Od lat powtarza się nam, że „sen to zdrowie” oraz że wysypianie się odgrywa w życiu wielką rolę. Problem w tym stwierdzeniu nie polega na braku jego słuszności, bo trudno zaprzeczyć, że kiedy jesteśmy wypoczęci, obiektywnie lepiej funkcjonujemy. Przyczyna leży gdzie indziej: w tym, jak sen jako czynność fizjologiczna został zaprzęgnięty w proces produkcji.
Podporządkowanie się temu procesowi nie zaczyna się oczywiście z chwilą podjęcia pierwszej pracy zarobkowej. Wręcz przeciwnie, funkcjonujemy w ten sposób przez ogromną większość życia, bowiem już od lat szkolnych jesteśmy zmuszeni wstawać o wczesnej godzinie do szkoły, gdzie często spędzamy podobną ilość czasu co dorośli pracujący na etacie. Często musimy budzić się już o 6.00–6.30 rano (a bywa, że i wcześniej), w godzinach dość uciążliwych dla większości uczniów. Powodem, dla którego ciężko znoszą tak drakońskie pory wstawania, nie jest ich „lenistwo” czy zła wola, lecz fakt, że tak wczesne godziny pobudki są niezgodne z ich zegarem biologicznym. I choć pewne środowiska pedagogiczne, reprezentowane między innymi przez autorkę profilu na Facebooku „Budząca się szkoła”, słusznie podnoszą potrzebę zreformowania systemu szkolnictwa, również pod kątem zmiany godzin rozpoczęcia zajęć lekcyjnych, pomijają fakt, że tryb codziennego funkcjonowania życia człowieka jest właściwie podporządkowany systemowi pracy najemnej.
Ktoś może odpowiedzieć, że przecież jest to normalne: w ten sposób uczymy najmłodszych dyscypliny, odpowiedzialnego stosunku do obowiązków, a także znoszenia niedogodności, jakich w życiu przeciętnego człowieka przecież nie brakuje. Mało jednak, jeżeli w ogóle, mówi się, jakie są konsekwencje życia w takich ramach.
Czy chcemy tego, czy nie, funkcjonując w taki sposób „uczymy się” podporządkowywać swój rytm biologiczny odgórnie wyznaczonemu harmonogramowi. Godziny zasypiania i pobudki przestają wynikać z naturalnych potrzeb organizmu, a zaczynają być wyznaczane przez plan lekcji, a później przez grafik pracy. Co za tym idzie, zmienia się sam stosunek do snu, który z upływem lat stopniowo przestaje być traktowany jako naturalna potrzeba. Zamiast tego staje się kolejnym obowiązkiem, który należy „poprawnie” wykonać, aby następnego dnia sprostać oczekiwaniom szkoły, a w przyszłości rynkowi pracy.
Tak instrumentalne traktowanie jednej z podstawowych potrzeb organizmu ma swoje reperkusje. Mimo że sama potrzeba snu nie znika, człowiek zdaje się ją lekceważyć czy wręcz wypierać. Dyscyplinowane ciało w końcu jednak upomni się o swoje, i to w sposób alarmujący. Spadek koncentracji, zmęczenie, rozdrażnienie to tylko wierzchołek góry lodowej – czasami kończy się to „strajkiem” ze strony organizmu, który zaczyna sygnalizować nienaturalność takiego trybu funkcjonowania w postaci bezsenności czy zaburzeń snu.
Trudno wyrokować, czy narzucone przez system przedmiotowe podejście do spania jest główną przyczyną bezsenności. Inną teorię mają na ten temat lekarze medycyny ogólnej, inną psychiatrzy, a jeszcze inną psychologowie i socjologowie. Ostatecznie to osoba cierpiąca ponosi konsekwencje chronicznego niedoboru snu, podczas gdy wiedza naukowa często koncentruje się na opisaniu i sklasyfikowaniu skutków problemu, a nie na zakwestionowaniu warunków, które do niego doprowadziły. Samo przyporządkowanie cierpienia do określonej jednostki chorobowej nie tłumaczy bowiem, dlaczego w ogóle pojawiło się w takiej skali. Bezsenność nie jest czymś, co powstaje w warunkach laboratoryjnych, wyizolowanych od czynników zewnętrznych: jest dokładnie na odwrót. Skupiając się na samej jednostce, tracimy z oczu społeczne przyczyny jej problemu, zaś przysłowiowe zamiatanie ich pod dywan nie sprawi, że znikną.
Bycie podporządkowanym takiemu sposobowi organizacji ludzkiej doby wydaje się czymś więcej niż po prostu „niezdrowym stylem życia”. To jedna z najbardziej namacalnych, dosłownych i odczuwalnych form nie tylko alienacji pracy, ale również alienacji człowieka od jego istoty gatunkowej.











