Żoli- state of mind

Na Żoliborzu lepiej uważać co się mówi, robi i co się zbiera. Przekonał się o tym ostatnio mój były redakcyjny kolega, którego policja wyciągnęła z auta, a Cezary „Trotyl” Gmyz z lubością spostponował, jakoby miał zamiar odjechać pijany, uprzednio bijąc i lżąc interweniujących stróżów prawa. Zanim cała sprawa oparła się o sąd, macierzysta redakcja kolegi wyrzuciła go z roboty. Niby to za porozumieniem stron. A jabłka w Sadach Żoliborskich, jak gniły, tak gniją. Wiem, bo dzisiaj sam widziałem.

Leszek Miller mawiał ongiś, że po tym się poznaje prawdziwych przyjaciół, kiedy w chwilach trudnych, nie zostawiają kolegów samych na polu boju. Zaiste, Miller miał rację. Ja sam również doświadczyłem takiej przyjaźni na sobie parę lat temu. Dzięki temu już wiem, kto swój, a kto…

Radosław Gruca szedł do redakcji Oko.press jak do siebie. Redakcja zapewniała, że będzie stała za nim murem, a gdy nagle ruszyła hejsterska nagonka, towarzystwo nie czekał ani na sąd, ani na prokuratora, tylko odcięło się od człowieka, jak od zadżumionego, żeby czasem trąd nie przedostał się na ich zdrową tkankę. Jak tak mają wyglądać obywatelskie media, to ja już wolę być w tych komunistycznych, razem z Gadzinowskim i Tabkowskim.

Na Żoliborzu są Sady Żoliborskie. To taki niewielki park, założony siłami mieszkańców, na początku lat 90. Rosną w nim niskopienne drzewka owocowe, głównie jabłonie i mirabele. Ostatnio grupa mieszkańców postanowiła pozbierać spady, bo do tej pory jedynie gniły przez lato i wabiły osy, a że w społeczeństwie świadomość ekologiczna rośnie, towarzystwo przeszło od słów do czynów. Te nienadające się do spożycia, przegnite albo robaczywe śliwki i jabłka wydano stołecznemu ogrodowi zoologicznemu na paszę dla zwierząt, a co lepsze zabrano na przetwory. Umówmy się, owoce z Sadów Żoliborskich nie prezentują jakiejś wielkiej wartości, tak odżywczej jak i smakowej. To klasyczne, kwaśne i małe psiary, ale jak się kto uprze, to kompot z nich zrobi. Niestety, ta obywatelska samowolka nie spodobała się Urzędowi Dzielnicy. Na początku Urząd stanowczo zaprotestował. Że nie wolno zrywać jabłek z drzew samemu, bo drzewa są własnością miasta. Jeśli już ktoś może to zrobić, to musi to być wyspecjalizowana firma. Inaczej, jak komuś jabłko wybije oko, albo lebiega spadnie z drzewa, to kto będzie płacił? Rozpętało się minipiekiełko, no bo jakże to tak; lepiej, żeby owoce zgniły, niźli ludzie mogli je sobie wyzbierać? To tak jak w sieciówkach fastfoodowych. Lepiej wyrzucić niesprzedane hamburgery, niż je wydać głodnym albo pracownikom, bo jak się ktoś zatruje, to kary będą ogromne. Mój kumpel za taką akcję wyleciał z Maca z roboty; bo zjadł po kryjomu cheesa, ale szef go przdybał i wywalił na zbity pysk. Kiedy zaczęto podnosić na Żoli takie i podobne argumenty, telewizje jęły nagłaśniać temat, Urząd jakby spuścił z tonu. Ustami swej rzeczniczki zapowiedział, że mieszkańcy mogą zbierać spady, ale…powinni pierwej zgłosić swoje zamiary do Urzędu, żeby ten mógł wydać właściwe zgody. Co by się nie działo, urzędnik w Polsce cały czas wie lepiej.

Biegałem dziś z rana po parku Sady. Zmiażdżyłem swymi stopami kilka mirabelek, których ktoś nie wyzbierał na czas. Nie widziałem żadnych zbieraczy. Na szczęście drzewka nie pogrodzone pastuchami elektrycznymi, wciąż rosną sobie wolne i cieszą oko człowiecze, oraz dzioby szpaków i wron.

Na Żoliborzu, niedaleko Sadów Żoliborskich, mieszka naczelnik Polski. Na Żoliborzu, niedaleko domu naczelnika, co dzień spotykam wzmożone patrole policji, kiedy jadę z córką rowerami na basen na Potockiej. Jeździmy chodnikiem, bo nie ma tam ścieżki rowerowej. Policjanci nas mijają i nie interweniują. Mają więc cień rozsądku skryty pod furażerkami, bo mogliby wlepić mi mandat i zabrać dziecko na przechowanie do bidula, a jednak dają przejechać nie niepokojąc. Gdy tak na to spojrzeć, to życie na Żoliborzu to jedna z bezpieczniejszych form przetrwalnikowych ludzkiej, podłej egzystencji. Policja dba o nas jak ojciec najlepszy. Maluczkim ustępuje z drogi, a pijakom wyrywa kluczyki z ręki, kiedy ci ledwie zbliżą się do auta. Nawet dozwala zrywać owoce z drzewa poznania złego i jeszcze gorszego. Żyć i umierać, byle młodo. Ech, gdyby tylko nie to sąsiedztwo…