongregacji kard. Luisa Ladaria Ferrera i Sekretarza abp. Giacomo Morandiego, próbuje się zrozumieć, czy aprobata papieża Franciszka – o której wyraźnie wspomina się w samym Responsum – jest bardziej formalna niż faktyczna, skoro w Anioł Pański, w niedzielę 21 marca papież zdawał się dystansować od treści dokumentu” – podkreśliła włoska agencja katolicka ADISTA.
Wątpliwości rozwiewa Lucetta Scaraffia, profesorka historii na rzymskim Uniwersytecie La Sapienza i była dyrektorka watykańskiego magazynu kobiecego „Kobiety Kościół Świat”, w artykule dla dziennika La Stampa: „Jest bardzo prawdopodobne, że odpowiedź Kongregacji Nauki Wiary zaskoczyła wielu, ponieważ obraz postępowego papieża Franciszka przyzwyczaił wszystkich, wielbicieli i przeciwników, do jego często nieoczekiwanych otwarć. A także dlatego, że kilka miesięcy temu Bergoglio powiedział zobowiązująco, że nawet homoseksualiści „mają prawo do rodziny”, co interpretowano jako znaczącą akceptację rodzin homoseksualnych.” Jej zdaniem papież posunął się zbyt daleko, być może nie zdając sobie sprawy, że „mieć prawo do rodziny” oznacza także uznanie prawa do „rodzicielstwa”, a także posiadania dzieci w inny, niż naturalny sposób. Bardzo trudno pomyśleć, że jego otwarcie sięga aż tak daleko, ale użyte sformułowanie wydaje się niejednoznaczne. Gdyby otwarcie było całkowite, byłoby to sprzeczne z bioetyczną moralnością Kościoła.

Strzały na Placu Św. Piotra

Wśród wielu dat tragicznych wydarzeń o znacznych reperkusjach krajowych i międzynarodowych zbliża się w maju dwudziesta rocznica zamachu na Jana Pawła II, wówczas absolutnego władcy jednego z najmniejszych, acz o wielkich wpływach w skali światowej, państw – Watykanu.

W pojęciu „Watykan“ zawarte są dwa znaczenia. „Stolica Święta“ symbolizuje jego wymiar duchowy, religijny, „sacrum“. „Miasto – Państwo Watykan“ – wymiar świecki „profanum“ obarczony błędami, konfliktami i powszednim złem w końcu, jak każde inne państwo na tej Ziemi. Tą właśnie sferą „profanum“ zainteresowane były zawsze, są i będą wywiady wszystkich krajów. Bowiem, dzięki swej globalnej obecności, instytucje watykańskie dysponują przeogromną ilością informacji politycznych, socjalnych, ekonomicznych a nawet militarnych ze wszystkich zakątków globu. Trudno się więc dziwić, że każda szanująca się służba specjalna stara się tam uplasować swoją agenturę (jak to jest aktualnie w przypadku Polski, trudno powiedzieć, biorąc pod uwagę stopień klerykalizacji naszego życia publicznego).
W 1978 roku, 16 października, w chwili wyboru kardynała krakowskiego na papieża, już od trzech lat przebywałem we Włoszech. Będąc wtedy młodym oficerem polskiego wywiadu nielegalnego (XIV Wydział I Departamentu MSW), wcieliłem się w rolę kleryka – jezuity, co przyszło mi tym łatwiej, że dysponowałem listami polecającymi Wojtyły do bp. Rubina i Wesołego, zajmujących się emigracją polska w Italii. Znałem kard.Wojtyłę z czasów studenckich w Krakowie. Byłem wówczas działaczem Związku Młodzieży Socjalistycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim i wątpiącym agnostykiem. Kardynała zawsze interesował ten typ ludzi co, oprócz innych okoliczności, zaowocowało właśnie wspomnianymi listami.
Wywiad skierował mnie do środowiska zakonnego w Rzymie z zadaniem przeniknięcia do NATO, w związku z powiązaniami instytucjonalnymi i personalnymi jezuitów ze strukturami tego sojuszu wojskowego na terenie Włoch. Jezuici pełnią tam często rolę kapelanów wśród włoskich karabinierów i w strukturach wywiadowczych.
Fakt wyboru Polaka na papieża zmienił zakres moich działań – miałem, nie porzucając pierwotnego kierunku, zająć sie polityką zagraniczną Watykanu i starać się czuwać nad zagwarantowaniem maksymalnego bezpieczeństwa nowej głowie państwa watykańskiego.
Ktoś mógłby sceptycznie stwierdzić: akurat, mamy wierzyć, że władzom PRL tak zależało na papieskiej nietykalności! Otóż zależało i to bardzo. Wobec narastającego napięcia społeczno-politycznego wewnątrz kraju i konsolidacji opozycji, szczególnie po pierwszej wizycie Jana Pawla II w ojczyźnie w okresie 2 – 10 czerwca 1979, w której towarzyszyłem mu jako sprawozdawca Radia Watykan władze Polski (Edward Gierek, Stanisław Kania i inni) obawiały się, że w przypadku jakiegokolwiek zdarzenia , godzącego w bezpieczeństwo papieskie, staną się jednymi z głównych podejrzanych. To z kolei mogło spowodować wybuch masowych zamieszek, trudnych, lub wręcz niemożliwych do opanowania własnymi siłami i katastrofalną destabilizację obozu rządzącego. Uwzględniając ówczesną sytuację międzynarodową, obawy wschodniego sąsiada co do rozwoju wydarzeń w Polsce w obliczu jej chwiejnej sytuacji wewnętrznej, także ekonomicznej, co radykalizowało społeczeństwo, .łatwo zrozumieć tę postawę sprawujących władzę wobec papieża. Jego zdrowie i życie było dla nich rzeczywiści priorytetem. Stąd wypływały, w pełni logicznie, rozkazy które otrzymałem.
W tym kontekście nie można zapominać, że już wówczas działały liczne organizacje terrorystyczne , od włoskich Czerwonych Brygad po islamistyczne Szare Wilki w Turcji, biorące często na cel ludzi związanych z Kościołem katolickim.
Warszawska Centrala poleciła mi też, abym wszelkie dane dotyczące zagrożeń i luk w ochronie Jana Pawła II przekazywał bezpośrednio osobom odpowiedzialnym za jego bezpieczeństwo w Watykanie. Miało to umożliwić szybkie działanie zabezpieczające chronionej osoby.
Widywałem się wtedy często z Janem Pawłem II w ramach swych obowiązków jako pracownik Radia Watykańskiego, biorąc udział w audiencjach, byłem zapraszany na słynne śniadania papieskie z udziałem wybranych gości.
Dawało to okazje do zobserwowania skandalicznych zaniedbań w ochronie papieża. Poczynając od prymitywnych, prostych do usunięcia blokad wind prowadzących do jego apartamentów, szczątkową straż strzegącą dojść do tych wind, zbyt rozproszoną i odległą od papamobile ekipę ochroniarzy podczas audiencji środowych, ich nieobecność w bezpośredniej bliskości papieża w tym pojeździe itd.
Tylko jak plon tych obserwacji przekazać, bez budzenia podejrzeń, że ten kleryk jezucki zbyt dobrze porusza się w materii służb specjalnych, komuś odpowiedzialnemu za sprawy asekuracji papieża?
W końcu znalazłem prosty, „niewinny“ sposób. Ponieważ, studiując na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim filozofię, pracowałem równolegle w wtykańskim radiu, mogłem jeść posiłki w refektarzu, gdzie spożywali je inni radiowcy a także często – dyrektor rozgłośni Roberto Tucci, później kardynał Mediolanu a wtedy osoba , której powierzono misję zabezpieczenia pielgrzymek papieża.
Podczas obiadów siadałem więc możliwie blisko Tucciego i głośno komentowałem, w zaaranżowanych rozmowach z sąsiadami przy stole, swe spostrzeżenia na temat luk w zabezpieczeniach głowy Miasta-Państwa. Zauważyłem, że dyrektor bardzo uważnie przysłuchuje się moim wypowiedziom.
A że je docenił, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, dowodzi fakt, że po pewnym czasie niespodziewanie zaprosił mnie do swego gabinetu i wręczył mi nagrodę finansową, podkreślając, że dobrze wykonuję swe obowiązki wobec Pontifeksa, jak przystało na jezuitę.
Nie omieszkałem się też pochwalić przed Centralą efektami mych starań, o czym świadczyło wzmocnienie komisariatu włoskiej policji bezpieczeństwa przy Watykanie o siedemnastu funkcjonariuszy, których część stanowili antyterroryści z DIGOS ( vide – złączona kopia notatki informacyjnej z 15 kwietnia 1980 roku).
Póżniej zakon skierował mnie na dalsze studia do Paryża, dokąd przybyłem 1 listopada 1980 roku. I tam własnie, w Centre Sevres, gdzie mieszkali studenci teologii, dotarła do mnie wieść o zamachu.
Po wykładach wróciłem do domu zakonnego. Był normalny 13 maja 1981 roku, przygotowywałem się do sesji egzaminacyjnej. Dla relaksu poszedłem do sali telewizyjnej. Było tam kilku kolegów – jezuitów. Wydawało się, że dziwnie na mnie patrzą. Zaczęły sie popołudniowe wiadomości francuskiej TV 1. Już w pierwszych kadrach – migawki z Placu św.Piotra. Zwijający się z bólu papież, wyciągnięta z tłumu ręka z czymś przypominającym pistolet…Zrozumiałem czemu koledzy dziwnie na mnie patrzyli – usłyszeli o sprawie wcześniej niż ja. W większości byli to Francuzi, był też Niemiec- Fritz Schweiger, Czech – Petr Kolarz ale jedynym Polakiem byłem ja.
Spełniły się najgorsze obawy. Nie wiadomo jeszcze było, czy ofiara zamachu przeżyje.
Była to też w pewnym sensie moja osobista porażka – ostrzeżenia nie na wiele się zdały. Póżniej były liczne dziennikarskie dywagacje w TV – kto za tym stał? Najróżniejsze. Czy terroryści islamistyczni, czy mafiozi, zirytowani stratami przy okazji afery współdziałającego z Watykanem Banku Ambrozjańskiego , czy ktoś z bloku wschodniego … Ale to już zupełnie inna sprawa.
Wtedy, w pierwszym odruchu, jak przystało na agnostyka, poszedłem do domowej kaplicy i skupiłem najlepsze myśli na rannym w tym wstrząsającym zamachu.
I to by było na tyle, w ramach refleksji przy wielkanocnej, pandemicznej biesiadzie na temat ulotności ludzkiego istnienia, daremności rozmaitych działań ale i potrzeby codziennej nadziei i mimo wszystko- radości, nadającej sens naszemu życiu.
Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz… tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Raport McCarricka. Czy kard. Dziwisz może spać spokojnie?

Rapporto sulla conoscenza istituzionale e il processo decisionale della Santa Sede riguardante l’ex Cardinale Theodore Edgar McCarrick (dal 1930 al 2017) – ponad 400-stronicowy dokument wydany przez Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej, w dniu 10 listopada 2020 roku, to lektura szokująca.

Już we Wstępie dowiadujemy się jak wyglądała kariera, a przede wszystkim decydujący o niej proces nominacji, jednego z najważniejszych amerykańskich kardynałów, Theodora McCarricka, na przestrzeni czterech pontyfikatów: Pawła VI, Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka. Całość dokumentu obnaża przerażające mechanizmy dokonywania nadużyć i przestępstw seksualnych, ich ukrywania i przemilczania na wszystkich szczeblach Kościoła katolickiego. Odsłania korupcję moralną, pokazuje prawdziwe oblicze kultury klerykalnej, a przede wszystkim ujawnia psychoseksualną niedojrzałość duchownego, zajmującego wysokie szczeble władzy i któremu powierzano odpowiedzialne, delikatne zadania.
Jest to Raport bezprecedensowy w historii Kościoła. Wynik dwuletniego dochodzenia, które zostało podjęte z woli papieża Franciszka, po tym, jak w sierpniu 2018 roku, były nuncjusz apostolski w Stanach Zjednoczonych, Carlo Maria Vigano, wykorzystując międzynarodowy rezonans medialny, oskarżył papieża o tuszowanie pedofilii i zażądał, by ten podał się do dymisji. Dokument ujawnia co o nadużyciach seksualnych McCarricka wiedział Jan Paweł II i dlaczego zdecydował się, pomimo ostrzeżeń, awansować go na arcybiskupa metropolitę Waszyngtonu w 2000 roku, a rok później nominować go kardynałem. Raport usprawiedliwia papieża Polaka już we Wstępie, sugerując, że prawdopodobnie powodem jego błędnej decyzji w sprawie Theodora McCarricka było doświadczenie wyniesione z Polski, gdzie używano fałszywych oskarżeń przeciwko biskupom, aby uderzyć w Kościół. Po przeczytaniu całości dokumentu, ten argument wydaje się jednak zbyt banalny i niewystarczający. Raport rzuca jednak cień na kard. Stanisława Dziwisza, ówczesnego sekretarza papieża.
Wujek Ted
Seryjny predator seksualny i pedofil, molestator niedojrzały psychoseksualnie i zaburzony uczuciowo, hierarcha wykorzystujący pozycję i władzę, by zastraszyć własne ofiary, manipulator, a przede wszystkim kłamca – to portret byłego kardynała Theodora McCarricka, któremu przez blisko czterdzieści lat udało się ukryć swoje przestępstwa i nadużycia.
Jak możemy przeczytać w Raporcie, w wyniku watykańskiego dochodzenia, ustalono z całkowitą pewnością, że McCarrick miał kontakty seksualne z osobami nieletnimi i pełnoletnimi bez ich przyzwolenia, które obejmowały: kontakty fizyczne, obmacywanie, molestowanie, dotykanie, obcieranie, masturbację, a w niektórych przypadkach penetrację lub próbę penetracji, dopuścił się również molestowania seksualnego w konfesjonale. Choć nie podano dokładnej liczby ofiar, z Raportu można wywnioskować, że było ich kilkanaście. Nie podano też okoliczności i szczegółów wykorzystywania nieletnich, ze względu na dobro ofiar.
Osoby, których zeznania uznano za wiarygodne, poświadczyły, że McCarrick nawiązywał relacje z rodzinami jako duchowny, odwiedzał je często, spędzał z nimi święta, a następnie zaprzyjaźniał się z ich 12-13 letnimi synami, każąc nazywać się „wujek Ted”. Ten sam rodzaj strategii (będący charakterystyką seryjnego predatora seksualnego), stosował w stosunku do seminarzystów i młodych księży, których nazywał „kuzynami”. Swoich zaprzyjaźnionych podopiecznych zabierał na wycieczki, w podróże, na imprezy, na kolacje okolicznościowe z ważnymi osobistościami, co w ich rodzicach wzbudzało wdzięczność i pełne zaufanie. Jako arcybiskup diecezji Metuchen (z nominacji Jana Pawła II), w dzień swoich urodzin organizował pikniki dla męskiej młodzieży, znane jako „Dzień Wujka Teda”, w których brali udział młodzi duchowni, ministranci, seminarzyści, a także członkowie rodzin w diecezji. Pięć razy w miesiącu wydawał kolacje mające na celu relacje publiczne i zbiórki pieniężne na cele charytatywne, w których regularnie uczestniczyli „kuzyni”, którzy następnie dzielili z nim łóżko w rezydencji biskupa. McCarrick zabierał grupy chłopców do wioski rybackiej w Eldred, do swojego domku na plaży w New Jersey w Sea Girt, do małego mieszkania w Foundling Hospital na Manhattanie w Nowym Jorku, organizował nocne spotkania w hotelach i motelach lub w rezydencji biskupa w Metuchen lub Newark. Używając wybiegu, że brakuje miejsc do spania, zmuszał swoje wybrane ofiary do dzielenia z nim jednego łóżka, a następnie próbował mieć z nimi kontakty fizyczne lub stosunki seksualne. Jednemu z seminarzystów pochodzenia brazylijskiego, którego próbował wykorzystać, powiedział, że „aktywność seksualna pomiędzy księżmi jest w USA normalna, szczególnie w naszej diecezji”. Obyczaj „dzielenia łóżka” przez arcybiskupa był powszechnie znany i tłumaczony tym, że jako osoba wcześnie osierocona, utrzymywał on ciepłe, rodzinne relacje ze swoimi „kuzynami”. McCarrick sypiał w bieliźnie i namawiał do tego samego chłopców zmuszonych do dzielenia z nim łóżka. W wielu przypadkach jego kontakty fizyczne ograniczały się tylko do wspólnego spania lub masaży, w innych posunął się znacznie dalej. McCarrick namawiał do spożywania alkoholu (również osoby nieletnie), co było strategią ułatwiającą nawiązanie kontaktu fizycznego. Osaczał i izolował swoje ofiary tak, że czuły się niezdolne do oporu psychologicznego lub fizycznego, biorąc pod uwagę autorytet i pozycję duchownego. Z tego powodu jego ofiary nie miały odwagi ujawnić się przez ponad czterdzieści lat, a wszystkie donosy były anonimowe.
Jan Paweł II a sprawa McCarricka
McCarrick poznał kardynała Karola Wojtyłę w 1976 roku, gdy ten przyjechał do Stanów Zjednoczonych wraz ze swoim sekretarzem Stanisławem Dziwiszem. Jako sekretarz arcybiskupa Nowego Jorku Terence’a Cooke’a, został oddelegowany by mu towarzyszyć, pomimo, że spędzał wtedy wakacje na Bahamach. Nawiązali dość serdeczne relacje. W listopadzie 1981 r., Jan Paweł II nominował Theodora McCarricka biskupem diecezji Metuchen. Wybór był trafny. McCarrick był człowiekiem błyskotliwym, medialnym, władającym kilkoma językami, potrafiącym doskonale nawiązywać relacje, znającym się na polityce i stosunkach międzynarodowych, a przede wszystkim potrafiącym zbierać fundusze i podnieść liczbę powołań w swojej diecezji. W maju 1986 papież awansował go na arcybiskupa metropolitę archidiecezji Newark.
Jak można przeczytać w Raporcie, arcybiskup McCarrick był dla Jana Pawła II cennym współpracownikiem. Prowadził działania zgodne z politycznymi priorytetami papieża, nawiązywał kontakty oraz spotykał się z wybitnymi przywódcami politycznymi i religijnymi (z którymi współpracował przez następne dziesięciolecia, praktycznie do końca swojej niechlubnej kariery), a w szczególności komunikował się regularnie z urzędnikami wysokiego szczebla w Stanach Zjednoczonych, w tym z Białego Domu, Departamentu Stanu i Kongresu. Do jego zadań należało zbieranie funduszy na pomoc papieżowi w jego działalności charytatywnej na całym świecie. Pod koniec lat osiemdziesiątych arcybiskup McCarrick pomógł stworzyć Papieską Fundację, która skorzystała z jego ogromnego doświadczenia w pozyskiwaniu bogatych darczyńców katolickich w USA i prowadziła działania zalecane przez Stolicę Apostolską. Amerykański arcybiskup był nieocenionym specjalistą od fundraisingu i miał niezwykłą zdolność zaskarbiania sobie znajomości oraz przyjaźni poprzez hojne obdarowywanie prezentami. McCarrick gościł zarówno Jana Pawła II, jak i prezydenta Billa Clintona podczas wizyty papieża w Stanach Zjednoczonych, w październiku 1995 r. Było to ważne krajowego i międzynarodowego wydarzenie dla Archidiecezji Newark. Już przed tą wizytą pojawiły się ostrzegawcze sygnały o „zachowaniach arcybiskupa mogących wywołać skandal medialny”, zakwalifikowano je jednak jako pomówienia i plotki. Kard. John O’Connor dokonał pierwszej „weryfikacji” oskarżeń wysuwanych w stosunku McCarricka i uznał, że nie ma przeciwskazań wobec wizyty.
Abp. McCarrick dość niespodziewanie znalazł się wśród kandydatów na prestiżowe i kluczowe stanowisko arcybiskupa Waszyngtonu. Już wtedy było widomo, że: 1) jeden z księży z diecezji Metuchen, zgłosił następcy McCarricka, że w czerwcu 1987 roku był świadkiem aktywności seksualnej arcybiskupa z innym księdzem i że ten dokonał agresji seksualnej w stosunku do niego jeszcze tego samego lata; 2) w 1992 i 1993 roku wysłano serię anonimowych listów do Konferencji Episkopatu Stanów Zjednoczonych, nuncjusza apostolskiego i różnych kardynałów w Stanach Zjednoczonych, oskarżając w nich McCarricka o pedofilię z jego „kuzynami”; 3) miał obyczaj dzielenia łóżka z młodymi mężczyznami w rezydencji biskupa w Metuchen i Newark; 4) dzielił łóżko z dorosłymi klerykami w domku na plaży na wybrzeżu New Jersey. Ponadto biskup Edwart T. Hughes (następca McCarricka w diecezji Metuchen), wiedział również, że ksiądz, który był ofiarą agresji seksualnej McCarricka, dopuścił się pedofilii w swojej diecezji i z tego powodu skierował go na terapię. Zachowała to jednak dla siebie.
W październiku 1999 r., kard. John O’Connor, arcybiskup Nowego Jorku, wystosował list do ówczesnego nuncjusza apostolskiego w USA, abp. Gabriela Montalvo, przedstawiając w nim oskarżenia przeciwko McCarrikowi i ostrzegł Stolicę Apostolską przed możliwym skandalem. List został przekazany papieżowi Janowi Pawłowi II. Na życzenie Karola Wojtyły, Montalvo skierował pisemne zapytania do czterech biskupów z New Jersey, aby ustalić, czy zarzuty przeciwko McCarrickowi są prawdziwe. Odpowiedzi biskupów potwierdziły, że McCarrick dzielił łóżko z młodymi mężczyznami, ale nie wskazywały z całą pewnością, że McCarrick dopuścił się jakiegokolwiek niewłaściwego zachowania seksualnego. Trzech z czterech amerykańskich biskupów dostarczyło Stolicy Apostolskiej niedokładne, a ponadto niepełne informacje na temat zachowań seksualnych McCarricka. Tylko następca McCarricka w diecezji Metuchen, bp. Edwart T. Hughes, w liście napisanym odręcznie ze względu na zachowanie poufności, donosił o dwóch różnych epizodach potencjalnej napaści seksualnej McCarricka na dwóch różnych księży, gdy ci byli jeszcze seminarzystami, którzy z kolei dopuścili się aktów pedofilii i z tego powodu byli niewiarygodni, i zostali zawieszeni w czynnościach kapłańskich. Hughes ostrzegał: „byłoby wysoce nieroztropnym rozważać jakikolwiek awans dla arcybiskupa McCarricka”. Ta informacja trafiła do Watykanu. 6 sierpnia 2000 r., bp. Dziwisz, osobisty sekretarz Jana Pawła II, otrzymał trzystronicowy, pisany odręcznie list od abp. Theodora McCarricka, odnoszący się do zarzutów kard. O’Connora. Już wtedy siedemdziesięcioletni McCarrick twierdził, że wszystkie oskarżenia były fałszywe, że czasami brakowało mu roztropności i zapewniał: “nigdy nie miałem stosunków seksualnych z żadną osobą, mężczyzną czy kobietą, młodą czy starą, duchowną czy świecką, ani nigdy nie wykorzystałem innej osoby, ani nie traktowałem nikogo bez szacunku.” Arcybiskup przekonywał również w liście, że gdyby zarzuty wobec niego zostały upublicznione, to łatwo by je obalił.
Jan Paweł II zmienił zdanie, ostatecznie podejmując decyzję o awansie McCarricka do Waszyngtonu, w listopadzie 2000 roku. Rok później mianował go kardynałem.
Niejasne pozostają okoliczności korespondencji. Nie wiadomo w jaki sposób poufny i osobisty list McCarricka trafił w ręce Dziwisza, bez znaczków i stempli pocztowych. W dokumentach watykańskich nie ma śladu po innym liście arcybiskupa wysłanym do papieskiego sekretarza kilka miesięcy wcześniej w sprawie ewentualnych awansów. W nuncjaturze w USA nie odnalazł się inny poufny list od kard. Dziwisza, z dołączoną kopią listu McCarricka, gdzie sekretarz prosił aby usunięto jego nazwisko z korespondencji i pozostawiono jedynie list ówczesnego arcybiskupa Newark. Nie wiadomo też, kto z najbliższego grona papieża poinformował McCarricka o opinii kard. O’Connora, pozwalając mu kłamliwie odeprzeć zarzuty.
Nie ma znaczenia, czy McCarrick oszukał papieża używając wybiegu lingwistycznego i pisząc „nie miałem stosunków”. Z Raportu wynika jasno, że bezsprzecznie udowodniono, iż McCarrick w niektórych przypadkach się ich dopuścił. Jego agresje seksualne miały charakter wykorzystywania i pozbawiania godności.
Co pokazuje Raport w sprawie McCarricka?
Przede wszystkim to, że Theodor McCarrick okłamał Jana Pawła II, jego współpracowników, jego następców, cały Kościół, wiernych, media oraz opinię publiczną. A skoro osobistość takiego kalibru jak McCarrick kłamała systematycznie przez całe życie, dlaczego opinia publiczna ma wierzyć, że nie robią tego również inni kardynałowie, biskupi, duchowni…
Jan Paweł II uwierzył mu, gdyż wolał wierzyć osobie, która na stanowisku arcybiskupa Waszyngtonu byłaby dla niego użyteczna. Zignorował sygnały ostrzegawcze pochodzące z wysokiego szczebla. Nigdy nie zainteresował się ofiarami.
McCarrick cieszył się autorytetem oraz zaufaniem przełożonych i wiernych, w tym rodziców, którzy powierzali mu swoje dzieci. Dla McCarricka Kościół był miejscem, które gwarantowało mu nieograniczony dostęp do chłopców w okresie dojrzewania, nieletnich i młodych mężczyzn. Kościół go również chronił. Był przekonany, że prawda nigdy nie wyjdzie na jaw dzięki jogo autorytetowi, pozycji kardynała i systematycznym kłamstwom oraz dzięki klerykalnej kulturze milczenia i ukrywania skandali seksualnych, niedbałościom i dziurom w systemie przepływu informacji, pomiędzy diecezjami, nuncjaturą oraz Watykanem. Czytając Raport, nie sposób nie zwrócić uwagi na tę kulturę milczenia i ukrywania. Pierwsze skargi były przyjmowane ustnie i nic z nimi dalej nie robiono; donosy i wszelką korespondencję związaną z podejrzeniami o niewłaściwe zachowanie seksualne przechowywano jako poufną; ważne listy pisano odręcznie, aby nie pozostawić śladu w komputerze; nie przesyłano informacji do nuncjatury; nuncjatura nie kierowała do Watykanu informacji, które wreszcie zgromadziła; adnotacje i polecenia na dokumentach watykańskich również zapisywano odręcznie, z adnotacjami „poufne”. Jedynym zmartwieniem Kościoła było to czy nie wybuchnie skandal oraz to, czy w razie jego wybuchu, będzie się można przed nim obronić. Czytając Raport, zaskakuje, że instytucje kościelne śledziły z uwagą media i inne publikacje, tylko pod tym kontem. Zaskakuje, że były prowadzone poufne rozmowy ugodowe z ofiarami, które za milczenie otrzymały pieniądze. Przynajmniej dwóch księży, którzy stali się ofiarami McCarricka w młodości, miało w konsekwencji poważne problemy psychoseksualne i dopuściło się kontaktów seksualnych z nieletnimi. Jeden z nich (nazywany w Raporcie Ksiądz 1) już w 1993 r., wyjawił bp. Hughesowi całą sprawę, a w 2005 napłynęły do Kongregacji Nauki Wiary jego kompletne akta, w tym oskarżenia dotyczące nadużyć seksualnych dokonanych przez McCkarrika w 1987 r. Jedyna osoba, która imiennie przez lata zgłaszała nadużycia seksualne McCarricka, została uznana za niewiarygodną i dopuszczającą się fałszywych oskarżeń, gdyż sama wykorzystała dwóch nastolatków. To pokazuje, że w hierarchicznym systemie Kościoła, słowo ofiary czy zwykłego księdza nie liczy się w konfrontacji z biskupem, arcybiskupem, kardynałem. Ofiara czy zwykły ksiądz nie mają szans udowodnić czegokolwiek kardynałowi, nawet jeśli ten jest kłamcą i pedofilem.
W czerwcu 2005 roku, 75-letni arcybiskup Waszyngtonu zgodnie z obyczajem, złożył dymisje na ręce Benedykta XVI. Ze względu na dobry stan zdrowia i doskonałą pracę papież wyraził zgodę, aby pozostał na stanowisku przez kolejne dwa lata. Pogłoski o niewłaściwym zachowaniu seksualnym stały się bardziej konkretne. W archiwum Kongregacji Nauki Wiary znalazła się wreszcie nota dotycząca Księdza 1, choć postępowanie w jego sprawie zostało zamknięte. Kolejny biskup Metuchen, Bootkoski, wysłał do nuncjusza Montalvo notkę informującą o dwóch oskarżeniach ze strony Księdza 1 i Księdza 2. Pojawił się artykuł w internetowym blogu Review Board, w którym Ksiądz 2 mówił o „obyczaju dzielenia łóżka”. Watykan, który po wybuchu skandali seksualnych w różnych krajach świata ogłosił politykę „tolerancji zero”, postanowił jednak odwołać po cichu McCarricka z urzędu arcybiskupa Waszyngtonu i skłonić go do wycofania się z życia publicznego. Kardynał został wezwany do Rzymu przez ówczesnego Prefekta Kongregacji ds. Biskupów, kard. Giovanniego Battistę Re i została mu zakomunikowana decyzja. McCarrick nadal twierdził, że to pomówienia, zgodził się jednak odejść i opuścić kampus dla seminarzystów, gdzie mieszkał, jeżeli jego odwołanie nie będzie wyglądało na karę. Watykan martwił się tylko o to, by do tego czasu nie wybuchł skandal. W 2006 roku adwokat Księdza 1 złożył oficjalny incident report, w którym zostały przedstawione zarzuty przeciwko McCarrikowi, dokument dotarł do władz cywilnych i kościelnych. Kard. Re, wystosował list do nowego nuncjusza w USA, Pietro Scambi, wydając w nim instrukcję, aby kard. Theodor McCkarrick, emerytowany arcybiskup Waszyngtonu wycofał się z życia publicznego i oddał modlitwie. Choć McCkarrick znacznie ograniczył swoje wyjścia publiczne w USA, nadal podróżował po świecie, uprawiał „miękką” dyplomację spotykając się z najważniejszymi liderami politycznymi i religijnymi, bywał regularnie w Rzymie i brał udział w spotkaniach z następcami Jana Pawła II. Praktycznie nie zastosował się do zaleceń swojego przełożonego. Nadał twierdził, że stawiane mu oskarżenia są fałszywe. W kwietniu 2008 roku, podczas podróży Benedykta XVI do Stanów Zjednoczonych, kard. McCarrick koncelebrował mszę z papieżem w katedrze św. Patryka oraz uczestniczył w obiedzie podczas papieskiej wizyty w Nowym Jorku. Po tym epizodzie, psychoterapeuta i były zakonnik benedyktyński, Richard Sipe, opublikował w Internecie „list otwarty” skierowany do Benedykta XVI zatytułowany „Deklaracja dla papieża Benedykta XVI w sprawie modelu kryzysu nadużyć seksualnych w Stanach Zjednoczonych”. Według Sipe’a „aberracja seksualna” w Kościele katolickim nie była generowana oddolnie, ale odgórnie – poprzez zachowania seksualne przełożonych, nawet biskupów i kardynałów”. Sipe opisał min. przykład kard. McCarricka. W publicznym liście Sipe’a nie padły zarzuty o pedofilię i nie został on zauważony przez media głównego nurtu, nie stanowił więc zagrożenia dla Kościoła. Po tej publikacji, abp. Carlo Maria Vigano, ówczesny członek Sekretariatu Stanu, napisał oficjalną notę na temat McCarricka, w której ostrzegał przed wybuchem niezwykle groźnego skandalu, którego przyczyną będzie kardynał, sugerując, aby papież, w którego ekskluzywnej kompetencji leży sądzenie kardynałów, podjął odpowiednie kroki. Nota, choć puszczona w obieg w Watykanie, nie miała większych konsekwencji. Ani Benedykt XVI, ani Franciszek do 2018 r., nie egzekwowali zaleceń kard. Re z 2006, sądząc, że skoro Jan Paweł II przeegzaminował już sprawę McCkarricka i pozytywnie ocenił list skierowany przez niego do Dziwisza, to jest on niewinny. McCkarrick prosił nawet, aby restrykcje wobec niego zostały odwołane. Upłynęło kolejnych dziesięć lat, podczas których Watykan preferował wierzyć, że sprawa McCkarricka to plotki i pomówienia bez dowodów, dokonywane przez osoby niewiarygodne, a nie przez jego ofiary…
Kłamstwo trwające prawie pół wieku
W czerwcu 2018 r., McCarrick został po raz pierwszy oskarżony o seksualne molestowanie dzieci w latach 1971-72, w nowojorskiej katedrze św. Patryka, przez byłego ministranta. Powołana komisja kościelna uznała zarzuty za wiarygodne. Po upublicznieniu oskarżeń, 28 lipca 2018 r., papież Franciszek przyjął rezygnację McCkarricka z Kolegium Kardynalskiego i zawiesił go ad divinis, nakazując prowadzenie życia w odosobnieniu i pokucie.
28 sierpnia 2018 r., w różnych mediach katolickich ukazało się 10-stronicowe dossier, opublikowane przez byłego nuncjusza w USA, Carlo Maria Vigano i mówiące o tym, że Kościół, włącznie z papieżem Franciszkiem, od lat wiedział o nadużyciach homoseksualnych kard. Theodora McCarricka. Vigano domagał się dymisji papieża.
Dopiero 11 stycznia 2019 roku, na podstawie informacji zebranych w toku postępowania administracyjnego, Kongregacja Nauki Wiary wydała dekret, w którym McCarrick został uznany winnym nagabywania podczas sakramentu spowiedzi oraz popełnienia grzechu przeciwko szóstemu przykazaniu z nieletnimi i dorosłymi, z obciążającymi okolicznościami nadużycia władzy. To najcięższe grzechy, jakie możne popełnić kapłan. 15 lutego 2019 został ostatecznie wydalony ze stanu kapłańskiego.
W wyniku tych wydarzeń powstał omawiany Raport, stanowiący przede wszystkim odpowiedź na zarzuty Vigano, będące wynikiem politycznej walki wewnętrznej w Kościele i własnych ambicji arcybiskupa. W Raporcie udokumentowano, że gdy abp. Vigano był nuncjuszem w USA, w latach 2011-2016, w sprawie McCarricka nie zrobił nic i nie przekazał dotyczących go dokumentów do Watykanu.
Niestety w tej sytuacji nasuwa się pytanie: „Czy gdyby Vigano bezprecedensowo nie zażądał dymisji Franciszka, moglibyśmy przeczytać ten Raport i poznać prawdę?”. Prawdopodobnie nie…
Rapporto sulla conoscenza istituzionale e il processo decisionale della Santa Sede riguardante l’ex Cardinale Theodore Edgar McCarrick (dal 1930 al 2017) to lektura szokująca, nawet dla dziennikarza, który skandalem pedofilii w Kościele zajmuje się od lat, gdyż ukazuje od podszewki cały mechanizm przemilczania i ukrywania nadużyć seksualnych mających miejsce od lat 70-tych ubiegłego wieku, do dziś. Jego upublicznienie było odważną decyzją ze strony papieża Franciszka. Warto, aby przeczytali go nie tylko dziennikarze, ale także polscy katolicy i wyciągnęli wnioski…

Tajemnice Watykanu Groźba Papieża

Gdy w październiku 1980 roku pracowałem w Sekretariacie Synodu Biskupów w Watykanie, z dostępem do dokumentów tajnych („sub secreto“), miałem okazję do kontaktów z elitą hierarchi watykańskiej, w tym – z Sekretariatu Stanu.

Doszła wówczas do mnie wiadomość, plotka, o niesamowitej, nieprawdopodobnej wręcz treści. Otóż Jan Paweł II miał jakoby odbyć rozmowę z b.ambasadorem USA w Rzymie – Johnem Volpe , nb. zaufaną osobą ówczesnego szefa CIA Wiliama Casey’a a na dodatek kawalerem maltańskim, na temat sytuacji w Polsce.
Volpe mówić miał o możliwym, siłowym rozwiązaniu klinczu społeczno-politycznego w Polsce. Z jednej strony miałaby stanąć rosnąca w siłę opozycja, popierana przez USA i wraz z nią ewentualnie Wojsko Polskie, z drugiej – interweniujące wojska radzieckie i „sojusznicze“ z ościennych państw Paktu Warszawskiego.
Reakcja papieża na nakreślony przez b.ambasadora USA scenariusz miała być ostra: –„ Nie można wykorzystywać Polski do konfliktu zastępczego z Rosją. Wasze wielkie zwycięstwo (destabilizacja ZSRR) będzie opłacone przez Polaków. Przelewanie krwi za niewłasne interesy nie służy polskiej sprawie. Jeśli nie powstrzymacie waszych działań w moim kraju, to w razie konfliktu przylecę do Polski i zginę z własnym narodem.“
Tyle plotka. A dalej zaczyna się narracja, którą po latach usłyszałem od ówczesnego ambasadora polskiego w Londynie – Jana Bisztygi.
Volpe miał wysłać natychmiastową depeszę tajną, szyfrogram, do Departamentu Stanu USA a ten do najbliższych sojuszników USA, do brytyjskiego Foreign Office (Było to o tyle naturalne, że Wielka Brytania należała wówczas do „Sojuszu Pięciorga Oczu“, grupy współpracy wywiadowczej, złożonej z  USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii i Nowej Zelandii, kontrolującej m.in. system podsłuchów globalnych „Echelon“, z którego dane trafiają do obróbki w Fort Meade w Stanach Zjednoczonych. Aktualnie to jest już „Sojusz Czternastu Oczu“.)
Wracając do początkowego wątku, w końcu pażdziernika 1980 roku, pod koniec Synodu, byłem akurat w trakcie transferu z Rzymu do Paryża, aby zgodnie z decyzjami przełożonych zakonu Jezuitów kontynuować tam studia teologiczne. Miałem kłopoty z łącznością z Centralą Wywiadu w Warszawie a przy tym wiadomość, plotka,w której posiadanie wszedłem, wydawała mi się tak nieprawdopodobna, że nie zdecydowałem się na jej przekazanie innymi, nieosobowymi środkami łączności np. tajnopisem bądź zakamuflowaną mikrofotografią.
Dopiero późnym latem 1981 roku, przy okazji pobytu w kraju i spotkania z  dowództwem wywiadu w ośrodku w Magdalence, „przemyciłem“ tę informację w trakcie lunchu, podczas rozmowy towarzyskiej, dzieląc się ze słuchaczami wszelkimi wątpliwościami co do jej prawdziwości. Ku memu zdziwieniu obecni przedstawiciele Centrali nie wydwali się zaskoczeni moją wypowiedzią, wyglądało na to , że przyjęli ją za dobrą monetę.
Teraz, po latach, uzyskałem potwierdzenie prawdziwości tej „ciekawostki“, która okazała się autentyczna i dzięki dwóźródłowej informacji, mojej jak i jeszcze jednej osoby, uzyskała, z wywiadowczego punktu widzenia, status wiadomości wiarygodnej najwyższej wagi.
I tu znowu wkracza na scenę ambasador Bisztyga, reprezentujący w Londynie Polskę w latach 1978-1981. Ogólnie tam lubiany, wyrobił sobie świetne stosunki w elicie politycznej Wielkiej Brytanii, więcej – zaskarbił sobie zaufanie jej przedstawicieli. Miał doskonałe relacje z doradcą premier Margaret Thatcher do spraw bezpieczeństwa narodowego – Colinem Buddem.
W nocy obudził Bisztygę telefon od oficera MI6, Michaela Pallisera, proszącego go o natychmiastowe spotkanie. Gdy do niego dochodzi, Palliser pokazuje zaskoczonemu ambasadorowi depeszę od Volpe z pytaniem : Czy to możliwe, aby papież zdobył się na realizację swych słów ?
Bisztyga odpowiada: „ To Polak, na dodatek człowiek o góralskiej mentalności, wojownik, skoro mówi, to zrobi.“
Po spotkaniu z Palliserem ambasador wysłał szyfrogram do kraju. Dzięki temu władze polskie uzyskały dodatkowy, wielki argument w rozmowach z Sowietami, mitygujący ich i pozwalający na wewnętrzne rozwiązanie kofliktu przez samych Polaków.
Równolegle Margaret Thatcher zaczyna przekonywać Ronalda Reagana, że należy hamować antyradziecki impet na odcinku polskim. Potwierdzają to opublikowane niedawno w Londynie wybrane depesze brytyjskiej premier do prezydenta USA.
Te zakulisowe działania papieża i Watykanu, jak również uzyskanie przez polski wywiad informacji o nich z dwóch niezależnych źródeł, przyczyniły się zapewne do uratowania naszego kraju, a może nawet dużej części Europy przed krwawą łaźnią.
Wprowadzenie w Polsce stanu wojennego, niezależnie od różnych jego ocen, było, jakkolwiek by na nie nie patrzeć, wewnętrznym, polskim działaniem.
Te, dotąd okryte tajemnicą, intencje papieża jak i fakt zapobieżenia interwencji radzieckiej w wyniku zaangażowania polskich sił zbrojnych, mogą tłumaczyć fenomen wielokrotnych audiencji, których papież udzielał, również po stanie wojennym, Wojciechowi Jaruzelskiemu, przedtem – szefowi partii i państwa a później – pierwszemu po zmianie systemu prezydentowi Polski, nawet wówczas, gdy z obu tych funkcji odszedł.
Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Kontrwywiad watykański blaski i cienie

Kościół rzymsko-katolicki ze względu na swą strukturę – (lokalne wspólnoty, parafie) hierarchicznie podporządkowane instancjom wyższego rzędu (dekanaty, diecezje, archidiecezje, itd.) a te z kolei na poziomie poszczególnych krajów (konferencje episkopatów, przełożonych zgromadzeń zakonnych) znajdujące sie pod centralną władzą Watykanu, stanowi instytucję o charakterze globalnym. Mówię tu o jej aspekcie „profanum”, świeckim, nie o „sacrum”, czyli o wymiarze religii i wiary.

W efekcie tego „globalizmu” Watykan, w którym zbiegają się wszelkie wektory doczesnych działań (informacyjne,finansowe, administracyjne) zajmował zawsze poczesne miejsce wśród obiektów wywiadowczego rozpracowywania ze strony wszystkich państw, bez względu na systemy polityczne w nich panujące.
Wywoływało to naturalne odruchy obronne ze strony Miasta-Państwa. W wymiarze bezpieczeństwa terytorialnego funkcjonuje Gwardia Szwajcarska oraz mniej rzucająca się w oczy, za to dobrze uzbrojona, żandarmeria. W płaszczyźnie para – wywiadowczej można mówić o różnych formach zorganizowania, wynika to już z samej struktury, której centralą jest Watykan, a głową państawa – papież, ze świeckiego punktu widzenia porównywalny do monarchy absolutnego, teokratycznego aczkolwiek elekcyjnego. Mówię tu znowu o aspekcie „profanum”, bo z punktu widzenia „sacrum”, dla wierzących, będzie on Ojcem Świętym, następcą św. Piotra na Ziemi.
Z działaniami osłonowymi, typu kontrwywiadowczego, było w Watykanie znacznie gorzej. Podejmowano wprawdzie różne próby w tej mierze, ale charakter zorganizowany, quasi – profesjonalny,osiągnęły one dopiero w XX wieku.
Za twórcę kontrwywiadu watykańskiego należałoby uznać Roberta Grahama.
Narodziny własnego kontrwywiadu po części rozwiązywały problemy związane z nominalną odpowiedzialnością włoskich służb specjalnych za kontrwywiadowcze zabezpieczenie Watykanu. Tyle, że nie było nigdy gwarancji, iż np. po kontroli antypodsłuchowej agenci włoscy przeprowadzjący ją, nie zamienią wykrytych wrogich „pluskiew” na podobne tyle, że swoje.
Robert Graham,jezuita, obywatel USA, będący już za Piusa XII jego osobą zaufaną, został ściągnięty ze Stanów Zjednoczonych do Watykanu początkowo, aby demaskować hitlerowskich agentów.
Pytany, gdzie Graham przeszedł przeszkolenie, jeden z przedstawicieli amerykańskiego wywiadu, odpowiada tyleż skromnie co mało logicznie, że „był przeszkolony przez najlepszy wywiad – watykański” ( podczas gdy Graham miał dopiero kształtować pełne, profesjonalne wywiadowczo-kontrwywiadowcze oblicze watykańskich służb specjalnych – uwagaq moja). Po II wojnie światowej jego misję przedłużono, zamierzał tropić agenturę KGB i „demoludów” na terenie Miasta – Państwa Watykan. Funkcję tę pełnił jeszcze za czasów pontyfikatu Jana Pawła II . Zyskał nawet przydomki „łowca szpiegów” i „watykański 007”. Potem wrócił do USA gdzie zmarł w Los Gatos w Kalifornii w 1997 roku.
Ale zanim to nastąpiło, doszło do kilku istotnych wydarzeń.
Między innymi do zamachu na papieża 13 maja 1981 roku. Co na ten temat mówią teczki Grahama, nie wiadomo. Po jego śmierci dokumentację liczącą około 25 tysięcy kart, równiez tych, które wraz z Grahamem wyemigrowały do USA, zakon zdeponował w Sekrtetariacie Stanu Watykanu, na żądanie tej instytucji, gdzie złożone i oczywiście utajnione,
dotąd spoczywają.
Graham działał, jak widać, intensywnie, w czym pomagali mu inni przedstaiciele tej sieci kontrwywiadowczej, jak choćby bp. Pavel Hnilica, abp.Tomko, sekretarz Generalny Synodu Biskupów w latach 1979 – 1985, od 1996 roku – kardynaał-prezbiter, czy Gianluigi Maronne, sędzia trybunału watykańskiego, przewodniczący Komisji d/s Bezpieczeństwa Państwa. Właśnie przez niego przekazywał papieżowi Janowi Pawłowi II zdobyte przez siebie informacje, z pominięciem sekretariatu papieskiego, jeśli nie zdołał uczynić tego osobiście.
Miał też innych współpracowników w Rzymie, często podróżował, m.in. do Szwajcarii, idealnego miejsca na spotkania operacyjno – informacyjne z reprezentantami zachodnio europejskich ale również i tych zza Atlantyku, agencji wywiadowczych i kontrwywiadowczych.
I tu mamy do czynienia z ciekawym zbiegiem okoliczności. Powiązane ze sobą, nawet pozornie, w sposób przyczynowo – skutkowy bądź chronologicznie, ciągi wydarzeń przez służby wywiadowcze z zasady nie są uznawane za przypadkowe, choć i to może się zdarzyć.
Do czegoś takiego doszło w 1983 roku. Rok ten był w kronikach watykańskich naznaczony, podobnie jak rok 1981, przy zachowaniu wszelkich proporcji, spektakularnymi i dramatycznymi wydarzeniami. Rozwijał się skandal z udziałem IOR (Istituto per le Opere Religiose) potocznie zwanym bankiem watykańskim i znikła (dosłownie) z powierzchni ziemi piętnastoletnia obywatelka Watykanu, której losy do dziś są nieznane – Emmanuela Orlandi.
Równocześnie ojciec Graham wyraża obawę, że doszło do zainstalowania aparatury podsłuchowej przez obce służby (z sugestią KGB) w szczytowych pomieszczeniach piętnastowiecznej wieży Mikołaja V, siedziby IOR, gdzie odbywały się intensywne konsultacje jego kierownictwa z ludźmi z Banku Ambrozjańskiego i nie tylko. Poruszano tam też zapewne wątek zniknięcia Emmanueli Orlandi, które media i liczni eksperci łączyli ze skandalem w IOR.
Jest, przypominam, rok 1983. Skandal w banku watykańskim, związana z nim upadłość Banco Ambrosiano, zaginięcie Emmanueli Orlandi, obawy o.Grahama o penetrację Watykanu a dokładnie – siedziby jego banku, do której miało dojść w wyniku włamania się przez bliżej niezidentyfikowaną agenturę przez okna z pancernymi szybami w szczytowej części wspomnianej już wieży i zainstalowanie w jej pomieszczeniach podsłuchów, których nota bene nigdy nie zlokalizowano. Można tylko stwierdzić, że pozostawienie ewidentnych śladów włamania dowodziłoby bardzo złego przygotowania profesjonalnego domniemanych szpiegów. Chyba, że służyłyby maskowaniu innych technik operacyjnych. I tu pojawia się zastanawiająca informacja.
John Koehler, b. oficer wywiadu wojskowego USA i b.doradca Reagana, twierdzi (cytuję za wywiadem, którego udzielił 21 września 2009 roku Tomaszowi Pompowskiemu z Polska the Times), że „około dwa lata po zamachu (na papieża – uwaga moja) raporty z wewnątrz Watykanu do służb specjalnych przestały płynąć”. Można domniemywać, że i te ojca Grahama.
Do jakich służb?
Do amerykańskich? Skoro Koehler to wie, to chyba tak. Nie mówi bowiem, że chodzi o służby wschodnie. Tłumaczy to raczej tym, że papież, bazując na informacjach Grahama, przciął osobowe kanały łączności z obcymi służbami wywiadowczymi ludzi ze swego otoczenia. Ale zapewne przecięte zostały też afiliacje Grahama ze słuzbami kraju jego pochodzenia, ze Stanami Zjednoczonymi.
Chociaż nie jest wykluczone, że Graham nadal uzupełniał swe prywatne archiwum kontrwywiadowcze tyle, że nie nadawał sprawom biegu i nie informował o nich. Koehler implicite potwierdza to swym nieprecyzyjnym sformułowaniem a zaraz potem mówiąc, że Graham często w swych wywiadowczych misjach jeździł do Szwajcarii, ulubionego miejsca kontaktów różnych wywiadów świata.
Czym mogło zostać spowodowane to nagłe milczenie?
Jakimi, z jednej strony – przerażającymi, z drugiej – niebezpiecznymi dla wpływowych ludzi z wpływowych instytucji faktami?
Myślę, że warto tu pokusić się o dygresję, istotną moim zdaniem, a związaną ze sprawą Emmanueli Orlandi i wspomnianym już skandalem finansowym banku watykańskiego. W 1983 roku kierował nim obywatel USA i Watykanu arcybiskup Paul Marcinkus. Wcześniej zdecydował, że głównym inwestorem finansów Watykanu będzie Bank Ambrozjański. W dobrze poinformowanych środowiskach rzymskich było tajemnicą poliszynela, że oba te banki zajmowały się intratnym procederem prania mafijnych pieniędzy, w tym – osławionej rzymskiej „Banda della Magliana” na której czele stał niejaki de Pedis. (Jaki był stopień „zblatowania” Marcinkusa z mafiozami dowodzi, że dorobił się u tych ludzi ksywy „Chińczyk”.)
Po krachu Banco Ambrosiano, IOR straciuł pieniądze, które powierzyła mu mafia. Jak już wspominaliśmy, wielu ekspertów i reprezentantów mediów łączyło ten fakt z prawdopodobnym porwaniem Emmanueli Orlandi. Według nich de Pedis, porywając dziewczynę, obywatelkę Watykanu, chciał wymóc zwrot utraconych środków, gdy zawiodły jego apele do Marcinkusa a przez niego – do papieża. Pieniędzy nie zwrócono, natomiast papież zwrócił się do wiernych o modlitwę w intencji porwanej, co jednak też nie pomogło. Jak dotąd wszelki ślad po niej zaginął. Natomiast szef bandy Magliana, de Pedis, gdy nadszedł naturalny kres jego żywota (stracił pieniądze, ale nie życie, tak jak zapewne Emmanuela czy jak powieszony w 1982 roku pod londyńskim mostem Czarnych Mnichów szef Banco Ambrosiano – Roberto Calvi) pochowany został, za zgodą kardynała Polettiego, wikariusza diecezji rzymskiej, której biskupem jest papież, w prestiżowej bazylice św. Apolinarego w pobliżu term Karakali.
Tę świątynię mafioso sobie wymarzył, jako miejsce wiecznego spoczynku. Fama głosi, że była to nagroda od Polettiego za to, że de Pedis zaniechał upominania się o utracone pieniądze.
Ten mafijny wątek był najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem tragedii Emmanueli Orlandi i jej rodziny. Wprawdzie naczelny egzorcysta Watykanu, Gabriele Amorth, próbował skierować śledztwo na tory orgii seksualnej z udziałem gwardzistów szwajcarskich i duchownych, po której Emmanuelę zamordowano, ale hipoteza ta nie znalazła solidnego potwierdzenia w faktach.
Czym więc wytłumaczyć nagłe milczenie ważnego źródła, którym był Graham?
Można założyć, żę uzyskał on obszerną informację o korupcji, powstałej również w wyniku obcych operacji wywiadowczych, w najwyższych kręgach kręgach kleru i administracji watykańskiej. Może również nie zabrakło tam wątków seksualnych, pedofilskich, ktore przeplatały się z kryminalnymi elelementami defraudacji i machinacji finansowych, we współpracy z mafią.
W obliczu dwóch wcześniej wspomnianych spraw – skandalu Banku Watykańskiegi i Ambrozjańskiego oraz „anihilacji” Emmanueli Orlandi, jest to prawdopodobne. Obraz ten przedstawił zapewne swym najwyższym watykańskim przełożonym, którzy uznali, że jego misji należy położyć kres, bowiem nagłośnienie jej wyników niosło w sobie ryzyko nieodwracalnych strat wizerunkowych dla instytucji kościoła w skali światowej.
A co z innymi „bohaterami” i wydarzeniami tej historii?
Abp.Marcinkus chroniony prze immunitet w Watykanie przed włoskim wymiarem sprawiedliwości następnie udał się do USA, gdzie zmarł w 2006 roku.
Natomiast historia spenetrowania budynku IOR przez agenturę ze Wschodu, z włamaniem i założeniem tam „pluskiew” była o tyle bezsensowna, że wystarczyło założyć na kablach elektrycznych oświetlenia w sali obrad na najwyższej kondygnacji wieży, gdzie z reguły wieczorem odbywały się zebrania, oporniki o zmiennej mocy, połączone z mini-mikrofonami, aby uzyskać pasywną aparaturę podsłuchową, funkcjonującą dzięki zmianom natężenia oświetlenia, niezauważalnego dla oka ludzkiego ale doskonale odbieranego przez czułą, ukierunkowaną fotokomórkę z określonej odległości, z zewnątrz. Te zmiany intensywności światła można prostą drogą przetworzyć na dżwięki (w tym przypadku – przebieg rozmów).
Już w latach 70-tych, w miesięczniku „Młody Technik”, opisano dokładnie zarówno działanie jak i sporządzenie takiego sprzętu. W latach osiemdziesiątych XX wieku profesjonalna aparatura tego typu była znacznie skuteczniejsza. Wystarczył jeden skorumpowany elektryk watykański, aby ją zainstalować, bez żadnych bezpośrednich działań służb wywiadowczych. Podobny efekt można było uzyskać zbierając mikrodrgania z okien laserem, co jednak w przypadku szyb pancernych było utrudnione.
Szkopuł jednak w tym, że „ważne”, pancerne okna najwyższej kondygnacji wieży Mikołaja, siedziby banku watykańskiego, wychodzą na prostokątne, zamknięte patio, jeśli nie liczyć lukarn na dachu i okien zewnętrznych na obwodzie tej kondygnacji. Właściwie jedynym punktem obserwacyjnym, skąd są widoczne, a to stanowiło niezbędny warunek odbierania fluktuacji oświetlenia były… najwyższe piętra Pałacu Papieskiego. Ale i tam mógł być usłużny kamerdyner.
Pewnie byłby w stanie coś na ten temat powiedzieć Fabio Markiz Ragona. Pracownik b.premiera i miliardera włoskiego – Berlusconiego, związany z koncernem medialnym Mediaset tego ostatniego. Jest on wybitnym ekspertem-watykanistą, posiadającym własne, logiczne tezy związane z poruszanymi
tu sprawami.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Święty Jan Paweł Wielki książka papieża Franciszka

„Święty Jan Paweł Wielki” – pod tym tytułem 11 lutego 2020 ukazał się wywiad książkowy pomiędzy papieżem Franciszkiem a młodym duchownym Luigim Maria Epicoco, poświęcony życiu i duchowości Karola Wojtyły, z okazji 100 rocznicy urodzin polskiego papieża (18 maja 1920 r.).

Książka jest już tłumaczona na polski, francuski, hiszpański, portugalski, angielski. Rozmowy argentyńskiego papieża z włoskim duchownym trwały kilka miesięcy i są szeroką refleksją Bergoglia nad osobowością, duchowością i nauką polskiego papieża, którego on sam kanonizował 27 kwietnia 2014 r.
Nie należy się chyba dziwić, że „Święty Jan Paweł Wielki” ukazuje Wojtyłę niczym postać ze świętego obrazka i chyba ma na celu zamknąć wszystkie dyskusje, które w ciągu ostatnich lat toczyły się wokół nieskazitelnej świętości Jana Pawła II i błędów jego pontyfikatu.
Celibat
Jak podkreślają włoscy komentatorzy, ciekawostką jest fakt, że książka ukazała się w rocznicę podpisania paktów laterańskich, na mocy których powstało Państwo Watykańskie, a przede wszystkim w rocznicę abdykacji Benedykta XVI, mającej miejsce 11 lutego 2013 r. Ciekawe jest również to, że papież Franciszek wspomina o swoim bezpośrednim poprzedniku w całym wywiadzie tylko pięć razy, choć robi to z wielką czułością. Być może wszystko to jest zwykłym zbiegiem okoliczności, trudno jednak aby za watykańskimi murami o tych rocznicach nie pamiętano.
Jak zwraca na to uwagę Francesco Lepore, w swoim artykule „Papież Bergoglio pisze książkę o Wojtyle, kontrowersyjną na temat teorii płci” w LINKIESTA, Bergoglio wspomniał o Ratzingerze w kontekście odpowiedzi na pytanie dotyczące celibatu księży, stwierdzając „Jestem przekonany, że celibat jest darem, łaską i… idąc śladami Pawła VI, a następnie Jana Pawła II i Benedykta XVI, mocno odczuwam obowiązek myślenia o celibacie jako decydującej łasce, która charakteryzuje Kościół łaciński. Powtarzam: to łaska, a nie ograniczenie”.
Może to cała odpowiedź Franciszka na książkę „Z głębi naszych serc”, napisaną przez emerytowanego papieża Benedykta XVI wspólnie z prefektem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, kard. Robertem Sarahem, która wywołała światową polemikę wobec otwarcia się na instytucję viri probati (żonatych księży) podczas synodu amazońskiego, który odbył się w Watykanie i którego konkluzje papież opublikował 12 lutego br. w postsynodalnej adhortacji apostolskiej Querida Amazonía.
Kapłaństwo kobiet i gender
W książce „Święty Jan Paweł Wielki”, Franciszek, w pełnej zgodzie z nauką Jana Pawła II, wyraźnie i ostatecznie mówi „nie” w kwestii kapłaństwa kobiet. „Bardzo często, gdy zadaje mi się pytanie dotyczące kapłaństwa kobiet, mówię, że nie tylko zgadzam się z Janem Pawłem II, ale że temat nie jest już dyskutowany, ponieważ stanowisko Jana Pawła II było ostateczne.” – jaśniejszej odpowiedzi Bergoglia w tej kwestii nie można już oczekiwać.
Największe zaskoczenie i dyskusję wzbudziło stanowisko papieża w sprawie gender. Jak napisał Francesco Lepore w LINKIESTA, choć gender to jedna z tych historii spiskowych, której powstanie i upowszechnienie zawdzięcza się Dale O’Leary z Opus Dei w 1997 r., i której dyfuzję można porównać ze spiskowymi teoriami dotyczącymi jansenistów, jezuitów, masonów i Żydów, Bergoglio nie zdaje sobie sprawy, że nie ma teorii płci w przeciwieństwie do badań nad płcią, które są zupełnie inną rzeczą. Na pytanie ks. Epicoco: „W każdej epoce historycznej zło objawia się na różne sposoby. W tym historycznym momencie, jaki jest najbardziej konkretny sposób, w jaki zło ujawnia się i działa?”, papież odpowiada: „Jednym z nich jest teoria płci. Chcę jednak od razu wyjaśnić, że mówiąc to nie mam na myśli tych, którzy mają orientację homoseksualną. Katechizm Kościoła Katolickiego zachęca nas do towarzyszenia i opieki duszpasterskiej nad tymi braćmi i siostrami. Odnoszę się do niebezpiecznego źródła kulturowego. (…) Jest to atak na różnicę, na kreatywność Boga, na mężczyznę i kobietę.”
Chyba po tych słowach nie może być już wątpliwości.
Ameryka Łacińska
Papież Franciszek w książce „Święty Jan Paweł Wielki”, odniósł się również do kwestii Ameryki Łacińskiej, z której pochodzi i teologii wyzwolenia, którą stłumił papież Polak. Bergoglio usprawiedliwia Wojtyłę: „Ameryka Łacińska kochała Jana Pawła II. Wiele krajów miało trudności ze zrozumieniem, w jaki sposób teologia wyzwolenia, która korzystała z analizy marksistowskiej, ryzykowała pójście ścieżką ideologiczną, która w pewnym sensie może zdradzić prawdziwe przesłanie Ewangelii. Jan Paweł II pochodził z kraju, który cierpiał przez marksizm i miał wielką zdolność wyczucia tego ryzyka”. Franciszek tłumaczy, że niektóre decyzje swojego poprzednika nie były podyktowane zamknięciami w odniesieniu do niektórych inicjatyw, ale próbą zachowania autentyczności Ewangelii, gdyż niektóre inicjatywy oddolne, które zrodziły się z uzasadnionych pragnień i poczucia niesprawiedliwości społecznej, musiały być interpretowane bardziej w świetle Ewangelii, niż w świetle analizy marksistowskiej.
Choć Franciszek przyznaje, że z Janem Pawłem II spotkał się kilka razy w sytuacjach oficjalnych, mówi, że przejął wiele z jego nauki pastoralnej i historii.

Czy i jak Synod dla Amazonii zmienił oblicze kościoła katolickiego?

Synod dla Amazonii, do którego papież Franciszek przykładał szczególną wagę, trwał w Watykanie od 6 do 27 października 2019 r. Jak wyjaśnił sam papież: „został powołany, aby odnaleźć nowe drogi i ukazać amazońskie oblicze Kościoła, a także by odpowiedzieć na sytuacje niesprawiedliwości w tym regionie”. Trzytygodniowe obrady odbywały się pod hasłem „Amazonia: nowe drogi dla Kościoła i ekologii integralnej”.

Obrady synodu zostały otworzone procesją amazońskich tubylców, którzy na Plac św. Piotra wnieśli indiańską kanoę symbolizującą łódź św. Piotra. Indios w pióropuszach na głowach modlili się razem z Ojcem Świętym w San Pietro i uczestniczyli w obradach wraz z biskupami. Tak kolorowych, radosnych i symbolicznych scen Watykan jeszcze nie widział. Nie wszystkim się podobało.
W Synodzie dla Amazonii brało udział 184 ojców synodalnych i 80 wysłanników specjalnych, wśród których znalazło się 35 kobiet. Papież podkreślił, że obrady miały cztery wymiary: „ekologiczny, społeczny, duszpasterski i kulturowy”. Ogłosił, że ma zamiar przygotować do końca roku tekst adhortacji, będącej podsumowaniem synodu i nadającej jego ustaleniom moc prawną. Będzie to prawdziwy przełom dla Kościoła.
Synod Biskupów został ustanowiony przez papieża Pawła VI, 15 września 1965 r. poprzez motu proprio (dekret papieski – przp. aut.) „Apostolica sollicitudo”. Jako papieski organ doradczy powstał w kontekście soboru watykańskiego II i wraz z konstytucją dogmatyczną „Lumen gentium” (21 listopada 1964 r.), ma na celu wprowadzenie kolegialności w kwestiach dotyczących życia Kościoła – poprzez wspólną dyskusję biskupów pod przewodnictwem papieża.
Tak dla żonatych księży diakonów
Nad dokumentem końcowym Synodu dla Amazonii liczącym aż 120 punktów głosowało 185 prałatów i wszystkie punkty zdobyły wymaganą większość 2/3 głosów.
Najbardziej gorący był punkt 111 mówiący o możliwości „wyświęcania mężczyzn – odpowiednich i uznanych przez wspólnotę – którzy będą mieli owocny diakonat stały i otrzymają właściwe przygotowanie do kapłaństwa, mając rodzinę prawnie założoną i trwałą”. Oznacza on otwarcie się Kościoła kat., na żonatych księży diakonów, podkreślając jednocześnie wartość celibatu kapłańskiego. Jest to nowość w stosunku do dyskusji na temat tzw. viri probati (wypróbowanych mężczyzn) – czyli starych mężczyzn prezbiterów, żonatych lub wdowców, trwającej od czasu soboru watykańskiego II. Już podczas światowego synodu w 1971 r., aż 40% biskupów opowiedziało się za dopuszczeniem do święceń żonatych viri probati. Uznano jednak wtedy, że sprawa jeszcze nie dojrzała. W 2007 roku na Konferencji Episkopatu Ameryki Łacińskiej i Karaibów biskupi znów chcieli o tym problemie rozmawiać, ale reprezentant Watykanu oznajmił, że nie jest to odpowiednie miejsce ani czas. Dopiero w 2017 r., papież Franciszek wrócił do tematu i postanowił postawić sprawę na Synodzie dla Amazonii. Za otwarciem na żonatych księży diakonów głosowało 128 biskupów, przeciw 41. To punkt, który miał największą ilość „non placet” – czyli głosów przeciwnych.
W regionach Amazonii wspólnoty wiernych są odwiedzane przez księdza raz na kilka lat. Na jednego duchownego przypadają tam dziesiątki wiernych, którzy pełnią różnorakie funkcje w Kościele. Ameryka Łacińska stała się dziś epicentrum globalnego kryzysu katolicyzmu. Obok spadku powołań, kolejną kwestią jest konkurencja ze strony innych religii – protestantyzmu, a przede wszystkim pentekostalizmu. Problem Ameryki Łacińskiej narastał od lat, potrzebny był jednak papież z tego kontynentu, aby go zrozumieć.

Amazonia a sprawa kobiet

Na Synodzie dla Amazonii mowa była również o diakonacie kobiet. Uczestnicy synodu opowiedzieli się za wznowieniem prac komisji powołanej przez Franciszka w 2016 roku do przedyskutowania tej kwestii. Punkt 103 dokumentu końcowego zauważa, że w licznych konsultacjach, które odbyły się w Amazonii została uznana za fundamentalną dla katolicyzmu rola zakonnic i kobiet pełniących ważne funkcje we wspólnotach wiernych. W wielu konsultacjach zabiegano o stały diakonat dla kobiet i z tego powodu to był drugi ważny temat podczas tego synodu. Już w 2016 r. papież Franciszek utworzył „Komisję do spraw diakonatu kobiet”, która stwierdziła, że istniał on w pierwszych wiekach Kościoła i mógłby się odrodzić. Bergoglio w tej sprawie został jednak wyhamowany przez wewnętrzną opozycję.
Na Synodzie dla Amazonii w Watykanie nie zabrakło scen wymownych i symbolicznych, „Skończmy z tym maskulizmem! Pora aby kobiety też głosowały!” – powiedziała podczas konferencji prasowej siostra Birgit Weilr z Kongregacji Misyjnej Sióstr Szpitalnych, współpracująca z Komisją ds. Działań Społecznych Konferencji Episkopatu w Peru. Na obrady w Watykanie zostało zaproszonych 35 kobiet, co stanowi zaledwie 7.5% wszystkich uczestników, choć ponad połowa wiernych katolickich to kobiety…
„Jesteśmy wdzięczne papieżowi za wszystkie gesty, które uczynił wobec kobiet. Mamy oczywiście nadzieję, że podczas tego pontyfikatu przynajmniej przełożone zakonów będą miały prawo głosu, tak jak duchowni płci męskiej – w końcu papież Franciszek przypomniał, że do głosowań w kwestiach ważnych dla Kościoła nie są wymagane święcenia kapłańskie. Gdy bracia głosują w jakiejś sprawie, te same sprawy dotyczą sióstr.” – mówiła siostra Birgit.
Dokument końcowy Synodu dla Amazonii mówi o „kobietach będących ofiarami przemocy fizycznej, moralnej i religijnej, w tym o kobietobójstwie”, a następnie prosi o rewizję motu proprio Pawła VI, aby również odpowiednio przygotowane kobiety mogły wykonywać posługę diakońską: „W nowych kontekstach ewangelizacji i duszpasterstwa w Amazonii, gdzie większość wspólnot katolickich prowadzona jest przez kobiety, prosimy o utworzenie ustanowionej posługi „wiodącej wspólnoty żeńskiej”, która da jej uznanie w służbie zmieniających się potrzeb ewangelizacji i dbałość o wspólnotę”.
W przemówieniu końcowym zamykającym Synod dla Amazonii, papież Franciszek oświadczył, że wznowi prace „Komisji do spraw diakonatu kobiet” i że Kongregacja Nauki Wiary ma za zadanie zgłębić sprawę stałego diakonatu kobiet, który istniał w początkach Kościoła.
Co papież Franciszek zrobił do tej pory dla kobiet? Mało – pomimo szczerych chęci… Liczą się jego dwa ważne gesty: decyzja o tym, że kobiety z grzechu aborcji nie muszą spowiadać się jedynie u biskupa oraz wyniesienie Marii Magdaleny do rangi „Apostoła wśród Apostołów” i oficjalne uznanie jej święta.
Na soborze watykańskim II dyskutowano o kapłaństwie kobiet. Papież Jan Paweł II zamknął tę dyskusję, a Benedykt XVI zakończył ją definitywnie uznając, że dla kobiet droga do kapłaństwa jest niemożliwa. Od tamtego czasu w gronie intelektualistek i teolożek katolickich toczy się debata na temat roli kobiet w Kościele katolickim: czy mają one aspirować do kapłaństwa ulegając klerykalizacji, czy też stanowią antidotum na klerykalizm katolicki, oferując kobiecą wizję władzy. „Feminizm katolicki?” – istnieje i ma się coraz lepiej w epoce ruchu Me Too, gdy obok pedofilii klerykalnej drugą plagą Kościoła są nadużycia (nie tylko) seksualne na zakonnicach. W Polsce jednak – gdzie jedynym dopuszczalnym wzorem żeńskiego katolicyzmu jest Kaja Godek – o tych sprawach się milczy.
Za punktem 103 dotyczącym diakonatu żeńskiego głosowało 137 biskupów, a 30 było przeciwnych.

Amazonifikacja Watykanu

Kolejnymi punktami, które wzbudziły lekki opór były te dotyczące „rytuałów amazońskich” (116,117. 118 i 119) i koncentrujące się na stworzeniu „katolickich obrzędów ludów tubylczych”. „Musimy dać autentycznie katolicką odpowiedź na prośbę społeczności amazońskich o dostosowanie liturgii poprzez wzmocnienie wizji świata, tradycji i symboli oraz oryginalne obrzędy, które obejmują wymiar transcendentny, wspólnotowy i ekologiczny” – głosi punkt 116. „W Kościele katolickim istnieją 23 różne obrzędy, co jest wyraźnym znakiem tradycji, która od pierwszych stuleci próbowała inkulturować treść wiary i jej celebrację poprzez język, który jest jak najbardziej spójny z tajemnicą, która ma być wyrażona” – głosi punkt 117. „Konieczne jest, aby Kościół w swojej niestrudzonej pracy ewangelizacyjnej działał tak, aby proces inkulturacji wiary wyrażał się w najbardziej spójnych formach, aby można go było celebrować i przeżywać także w językach właściwych ludom amazońskim. Należy pilnie utworzyć komitety do tłumaczenia i opracowywania tekstów biblijnych i liturgicznych na języki różnych miejsc (…) Należy zachęcać do muzyki i śpiewu, które są akceptowane i wspierane przez liturgię” – głosi punkt 118. „Nowy organizm Kościoła w Amazonii musi powołać kompetentną komisję do studiowania i dialogu, zgodnie z obyczajami oraz tradycjami ludów przodków, mającą na celu opracowanie rytuału amazońskiego, który wyraża liturgiczne, teologiczne, dyscyplinarne i duchowe dziedzictwo Amazonii” – głosi punkt 119.
Jednym słowem – aby ratować dusze amazońskich tubylców i zapobiegać kryzysowi katolicyzmu w tych regionach, pora skończyć z modelem kolonializmu w filmowym stylu „Misji” w reżyserii Rolanda Joffé, i przyozdobić się w tubylcze piórka oraz przyswoić synkretyzm religijny.
Na tydzień przed zakończeniem obrad Synodu dla Amazonii miał miejsce dziwny epizod. Z kościoła Santa Maria in Traspontina przy Watykanie, na Via della Conciliazione zostały skradzione figurki amazońskie wystawione tam w ramach manifestacji religijnej „Amazonia wspólny dom” i wyrzucone do rzeki Tyber. Całe zdarzenie nagrano telefonem i pokazano na YouTube. Wśród rzeźb tubylczych znajdowała się tzw. „Pachamama” – czyli symboliczne przedstawienie Matki Ziemi. Policja włoska wyłowiła figurki z rzymskiej rzeki, a papież Franciszek przeprosił ludy tubylcze za brak szacunku, jaki spotkał je w Wiecznym Mieście.
Sprawa wzbudziła trochę zamieszania, jakie starała się napompować polska prasa ultrakatolicka. Portal PCh.24 opublikował nawet „mocny list otwarty bp. Athanasiusa Schneidera, poświęcony sprawie obecności w Watykanie amazońskich figurek „Pachamamy”. Można w nim przeczytać: „4 października 2019 r., w wigilię rozpoczęcia Synodu Amazońskiego, w Ogrodach Watykańskich, w obecności papieża Franciszka oraz niektórych biskupów i kardynałów, miała miejsce ceremonia religijna, której częściowo przewodniczyli szamani i podczas której zostały użyte symboliczne przedmioty, a w szczególności drewniana rzeźba nagiej, ciężarnej kobiety. Takie podobizny są znane i należą do rdzennych rytuałów plemion amazońskich, konkretnie służąc kultowi tak zwanej Matki Ziemi, Pachamamy. W kolejnych dniach drewniane, nagie figurki kobiece czczone były również w Bazylice św. Piotra, przed grobem świętego Piotra. Papież Franciszek powitał również dwóch biskupów niosących na ramionach figurę Pachamamy i udających się z procesją do Sali Synodalnej, gdzie owa figura została ustawiona na honorowym miejscu. Figurki Pachamamy zostały również wystawione na widok publiczny w kościele Santa Maria in Traspontina.
W rzeczywistości tzw. „rytuały amazońskie” na Synodzie dla Amazonii miały około 20 „non placet” na 185 głosów.

Grzech ekologiczny

W dokumencie podsumowującym synod była mowa również o przekazie ekologicznym zawartym w papieskiej encyklice „Laudato si” oraz o potrzebie zdefiniowania „grzechu ekologicznego” jako działania lub zaniechania przeciwko Bogu, przeciwko bliźniemu, wspólnocie i środowisku. Można przeczytać w nim, że Amazonia jest „zranionym i zdeformowanym pięknem miejscem bólu i przemocy. Ataki na przyrodę mają konsekwencje dla życia ludzi. Ten wyjątkowy kryzys społeczno-środowiskowy znalazł odzwierciedlenie w przesłuchaniu przedsynodalnym, w którym uwypuklono następujące zagrożenia dla życia: przywłaszczenie i prywatyzacja zasobów naturalnych, takich jak woda; legalne i nielegalnego wykorzystywanie drewna; polowanie i łowienie drapieżników; niezrównoważone megaprojekty (projekty hydroelektryczne, koncesje leśne, masowe wylesianie, monokultury, infrastruktura drogowa, infrastruktura wodna, kolej, projekty wydobywcze i naftowe); zanieczyszczenie spowodowane przez przemysł wydobywczy i składowiska miejskie; a przede wszystkim zmiany klimatu. Są to realne zagrożenia, które powodują poważne konsekwencje społeczne: choroby związane z zanieczyszczeniem, handel narkotykami, nielegalne grupy zbrojne, alkoholizm, przemoc wobec kobiet, wykorzystywanie seksualne, handel ludźmi, sprzedaż narządów, turystyka seksualna, utrata oryginalnej kultury i tożsamości (języka, praktyk duchowych i tradycji), kryminalizacja i morderstwo przywódców oraz obrońców terytorium. Za tym wszystkim stoją interesy gospodarcze i polityczne dominujących sektorów, przy współudziale niektórych gubernatorów i niektórych autorytetów autochtonicznych. Ofiary to: dzieci, młodzież, kobiety i Matka Ziemia”. Wskazano na konieczność stworzenia w każdym kościele lokalnym i regionalnym obserwatoriów duszpasterskich mających na celu diagnozę konfliktów społeczno-środowiskowych i wsparcie w zapobieganiu im.
Franciszek, odnosząc się do kwestii ekologicznych omawianych na synodzie, przywołał przykład zaangażowania ruchu młodzieżowego, nastolatki ze Szwecji Grety Thunberg i innych. Młodzi ludzie, stwierdził, „mają świadomość zagrożenia ekologicznego, które istnieje nie tylko w Amazonii”.
Jak pisał Tom Phillips w swoim artykule „Kościół na celowniku Bolsonara w związku z Synodem dla Amazonii, opublikowanym w The Guardian i przedrukowanym w Internazionale – ekologiczny charakter synodu wywołał burzę polityczną w Brazylii. Generałowie prezydenta Jaira Bolsonara ostrzegli Kościół, że nie będą tolerować ingerencji w politykę wewnętrzną i szukali poparcia ultrakonserwatystów w Rzymie, związanych z Instytutem Plinio Corrêa de Oliveira.

Opozycja Franciszka

W przeddzień rozpoczęcia Synodu dla Amazonii, 5 października 2019 r., w Hotelu Quiririnale w Rzymie odbył się „antysynodalny” kongres stowarzyszenia katolików świeckich Tradycja Rodzina i Własność (TFP), zorganizowany przez Instytut Plinio Corrêa de Oliveira. Otworzył go modlitwą kardynał Raymond L, Burke, a zamknął kardynał Walter Brandmuller – znani opozycjoniści Franciszka, którzy zasłynęli już z licznych działań wymierzonych w Ojca Świętego.
Wśród uczestników kongresu znaleźli się Julio Loredo (prezes włoskiej TFP), książe Bernard Brazylijski (tytularny następca tronu Brazylii), Jonas Marcolino Macuxí – wódz amazońskiego plemienia Macuxi, klimatolog Luiz Carlos Molion, James Bascon (amerykańska) TFP, José Antonio Ureta (francuska TFP), Roberto de Mattei – historyk i prezes Fundacji Lepanto, i inni.
Podczas kongresu klimatolog Molion zapewnił, że nie istnieje globalne ocieplenie wywołane działaniami człowieka, a ocieplenie w latach 1916-45 było spowodowane przez aktywność słoneczną, a to w latach 1976-2005 zmniejszeniem zachmurzenia i fenomenami takimi jak El Nino, natomiast w przyszłych latach czeka nas ochłodzenie i dłuższe zimy. Mówił również, że Amazonia nie jest zielonym płucem świata, gdyż nie jest niezbędnym źródłem wilgoci dla atmosfery, a sam las zużywa więcej tlenu niż go wytwarza.
James Bascon stwierdził natomiast: “W przeciwieństwie do tego, co wydaje się na pierwszy rzut oka (patrz katastrofy ekologiczne w krajach komunistycznych), komunizm i ekologizm mają wiele wspólnego. Żądają radykalnego egalitaryzmu, odrzucają chrześcijańskie przesłanie, nienawidzą zachodniej cywilizacji, odrzucają własność prywatną w jakiejkolwiek formie, dążą do utopii. Faktyczny współczesny ekologizm można uznać po prostu za bardziej zaawansowaną formę niemal religijnego socjalizmu. Komunizm nie jest martwy, ale żyje w formie ekologizmu. Zielony to nowy czerwony. Ekologizm jest idealnym ucieleśnieniem egalitarnego snu Karola Marksa.” Dodał również, że marksistowska teologia wyzwolenia odradza się dziś w ekologicznej ideologii Amazonii.
Roberto de Mattei krytykując Synod dla Amazonii stwierdził: „Oto nowa religia, która została nam zaproponowana: religia o plemiennej twarzy, która w rzeczywistości jest antyreligijną, bałwochwalczą wizją natury, przed którą musimy prosić Pana o ducha, którym Eliasz zniszczył bożków i pokonał fałszywych proroków. Widzimy, że bożki są mile widziane w Watykanie i wobec tej strasznej perspektywy musimy głośno powtórzyć słowa, którymi Apostołowie sprzeciwiali się tym, którzy prosili ich, aby nie głosili Ewangelii bezpośrednio po śmierci Chrystusa: „Non possumus” – „Nie możemy milczeć na temat tego, co widzieliśmy i słyszeliśmy”.
W kongresie TFP uczestniczyło około dwustu osób. Po takich deklaracjach trudno nie domyślać się kto stoi za wyrzuceniem posążka Pachamamy do Tybru.

Papież Franciszek przewiózł Kościół na drugi brzeg

– Robią dużo hałasu, ale w rzeczywistości pozostała ich już tylko garstka. Opozycja papieża Franciszka wykrusza się. Nie wiadomo czy kard. Brandmuller doczeka konlawe. Synod dla Amazonii był wielkim sukcesem, większość biskupów poparła jego postanowienia. Był to synod naprawdę kolegialny, na którym poruszono kluczowe sprawy dla współczesnego Kościoła: zapobieganie kryzysowi powołań poprzez otwarcie na żonatych księży diakonów, diakonat kobiet i ich rola w Kościele, sprawy ekologii tak ważne dla całego świata i przyszłych pokoleń, kwestia nierówności społecznych i biedy. Kościół jest z Franciszkiem. Cokolwiek by się stało, Franciszek zapewnił sobie już sukcesję na kolejnym konklawe, nominując swoich nowych kardynałów. Bergoglio zmienił Kościół. Nie jest to już Kościół postwojtyłowy. To Kościół franciszkański. – powiedziała nam Elisabetta Piqué, argentyńska dziennikarka i autorka książki “Franciszek. Życie i rewolucja”.
W ciągu sześciu lat Bergoglio nominował 67 nowych kardynałów elektorów, przekraczając limit 120 purpuratów ustanowiony przez Pawła VI. Obecnie kardynałów jest 128, z czego większość to “bergoglianie”. Dzięki sprawnym manewrom politycznym Franciszek zawrócił Kościół postwojtyłowy na drogę soboru watykańskiego II i używając amazońskiej kanoy przewiózł go z prawego brzegu konserwatyzmu na lewy brzeg progresywizmu. Jego rewolucji nie da się już zatrzymać.

Tymczasem w Watykanie…

Gdy polski kler nadal koncentruje się na walce z ideologią LGBT, z Watykanu napływają co chwila plotki sugerujące możliwość jeśli nie dekanonizacji Jana Pawła II, to przynajmniej zdjęcia go po cichu z pomnika. Teoretycznie dekanonizacja jest możliwa, jeśli udowodni się „wprowadzenie w błąd” papieża dokonującego tego aktu; dewojtylizacja Kościoła już postępuje żwawo. Na przestrzeni ostatniego roku miały miejsce trzy znamienne wydarzenia.

W błyskawicznym procesie beatyfikowano, a następnie kanonizowano arcybiskupa Oscara Romero, zamordowanego 24 marca 1980 r. przez bojówkę Roberta D’Aubissona, który przeszedł przeszkolenie w tzw. „Szkole Ameryk”, bazie treningowej organizowanej i finansowanej przez USA, szkolącej bojówkarzy w celu likwidacji ludzi z Ameryki Łacińskiej uznawanych za szkodliwych z punktu widzenia geopolityki Wuja Sama. Romero był utożsamiany z ideami teologii wyzwolenia, jednak urzędujący wówczas papież z Polski, wrogi wszelkim ruchom w Kościele mającym rys lewicowości czy postępowości, związany politycznie z interesami USA rządzonym przez Ronalda Reagana, nic nie uczynił w tej sprawie. Akta zebrane w Salwadorze, potwierdzające męczeństwo Romero, leżały bez żadnej decyzji od 1990 do 1999 r. w zakamarkach Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Tymczasem podobny akt zabójstwa duchownego – sprawa ks. Jerzego Popiełuszki, zamordowanego w 1984 r. – został niezwykle szybko uznany za męczeństwo.
Drugim ważnym epizodem będącym oznaką dewojtylizacji jest otwarcie w lutym 2019 r. procesu beatyfikacyjnego byłego generała jezuitów o. Pedro Arrupe. Od początku swego pontyfikatu Karola Wojtyła był skonfliktowany z Arrupe – zarówno na tle osobowości, jak i poglądów na rolę Kościoła i jezuitów, w tym stosunku do „teologii wyzwolenia”. W Towarzystwie Jezusowym od lat 50. rodziły się „wywrotowe” idee bazujące na marksizmie i marzeniu o sprawiedliwości społecznej. Im był oddany Pedro Arrupe, człowiek głęboko oddany idei rozwojowi ludzkości i postępu. Gorąco popierał dialog z marksizmem i współpracę z „obozem realnego socjalizmu” przeciwko prawicowym dyktaturom kreowanym z Waszyngtonu. Jezuici pod jego kierunkiem stali się najbardziej progresywną i zaangażowaną społecznie wspólnotą zakonną. Tymczasem Karol Wojtyła nie był w stanie wyjść poza mentalność prowincjonalnego, polsko-lokalnego, zachowawczego proboszcza z Małopolski czy Podkarpacia. Charakteryzowały go ponadto skrajny antykomunizm i ludowo-masowa bezrefleksyjna religijność. Z filozofem i otwartym na świat jezuitą wyraźnie mu było nie po drodze. Następcy Arrupe, powolni papieżowi, konsekwentnie oczyścili zakon z jednostek niezależnych i samodzielnie myślących. To też „zasługa” Jana Pawła II, który wolał popierać ultrakonserwatywne Opus Dei. Obecnym jednak generałem jezuitów jest Wenezuelczyk, Arturo Sosa Abascal. Czyżby miał nastąpić i w tej sprawie dewoltylizacyjny zwrot?
Trzecim elementem dewojtylizacji jest likwidacja Papieskiego Instytutu JP II dla Studiów nad Małżeństwem i Rodziną, co nastąpi w roku bieżącym. W jego miejsce powstanie Papieski Instytut Teologiczny JP II dla Nauk o Małżeństwie i Rodzinie i to jedno słowo „dla Nauk” powoduje wzburzenie bezkrytycznych zwolenników wszystkiego, co w jakikolwiek sposób może być wiązane z Karolem Wojtyłą. Prof. Stanisław Grygiel – filozof, filolog i dotychczasowy wykładowca Instytutu, bliski przyjaciel papieża z Polski, stwierdza, iż to zaprzepaszcza dorobek placówki naukowej i Jana Pawła II. Grygiel boi się tego „dla”, gdyż to spowoduje jego zdaniem „otwarcie” na inne spojrzenia dot. zagadnień rodziny, relacji płci, małżeństwa, in vitro, badań nad genetyką itd. Antidotum na te prądy w Watykanie i Kościele ma być tworzenie w seminariach i na uniwersytetach w Polsce samodzielnych katedr zajmujących się tylko myślą filozoficzną Karola Wojtyły i nauczaniem Jana Pawła II. To jest jego zdaniem misja dla polskich środowisk naukowych.
A w Polsce wszystko, co dotyczy Jana Pawła II, jest dogmatem. Nieruchomą, zastygłą w hieratycznym bezruchu konstrukcją. Liczni w naszym kraju tradycjonaliści i konserwatyści absolutnie nie rozumieją tego co się dzieje we współczesnym świecie. Ich próby obrony status quo (w wersji polskiego tradycjonalizmu i „wsobności”) noszą w sobie coś z „Wesela” Wyspiańskiego: „.. Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. W zglobalizowanym świecie, tak się nie da żyć. Co najwyżej można wegetować na peryferiach.

Agenda dla Europy

Powiązania i watykańskie inspiracje konfrontacji w Polsce.

Mamy faktycznie w naszym kraju konflikt cywilizacyjny o podłożu religijnym. W mniejszym lub większym stopniu tlił się on przez cały okres od roku 1989, chociaż z różną intensywnością. Przy stałej gotowości kolejnych ekip sprawujących władzę z rożnych opcji politycznych do akceptacji szczególnej pozycji Kościoła katolickiego w państwie oraz rangi jego oczekiwań i aspiracji, głosy obywateli wołających o świecki charakter szkoły, dopuszczalność aborcji do 12 tygodnia, możliwość szerokiego stosowania wspomaganych technik rozrodu czy nasycania przestrzeni publicznej treściami o charakterze religijnym były marginalizowane, pomijane i ignorowane, również przez media. Praktyki takie były stosowane wobec obywatelskich inicjatyw ustawodawczych jak np.: „świecka szkoła” czy ostatnio dotyczącej jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz likwidacji ich przywilejów finansowych. Godzenie się kolejnych rządów z nadrzędną wobec wszystkich innych instytucji pozycją Kościoła zostało tak dalece utrwalone w świadomości społecznej, że wszelkie działania jakie władze czyniły z chęci przypodobania się biskupom, zasłużenia na poparcie kleru czy chociażby zneutralizowania stanowiska Kościoła wobec aktywności aktualnie rządzącej formacji politycznej zostały skutecznie przykryte zasłoną milczenia. Pojedyncze nieśmiałe próby sprzeciwu czy to wobec działalności Komisji Majątkowych hojnie i bez należytej podstawy prawnej przydzielających kościołom i związkom wyznaniowym majątek państwowy i samorządowy, czy wobec przywileju swobodnego obrotu ziemią rolną, albo możliwości odliczania od dochodu ustalonego dla celów podatkowych osób prawnych kwot darowizn na cele kultu religijnego do wysokości aż 10% ostentacyjnie lekceważono bez żadnych konsekwencji społecznych. Wyraźnie widać było, że postępuje proces klerykalizacji kraju w zamian za poparcie Kościoła katolickiego dla sprawujących władzę. Niezależna pozycja Kościoła katolickiego w Polsce pozostała nienaruszona nawet po 2005 roku i to pomimo utraty wsparcia i autorytetu zmarłego papieża JPII. Kościół nie poparł projektu IV Rzeczpospolitej lansowanego przez koalicyjny rząd PiS i bez problemu uporał się z próbą lustracji mogącej zagrozić pozycji hierarchów. Klerykalizm polityczny narodowo-wyznaniowej partii Jarosława Kaczyńskiego bezskutecznie rozniecał światopoglądowy konflikt do czasu aż zyskał martyrologiczną podbudowę po katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, a Kościół uwierzył w możliwość całkowitego panowania w sferze światopoglądowej jako ukoronowaniu swojej pozycji i władzy trwale zapewniającej potrzebny poziom finansowania z państwowej kasy. Tym narzędziem stała się polityzacja religii, zawsze zresztą w Polsce związanej z potocznym poczuciem tożsamości narodowej i ścisły sojusz z partią rządzącą. Zdobycie jednak takiego poziomu władzy, który może zrealizować pełne podporządkowanie społeczeństwa regułom i rytuałom konfesyjnie zdefiniowanego katolickiego systemu wartości, a co za tym idzie czysto praktycznym interesom ekonomicznym Kościoła wymagał oprócz faktycznej koalicji z władzą także wsparcia na arenie międzynarodowej i to nie tylko ze strony Watykanu, co by nie mówić jednakże bardzo powściągliwego w politycznym zaangażowaniu lecz tworzącego się właśnie frontu ultrakonserwatywnych organizacji łączących i najbardziej nieprzyjazną postępowi i prawom człowieka cześć hierarchii kościoła powszechnego, fundamentalistycznych części innych wyznań chrześcijańskich w tym o także np. ortodoksyjnych sekt religijnych z Brazylii, potomków arystokratycznych rodzin europejskich, rosyjskich miliarderów i amerykańskich fundamentalistów. Dla nich wszystkich cywilizacyjna konfrontacja ze współczesnością szanująca prawa kobiet, osób LGBT, prawa do rozwodu, zmiany płci, stylu czy sposobu życia, wolnością myśli, sumienia bądź swobodnego wyboru wyznania albo pozostania bezwyznaniowcem, jest wyrazem niezgody na świeckie zasady funkcjonowania państw, jest koniecznością wynikającą z religijnej wizji świata. Organizacje te stworzyły program przywrócenia tzw. naturalnego porządku znany jako Agenda dla Europy i czynnie starają się go zrealizować w tych krajach europejskich w których istnieją społeczne i polityczne warunki urzeczywistnienia religijnych wartości poprzez sukcesywne wprowadzanie czy to pełnego zakazu prawnego aborcji, czy to zakazu stosowania In vitro. Krajem z którym wiązano wielkie nadzieja na restaurację religijnego czyli jak twierdzą zwolennicy ruchu „naturalnego” porządku społecznego była i jest Polska właśnie. Tu przebiegał konflikt o zaostrzenie i tak najbardziej surowych przepisów zakazujących aborcji, który wyprowadził na ulice miast setki tysięcy kobiet. To właśnie w Polsce został rozdmuchany cywilizacyjny spór o prawny kształt kraju w którym po jednej stronie stanął Kościół katolicki z partią rządzącą i wspomagającymi ich organizacjami Agendy dla Europy jak Ordo Iuris. Taka sytuacja jest spełnieniem marzeń narodowo-wyznaniowej partii rządzącej, która dowolnie może eskalować konflikt lub go wyciszać i kierować ,stosownie do swoich potrzeb i uznania, na aktualnie interesujące ją środowiska dzisiaj np. na osoby LGBT, a jutro na ateistów lub lewaków aktualnie stanowiących dowolnie skonfigurowany zbiór zwolenników innej opcji politycznej niż rządząca.
Trudno jest ustalić dzisiaj ustalić bez usunięcia wątpliwości bezpośrednie powiązania osobowe i finansowe różnych grup i instytucji wewnętrznych Kościoła katolickiego z ruchem obejmującym ponad 100 różnych organizacji w przeważającej części całkowicie świeckich dążących do przywrócenia tzw. naturalnego porządku. Określenie to należy rozumieć jako generalne odrzucenie praw człowieka w tym przede wszystkim w zakresie zdrowia seksualnego, reprodukcji w tym aborcji i technik wspomaganego rozrodu, równouprawnienia osób LGBT czy zmiany płci. Ruch skupia bowiem wyznawców różnych wyznań chrześcijańskich, w tym nie tylko katolików lecz tradycjonalistów protestanckich i prawosławnych, wyznawców ortodoksyjnych sekt i ultrakonserwatystów różnej maści. Głównymi jednakże organizatorami ruchu wydaja się być instytucje i osoby związane z watykańską hierarchią, która nawet na forum międzynarodowym w zakresie praw osób homoseksualnych potrafi sprzymierzyć się z Arabią Saudyjską, Katarem czy Koreą Płn. Oprócz wskazania konkretnych osób z kierownictwa ruchu jak Gudrun Kugler czy Terrence McKeegan, oboje będący działaczami politycznymi zatrudnionymi w watykańskim Międzynarodowym Instytucie Teologicznym i mający za sobą długą karierę przeciwstawiania się prawom reprodukcyjnym wartą odnotowania postacią jest Gregor Puppinck reprezentujący Stolicę Apostolską w różnych organach Rady Europy czy Luca Volonte z Europejskiej Partii Ludowej w Parlamencie Europejskim.
Niezwykłych ustaleń można jednak dokonać uważnie przeglądając powiązania ideowe pomiędzy skrajnie prawicowymi organizacjami i grupami hierarchów watykańskich, a treściami proponowanymi przez Agendę dla Europy. Jednym z najbardziej interesujących przedsięwzięć intelektualnych i to nie bez bezpośredniego wpływu na Konferencję Episkopatu Polski poprzez osobę byłego już Prefekta Kongregacji Nauki Wiary kardynała Gerhardta Ludwiga Mullera nieustannie goszczącego w Polsce na różnych wydarzeniach w tym sensu stricto politycznych, jest grupa Das Regensburger Netzwerk. Z jej działalnością wiąże się nie tylko byłego papieża Josepha Ratzingera, jego brata Georga, nadal mieszkającego w Ratyzbonie oraz wspomnianego już Gerhardta Mullera, ale także „luksusowego biskupa” Limburga Franz-Petera Tebartz-van Elsta, który zasłynął wydaniem 31 mln. Eur na renowację swojej siedziby oraz kardynała Georga Gansweina, słynącego z elegancji i przystojnej postury sekretarza byłego papieża Benedykta XVI. Do grupy tej należy także konserwatywny ksiądz Wilhelm Imkamp obecnie zamieszkujący w pałacu Glorii von Thurn und Taxis, która od dawna wspiera grupę w tym finansowo. W Szwajcarii w mieście Chur znajduje się szwajcarskie odgałęzienie tej „ratyzbońskiej sieci”, które skupia się wokół biskupa Vitusa Huondera j jego zastępcy księdza Martina Grichtinga. Według autora poczytnej książki „Sodoma” opisującej skalę homoseksualizmu wśród watykańskich hierarchów kościelnych Frederica Martela grupę z Ratyzbony łączy ze znanym włoskim instytutem Dignitas Humane Institute, kierowanym przez ultrakonserwatystę Benjamina Harnwella, osoba afrykańskiego kardynała Roberta Saraha. Jest to niezwykła postać byłego afrykańskiego przywódcy plemiennego, który stał się księdzem katolickim. Kształt jego poglądów i wizja duszpasterstwa powstały pod wpływem arcybiskupa Lefebra, aktywnego publicysty i propagatora najbardziej skrajnej bo przed soborowej, lefebrovskiej wersji katolicyzmu. Działalność Saraha sprowadzająca się do nieustannej walki ze znaną nam w Polsce dokładnie tzw. „ideologią gender”, związkami homoseksualnymi i lobby gejowskim jest finansowana z nieustalonego źródła, podobnie jak olbrzymie nakłady jego wątpliwej wartości książek zalewające Afrykę. W przemówieniu z 2015 roku na synodzie poświęconym rodzinie nazwał rozwód skandalem, a powtórne małżeństwo cudzołóstwem. Zagrożenie LGBT przyrównuje do terroryzmu islamskiego, uważając że to dwie strony tego samego medalu „dwie bestie apokalipsy”. Kardynal Sarah jest wiodącą postacią także we francuskiej organizacji „La Manif pour tous” (manify dla wszystkich) zrzeszającej przeciwników małżeństw jednopłciowych i organizującej marsze uliczne m.in. zwolenników Marine Le Pen. Nie może zatem budzić zdziwienia naturalna skłonność zachowawczych ruchów religijnych do szukania „przyjaznych stosunków” z najbardziej konserwatywnymi nacjonalistycznymi organizacjami politycznymi. Wystarczy zapoznać się z zamieszczoną na stronach internetowych Dignitas Humane Institute Deklaracją Powszechną Godności Człowieka, wywodzącej naturę człowieka”.. z podobieństwa Boga, jego stwórcy” i uważnie przeczytać zawarty w niej nakaz działania mający być odpowiedzią na „..rosnącą świecka nietolerancję wobec chrześcijan we wszystkich wyznaniach..” aby zauważyć pełną zbieżność działań podejmowanych przez Instytut z manifestem Agendy dla Europy. Mieszczący się w historycznych zabudowaniach zakonu cystersów w Trisulti we Włoszech, Dignitas Humane Institute cieszy się zaangażowaniem, w tym finansowym Steve K. Bannona byłego doradcy i szefa kampanii wyborczej Trumpa. Instytut ma za zadanie przygotowanie kadr do konfrontacji ze świeckością mająca ustąpić przed aktywnym udziałem wiary chrześcijańskiej w życiu publicznym. Punkt 12 Uniwersalnej deklaracji godności ludzkiej wzywa wszystkich mężczyzn do wyraźnego podejmowania i uznania zawsze i wszędzie, że prawdziwe prawa leżą poza wszelkimi prawami stanowionymi i że najważniejszym prawem jest uznanie człowieczeństwa za stworzone na obraz i podobieństwo Boga.
Z działalności prowadzonej przez powiązane ze sobą organizacje świeckie i wyznaniowe przy aktywnym zaangażowaniu Kościoła katolickiego lub jego fundamentalistycznej części hierarchii w sposób oczywisty wynika, że stoimy w Polsce przed poważnym problemem konfrontacji świeckości z aspiracjami wspólnot wyznaniowych do kształtowania Polski, Europy i całego świata podług konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości, że ataki hierarchii kościelnej m.in. w Polsce na kwestie praw reprodukcyjnych czy LGBT, gender czy jednopłciowych związków małżeńskich, a nawet partnerskich to nie jest wyłączna inicjatywa krajowego episkopatu, lecz część cynicznie zaplanowanej i realizowanej konfrontacji światopoglądowej, w tym osłabienia nastrojów proeuropejskich, że w końcu budowany jest sukcesywnie, zakrojony na szeroką skalę sojusz sił wyznaniowych i konserwatywnych i że obejmuje on różne wyznania chrześcijańskie, które tradycyjnie toczyły ze sobą spory i waśnie. Sojusz ten ma zmierzyć się z układem europejskich państw demokratycznych, w których świeckość, dystans do różnych wyznań i programowa areligijność jest konstytucyjnym fundamentem istnienia wolności jednostki, koegzystencji różnych przekonań, nurtów filozoficznych, a także stylów i sposobów życia. Najgorsze jest jednak to, że przynajmniej obecnie konfrontacja ta odbywa się w Polsce i to w okresie wyborów do Sejmu. Nie jest więc obojętne w jaki sposób będzie prezentowany stan relacji Kościoła katolickiego z państwem. Nie można sprowadzać ich do prostych haseł wprowadzenia podatków obejmujących działalność kościołów i związków wyznaniowych bo prawne uwarunkowanie ich funkcjonowania jest pochodną pozycji i roli jaka pełnią na danym etapie rozwoju społecznego i rozwoju państwa. Problematyka prawnej separacji kościołów i związków wyznaniowych z państwem, konieczna do przeprowadzenia w Polsce nie może obejmować jedynie kwestii uprzywilejowania fiskalnego czy usunięcia lekcji religii ze szkół na marginesie w obecnym stanie prawnym niemożliwego do realizacji, ale przede wszystkim stworzenia instytucjonalnych podstaw do edukacji społeczeństwa i opracowania projektów ustaw stopniowo wdrażających rozdział i ściśle określających zakres autonomii i niezależności kościołów i związków wyznaniowych od państwa w sprawowaniu ich zdefiniowanej funkcji religijnej, a nie wszelkiej działalności jaką życzą sobie prowadzić, bo w takiej sytuacji muszą być podporządkowane obowiązującemu prawu powszechnemu uwolnionemu od częstej w Polsce nieprawidłowej recepcji prawa wewnętrznego Kościoła.

Skąd my to znamy?

Kryzys kościelny wokół pedofilnych czynów „duchownych” i mechanizmu krycia ich przez przełożonych sprawił, że znów jest okazja do tego, by zastanowić się nad mechanizmami działania instytucji idealizowanej przez miliony ludzi na całym świecie i uważanej za uprawnionego nosiciela Ewangelii, a tak naprawdę rządzącej się quasi-mafijnymi mechanizmami.

W 1960 roku na polskich półkach księgarskich ukazała się w dużym nakładzie, nawet jak na owe czasy wysokich nakładów książkowych, powieść Tadeusza Brezy „Urząd” i spowodowała duży rezonans czytelniczy i wśród krytyki literackiej. Po stronie kościelnej odezwały się zirytowane pomruki, że wydanie tej powieści, to wyraz – a jakże – „walki z Kościołem”. Ostrożniej pisała o tej powieści prasa katolicka. Na więcej pozwalali sobie niektórzy księża, którzy przemawiając z ambon krytycznie, czasem wrogo nawiązywali do wymowy powieści. Akcentów niechętnych powieści Brezy można było dopatrzeć się też w tzw. „listach pasterskich” biskupów polskich. „Urząd” był owocem kilkuletniego pobytu pisarza w Rzymie w roli attache kulturalnego ambasady PRL we Włoszech, podobnie jak jego poprzednia, głośna książka, eseistyczno-reporterska „Spiżowa Brama”. Bohater „Urzędu”, to młody naukowiec, prawnik z Torunia, który przybywa do Rzymu w sprawie swojego ojca. Ten, wskutek niechęci ze strony swojego biskupa ordynariusza utracił możliwość pracy w roli adwokata kurialnego w tym mieście. Główny bohater relacjonuje, w pierwszej osobie, swoje doświadczenia z pobytu w Wiecznym Mieście, a przede wszystkim swoje wizyty składane watykańskim dostojnikom, których próbuje przekonać do racji ojca i spowodować, by ich decyzje przyczyniły się do pozytywnego zakończenia kryzysu. Dzięki wsparciu watykańskiego adwokata, dawnego przyjaciela ojca, mecenasa Campilli, stara się, by przebieg tych wizyt uwzględniał panujące za Spiżową Bramą procedury i obyczaje. Narrator, niczym kafkowski Józef K. z „Procesu” napotyka na niewzruszony mur zimnego urzędu, działającego niczym powolna, ale dobrze naoliwiona machina. Indywidualne intencje czy odczucia watykańskich rozmówców nie mają tu znaczenia, bo wszyscy są trybami idealnie wbudowanymi w zimny, bezduszny, biurokratyczny system. Nie tylko nie „załatwia” sprawy ojca, ale rozwiązanie, do którego dochodzi, jest sprzeczne z założonym celem. Niejako przy okazji narrator staje się obiektem zainteresowania watykańskich służb specjalnych, które próbują go zwerbować do współpracy. Powieść zawiera też elementy krytycznego portretu mieszkającej w Rzymie polskiej emigracji o przedwojennym rodowodzie. Kilka lat po edycji powieści, w 1963 roku Andrzej Szafiański zrealizował w Teatrze Telewizji spektakl oparty na „Urzędzie”, z Edmundem Fettingiem w roli głównej. W 1964 roku Władysław Krzemiński zrealizował w Krakowie (z Januszem Zakrzeńskim) i Warszawie (z Andrzejem Łapickim) przedstawienia teatralne według „Urzędu”. W 1969 roku Janusz Majewski wyprowadził „Urząd” z przestrzeni czterech ścian sceny i przy udziale doborowej obsady aktorskiej (m.in. Ignacy Gogolewski i Aleksander Bardini) zrealizował film telewizyjny według powieści Brezy, kręcąc kilka scen także na ulicach Rzymu.
Urząd Doskonały
„Kuria jest labiryntem, mechanizmem z tysiącem niewiadomych” – mówi w „Urzędzie” ksiądz de Vos, kurialny urzędnik do którego narrator powieści kieruje swoje pierwsze kroki, skierowany do niego przez ojca i jego watykańskiego przyjaciela. To pierwsze z trzech spotkań z watykańskimi prałatami jeszcze nie w pełni uzmysławia bohaterowi z jak skomplikowanym i perfidnym systemem biurokratycznym ma do czynienia. Niektórzy interpretatorzy „Urzędu” Brezy, n.p. Stefan Żółkiewski, doszukiwali się w tej powieści uniwersalizacji fenomenu biurokracji jako takiej. A jednak watykańska, na co zwracał uwagę inny egzegeta „Urzędu” Tadeusz Drewnowski, kościelna biurokracja nie działa tak, jak zwykła, typowa biurokracja świecka, gdzie mimo wszelkich jej wad, utrudnień i stawianych barier, łatwiej można uchwycić przynajmniej nici personalnej odpowiedzialności. Na urzędzie cywilnym można n.p. wymóc decyzję na piśmie. W przypadku biurokracji kościelnej jest inaczej. To poniekąd paradoks, ponieważ Kościół katolicki jest organizacją precyzyjnie zbudowaną i ściśle hierarchiczną. A jednak kolejni rozmówcy bohatera „Urzędu” działają w sposób, który uniemożliwia nie tylko wskazanie, kto i jakie decyzje może podjąć. Nie sposób także ocenić, jaką pozycję oni sami zajmują w watykańskiej strukturze. Dokonuje się klasyczne, przysłowiowe odsyłanie „od Annasza do Kajfasza”. Przy tym watykańscy urzędnicy nie objawiają emocji, podejmowane kwestie „owijają w bawełnę” okrągłych słów, są uprzejmi, pozornie niekolizyjni w stosunku do petenta, deklarują dobrą wolę, ale ich „obłość” uniemożliwia petentowi nie tylko wymuszenie jakiejś decyzji, ale nawet zdefiniowanie ich intencji. Biurokracja kościelna kieruje się zasadą całkowitej niezależności od państwa, pełnej autonomii, toteż nie respektuje reguł rządzących biurokracja świecką. Ta ostatnia przynajmniej musi pozorować zajęcie się zgłoszoną sprawą, biurokracja kościelna bardzo często reaguje całkowitym milczeniem i działa tak, jak uważa, bowiem nadrzędny jest interes Kościoła. Biurokracja watykańska w zwierciadle powieści Brezy działa jako „Urząd Doskonały”.
Tysiące małych Watykanów
Kościół katolicki jest organizacją powszechną, głęboko przemyślaną i nieustannie przemyśliwaną już od dwóch tysiącleci. Jest w tym kościele doktryna i jej strażnicy, ale jest także zakorzenione poczucie realizmu i świadomość konieczności jakiegoś dopasowywania się do ciągle zmieniającego się świata. Tymi, którzy wymuszali posłuch dla doktryny, byli dominikanie ze swoją Świętą Inkwizycją. Tymi, którzy jako pierwsi próbowali odpowiedzieć na wyzwania świata świeckiego byli jezuici, uznani skądinąd za synonim katolickiej obłudy. Powszechność katolicyzmu sprawia, że jego biurokracja pod każdą szerokością geograficzna działa podobnie, podczas gdy biurokracje świeckie naznaczone są w różnych krajach cechami specyficznymi, lokalnymi. Wyłożone wyżej niektóre jej właściwości można jak w soczewce zobaczyć w sprawach związanych z pedofilią kleru. Do takich mechanizmów jak unikanie odpowiedzialności, izolowanie się od zewnętrznych nacisków, milczenie, unikanie formalnych śladów dochodzi także solidarność kastowa, korporacyjna, która w żadnej biurokraci państwowej w tym stopniu nie występuje. „Urząd” Tadeusza Brezy, podobnie jak obecne demaskowanie praktyk pedofilnych kleru, potraktowany został przez niego i bardziej fanatyczną część opinii katolickiej jako „atak na Kościół”. Eksperyment polegający na równoległym przeczytaniu „Urzędu” i przeanalizowaniu mechanizmów, za pomocą których biskupi – w tym polscy – kryli księży pedofilów, pozwala na dostrzeżenie uderzających podobieństw. Przed wielu laty traf losu prawił, że znalazłem się, jako osoba postronna, w konflikcie z administracją Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Nie była o struktura stricte kościelna, jak kuria czy parafia, lecz placówka naukowo-dydaktyczna, a mimo to, kierowana przez przedstawicieli kleru (rektor, dyrektor administracyjny) rządziła się podobnymi regułami, czego boleśnie doświadczyłem przez kilkanaście lat, jako że konflikt nie był incydentalny, lecz przewlekły. „Urząd” Brezy nigdy nie stracił na aktualności, ale dziś w czasach demaskacji pedofilnych skandali w szeregach kleru, także polskiego, jego aktualność nabrała szczególnej, naocznej intensywności.