Pisie misie

Państwową Komisję Wyborczą pozbawiono prawa przeprowadzenia wyborów prezydenckich. To oczywiście nie jest zgodne z Konstytucją, ale tylko do czasu, gdyby ktoś chciał zapytać Trybunał Konstytucyjny. Jak się taki ciekawski znajdzie, to się dowie, że jest zgodne. Na razie nikt nie pyta. Na razie wystarczy, że jakiś Miś na urzędzie stwierdził, że PKW owszem jest, ale w wyborach udziału brać nie musi – na przykład nie musi już określać wzoru kart wyborczych.

Miś na urzędzie stwierdził, że on sam wyda odpowiednie rozporządzenie i będzie git! Powołał się przy tym kilkakrotnie na prawo. Że on je ma. Faktycznie – ma. Nadali mu je koledzy, którzy mają w Sejmie większość i mogą mu nadać, co tylko chce. Na przykład tytuł „Króla Cyganów”, albo „Królowej Madagaskaru”…
Miś, który zorganizuje nam wybory, to gość galantny, nie ma co! Dajmy na to w takich Ząbkach drugiego podobnego nie uświadczysz. Nawet, gdyby w jego marynarę ubrać wieżę tamtejszego kościoła, to i tak lepiej by nie wyglądała. Ani gorzej… Bo Miś „z twarzy jest podobny zupełnie do nikogo”.
Miś, jak to Miś, jest dzieckiem PRL-u. Bo czyim ma być?!
Urodził się za Gomułki, kiedy takie metropolie jak Ząbki, Wołomin, czy inny Grójec uchodziły za wzór prostactwa, nierozgarnięcia i obciachu. Nie bez powodu w użyciu było jeszcze wtedy powiedzenie „bajer na Grójec”. Oznaczało ciemnotę, której wszystko można wcisnąć – most Poniatowskiego po okazyjnej cenie, albo Pałac Kultury… Miś się jednak wysferzył – młodość spędził za Gierka, studiował za Jaruzelskiego. Bo studiował. Trafił na czas „punktów za pochodzenie”, kiedy PRL ciągnęła takich Misiów za uszy, chcąc ich za wszelką cenę przerobić na swoje własne, nowe elity. Polska Ludowa podjęła tę próbę trzykrotnie. Raz za Bieruta, kiedy „nie matura lecz chęć szczera robiła z ciebie oficera”, drugi raz po 1968, kiedy na miejsce syjonistów wysiudanych „do Syjonu” wpychała swoich „docentów marcowych” oraz potem, kiedy wymyślono „punkty za pochodzenie”. Bramy uniwersytetów otwierano wtedy dla dzieci robotników i chłopów – z Ząbek, Grójca, czy Wołomina – żeby też mogły być magistrami. Nie ma co ukrywać, że PRL liczyła na wdzięczność w ten sposób doprowadzonej do inteligencji młodzieży robotniczo-chłopskiej. Przeważnie bardzo się oszukała, bo o wdzięczności, jak pokazuje historia, decyduje przede wszystkim kasa. Jest kasa, jest wdzięczność, a i to do czasu.
Ta i podobne zasady współżycia międzyludzkiego w Wołominie, Grójcu i Ząbkach, przetrwały w dobrym stanie do dziś. W każdej innej, najmniejszej choćby dziurze też. Miś, który jest stąd, dobrze rozumie, jak bije serce ziemi. „Tej ziemi”. Jemu nie trzeba powtarzać dwa razy, co sobie szary obywatel myśli, jak kombinuje, żeby zarobić, ale się nie narobić. Bez grosza przy duszy jakieś piwo chlapnąć z rana żeby dygot uspokoić, fajki cudem skombinować, bo palić się chce, coś zszamać, czemu nie, no i bzyknąć na boku, jak się da. I oby do jutra!…
Do elity nasz Miś wdrapywał się w latach 80. Zaczął studia na wydziale historii UW i studiował dogłębnie – 10 lat! Ostatecznie pracę obronił już „za wolności”, ale jeszcze u peerelowskiego profesora. Jest podejrzenie (ale tylko podejrzenie), że ten „mgr” przed Misiem, to z profesorskiego sentymentu dostał, po prostu. Bo Miś kuty jest na cztery nogi i dobrze widział, jaki temat sobie wybrać, żeby po 10 latach dobić wreszcie do naukowego pomostu. Piłsudczyków sobie wybrał i ich wizję Polski. Jak raz piłsudczycy, to był konik tego profesora, u którego Miś pracę magisterską pisał. Konik, miłość i słabość jednocześnie…
Autor do dziś uznawanej za najlepszą biografii Marszałka, uchodził przy okazji za zdolnego nauczyciela akademickiego – jego doktorantami byli Tomasz i Daria Nałęczowie, Wiesław Władyka czy Zbigniew Rykowski… Co by więc pośród nich robił Miś, gdyby nie był cwany? Niestety profesor nie żyje i nie można tych zdziwień skonfrontować z jego pamięcią. Fakt faktem, że Miś magistrem jest, tyle, że praźródłem jego awansów jest uczony co prawda znamienity, który jednak do końca był członkiem PZPR i któremu polityczni komilitoni Misia zajadle wywlekali spod podszewki łaty okołorakowieckie.
Magister Miś nigdy w jego obronie nie stanął, gdyż ten Miś zawsze potrafi wystawić swój nochal pod wiatr i wywęszyć, skąd wieje. Wyczuć wiatr, to w takich Ząbkach, Grójcu, czy w Wołominie, ważna umiejętność. No i nie mieć skrupułów! Jak ktoś ma skrupuły, to na powierzchni się nie utrzyma.
Podobnych Misiów jest w naszym narodowym parku osobliwości dużo. Całe stada! Są to Misie wygłodniałe i pazerne. Wyczekali się na swoją okazję, oj wyczekali! Ale teraz chwycili Polskę za mordę… O, tak – krótko, przy pysku. Państwową kasę biorą bez najmniejszych skrupułów, bo ona się im „po prostu należy”.
Misiowi teraz wolno wszystko! Wolno bratu Misia wygrać wart miliony złotych przetarg w resorcie, którym Miś kieruje, żonę Misia wolno Misiowi zatrudnić w dowolnej spółce skarbu państwa, a nawet w kilku na raz, brata, siostrę, kochankę – kogo tylko Miś chce. W Polsce Misiów prezesem, dyrektorem, biznesmenem może być każdy – kucharka, akwarysta, małolat, gamoń… Miś może też oszukiwać i kręcić w zeznaniach podatkowych ile dusza zapragnie i na ile mu wyobraźni starczy. A jak już go naprawdę bieda przyciśnie, to sobie w foliówce z pracy wyniesie milion, dwa, czy ile potrzebuje… Bo teraz Miś!
Ktoś się dziwi? Ktoś jest oburzony? Miś nie po to się uczył, nie po to żyły sobie po kilkanaście lat na studiach wypruwał, żeby w życiu sobie nie radzić.
Dzięki dobrze wykorzystanym punktom za pochodzenie i głowie otwartej na oścież Miś świetnie jednak rozumie, że różne rzeczy może w życiu robić, ale prawa przestrzegać, to mus! Miś jest więc legalistą jak rzadko. Miś jest wprost zakochany w państwie prawa. Wyrył sobie w zwojach raz na zawsze, że wszystko mu wolno, byle zgodnie z prawem. Zmienia je więc dotąd, aż pozwoli mu ono na to, czego zabraniało. Ustawę o Sądzie Najwyższym Miś zmieniał 9 razy! Teraz miał potrzebę zmienić prawo wyborcze, więc też je sobie zmienił… I kto mu podskoczy?! No, kto?!… Nie po to Miś wygrał wybory, żeby mu teraz ktoś podskakiwał…
Miś rządzi i dzieli. Kocha siebie za to bardzo! I bardzo się sobie podoba. Jako Miś praworządny, wykształcony i na ogół bardzo przystojny, chętnie korzysta z mediów, bo lubi z suwerenem być w kontakcie. Czuje się wtedy jak ryba w wodzie. Swój wśród swoich można powiedzieć. Uwielbia szermierkę słowną, pytanie-odpowiedź, na ostro, bez skrupułów, na odlew. A co mu tam?! Nie pęka przed żadnym Rachoniem, czy inną Holecką:
– Najmocniej pana, panie Misiu przepraszam, ale chciałam zapytać, o której odlatuje dzisiaj ten do Londynu 11:05?
– A skąd ja mam wiedzieć?! No chyba o pierwszej…
Suweren w danych Ząbkach, Grójcu, czy w Wołominie siedzi przed telewizorem, butelkę Perły w ręku trzyma, czipsami bekonowymi pogryza i gębę rozdziawia w poszukiwaniu jakiegokolwiek sensu w czymkolwiek.
– Kazik, o czym oni mówio?
– Cicho bądź, dobrze mówio.
– Acha… Ty, ale co bedzie, jak zabiorom nam pińcet?
– Nie zabioro. Duda dał słowo. One kradno, ale uczciwe som i ludziom też dajom.
– Acha… A tam w rogu, co stoi, w tym telewizorze, tam, o?
– Nie wiem. Zaraz powiedzo. O już mówio. Cicho…
– Ten Miś, który państwo widzą, nie stoi tu przypadkowo. On stoi po to, żeby każdy Polak i każda Polka go widzieli i szanowali. „Bo ten Miś odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest miś na skalę naszych możliwości. Wy wiecie, co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie, mówimy, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo! I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest miś społeczny, który sobie zgnije, do jesieni na świeżym powietrzu…
– Kazik, co on mówi? Jak to sobie zgnije, jak on jest nasz? Tak nie wolno. Co my wtedy zrobimy?…
Kazik pogłośnił telewizor:
– Zrobimy protokół zniszczenia…