Lekcja przegranych wyborów

Powiedzmy sobie gorzką prawdę: przegraliśmy wybory do Sejmu i zapewne na cztery lata odsunęła się perspektywa odsunięcia od władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego, szkodliwej dla Polski, partii o mylącej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość”. Tej oceny nie przekreślają ani wygranie przez opozycję wyborów do Senatu, ani – rzeczywiście krzepiące – odrodzenie się lewicy jako trzeciej siły politycznej, która tak dobrego wyniku nie miała od osiemnastu lat.

Przegrana opozycji nie wynikała z braku poparcia. W liczbach uzyskanych głosów trzy listy opozycyjne pokonały Zjednoczoną Prawicę o dziewięćset tysięcy głosów. Na rządzącą koalicję oddano 8.05 mln. głosów, a na trzy listy opozycyjne (bez głosów oddanych na Konfederację) 8.95 mln. głosów. PiS wraz z jego koalicjantami zdobył większość mandatów, gdyż obowiązująca metoda d’Hondta (lekkomyślnie przywrócona głosami SLD po wyborach 2001 roku!) daje wysoką premię za jedność. Przeprowadzone na podstawie zwykłej ordynacji większościowej wybory do Senatu dały opozycji dwumandatową przewagę, co odzwierciedla rzeczywisty podział głosów wyborców.

Każdy sobie

Ojcami wygranej PiS są więc – obok Jarosława Kaczyńskiego i jego współpracowników – przywódcy PSL i PO, którzy lekkomyślnie rozbili Koalicję Europejską błędnie interpretując jej gorszy od oczekiwanego wynik w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Tym razem przywódcy lewicy nie mają sobie nic do zarzucenia. Byli jedynymi, którzy uporczywie dążyli do utrzymania wspólnej listy opozycyjnej. Udało się jedynie zbudować szerokie porozumienie w wyborach do Senatu i pokazało ono, że tak – i tylko tak – można pokonać PiS – przynajmniej w tym roku.
Przez kilka miesięcy pisałem – głównie na lamach „Trybuny” – że koniecznym warunkiem wygrania wyborów jest połączenie sił całej opozycji demokratycznej. Nie byłem w tym odosobniony. Takie stanowisko zajmowało wielu autorów poważnie analizujących polską scenę polityczną. Niestety mieliśmy rację.

Mityczny wyborca

Przeciw temu stanowisku wytaczano przede wszystkim argument, że opozycyjni wyborcy są tak dalece podzieleni w swych poglądach politycznych, iż wielu z nich nie zagłosuje na wspólną listę. Zaczęło się to od ogłoszenia przez PSL, że nie chce iść do wyborów razem z lewicą, a następnie wyraziło się w stanowisku Platformy Obywatelskiej odrzucającym wspólna listę z lewicą (choć nie gardzącą na swoich listach ludźmi, którzy jeszcze nie tak dawno odgrywali poważną rolę w SLD). Temu zacietrzewieniu ideologicznemu politycy lewicy przeciwstawili gotowość do budowania wspólnej listy – i to mimo, że jeszcze bardzo niedawno między kierowanymi przez nich ugrupowaniami trwały ostre spory. Dlatego w nowym Sejmie lewica będzie miała trzecią pod względem liczebności reprezentację. To premia za rozum polityczny, którego zabrakło kierowniczym gremiom dwóch pozostałych ugrupowań opozycyjnych.

… mości panowie

Podziałom po stronie opozycji towarzyszy zupełnie inna linia postępowania obozu rządzącego. Prawo i Sprawiedliwość samo nie zdobyłoby większości sejmowej. Ma ją tylko dlatego, że do wyborów poszło jako Zjednoczona Prawica, przy czym dwa ugrupowania sojusznicze („Porozumienie” Jarosława Gowina i „Solidarna Polska” Zbigniewa Ziobro) zdobyły razem 36 mandatów, bez których PiS nie mógłby rządzić. Z perspektywy lewicy może wydawać się, że trzy partie wchodzące w skład Zjednoczonej Prawicy nic nie dzieli, ale jest to złudzenie wynikające z tego, że wszystkie te trzy ugrupowania są od nas ideowo bardzo odległe. W istocie politycy prawicy odrobili lekcję i już w 2015 poszli do wyborów jako szeroka koalicja prawicowa a w tym roku powtórzyli ten manewr. Dostali za to premię, co można było przewidzieć znając obowiązującą ordynację. Inną sprawą jest natomiast to, ze stosunkowo silna pozycja dwóch ugrupowań sojuszniczych ogranicza autokratyczne zapędy przywódcy PiS, gdyż będzie się on – bardziej niż w poprzedniej kadencji – liczyć ze stanowiskiem obu sojuszników.
Błędnych decyzji nie da się cofnąć. Będziemy musieli żyć z ich konsekwencjami przez następne cztery lata. Trzeba jednak wyciągnąć z nich właściwe wnioski.

Wasz premier, nasz prezydent

Po pierwsze: trzeba już teraz przygotować się do wyborów prezydenckich, od których dzieli nas zaledwie pól roku. Prawdopodobnie wszystkie ugrupowania parlamentarne wystawią swoich kandydatów w pierwszej turze wyborów, co jest w tym sensie racjonalne, że pozwoli im wzmocnić swa więź z wyborcami. Trzeba jednak już teraz zawrzeć porozumienie, że w kampanii wyborczej kandydaci demokratycznej opozycji nie będą się wzajemnie atakowali i że w drugiej turze oni oraz popierające ich partie poprą tego kandydata opozycyjnego, który w pierwszej turze otrzyma najlepszy wynik. Byłoby też dobrze, by wysuwając kandydatów partie opozycyjne jako jedno z najważniejszych kryteriów doboru potraktowało stopień, w jakim kandydat będzie akceptowalny dla wyborców innych ugrupowań opozycyjnych. Pojawia się też myśl, że najlepszym kandydatem opozycji byłby ktoś o bardzo wybitnych i wysoko ocenianych osiągnięciach spoza obszaru polityki. Gdyby partie opozycyjne znalazły takiego kandydata (kandydatkę?), mogłyby nawet zrezygnować z wystawiania odrębnych kandydatur w pierwszej turze.

Zjednoczenie

Po drugie: trzeba dobrze wykorzystać kolejne cztery lata w opozycji. Koalicja Obywatelska, Lewica i PSL powinny jak ognia wystrzegać się walk w łonie opozycji. Powinny pokazać, że potrafią wspólnie pracować nad lepszymi projektami ustaw i stosować uzgodnioną wspólnie taktykę wobec tego wszystkiego, co obóz rządzący będzie starał się Polsce zgotować. Wielka w tym rola przypadnie Senatowi, który powinien stać się codziennym przykładem odpowiedzialnej, wspólnie prowadzonej polityki opozycyjnej.

Generacja edukacji

Po trzecie: konieczne jest systematyczne i cierpliwe prowadzenie edukacji obywatelskiej dla rozszerzania i umacniania przekonania o tym, że powrót Polski na drogę demokracji wymaga jedności podstawowych sił, które dziś są w opozycji, ale które mają potencjał pozwalający im poważnie myśleć o powrocie do władzy w nie nazbyt odległej przyszłości. Oznacza to przezwyciężanie wzajemnych uprzedzeń, w tym tych które wynikają z powikłanej historii poprzednich dziesięcioleci. Zwiększona rola polityków młodej generacji powinna temu sprzyjać.

Pojutrze

Po czwarte: trzeba już teraz podjąć zaniedbany problem strategicznego planu dla Polski na następne dziesięciolecia. Samo przeciwstawienie się polityce PiS, choć niezbędne, nie wystarczy. Trzeba opracować a przede wszystkim przedstawić poważną i atrakcyjna wizję Polski na lata, które przyjdą.
Te wybory były przegraną , ale nie klęską polskiej demokracji. Pokazały, ze siły demokratyczne mają wielki potencjał polityczny. Pokazały tez, jak wysoka jest cena błędnych decyzji. Jeśli wyciągniemy z tej lekcji właściwe wnioski, przyjdzie taki wieczór wyborczy, na jaki czekaliśmy i którego się w tym roku nie doczekaliśmy.

2 thoughts on “Lekcja przegranych wyborów”

  1. Panie Profesorze – proszę przygotować się na większe „emocje” gdy obrotowi z PSL-u zostaną kupieni prze PiS. W Warszawie aż huczy o przydziale im stanowisk rządowych oraz synekur w SSP.

  2. Z całym szacunkiem dla /kandydatki/ M. Kidawy-Błońskiej, ale…
    Jest osoba, która skupia wiele pozytywnych cech i wartości, zwłaszcza w obszarze wybiegającym poza politykę.
    Mogłaby być kandydatką całej opozycji na Prezydenta RP.
    To Olga Tokarczuk.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *