
Nie studiowałem niczego, co ma bezpośredni związek z systemami zarządzania państwem. Może dlatego docierają do mnie z większą ostrością sygnały świadczące o rozszerzaniu się uznania dla autokracji – czyli mówiąc najprościej rządów genialnej jednostki.
Specyfika i zakręty polskiej sceny politycznej powodują, że coraz częściej wpadam w stan zdziwienia. Bo przecież nie musimy sięgać do średniowiecza, aby oceniać zalety i wady autokracji. Czołowy autokrata zza naszej zachodniej granicy zafundował naszej małej planecie II Wojnę Światową i wciągnął nas do niej na długie sześć lat, rozbijając i okupując nasze państwo, z trudem rodzące się po pierwszej wojnie. Ale mieliśmy też i nasze wewnętrzne doświadczenia autokracji z zamachem majowym i wszechwładnym Naczelnikiem Państwa. Już po drugiej wojnie, historia kontynuowała nam te doświadczenia oligarchicznymi rządami partyjnymi, zależnymi od wschodniego sąsiada.
Zalety autokracji
Wydawałoby się, że nasze społeczeństwo obarczone tym bagażem doświadczeń, nie powinno mieć zbyt wielu zwolenników autokracji. Byłem o tym przekonany, ale się myliłem. Tak się „towarzysko” złożyło, że miałem ostatnio kilka okazji wymiany poglądów z ludźmi prawicy – poczynając od szeregowych członków PISu, a kończąc na bezpartyjnych, ale zagorzałych zwolennikach tej partii i jej szefa.
Co usłyszałem? Że autokracja nie musi być złym ustrojem nawet wtedy, kiedy zmienia się w dyktaturę, stosującą brutalne metody walki z opozycją i „innymi wrogami”. Autokrata ma zawsze jasno określone cele „nierozmydlane” przez opozycję, potrafi zdyscyplinować państwową administrację i gospodarkę, stwarza warunki wychowania młodzieży w duchu patriotyzmu. Ciągłe identyfikowanie autokracji i dyktatury tylko z Hitlerem i Mussolinim jest lewackim instrumentem walki o wpływy i władzę. Nie mówi się u nas o pozytywnie ocenianych autokratach z Ameryki Środkowej i Południowej a nawet o generale Franco, który przecież rządził Hiszpanią przez 36 lat. W Hiszpanii jest nadal postacią kontrowersyjną. Rządził krwawo, niszcząc opozycję, ale nie dołączył do Niemiec i Włoch w czasie II Wojny. Jego rząd dyskretnie pomagał uchodźcom z krajów pokonanych przez Hitlera – w tym z Polski. A żeby odwdzięczyć się Niemcom za pomoc w wygranej przez prawicę wojnie domowej, wysłano na front wschodni tylko ochotniczą Błękitną Dywizję, która zresztą głównie pomagała w utrzymaniu „porządku” w niektórych krajach okupowanych i ugrzęzła w oblężeniu Leningradu, czyli Petersburga. Ale – co mimo wszystko wypada przyznać – generał Franco miał znaczny udział w zdynamizowaniu hiszpańskiej gospodarki. Do dzisiaj część Hiszpanów uważa, że był „mężem opatrznościowym” w trudnych latach XX wieku.
Przykład Hiszpanii był wykorzystywany przez moich rozmówców, ale tylko do argumentowania zalet scentralizowanej władzy. Dawali do zrozumienia, że kilkunastoletnia autokracja byłaby u nas lekarstwem na niebezpiecznie pogłębiający się podział społeczeństwa i powstały na jego tle bałagan prawny i organizacyjny.
Moje liczne wątpliwości nie tylko nie przekonały wielbicieli autokracji, ale stały się podstawą przypuszczeń, że głęboka skleroza też mnie już dopadła.
Warunki porodu autokracji
Po powrocie do domowych pieleszy usiadłem na tarasie w listopadowym słońcu i zadałem sobie pytanie – jeśli liczba zwolenników autokratycznej formuły rządów znacznie by się w Polsce zwiększyła, to jakie jeszcze są warunki jej powstania?
Warunek pierwszy – musi być kandydat na autokratę i – jeśli powstanie taka potrzeba – na stopniowo dojrzewającego dyktatora. On (albo ona) musi tego chcieć, być niekwestionowanym patriotą, wierzyć w swoje umiejętności i mieć przyciągającą tłumy charyzmę. Musi też mieć taką opinię w znacznej części narodu i dość liczne grono bliskich przyjaciół, a zarazem współpracowników, którzy są gotowi wszystko dla niego zrobić.
Wypiłem pół kufelka piwa, zanim odpowiedziałem sobie na uzupełniające pytanie, czy mamy takiego kandydata? Moim zdaniem mamy kilkunastu o różnym ciężarze gatunkowym. Ale są to kandydaci na kandydatów, bo zwolenników w narodzie mają sporo, ale przeciwników więcej. Jest to więc na razie okres inkubacji, w którym ktoś może się wysunąć na czoło konkurencji, albo nikt nie osiągnie takiej pozycji.
Przyznaję, że jestem zaskoczony faktem udziału w tym wyścigu obecnego prezydenta RP. To źle wygląda i odbiera mu głosy. Nieustanne zapewnianie, że jako prezydent załatwi wiele spraw lepiej niż rząd, z reguły nie ma pokrycia ani w finansach, ani w porządku prawnym. Excusez-moi Monsieur le Président, ale moje „próbki” jednoznacznie wskazują, że te obietnice zaczynają budzić wesołość. W marketingu politycznym to groźne zjawisko. Groźniejszym jest tylko – moim zdaniem -lekceważenie wspierane rodzącą się wrogością określonych środowisk. A to Pan Prezydent też już osiągnął w listopadzie 2025 odmawiając, podobno bez żadnego uzasadnienia, podpisu nominacji kilkudziesięciu sędziów. Taki taniec na ruinach systemu sprawiedliwości może być przez środowiska prawnicze uznany za niewybaczalny.
Hodowanie kandydata
Tu dochodzimy do drugiego warunku. Hodować kandydata na autokratę można dyskretnie, nawet w zaciszu mieszkań pomysłodawców. Ale przychodzi moment. Kiedy trzeba go pokazać narodowi i mieć możliwość zbadania, jakie może uzyskać poparcie, kto go pochwali, kto uzna za mniejsze zło, a kto będzie miał zdecydowanie negatywne nastawienie. I ten pokaz nie może już być kameralną imprezą. Musi go organizować grupa ludzi tworzących partię, stowarzyszenie albo inny rodzaj formalnie rejestrowanego ugrupowania społecznego. Nawet wojskowe zamachy stanu zawsze legitymizowały się tworzeniem takiej społecznej wizytówki prezentującej „wodza”, czyli przyszłego autokratę. Czy mamy takie ugrupowania? Mamy i wydaje się, że nawet w nadmiarze. Niemal wszystkie, niedawno powstałe partie w Polsce, marzą o dojściu do władzy i szukają wodzów, którzy byliby w społeczeństwie uznani za lepszych od już działających potencjalnych kandydatów, a zwłaszcza od znanego wszystkim Jarosława.
Pożądany kryzys – inkubator
Trzeci warunek nie zależy od tych, którzy chcieliby doprowadzić do autokracji. Ona – jak dotychczas – powstaje i rozwija się wtedy, kiedy dany kraj jest w głębokim kryzysie politycznym albo ekonomicznym, lub jednym i drugim. My mamy zalążki kryzysu, ale jeszcze nie osiągnęliśmy takiego poziomu jak np. Niemcy po I Wojnie Światowej czy wspominana już Hiszpania w czasie wojny domowej.
Nie ma więc jeszcze konieczności typowania kandydatów na autokratów, ale szukanie wybijających się postaci zawsze było ulubionym zajęciem.
Dla odpoczynku czasem wracam do trylogii Sienkiewicza. Na ostatnich stronach „Pana Wołodyjowskiego” jest scena jego pogrzebu. Ksiądz wszedł na ambonę, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo otworzyły się główne drzwi kościoła i na progu stanął Jan Sobieski, a zastęp zbrojnych rycerzy wchodził za nim. Ksiądz wzniósł ręce do góry i krzyknął w proroczym uniesieniu „Salwator!” To słowo było jeszcze rzadko używane jako imię i po łacinie znaczyło „zbawiciel” albo „wybawca”. A Sobieski szedł do głównego ołtarza, tłum rozstępował się przed nim i klękał. Widać, że i wtedy. w obliczu tureckiego zagrożenia, kryzys był inkubatorem autokracji. Wierzę Sienkiewiczowi, bo był bardzo staranny w dostosowywaniu scen z jego fantazji, do historycznych sytuacji.
Pecunia
No i jest jeszcze czwarty warunek, który zresztą występuje przy każdej próbie opanowywania sceny politycznej. To pieniądze. Narodziny autokracji stopniowo lub nagle przejmującej władzę są z reguły bardzo kosztowne. Nie wystarczy maszerować i krzyczeć – trzeba organizować wielokanałowy marketing kandydata na wodza narodu. Trzeba pisać, publikować, rozwieszać, fotografować, filmować, nagrywać. To wymaga angażowania specjalistów, samochodów z kierowcami, samolotów z pilotami, uzbrojonych ochroniarzy itd., itp. Ten warunek może spełnić nawet jeden zafascynowany kandydatem lub wizją przyszłości miliarder, albo kilku milionerów. Mogą to robić z miłości, patriotyzmu, albo z nadzieją przyszłych kokosowych interesów – ale muszą też zdawać sobie sprawę, że mogą to być pieniądze bezpowrotnie stracone. Może to też robić istniejąca już organizacja, teoretycznie za zgodą wszystkich jej członków. Ale w naszych warunkach wydaje mi się to mało prawdopodobnym rozwiązaniem.
Czy moje sklerotyczne obserwacje wskazują na to, że specyficznie patriotyczna grupa społeczna będzie chciała w najbliższym czasie udeptać ścieżkę prowadzącą do autokracji? Nie mam takiej pewności, ale mam takie obawy. Rosną one w okresach i zdarzeniach, w których uwielbienie określonych polityków zbyt wyraźnie stawia ich przed zadaniami możliwymi do wykonania tylko przez formalnie funkcjonującego autokratę. W tym uwielbianiu można łatwo dostrzec nadzieję, że właśnie tak będzie, że my – jedynie prawdziwi i wyjątkowi patrioci – do tego doprowadzimy.









