Jest pewien paradoks polskiej Lewicy: łatwiej jest znaleźć wśród Polaków poparcie dla wielu jej konkretnych postulatów niż dla samej etykiety „LEWICA”.
Państwo powinno zapewniać dostęp do ochrony zdrowia. Praca powinna dawać bezpieczeństwo. Mieszkanie powinno służyć do mieszkania a nie być instrumentem inwestycyjnym. Kobieta powinna mieć możliwość decydowania o własnej ciąży. Człowiek nie powinien zostać bez pomocy tylko dlatego, że urodził się w biedniejszej rodzinie albo w miejscu oddalonym od dużego miasta.
Te zdania nie brzmią dziś w Polsce szczególnie rewolucyjnie. A jednak człowiek, który zgadza się z większością z nich, niekoniecznie powie o sobie: „jestem lewicowy”. I właśnie tutaj zaczyna się jeden z najważniejszych problemów komunikacyjnych Nowej Lewicy.
Nie chodzi wyłącznie o program ani nawet o liderów. Choć u części odbiorców wciąż budzą oni negatywne skojarzenia z minioną epoką, to ci obecni w chwili transformacji mieli zaledwie po trzydzieści lat i znikomy wpływ na ówczesną rzeczywistość. Chodzi o coś bardziej podstawowego: Czy wyborca rozpoznaje siebie w historii, którą opowiada partia?
Empatia jest trudniejszym medium niż strach
Polska prawica od lat korzysta z niezwykle skutecznego mechanizmu mobilizacji: wskazuje zagrożenie.Nie zawsze jest to ten sam przeciwnik. Mogą nim być imigranci, Unia Europejska, „ideologia”, „lewacy” czy żydzi.
Mechanizm pozostaje ten sam: coś jest zagrożone, ktoś chce ci to odebrać, musisz się opowiedzieć po właściwej stronie.
To komunikacja wyjątkowo efektywna politycznie, ponieważ strach ma niską barierę wejścia. Nie trzeba długo tłumaczyć, dlaczego człowiek powinien czuć się zagrożony ani czy coś faktycznie to zagrożenie stanowi. Wystarczy wskazać przeciwnika.
Empatia działa zupełnie inaczej skupia się na pokrzywdzonym a nie na tym kto jest odpowiedzialny za dany problem.
To komunikat moralnie atrakcyjny, ale politycznie trudniejszy. Strach mobilizuje poprzez zagrożenie. Empatia musi najpierw zbudować rozpoznanie własnego doświadczenia i utożsamić wyborcę z problemem. Dlatego prawica może mobilizować wyborcę jednym obrazem przeciwnika, podczas gdy lewica potrzebuje całej opowieści o jego życiu.
Wyborca, który nie wie, że jest wyborcą Lewicowym
Wyobraźmy sobie hipotetyczną grupę fokusową Lewicy. Nie Warszawa, nie najbardziej progresywna część dużego miasta, nie aktywiści organizacji pozarządowych. Powiedzmy: pięćdziesięcioletni pracownik produkcji z miasta powiatowego. Kobieta pracująca w usługach. Kierowca. Pracownik magazynu. Pielęgniarka. Mężczyzna prowadzący niewielką działalność gospodarczą. Ludzie, którzy niekoniecznie śledzą codzienną politykę.
Nie afiszując się z logiem LEWICY warto zada im pytania:
„Jakie macie poglądy polityczne?”
Część odpowie że ma poglądy centrowe, część że prawicowe część powie, że nie interesuje się polityką.
Potem zaczynamy pytać o konkret.,
- Czy państwo powinno zapewniać publiczną ochronę zdrowia?
- Czy pracownik powinien mieć prawo do urlopu i ochrony przed arbitralnym zwolnieniem?
- Czy państwo powinno zadbać o mieszkania dla młodych?
- Czy człowiek pracujący na pełny etat powinien móc utrzymać rodzinę?
- Czy szkoła publiczna powinna być dobrze finansowana?
- Czy emerytura powinna pozwolić na godne życie?
- Czy kobieta powinna mieć wpływ na decyzję dotyczącą własnej ciąży?
- Czy mniejszy biznes powinien być chroniony przed nieuczciwą konkurencją?
I nagle okazuje się, że rozmówca, który pięć minut wcześniej powiedział „nie jestem lewicowy”, może zgadzać się z całkiem dużą częścią postulatów lewicy. To nie musi być sprzeczność.
Może oznaczać, że polska identyfikacja polityczna nie jest prostą sumą poglądów ekonomicznych i społecznych.
Człowiek może być jednocześnie zwolennikiem silnego państwa socjalnego, przeciwnikiem liberalizacji obyczajowej, patriotą, osobą religijną i wyborcą prawicy.Może być przeciwnikiem wielkich korporacji, ale nie uważać się za socjalistę. Może chcieć publicznej służby zdrowia i jednocześnie głosować na prawicę. To właśnie dlatego pojęcie „klasy pracującej” nie działa już w Polsce tak automatycznie, jak chciałaby tego część parlamentarnej lewicy.
Robotnik “nie będący” robotnikiem.
To chyba jeden z największych problemów współczesnej lewicowej komunikacji.
Lewica może powiedzieć:
„walczymy o prawa pracowników”.
Ale człowiek pracujący na produkcji nie pomyśli: „to znaczy o mnie”.
Częściej pomyśli:
„Przecież ja nie jestem żadnym robotnikiem / robolem. Jestem normalnym człowiekiem, który pracuje, utrzymuje rodzinę i chce się rozwijać. ”.
Bo współczesny pracownik/raobotnik jest często kimś zupełnie innym: jeździ samochodem do pracy, bierze kredyt, kupuje mieszkanie, ogląda YouTube, korzysta z TikToka, ma poglądy na migrację, wojsko i bezpieczeństwo, a jego polityczna tożsamość jest mieszanką ekonomicznego pragmatyzmu i kulturowego konserwatyzmu. Nie czuje się częścią grupy jaką są pracownicy.
Słowo „robotnik” ma w polskiej polityce ciężar historyczny. Kojarzy się z PRL-em, nieróbstwem, bolesną transformacją która stoczyła mnóstwo ludzi pracy na sam dół. Do dziś w Polsce pokutuje post-transformacyjny obraz Self-made mana człowieka który od pracy na taśmie staje się powoli milionerem, właśnie w ten sposób odebrano lewicy jej wyborcę czyniąc z każdego milionera którego biznes startuje już za miesiąc. Współczesny Robotnik może być więc ekonomicznie bliżej Lewicy, a kulturowo bliżej prawicy. W połączeniu ze strachem jaki serwują mu prawicowe media i panującą polaryzacją takiemu wyborcy trudniej dostrzec jego prawdziwe interesy będące tu i teraz











