
Donald Trump publicznie zakazał Izraelowi dalszych bombardowań Libanu. W piątek napisał w mediach społecznościowych: „Izrael nie będzie już dłużej bombardował Libanu. Stany Zjednoczone zabraniają mu tego. Dość tego”. To niespodziewany i wyjątkowo twardy publiczny sygnał graniczny wobec Izraela ze strony Waszyngtonu.
W Jerozolimie ten wpis wywołał natychmiastową nerwowość. Według Axios izraelscy urzędnicy zwrócili się do Białego Domu o wyjaśnienia, bo słowa Trumpa zostały odebrane jako ostrzejsze niż sam tekst rozejmu. Sam Benjamin Netanjahu miał być po publikacji wpisu zaskoczony i zaniepokojony.
Z późniejszych wyjaśnień strony amerykańskiej wynika, że Izrael zachowuje prawo do samoobrony wobec bezpośredniego zagrożenia, ale nie ma wolnej ręki do dalszej eskalacji. Właśnie dlatego po wpisie Trumpa ruszyła gra o doprecyzowanie, co dokładnie Waszyngton uważa za dozwolone.
Warto przypomnieć, że izraelskie bombardowania Libanu od samego początku powodują ofiary cywilne i masowe zniszczenia. Od 2 marca, gdy Izrael rozszerzył ofensywę w Libanie, zginęło co najmniej 2 055 osób, a ponad 6 550 zostało rannych. W osobnych ustaleniach ONZ dotyczących potwierdzonych ofiar cywilnych kobiety i dzieci stanowiły 23,8 proc. zabitych.
Netanjahu nie odpowiedział Trumpowi frontalnie. Oświadczył jednak, że Izrael zgodził się na zawieszenie broni „na prośbę mojego przyjaciela, prezydenta Trumpa”, ale jednocześnie podkreślił, że państwo żydowskie „nie skończyło jeszcze roboty”. I trudno się dziwić, że taki ruch z Waszyngtonu go zaskoczył. Przez długi czas relacje USA–Izrael wyglądały tak, jakby to Biały Dom dostosowywał się do logiki eskalacji forsowanej przez Netanjahu, a nie odwrotnie. Teraz po raz pierwszy Trump publicznie odwrócił ten układ. To nie znaczy jeszcze, że „ogon przestał kręcić psem”. Raczej że na chwilę pokazano mu smycz.









