Gliński legł plackiem i w operze

Parę tygodni temu minęło 420 lat od narodzin opery; nowe dziecię objawiło się światu 6 października 1600 roku, kiedy to w Sali Białej (można to miejsce oglądać po dziś dzień) Pałacu Pittich we Florencji z okazji zaślubin Marii Medycejskiej z królem Francji Henrykiem IV wykonano „Eurydykę” z muzyką Jacopa Periego i Giulia Cacciniego oraz tekstem Ottavia Rinucciniego – najstarszy zachowany przykład nowego gatunku dramatyczno-muzycznego, powstałego u schyłku XVI wieku w kręgu grupy poetów, uczonych i muzyków, zwanej Cameratą florencką.

Do Polski ten nowy gatunek trafił całkiem szybko – za sprawą upodobań króla Władysława IV, który w przeciwieństwie do swego ojca szczęściem bardziej aniżeli w gorliwą propagandę katolicyzmu angażował się w mecenat muzyczny i który w latach 1635-1648 wystawił na swym warszawskim dworze co najmniej dziesięć dzieł operowych; poza zamkowe opłotki sprawa jednak u nas wówczas nie wyszła, gdy we Włoszech w 1637 roku powstał już pierwszy publiczny teatr operowy – San Cassiano w Wenecji.
Wspomnianej okrągłej operowej rocznicy w ogóle w Polsce teraz nie dostrzegliśmy – choć przed dwudziestoma laty 400-lecie opery Stefan Sutkowski i jego Warszawska Opera Kameralna uczcili wspaniałym, trwającym kilkanaście miesięcy festiwalem (do czego skądinąd i mnie, podówczas pracującemu w Ministerstwie Kultury, było dane się przyczynić).
Podjęte przez nasze teatry przygotowania do drugiego październikowego operowego święta – obchodzonego od niedawna 25 października Światowego Dnia Opery – znacznie zredukowała druga fala pandemii.
*
Z pandemią teatry operowe radzą sobie na różne sposoby i z różnym efektem. W USA, gdzie tego typu placówki utrzymują się głównie z innych aniżeli publiczne dotacji, legendarna nowojorska Metropolitan Opera musiała ogłosić zupełne zaprzestanie działalności w całym sezonie 2020/2021.
Z drugiej jednak strony teatr postanowił otworzyć na ten okres na oścież swoje archiwa i codziennie przez dwadzieścia godzin udostępniać za darmo w sieci coraz to nowy spośród mnóstwa swych spektakli zarejestrowanych na taśmie filmowej w ciągu kilku ostatnich dekad.
W rezultacie być może uda się przekuć klęskę na triumf i obecny sezon Metropolitan, umożliwiając milionom odbiorców na całym świecie bezpłatny kontakt z najwyższej rangi twórczością i wykonawstwem operowym, uczyni dla popularyzacji opery znacznie więcej niż zdołałby zrobić zwykły sezon „na żywo”; w każdym razie wszystkich tych, którzy jeszcze z tej nadzwyczajnej okazji nie zdążyli skorzystać, gorąco do tego zachęcam.
W Europie, gdzie system mecenatu publicznego pozwala w pandemii teatrom swą codzienną pracę – oczywiście w stosownym reżimie – kontynuować, także w wielu wypadkach mieliśmy i mamy do czynienia z bardzo wartościową dodatkową aktywnością w sieci, w szczególności w okresach, gdy teatry pozostawały zamknięte: na przykład słynny petersburski Teatr Maryjski Walerija Giergijewa wiosną i latem codziennie bezpłatnie odtwarzał w sieci swe przedstawienia i koncerty z ubiegłych lat, bardzo przy tym dbając, by popularyzować tą drogą zwłaszcza mniej znane opery rosyjskie z ostatniego stulecia – od „Siemiona Kotki” Prokofiewa po najnowsze dzieła Rodiona Szczedrina.
Już wiosną darmowe pokazy on-line uruchomiła też na przykład berlińska Staatsoper Unter den Linden, teraz organizuje je Staatsoper w Wiedniu – i tak dalej, i tak dalej.
W Polsce najlepiej bodaj zadbał w tych miesiącach o swą ofertę w sieci Teatr Wielki w Poznaniu, umożliwiając na swej stronie internetowej stały darmowy dostęp do kilku interesujących nowych realizacji operowych, zarówno dzieł klasycznych, jak i utworów młodej generacji naszych twórców współczesnych (np. „Anhellego” Dariusza Przybylskiego).
Znacznie mniej swymi rozmiarami i zawartością zachwyca operowa propozycja internetowa warszawskiej Opery Narodowej – a przy tym placówka ta serwuje nam przy okazji w sieci taki dziwoląg, jak koncert pamięci Jana Pawła II, stanowiący zbesztaną już w paru miejscach banalną mieszankę kilku kompozycji Chopina i kilku wierszy Norwida, którą byłby w stanie sprojektować przeciętny wikary z przeciętnej parafii na Podkarpaciu, a za którą tu zabrał się osobiście jako „autor idei koncertu” sam dyrektor naczelny placówki.
Zresztą zabrakło w tym wypadku nie tylko artystycznego smaku, ale nade wszystko społecznego słuchu.
*
Spektakle Metropolitan, Teatru Maryjskiego i kilkunastu bądź kilkudziesięciu innych teatrów operowych goszczą oczywiście dziś w naszych domach nie tylko dzięki specjalnym działaniom uruchomionym w wyniku pandemii, lecz także w ramach stabilnie funkcjonujących już od wielu lat i cieszących się ustaloną popularnością telewizyjnych kanałów muzycznych czy operowych portali internetowych.
Jak dziś przedstawia się w nich muzyka polska, jak wygląda w nich obecność polskich dzieł czy polskich zespołów – nie tylko operowych, ale i ze sfery muzyki symfonicznej czy kameralistyki?
Otóż – pod wieloma względami bardzo źle, by nie powiedzieć tragicznie. W dwóch najważniejszych telewizjach prezentujących muzykę poważną – Mezzo oraz Mezzo live – muzyka polska od paru lat praktycznie nie istnieje!
Nie ma tam nawet (poza rzadko i przypadkowo przemykającymi miniaturkami) Chopina, nie ma Moniuszki, nie ma Szymanowskiego czy Karłowicza, nie ma polskiej muzyki drugiej połowy XX wieku.
Nie ma (wyjąwszy Misteria Paschalia) transmisji z polskich festiwali, z polskich teatrów operowych, z polskich sal koncertowych. Pojawia się za to w tych kanałach – obok oczywiście obfitej palety muzyki zachodnio i środkowoeuropejskiej czy rosyjskiej – nawet muzyka i wykonawcy z Tatarstanu (Żyganow), Armenii (Chaczaturian, Terterian) czy Azerbejdżanu (Karajew, Amirow).
Co zaś do opery, niewykluczone, że podobna sytuacja zaczyna nam grozić na portalu OperaVision, prezentującym przedstawienia z parudziesięciu scen operowych, w większości z niezłej europejskiej „drugiej ligi” – do niedawna były na nim obecne Opera Narodowa i Teatr Wielki z Poznania, od pewnego jednak czasu ich przedstawienia z oferty programowej portalu zniknęły.
Nie lepiej jest zresztą i z obecnością polskiej twórczości operowej na „żywych” scenach Europy i świata – wystarczy przypomnieć kompromitująco przez nas przygotowany Rok Moniuszkowski, podczas którego miała miejsce aż jedna(!) zagraniczna realizacja sceniczna Moniuszki – „Halka” w raczej drugorzędnym (choć ambitnym) Theater an der Wien.
Co robi nasze Ministerstwo Kultury, co robią obficie dotowane i obsadzane coraz to nowymi pisowskimi nominatami powołane do tych spraw instytucje – Instytut Adama Mickiewicza, Instytut Muzyki i Tańca?
Obejmując przed pięcioma laty ministerialny urząd Piotr Gliński wraz z podobnymi sobie kompanami buńczucznie obiecywał, że pozycję klęczącą, którą na polu międzynarodowym rzekomo po poprzednikach odziedziczył, zmieni na dumny marsz krzyżowego rycerza – tymczasem nasz ignorant i safanduła nie tylko z kolan nie powstał, lecz rozciągnął bezpośredni kontakt z ziemskim podłożem na całą swą ziemską powłokę.
A jego próby refleksji nad sytuacją, w której się znalazł, przybierają już formę karykaturalną – jak ostatnio publicznie wyznał, wedle jego przemyśleń w poszukiwaniu winnych tego, że i on, i cały PiS legli plackiem, nie można zapominać o czynniku zewnętrznym, czyli zazdrosnych o polski sukces innych narodach i państwach; zaprawdę głębią i celnością swych politycznych analiz i diagnoz Gliński wnet przewyższy samego Macierewicza…