Nie jestem specjalistą od marzeń

– Nie uważam się za kogoś wyjątkowego, ale za kogoś, kto dysponuje czymś tak zdumiewającym i wspaniałym, jak jedno jedyne niepowtarzalne życie. Nawet życie byle jakie jest ciekawe, jeśli spojrzeć na nie głębiej. O byle jakim życiu można opowiadać interesujące historie, czasem ciekawsze niż o niejednym tzw. życiu interesującym – z Janem Nowickim rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Czy odpowie Pan na wszystkie moje pytania i nie ochrzani mnie Pan, jeśli zadam nieśmiertelne pytanie o kobiety?
Jeśli decyduję się na rozmowę, to nie uznaję żadnego tabu. Nie ma tematów, których nie można poruszyć. Poza tym nie sądzę, by moje życie, czy to co robię, zasługiwało na jakąś szczególną uwagę. Żyję jak normalny człowiek.
Jest Pan skromny, ale jednak miał Pan życie ponadprzeciętnie barwne…
Myślę, że nie ma na świecie człowieka, który by nie zasługiwał na książkę o sobie, przez niego czy przez kogoś innego napisaną. Jest tylko kwestia czy pojawi się ochota, by ją napisać. Naprawdę nie uważam się za kogoś wyjątkowego, ale za kogoś, kto dysponuje czymś tak zdumiewającym i wspaniałym, jak jedno jedyne niepowtarzalne życie. Nawet życie byle jakie jest ciekawe, jeśli spojrzeć na nie głębiej. O byle jakim życiu można opowiadać interesujące historie, czasem ciekawsze niż o niejednym tzw. życiu interesującym. A zatem wal pan, tym bardziej, że nie wygląda pan na jakie ścierwo dziennikarskie, które szuka bzdetów dla gawiedzi. Przestrzegam tylko, że wywiad, zwłaszcza z aktorem, jest poniekąd autokreacją. Zresztą, mówienie stuprocentowej prawdy jest niemal niemożliwe. Zawsze bowiem chcemy pokazać się powyżej naszej rzeczywistej wartości. Często pytają mnie, czy to co mówię, jest prawdą. Cóż za niemądre pytanie! Gdyby wszyscy mówili tylko prawdę, świat byłby szary, nudny i głupi.
Znany jest Pan z prowokujących wypowiedzi, w tym m.in. z bardzo krytycznych, sceptycznych, szyderczych, a nawet lekceważących osądów na temat Pana zawodu – profesji aktorskiej. Tymczasem zagrał Pan w zrealizowanym przez Jacka Bławuta w Domu Aktora Weterana w Skolimowie filmie „Jeszcze nie wieczór”, o starych aktorach. Czy zmienił się Pana stosunek do tego zawodu?
Nie, nie zmienił się, przy czym zaznaczam, że to są moje indywidualne, prywatne oceny, nie pretendujące do rangi jakich prawd o aktorstwie w ogóle. Mam do tego zawodu stosunek podwójny. Z jednej strony jestem przepełniony miłością i szacunkiem do niego, a z drugiej czuję pogardę. To jeden z najpiękniejszych zawodów, a przy tym ulotny i niepoważny. Szczególnie piękne jest aktorstwo teatralne i role, które jawią się w jeden wieczór i znikają. Osobliwe w tym zawodzie jest to, że uprawiają go często z powodzeniem ludzie bardzo nieciekawi prywatnie, nawet czasem zupełne głupki. Jednak liczy się wartość, którą odbiera widz. Nieważne, że aktor grający mędrca jest durniem, a tego, który gra herosów, żona posyła po kartofle na targ. Ciekawe jest też to, że są aktorzy za młodu nieznośni, którzy do wybitności dochodzą wraz ze starością, jak n.p. Jan Świderski czy Zdzisław Kozień. To są aktorzy drugiej połowy życia. Bywa też odwrotnie, ale rzadziej. Ciekawią mnie starzy aktorzy, którzy walczą ze słabościami swojego ciała na oczach widzów. To jest ból, czyli cena którą płacą, a pamiętajmy, że to zawód, w którym nasze ciało jest naszym warsztatem pracy.
Czy aktorzy młodego pokolenia też płacą tak wysoką cenę?
Nie, na ogół jest ona niewielka, bo jakąś cenę można płacić grając w sitcomie, albo nawet w teatrze według dzisiejszego trybu? Mówię to, choć nie lekceważę sitcomów. Ale to nie to samo, co przez 13 lat grać, jak ja, Stawrogina w „Biesach”, czy przez 8 lat Rogożyna w „Nastazji Filipownej”, czyli „Idiocie”. Żeby to wytrzymać trzeba zaprzedać duszę diabłu. Dlatego kiedy swego czasu Jerzy Grzegorzewski zaproponował mi rolę Gustawa-Konrada w „Dziadach”, to odmówiłem. Nie z braku wiary w siebie, ale dlatego, że nie chciałem przez rok, trzy czy pięć, żyć życiem Gustawa-Konrada. Nie miałem ochoty do śmierci chodzić po ulicach jako stary Gustaw-Konrad. Nie chciało mi się i tyle. Nie chcieć można równie namiętnie, jak chcieć.
Nie marzył Pan o żadnych rolach?
O żadnych. W ogóle nie jestem specjalistą od marzeń. Nie marzyłem nawet w młodo ci. Nie tylko o rolach. Nie jestem też specjalistą od miło ci, za którego mnie niektórzy mają. Kompletnie nie znam się na kobietach i nawet nie chcę się znać.
Można się znać na kobietach?
Można, jak na wszystkim, lepiej czy gorzej. Ale wracam do aktorstwa. Ja muszę mieć więcej uzasadnień do grania niż inni. Nie mam żywiołowego talentu Pszoniaka, Stuhra czy Ani Polony. Ja się wstydzę, że uprawiam ten zawód i często nawet buduję role na tej negacji i zawstydzeniu. Połowa mojej energii idzie na to, żeby grać, a połowa, żeby nie dać mu się sponiewierać. Jestem aktorem niewykorzystanych szans i bardzo dobrze. Mogę grać, a nie gram, bo nie chcę. Nie uważam, że spełnienie się, także w zawodzie, to jest największe szczęście. A już umieranie dla teatru, na scenie, uważam za kompletne nieporozumienie. Można umrzeć na kobiecie, w ogrodzie botanicznym, ale na zakurzonej scenie? Umieranie za aktorstwo jest równie idiotyczne, jak umieranie za ojczyznę.
Tadeusz Łomnicki, którego Pan podziwiał, umarł niemal na scenie…
Tadeusz to był gigant rangi światowej i po nim długo była pustka. Dopiero po nim była cała ta grupa zdolnych i fotogenicznych. Tak pozostało do dziś. On wyprzedzał epokę. Był niesamowicie pracowity i pokazywał, że jest to zawód twórczy.
Z tą swoją osobnością w zawodzie i nie identyfikowaniem się z nim do końca, przypomina mi Pan postać, którą zagrał Pan w „Popiołach” A. Wajdy, kapitana Wyganowskiego…
To był mój debiut filmowy. Strasznie się bałem tej roli. Byłem przekonany, że jak dyrektor mojego teatru zobaczy, jak ją źle zagrałem, to mnie wyrzuci. I kiedy na placu Szczepańskim w Krakowie spotkałem Jurka Skarżyńskiego i Krzysztofa Pendereckiego, którzy powiedzieli, że najbardziej podobały im się role Daniela Olbrychskiego i moja, to się popłakałem, bo pomyślałem, że kpią sobie ze mnie.
Niemożliwe…
Ależ tak. Jestem człowiekiem bardzo wstydliwym. Jak mnie kto komplementuje, to ja cierpię, bo wydaje mi się, że robi sobie ze mnie jaja. Kazio Kutz nazwał mnie nawet piczkiem wstydniczkiem czy jakoś tak.
A wygląda Pan na człowieka pewnego siebie, nawet z tupetem…
I to jest właśnie magia aktorstwa. Często jak aktor jest tupeciarz i cham, to gra płaczliwego Albina w „Ślubach panieńskich”, a jak jest delikatny i niepewny siebie, to świetnie mu wychodzi straszliwy Stawrogin. To cudowne w tym zawodzie móc żyć wielokrotnie. Można też umrzeć, a potem pójść na piwo. Można manipulować czasem.
Niedawno, który to już raz, widziałem Pana w powtórkach „Bariery” Jerzego Skolimowskiego, „Pana Wołodyjowskiego” Hoffmana czy w „Sanatorium pod Klepsydrą Wojciecha Hasa, jako młodego aktora. W filmie Jacka Bławuta zagrał Pan starego aktora, choć młodszego od większości pensjonariuszy Skolimowa…
A jakże, choć rolę tę miał grać Leon Niemczyk, ale mu się zmarło. Leon był wartością samą w sobie, wspaniałą postacią. Jest to więc kompletnie inna postać, bo ja miałem wtedy 68 lat, a Leon 82 lata. Wie pan, aktorstwo jest najłatwiejsze, gdy jest się dzieckiem lub starcem. Najbardziej trzeba się upieprzyć w średnim wieku, bo wtedy trzeba udowadniać, że jest się twórczym, że się nie powiela siebie samego. Przy okazji tych zdjęć w Skolimowie, gdzie zamieszkałem, napisałem tekst o moim spotkaniu ze swoim 15-letnim kutasem. Zatytułowałem go: „Rozmowa z ptakiem”. Dla „Playboya”.
Jak się Panu współpracowało ze starymi aktorami ze Skolimowa?
Początkowo nienawidziłem tych starych, zwłaszcza stare aktorki bywają nie do wytrzymania, ale z czasem pokochałem ich. Pięknie się też pracuje z Jackiem Bławutem, który cudownie rozumie tych ludzi, odnosi się do nich z wielką kulturą i czułością.
Dlaczego według Pana stare aktorki są nie do wytrzymania?
U kobiet starość jest trudniejsza niż u mężczyzn. Starzy mężczyźni bywają piękni, a kobiety rzadko. 70-letni John Wyane mógł mieć w „Rio Bravo” młodą kochankę z saloonu, ale czy mogło by być odwrotnie? Co nie znaczy, że nie cenię dojrzałych kobiet. One zaczynają być interesujące, gdy mają trudności w wyjściem z samochodu. Wzruszają mnie tym.
Mówiąc o życiu wyraża Pan często sprzeczne opinie, raz że jest ono za długie, a innym razem, że piękne i że chce Pan korzystać z jego uroków. To jak to jest?
I tak i tak. Każdy osąd jest prawdą. Życie jest zmienne, jak w kalejdoskopie. Wcale nie uważam, że celem każdego człowieka musi być szczęście. Czasem marzenie o nim jest ciekawsze niż spełnienie. Miłość spełniona jest jak wygodny fotel. A może czasem trzeba żyć w złości i wkurwieniu? Nie sądzę, by jedynym kryterium miało być banalne wyobrażenie o szczęściu.
Wróćmy do aktorstwa. Czy jednak nie zdarzyło się Panu zakochać w jakiejś roli lub w sobie samym w tej roli?
Ależ zdarzyło się. Pamiętam, jak w pałacu w Pszczynie kręciliśmy z Filipem Bajonem „Magnata”. Kiedyś popiliśmy. Byłem akurat w stroju księcia von Teuss, w pełnej charakteryzacji. W pewnym momencie odbiło mi i postanowiłem, że nie będę pił z hołotą i pójdę do jakiegoś hotelu, żeby tam wypić elegancko. Na szczęście przyłapał mnie przy wyjściu mój kolega, elektryk, który mnie nazwał „idiotą, który się wygłupia, gdy mu tu zapierdalamy” i pognał mnie won, z powrotem na górę.
Kogo najtrudniej zagrać?
Zwykłego człowieka. O wiele łatwiej jest zagrać króla czy premiera.
Podobno jest Pan aktorem opornym wobec reżyserów…
Nic podobnego. Ile ja się nawysługiwałem reżyserom, to ludzkie pojęcie przechodzi. Nigdy nie jest mi obojętny partner, najpierw zajmuję się nim, jestem pracowity i lojalny do obłędu. Potrafiłem po 12 godzin siedzieć w gównie, bo tak sobie życzył reżyser i nawet nie pisnąłem. Ale jak mi ktoś naciśnie na odcisk, na moją pracę, to go zajebię.
Powiedział Pan kiedyś, że najbardziej ceni Pan pisarstwo? Dlaczego?
To najbardziej boskie zajęcie. Siedzi się nad białą kartką i tworzy światy.
Pan też pisał.
Felietony. Różne, n.p. o wróblach.
Ma Pan też na koncie kilka książek, n.p. „Listy do pana Piotra”, skierowane do Piotra Skrzyneckiego…
Ale to trudno nazwać książkami. Pisałem teksty piosenek, do których muzykę układali Konieczny czy Preisner, ale oni umieli by skomponować muzykę nawet do książki telefonicznej. Prawdziwe książki piszą prawdziwi pisarze. Jak Wiesław Myśliwski, którego ogromnie cenię, dlatego mnie rozśmieszyło i zirytowało jednocześnie, gdy usłyszałem od młodego człowieka, że „teraz tak się nie pisze”. Cóż za głupota piramidalna! To w takim razie można by to samo powiedzieć o Dostojewskim, Tołstoju czy Mannie. A przecież najwspanialsza w pisarstwie jest sztuka opowiadania. Kocham czytanie, bo to jest akt twórczy. Przy kolejnych lekturach tej samej książki można odkrywać nowe jakości. N.p. ostatnio odebrałem „Annę Kareninę” jako powieść satyryczną.
Jaką literaturę czyta Pan najczęściej?
Co popadnie, dobrą literaturę, od Sasa do Lasa. Nie jestem przecież jakim pieprzonym filologiem, który „ma gusta”.
Był Pan od dawien dawna związany z Krakowem. Czy dużo jeszcze ocalało z tej specyficznej krakowskości?
Ja tam byłem i jestem przybyszem. Zawsze i wszędzie byłem przybyszem. Urodziłem się w Kowalu i tam chcę być pochowany. Całe życie pędziłem przez świat – zawodowo głównie, nie turystycznie. Lubię wędrować, wypić w podróży flaszkę, zjeść żurek. I nie być autorytetem. A co do Krakowa, to trochę się z niego zachowało. Nawet na największym lumpie stare mury robią wrażenie. Trudniej być chamem na Floriańskiej niż w Nowej Hucie czy na Ursynowie. Ale z drugiej strony, Kraków to wampir, który wysysa krew. Inaczej też każe traktować czas. Warszawa, to dziki pęd, a Kraków – wieczny sen, mgła na Plantach. Są tam domy, do których nie można wejść bez referencji, bez zasługi. Tam się nie ceni gwiazd bez dokonań.
Wspomniałem wcześniej o Pana roli Józefa w „Sanatorium pod Klepsydrą” Hasa. Odnoszę wrażenie, że także ta rola definiuje Pana metaforycznie. Ten Józef, trochę dorosły, trochę dziecko, przemykający pod łóżkami, przez krainę czarów, przymierzający strażacki hełm i z zaciekawieniem dziecka obserwujący egzystencję, to trochę jakby Pan…

Skoro pan to tak widzi, to niech będzie, okej. A na koniec powiem panu, że jestem stary i muszę trochę odpocząć, bo ostatnimi czasy za dużo wziąłem na sztangę. Ale czasem muszę popracować, bo mam swoje potrzeby. Żyję w Polsce i nie mogę udawać Marlona Brando.
Dziękuję za rozmowę.

JAN NOWICKI – ur. 5 listopada 1939 roku w Kowalu k. Włocławka, od 1965 roku związany był z Teatrem Starym w Krakowie, gdzie stworzył wiele pamiętnych kreacji, w tym m.in. Wielkiego Księcia Konstantego w „Nocy listopadowej” St. Wyspiańskiego, Stawrogina w „Biesach” F. Dostojewskiego, czy Rogożyna w „Nastazji Filipownej” wg „Idioty” Dostojewskiego, w reżyserii A. Wajdy. Poza licznymi rolami w teatrze telewizji, m.in. w „Pogardzie” wg A. Moravia w reż. A. Wajdy czy w „Szalbierzu” wg G. Spirő w reż. T. Wiszniewskiego, zagrał także w wielu filmach, m.in. kapitana Wyganowskiego w „Popiołach” A. Wajdy, w „Barierze” J. Skolimowskiego, Ketlinga w „Panu Wołodyjowskim” J. Hoffmana, Józefa w „Sanatorium pod Klepsydrą” W.J. Hasa czy tytułową rolę w „Wielkim Szu” S. Chęcińskiego. Czarująca indywidualność, wybitny aktor nazywający sam siebie „średnim”, znany z dystansu do świata i do uprawianego zawodu. W jednym z wywiadów mówił: „Wielokrotnie łapałem się na tym, że propozycje zagrania wielkich ról traktowałem jak zagrożenie mojej wolności. Bo musiałbym gdzieś jeździć, brodę przylepiać, kanclerza grać. A nie chce mi się”