Imperialny apetyt

Źródło: NASA / public domain

Amerykański atak na Wenezuelę nie jest pierwszym takim działaniem w historii polityki USA. Jest to jednak kolejny dowód na to, że administracja Donalda Trumpa coraz śmielej sięga po otwartą przemoc wobec suwerennych państw w myśl sloganu „duży może więcej”. Skoro Waszyngton posunął się tak daleko, pojawia się pytanie – jak daleko może się posunąć następnym razem? Czeka nas chwila „spokoju” czy Trump zaraz znowu coś zatwierdzi w imię obrony demokracji? Prawo międzynarodowe nie jest i nigdy nie było żadną barierą dla Stanów Zjednoczonych, a suwerenność innych państw to tylko detal. Nic więc dziwnego, że niemal natychmiast po tzw. wenezuelskiej operacji wojskowej uwaga środowisk MAGA skierowała się ku Grenlandii.

Symboliczny, ale jednoznaczny sygnał wyszedł z samego serca trumpowskiego zaplecza politycznego. Katie Miller, prawicowa podcasterka i żona Stephena Millera – jednego z najbliższych ideologów Donalda Trumpa i architektów jego twardej linii politycznej – opublikowała dzisiaj w mediach społecznościowych mapę Grenlandii przykrytą amerykańską flagą z krótkim podpisem: „WKRÓTCE”. W kontekście wczorajszego użycia siły wobec Wenezueli wpis ten został w Kopenhadze odebrany nie jako prowokacyjny żart, lecz jako polityczna zapowiedź i demonstracja siły.

Reakcja Danii była szybka. Duński ambasador w Waszyngtonie przypomniał o wieloletnich więziach obronnych i wspólnym członkostwie w NATO, podkreślając wprost: „Bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych jest także bezpieczeństwem Grenlandii i Królestwa Danii”. Jednocześnie zaznaczył, że Kopenhaga oczekuje „pełnego poszanowania ich integralności terytorialnej”.

Niepokój Duńczyków nie bierze się znikąd. Grenlandia, zamieszkana przez około 57 tysięcy ludzi, jest największą wyspą świata, a jednocześnie jednym z kluczowych punktów strategicznych Arktyki. Na jej terytorium znajduje się amerykańska baza wojskowa w Pituffik – najbardziej na północ wysunięta stała placówka militarna USA. Region ma ogromne znaczenie dla kontroli arktycznych szlaków komunikacyjnych oraz dostępu do surowców naturalnych, w tym metali ziem rzadkich, których znaczenie rośnie wraz z transformacją energetyczną i globalnym wyścigiem technologicznym.

Donald Trump od miesięcy mówi o Grenlandii otwarcie jako o terytorium „niezbędnym” dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. W jednym z wywiadów stwierdził: „Nie wykluczam tego. Nie mówię, że to zrobię, ale niczego nie wykluczam. Bardzo potrzebujemy Grenlandii”. W innym fragmencie dodał: „To niewielka liczba ludzi, będziemy się nimi opiekować, ale potrzebujemy tego dla bezpieczeństwa międzynarodowego”. Jest to retoryka klasycznie kolonialna – paternalistyczna, instrumentalna i oparta na przekonaniu, że siła daje prawo do decydowania o losie innych.

Dodatkowego ciężaru sprawie nadaje nominacja Jeffa Landry’ego, gubernatora Luizjany, na specjalnego wysłannika Stanów Zjednoczonych na Grenlandię. Landry otwarcie dziękował Trumpowi za możliwość „uczynienia Grenlandii częścią USA”, a wczoraj z entuzjazmem poparł brutalne obalenie Maduro, przedstawiając je jako element „realnej wojny z narkotykami”. W tym kontekście pozostaje mieć nadzieję, że wkrótce nie dowiemy się z amerykańskich briefingów, iż „problem narkotykowy” dotarł również na Grenlandię, a w igloo Eskimosów odkryto nielegalne laboratoria lub „szlaki przemytu” zagrażające bezpieczeństwu USA.

W odpowiedzi na nieustanne groźby wielkiego i łasego na surowce amerykańskiego Wujka Sama nic dziwnego, że duński wywiad wojskowy w zeszłym miesiącu po raz pierwszy wprost wskazał Stany Zjednoczone jako potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa. Premierzy Danii i Grenlandii publicznie przypomnieli, że granice i suwerenność państw nie podlegają negocjacjom, podkreślając jednoznacznie: „Nie można anektować innych krajów”. Choć większość Grenlandczyków opowiada się w długiej perspektywie za niepodległością od Danii, sondaże jasno pokazują, że zdecydowana większość nie chce zamiast tego stać się częścią Stanów Zjednoczonych. (Nic dziwnego – ja też bym nie chciał).

Wczorajsza operacja w Wenezueli potwierdziła, że administracja Donalda Trumpa jest gotowa jawnie łamać prawo międzynarodowe, używać siły wobec suwerennych państw i traktować brutalną hard power jako podstawowe narzędzie polityki zagranicznej. Grenlandia może stać się kolejnym poligonem tej strategii. Po tym, co wydarzyło się w Caracas, nie sposób już wykluczyć żadnego scenariusza działań obecnej administracji Białego Domu. Na razie Grenlandczykom pozostaje jedynie liczyć, że Waszyngton nie odkryje u nich przypadkiem „zagrożeń dla demokracji”, „braku stabilności” albo innych powodów, które w amerykańskiej praktyce zwykle kończą się nalotami, sankcjami i „misją stabilizacyjną”.

Julian Mordarski

Julian Mordarski (ur. 25 sierpnia 2000 r.) – redaktor naczelny Dziennika Trybuna, publicysta i komentator polityczny. Absolwent studiów licencjackich z polityki społecznej na Uniwersytetecie Warszawskim; obecnie studiuje dziennikarstwo i medioznawstwo na tej samej uczelni. Z Dziennikiem Trybuna związany od 2022 roku, początkowo jako szef działu zagranicznego. W kwietniu 2025 roku objął funkcję redaktora naczelnego. Od czterech lat współpracuje z mediami lewicowymi, specjalizując się w tematyce społecznej oraz międzynarodowej.

Poprzedni

Łapy Trumpa w Wenezueli

Następny

Reforma PIP. „Lewica zaproponuje inny kształt rozwiązania”