Jak to przed COVIDEM było

Nikt już nie pamięta, że ś.p. minister zdrowia Łukasz Szumowski otrzymał tytuł Wizjoner Zdrowia 2019. Tym, którzy go przyznali, należy pozazdrościć zdrowia, czyli braku kontaktu z polską medycyną. Zwłaszcza, że życie z koronawirusem mocno zweryfikowało poglądy na polską służbę zdrowia. Jeśli jednak komuś wydaje się, że przed pandemią opieka zdrowotna działała, to się myli.

Tuż przed pandemia było bowiem tak…

Niefajnie było być chorym. Z powodu coraz dłuższych kolejek do specjalistów można było nie doczekać wizyty. Media donosiły przecież, że średni czas oczekiwania wydłużył się w ostatnich latach o jedną trzecią.
W celu ratowania własnego życia warto zatem było ten czas skrócić. I mieć wykonaną diagnostykę znacznie szybciej. W tym celu trzeba było zaryzykować i udać się na szpitalny SOR. Ryzyko brało się stąd, że od miesięcy w każdej telewizji pokazywali, jak chorzy, kwitnący po kilkanaście godzin na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym mrą jak muchy.
Jeśli jednak osoba siedząca potulnie w szpitalnym korytarzu dożyje i usłyszy wreszcie swoje nazwisko, ból i zmęczenie mijają.

Dobry żart

Chyba, że się jest rodzicem siedmiolatka, z którym trafiło się do szpitala w Złotowie. No i wyczuło się od lekarza niedyskretną woń procentów. Potwierdzoną tym szczególnym wyglądem oczu, tudzież nieskoordynowanym zachowaniem. Jednak aby dojść do jednoznacznego wniosku, że lekarz jest na bani, państwo potrzebowali kilkunastu godzin, bowiem zawiadomienie o zawianym medyku złożyli nazajutrz. Policja nie mogła lekarza namierzyć, bowiem dał dyla ze szpitala. A jak się odnalazł, to nic nie wydmuchał. Dla dyrekcji placówki leczniczej jednak nie miało to znaczenia, bo lekarz, który ni stąd ni zowąd robi wypad z roboty, na etat nie zasługuje. I w związku z tym chwilę potem szpital miał wakat.

Dzięki czekaniu na izbie przyjęć, w pacjencie rodziła się nadzieja. Czasem jak w przypadku pani z Bytowa nieco płonna, ale za to ubogacona omamami słuchowymi.

Kobieta w szóstym miesiącu ciąży zgłosiła się do tamtejszego szpitala, bo brzuch ją bolał. A, że ciąża była zagrożona, to pani była przestraszona nie na żarty. Dlatego gdy usłyszała od lekarza, że płód wygląda na obumarły, nadzieja z niej uszła. I miast wrócić, gdy lekarz powiedział, że to taki żarcik był, to przeszła we wściekłość. Ta zaś nic nie dała, bo szpitalowi wyszło, że słowa o martwej ciąży, musiała pani pacjentka usłyszeć jedynie w swoim jestestwie, bo oprócz niej nikt tego nie słyszał.

Nieboszczyk na deser

Jeśli chory przebrnie rejestrację i legnie w szpitalnym łóżku, to wbrew temu, co mu się wydawało wcale nie musi mieć z górki. Omamy mogą wystąpić nawet na sali szpitalnej, albo na korytarzu. Podejrzewała je u siebie również pacjentka szpitala Czerniakowskiego w Warszawie, gdy próbowała wypłacić z bankomatu gotówkę, a ten poinformował ją, że ma puste konto. Szpital ten nie specjalizuje się w psychiatrii, a pacjentka nie miała lobotomii, ale inny zabieg chirurgiczny, więc okazało się, że brak środków na koncie, to nie halucynacja, a wynik tego, że kartę bankomatową na czas obłożnego stanu pacjentki wzięła sobie pani pielęgniarka Beata. I poczyniła zakupy na prawie 5 tysięcy zł.

Panią ominęło za to coś, czego doświadczył mąż pani Joli leżąc na oddziale wewnętrzno-geriatrycznym Wojewódzkiego Szpitala im. Marie Curie – Skłodowskiej w Zgierzu. Jednego dnia zmarło dwóch pacjentów z łóżek obok. Zwłoki obu zostały na sali na czas posiłków pana męża.

Następnego dnia leżący obok pacjent zmarł rano. Personel skonstatował ten fakt podczas porannego budzenia. Co nie przeszkadzało mu przynieść mężowi pani Joli śniadania. Ponieważ pan leżał, to nie mógł zrealizować konsumpcji w miejscu, gdzie nie towarzyszyłby mu nieboszczyk.

O godzinie 13 do nieżywego pacjenta przyszła w odwiedziny rodzina. I jak się można domyślać, zastała go, bo nikt go nigdzie nie wywiózł. A ponieważ o tej porze rozwożony jest obiad, to mąż pani Joli kolejny raz musiał uskutecznić meksykański obyczaj biesiadowania w towarzystwie trupa.

Pani Jola zauważyła, że te praktyki pogorszyły stan zdrowia męża, a ją samą zmusiły do zapisania się do psychologa. Co personelowi szpitala wydaje się dziwne, bo przecież rozporządzenie mówi, że „W okresie pomiędzy stwierdzeniem zgonu a przewiezieniem do chłodni zwłoki osoby zmarłej są przechowywane w specjalnie przeznaczonym do tego celu pomieszczeniu, a w razie jego braku – w innym miejscu, z zachowaniem godności należnej zmarłemu”. A ponieważ mąż pani Joli w czasie posiłku nie mlaskał i nie siorbał, to godności jego martwego towarzysza nie uchybił.

Mąż pani Joli i tak powinien się cieszyć. Miał bowiem co jeść. A 41 letni pan Paweł, który trafił na oddział neurologiczny szpitala w Pabianicach z udarem krwotocznym do pnia mózgu, nie bardzo. Chyba, że za jedzenie uzna ktoś otrzymywanych przez pana Pawła 1000 kcal dziennie. W związku z tym pan Paweł się wycieńczał, a z powodu leżenia w moczu nabawił się odleżyn. Co z punktu widzenia ekonomiki szpitala wynikało z tego, że – jak tłumaczono to małżonce pana Pawła – „i tak umrze w wyniku powikłań”. Czyli pielęgnowanie go przez personel, byłoby marnotrawstwem sił i środków.

Większość ludzi nie rozumie procedur medycznych. Te zaś są jasne i proste – jak na wojnie. Ratuje się tych dobrze rokujących. Dlatego co jest dziwnego w tym, że w 2016 r. z izolatki szpitala MSWiA w Warszawie wystawiono do sali pooperacyjnej łóżko z człowiekiem, zarażonym bakterią szpitalną. W związku z czym miał on niekończące się biegunki i schudł do 40 kg.

W jego miejsce wstawiono fotel, w którym zasiadał przez 2 godziny – nieświadomy całej akcji – Włodzimierz Cimoszewicz. Po czym polityk wstał, wyszedł i po trzech latach nawet wygrał euromandat. Zaś pacjent czas jakiś po tej sytuacji zmarł. To, że Cimoszewicz ma się dobrze, mimo niedawno zdiagnozowanego nowotworu, świadczy, że medycyna wojenna w szpitalu MSWiA jest efektywna nader.

Chirurgiczne cięcia

Brak zrozumienia pacjentów dla szpitalnych procedur, czasem prowadzi do tego, że miast chirurgów, za nóż chwytają pacjenci. Tacy jak 64-letni chory z oddziału neurologicznego szpitala w Radzyniu Podlaskim. Zaatakował on – nożem właśnie – pielęgniarza dyżurującego. A potem spustoszył szpital wybijając szybę i uciekł w miasto. Nóż przydał mu się jeszcze, gdy próbowali go obezwładnić policjanci. Jeśli motywem starszego pana była chęć wyjścia ze szpitala, to mu się to udało. Policja do placówki medycznej go nie odwiozła.

Na oddziale chorób zakaźnych Szpitala Klinicznego we Wrocławiu 17-letniemu Krystianowi nie pasowała pielęgniarka. Do tego stopnia, że pewnego wieczoru, gdy kobieta podała mu leki i się odwróciła, została przez młodzieńca po trzykroć ugodzona nożem „w okolice łopatek”. Potem Krystian odrzucił narzędzie zbrodni i uciekł ze szpitala. W związku z tym zatrzymującym go policjantom nic nie zrobił. W przeciwieństwie do pielęgniarki, która na długie tygodnie z pielęgniarki zmieniła się w tak nieodłączny element szpitala jakim jest pacjent.

W kwestii bycia szpitalnym nożownikiem Krystian jest jednak wyjątkiem. Przynajmniej w ostatnich miesiącach. Bo pan w szpitalu Latawiec w Świdnicy miał 84 lata. I może właśnie dlatego składanym scyzorykiem z długim ostrzem 30 razy wbił się w ciało pacjenta liczącego sobie 98 wiosen. Zaś w 85-latka tylko kilka razy. A na dodatek popsuł szpitalne łóżko i jego oderwana częścią naruszył integralność cielesna pani pielęgniarki.
Świdnicki przypadek różni się od poprzednich przede wszystkim tym, że pacjent z nożem zaatakował nie personel, ale innych chorych. A i to zapewne w samoobronie, bo od jakiegoś czasu przebąkiwał, że reszta pacjentów chce go zabić.

Jest też nader istotny wyróżnik tej sprawy. Po raz pierwszy prokurator sprawdza, jakie procedury nie zadziałały, że ktoś mógł mieć na oddziale nóż. Podobnego pytania a ni w Radzyniu, ani we Wrocławiu sobie nie zadał. Ale tam ofiarami nie był przecież 85-letni ksiądz proboszcz z Wałbrzycha, który przeżył. Podobnie jak i prawie stulatek.

Pocieszyciele

Księża nie są niczym w szpitalach dziwnym. Każda placówka ma bowiem na etacie kapelana. Szpital Specjalistyczny w Pile też miał. Księdza Jerzego, salezjanina. Ale do czasu gdy ksiądz Jerzy, niosąc posługę duchową leżącej na chirurgii dziecięcej 17-latce, jął dotykać jej bioder i ust, a nawet całować. Pacjentce, ta forma rehabilitacji nie przypadła do gustu, w związku z czym prokurator zastosował paragraf o molestowaniu, a ksiądz Jerzy się z nim zgodził i chce dobrowolnie poddać się jakiejś drobnej karze.

Zupełnie inaczej niż ksiądz Stanisław, niegdysiejszy kapelan szpitala w Łukowie. Niegdysiejszy, bo gdy okazało się, że podkradł się do, będącego niemal nieprzytomnym, pacjenta dochodzącego do siebie po operacji. A na dodatek z unieruchomionymi kończynami i z drenami. I nie dość , że się podkradł to przy wezgłowiu chorego dopuścił się onanizmu, pozostawiając na chorym swój materiał biologiczny. I za to sądy od lat zajmuja się sprawą księdza Stanisława, by chwilę temu zdecydować się na 2 lata w zawiasach plus 15 tysięcy zł zadośćuczynienia dla obryzganego kapelańskim
nasieniem pacjenta.

Goło i wesoło

Dla każdego, kto ogląda seriale medyczne jest jasne, że życie seksualne w placówkach medycznych kwitnie. W Szpitalu Powiatowym w Radomsku też. Acz inaczej nieco. Otóż firma, która zajmowała się komputerami szpitalnymi poinformowała dyrekcję placówki, że na twardych dyskach jest w cholerę plików dla bardzo dorosłych, ale na niektórych, występujące tam panie na zbyt dorosłe nie wyglądają. I teraz strupa maja szpitalni decydenci i prokurator. Bo nie dość, że specjalne filtry w komputerze przepuściły taką zawartość, to na dodatek nie wiadomo, kto „świńtuchy” ściągnął, bo sprzęt użytkowało wiele pracujących w szpitalu osób.

Seks w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Częstochowie, miast absorbować na nocnych dyżurach lekarzy, lekarki i pielęgniarki, wszedł na wokandę sądową. Dwie panie opowiedziały bowiem prokuratorom, że świetny skądinąd ortopeda – dr Michał, zamiast zgłębiać tajniki ich kośćca, penetrował z użyciem siły oraz penisa ich tkanki miękkie. Te, które powinny być raczej w orbicie zainteresowań ginekologa.

Mogłoby się wydawać, że kłopoty pacjentów szpitala kończą się z wydaniem przez nich ostatniego tchnienie. Przykład 56-letniego pana Ryśka z prosektorium szpitala w Legnicy udowadnia, że tak nie jest. Pan Rysiek dawał bowiem niektórym drugie życie. Towarzyskie.

Robił sobie – uśmiechając się do obiektywu – „selfiki” ze zwłokami. Pan Rysiek był na nich ubrany, zaś panie nieboszczki nie. Poza tym, szpitalne prosektorium odwiedzali ludzie, którzy dziś zeznają w prokuraturze, że ulubionym – podczas tych wizyt – zajęciem pana Ryśka było dotykanie piersi, zabawa nimi, a nawet zgadywanie, czy są prawdziwe, czy silikonowe. Nie wspominając o tym, że pracownik prosektorium pasjami lubił rozkładać nieboszczkom nogi i obmacywać ich części intymne.

Poronione prawo

Równie nieciekawie jak nieboszczki z Legnicy, mają ponoć nienarodzone trupki ze szpitala w Skwierzynie. Bo szpitale mają obowiązek składowania poronionych zygot. A potem ich hurtowego pochówku. Tyle, że to wszystko kosztuje, dlatego w wielu miejscach robi się tak jak od lat. Pali się je z amputowanymi kończynami, czy innymi wyciętymi fragmentami tkanek.
Tyle, że w Skwierzynie w lutym zmieniono zakład pogrzebowy, który pochówkiem poronień się zajmował. I gdy tylko firma straciła z tego tytuły profity przypomniała sobie, że wciąż jest w posiadaniu szpitalnych płodów i na dodatek oskarżyła szpital, że zawsze dostawała ich mniej niż wynikałoby ze specyfikacji. I teraz prokuratorzy próbują przeliczać płody ze słoików, dopasowując je do udokumentowanych szpitalnie poronień. Oczywiście w ramach śledztwa z artykułu 262 par. 1 KK, dotyczącego bezczeszczenia ludzkich zwłok lub miejsca spoczynku osoby zmarłej. Bo kilkunastomilimetrowy płód, to zwłoki są.

Czy wiedząc, jak wyglądają polskie szpitale po ponad 3 latach rządów tych, którzy mieli zmienić placówki medyczne na najlepsze w świecie, można się dziwić, że 59-letni pan z Ukrainy po przywiezieniu do szpitala wojewódzkiego w Olsztynie, popełnił samobójstwo?

Można otóż. Ukrainiec nie zabił się dlatego, że zobaczył na własne oczy nieudolność polskiej placówki medycznej, ale dlatego, że oczami wyobraźni widział rachunek za usługi ratujące jego zmiażdżone w polu biodro. A ponieważ zastąpił w polu brata, czyli nie był ubezpieczony, to wolał się zabić niż płacić do końca życia.

Kto wie, czy gdyby trafił do Kliniki Anestezjologii, Intensywnej Terapii i Ostrych Zatruć szpitala na szczecińskich Pomorzanach, nie żyłby do dziś.
Nad łóżkami pacjentów zawisły tam głośniki, z których o poranku płyną dźwięki ziemi – szum fal, odgłosy lasu i muzyka relaksacyjna, później specjalne bloki z jazzem i spokojną muzyką rozrywkową, wieczorem znów relaksujące dźwięki i odgłosy ziemi. Tej ziemi.

Osz-czę-dno-ści!

Minister Szumowski zrezygnował. Uprzedził ruch swojego pryncypała, któremu zaczął ciążyć w rządowej ławie. Na początku pandemii miał papiery na zbawcę narodu, ale z takiego ambarasu jeszcze nikt w tym świecie nie wyszedł na ludzi. Zresztą, nie ma się co oszukiwać; w Polsce, na stanowisku ministra zdrowia można co najwyżej mało stracić, chociaż niekiedy to już też jakiś zysk.

Z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc widać było jak na dłoni, jak nam minister Szumowski niknie w oczach. Zmarnowany, podpuchnięty, nie był najlepszą wizytówką dobrej zmiany. Inna rzecz, że po tej nierównej walce z covidem, mało kto wyglądałby lepiej. Czytałem niedawno wywiad z ministrem Szumowskim; uskarżał się na chroniczne przemęczenie; po pracy nie miał już siły na nic; ani na rodzinę, ani na przyjaciół; z braku lepszego pomysłu na życie, oglądał na komórce głupawe filmiki na jutubie. Nie dziwota zatem, że zrezygnował. Co miał naprawić, naprawił. Co się udało zepsuć, naprawi albo do reszty zepsuje nowy kolega. A właśnie, premier zbyt długo nie czekał z powołaniem następcy Szumowskiego. Pierwszy raz od 16 lat mamy ministra nie-medyka. Były szef NFZ-tu, Andrzej Niedzielski, to podobno ceniony fachowiec. Chwali go lekarska profesura, nawet opozycja. Ekonomista, po SGH-u, ma reperować służbę zdrowia i uszczelniać wycieki gotówki. To akurat krok w dobrą stronę, bo grosz u nas państwowy marnuje się jak rzadko gdzie. Mnie jednak ta nominacja niepokoi. Znam co najmniej kilka przykładów, w tym i w służbie zdrowia, kiedy to na dyrektorskim stolcu zasadzono ekonomistę lub księgowego. Formalnie człowiek miał zarządzać po gospodarsku, a w praktyce zarządzanie owo sprowadzało się do szukania oszczędności i pilnowania kasy.

Ongiś były wiceminister zdrowia w jednym z rządów, z którym rozmawiałem przy kawie, napomknął mi, że konsolidacja szpitali stołecznych i ustanowienie weń tego, a nie innego dyrektora, miała służyć oszczędnościom, a ten miał za zadanie je znaleźć. Dostał człowiek prikaz, żeby ciąć. No i ciął, równo z trawą. Niedawno podobną rozmowę odbyłem z aktorką jednego z państwowych teatrów. Tam też postawiono na czele bezpartyjnego fachowca, który zajmował się wcześniej zawodowo liczeniem pieniędzy. I, między wierszami, taką właśnie wizję przedstawił zespołowi: jest ciężko, a będzie jeszcze gorzej. Trzeba zacisnąć pasa i ciągnąć tę taczkę życia jak długo się da, a jak przyjdą lata tłuste, o ile przyjdą, to się może ciut pasa popuści. Choć, z drugiej strony, nie po to podnosi się ludziom podatki, żeby je później obniżać, także widoki na to, że po latach głodowych pensji i orania człowiekiem na zakładzie cokolwiek mu się polepszy, są raczej nieciekawe. W tym kontekście, nominacja dla byłego szefa NFZ zastanawia. Czy aby bankier Morawiecki nie sięgnął po ekonomistę Niedzielskiego stosując starą, sprawdzoną zasadę: dajemy na górę człowieka od liczenia kasy, żeby bilanse zaczęły się sztymować, a jak to nominat zrobi, to już jego sprawa.

Nie powiem, takie podejście mogłoby się sprawdzić u bogatych Niemców czy Szwajcarów, którzy oszczędzali i do czegoś doszli. Ale nie u nas. Od lat środowisko medyczne w Polsce woła o to, żeby przeznaczać na system ochrony zdrowia więcej z budżetu, bo kiedy fundujemy ludziom bezpłatną opiekę zdrowotną, musi być nas na to stać. Nasi politycy wiedzą jednak lepiej. Wcale nie trzeba dosypywać do garnuszka więcej, bo żeby to zrobić, trzeba by zabrać innym, np. im samym, a to przecież niedorzeczność. Trzeba więc ludziom z lubością opowiadać o tym, jaki to nasz system jest niewydolny i przeżarty korupcją. Pieniędzy jest dość, należy jedynie lepiej gospodarować tym co jest. Jak worek jest dziurawy, to niezależnie od tego, ile się doń dosypie i tak zawsze będzie wyciekać. I Andrzej Niedzielski ma być szewcem, który te dziury załata. Część z tych zarzutów, to nawet prawda. System jest zmurszały i starodawny w wielu aspektach. Zdarza się, że dyrektorzy i lekarze biorą łapówki. Bez dwóch zdań, trzeba walczyć z takimi patologiami. Prawdą jest jednak również to, że niebawem nie będzie kto miał stać przy łózkach pacjentów, albo asystować przy operacjach, bo średnia wieku pielęgniarek zbliża się do średniej emerytalnej. A następczyń nie widać. Porozumienie lekarzy rezydentów z rządem sprzed paru lat właśnie wygasa i medycy na specjalizacjach dowiadują się z kadr swoich szpitali, że ich zarobki wracają do stanu sprzed porozumienia. Czasami, jak dyrekcja łaskawa, to i utnie mniej, no ale jak jest pandemia, to można za pomocą niej prawie wszystko wytłumaczyć. Dodatkowo, każdy lekarz zastanawia się, jak to będzie, kiedy ziobrowy kaganiec zacznie działać i zaczną ich wsadzać do cel za rzekome błędy w sztuce. Ma więc nowy pan minister nad czym myśleć. Gorzej będzie, jeśli minister Niedzielski skupi się na tym, na czym się najlepiej zna, czyli na szukaniu oszczędności. To by się nawet zgadzało. Wszyscy w tym rządzie czegoś szukają. Jedni smoleńskiej mgły, drudzy zemsty za rodzinne traumy, kompensacji swoich kompleksów, jeszcze inni szansy na lepsze życie, utraconej wiary, kobiet, większych pieniędzy. Może ktoś coś wreszcie znajdzie. Np. on.

Ministrowie uciekają

Szef resortu zdrowia opuścił stanowisko, gdy nie widać końca pandemii, a szef dyplomacji – kiedy za wschodnią granicą Polski trwają największe od lat protesty społeczne i ścierają się interesy wielkich graczy.

To staje się już smutną tradycją rządu Morawieckiego – jego ministrowie porzucają swoje posterunki właśnie wtedy, kiedy potrzeba ciężkiej pracy i stabilnego przywództwa.

Pogrążyły go maseczki?

Łukasz Szumowski odszedł, nie doczekawszy się drugiej fali pandemii, krótko po tym, gdy padło kilka kolejnych dziennych rekordów liczby zakażeń, a lekarze coraz głośniej alarmują, że służba zdrowia skupiona na walce z koronawirusem ma coraz mniej sił na inne – przecież wciąż istniejące – choroby.

„Gazeta Wyborcza” spekuluje, że Szumowskiego ostatecznie pogrążyła afera z zakupem maseczek za pośrednictwem znajomego instruktora narciarskiego. Były już szef resortu zdrowia krótko przed ogłoszeniem swojej dymisji rozmawiał z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą. Czy usłyszał „propozycję nie do odrzucenia” – dymisja albo zarzuty, bo śledczy dotarli do kolejnych kompromitujących ministerstwo okoliczności tamtej transakcji?

Niezależnie od tego, jak było, Szumowski zapewnia, że pozostawi resort w dobrych rękach – tymczasowo pokieruje nim Waldemar Kraska – i w dobrym stanie.

– Udało się ufortyfikować Polskę w walce z wirusem. Zbudowaliśmy mury obronne. Stworzyliśmy zaplecze do testowania pacjentów oraz laboratoria, które są niezbędne do tego, aby odbierać wyniki testów. Do tego powstały szpitale jednoimienne – mówił minister „Super Expressowi”, przekonując, że druga fala pandemii zostanie zatrzymana.

Szumowski dodał, że nie znika z życia publicznego. Będzie nie tylko praktykował jako lekarz w klinice w Aninie, ale też pozostanie w Sejmie.

Uprzedzał, że odejdzie

Z kolei Jacek Czaputowicz jeszcze w lipcu niedwuznacznie dawał do zrozumienia, i premierowi, i opinii publicznej, że zamierza odejść ze stanowiska.

– Minister wcześniej stwierdził, że po wyborach prezydenckich jest dobry moment na zmianę na czele polskiej dyplomacji oraz wyraził przekonanie, że jego następca będzie kontynuował dotychczasową linię i sprzyjał dalszemu umocnieniu pozycji Polski na arenie międzynarodowej – to komunikat MSZ. Co do kontynuowania dotychczasowej linii wątpliwości raczej nie ma. Jednak moment odejścia Czaputowicza absolutnie nie przysłuży się umacnianiu – czy raczej ratowaniu – międzynarodowej pozycji Warszawy.

U najbliższego sąsiada Polski na wschodzie nastąpił długotrwały kryzys, w którego rozwiązanie powinni zaangażować się poważni gracze międzynarodowi, działający na jak najszybsze uspokojenie sytuacji. Polska, po początkowych deklaracjach, że działać będzie w kierunku porozumienia w sąsiednim państwie, usztywniła swoje stanowisko, ogłaszając ustami opozycyjnego polityka białoruskiego – Walerija Cepkały o stworzeniu funduszu dla poparcia strajkujących robotników białoruskich przedsiębiorstw oraz o gotowości pomocy dla białoruskich uchodźców poprzez uproszczenie formalności na polsko-białoruskiej granicy. Sam Cepkało, zagrożony aresztowaniem na Białorusi, schronił się początkowo w Kijowie, by przybyć do Warszawy. Tu też dołączyła do niego żona Wieranika, jedna z bliskich współpracownic Swiatłany Cichanouskiej.
W narracji Aleksandra Łukaszenki Warszawa zaczęła występować jako główny manipulator, popierający, czy wręcz nakręcający protesty Białorusinów, nie tylko za sprawą przyjmowania opozycjonistów, ale też wspierania antyłukaszenkowskich mediów i ich twórców. NEXTA, animator kanału w aplikacji Telegram, który wzywa do protestów i na żywo relacjonuje ich przebieg, przebywa przecież w Polsce.

O tym, że rezygnacja Czaputowicza została wybrana w fatalnym momencie mówił też Radek Sikorski: -„To fatalny moment na rezygnację ministra spraw zagranicznych. Polska powinna teraz przewodzić Europie w sprawie kryzysu na Białorusi” – stwierdził były minister spraw zagranicznych i obrony. Zastanawiał się również, czy – niezależnie od wcześniejszych wypowiedzi Czaputowicza – jego dymisja nie wynika z różnic w podejściu do białoruskiego kryzysu między ministrem a kierownictwem PiS.
Wypada w tym miejscu zauważyć, że przewodzeniem to raczej myślenie życzeniowe – na razie Rosja rozmawia ze wszystkimi w Europie, tylko nie z Polską, co dobrze podsumowuje złe wybory w polskiej polityce wschodniej.

Czy rząd się sypie?

Rekonstrukcję gabinetu Morawieckiego zapowiadano po wakacjach. To, że ministrowie odchodzą jeszcze wcześniej, w ocenie części opozycji jest dowodem na bardzo ostre walki frakcyjne za fasadą Zjednoczonej Prawicy. W siłę rosnąć miałaby grupa związana ze Zbigniewem Ziobrą, ta sama, która zainspirowała kolejne ataki na społeczność LGBT i ostrą reakcję policji na jej demonstracje.

– Rząd Morawieckiego zaczyna się sypać, nikt nie chce czekać do tzw. rekonstrukcji gabinetu – skomentował na Twitterze Dariusz Rosati, polityk Koalicji Obywatelskiej.

Nowy rząd od września?

O tym, że czekają nas zmiany na szczycie, wspomniał osobiście Jarosław Kaczyński. Zastrzegł jednak: premier Mateusz Morawiecki zostanie.

O to, czy po wyborach prezydenckich nastąpi rekonstrukcja rządu, Kaczyński został zapytany na antenie radiowej Jedynki. Odpowiedział niekonkretnie, ale jednak znacząco: – Mówi się, myśli się, planuje się i się już działa. Sądzę, że to już zaraz po wakacjach nastąpi.

Doprecyzował: zmiany personalne są nieuniknione, ale z całą pewnością szef rządu pozostanie ten sam.

Ministrowie do wymiany

Jeśli nie Mateusz Morawiecki, to kto straci stanowisko? Wśród kandydatów do opuszczenia gabinetu na pierwszym miejscu wskazuje się Łukasza Szumowskiego. Minister zdrowia, który najpierw zdobył potężny kapitał społeczny na początku pandemii, a potem sprawnie roztrwonił go kolejnymi dziwnymi transakcjami, osiąga słabe wyniki w badaniach zaufania do polityków. Jak pisze „Super Express”, podobno sam również nie chce już stać na czele publicznej służby zdrowia. Miał się wyrazić, że jego resort jest „niewdzięczny”.

Niezbyt mocną pozycję ma również minister rodziny, pracy i polityki społecznej Marlena Maląg. W ostatnich miesiącach było o niej głośno, gdy ogłaszała, jako „receptę na kryzys”, pomysł czasowego zawieszania stosunków pracy – pomysł na szczęście przez rząd wyrzucony do śmieci. Na niekorzyść minister świadczy również katastrofa w Domach Pomocy Społecznej, które okazały się nieprzygotowane na pandemię i stały się jej ogniskami.

Do listy niepewnych swego ministrów „Super Express” dopisuje jeszcze Jana Krzysztofa Ardanowskiego, szefa resortu rolnictwa, minister sportu Danutę Dmowską-Andrejuk oraz Tadeusza Kościńskiego, kierującego ministerstwem finansów. Tylko w tym ostatnim wypadku opuszczenie rządu nie oznacza niskiej oceny dotychczasowej pracy. Kościński chce po prostu kandydować na stanowisko jeszcze lepsze – szefa Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju.

Z kolei Ardanowski, którego przy kilku okazjach ostro krytykowali aktywiści ekologiczni, ale który dotąd wypadał w oczach premiera raczej poprawnie, zostanie poświęcony, jeśli PiS będzie musiał poszukiwać dodatkowego koalicjanta i sięgnie po głównego obrotowego, czyli PSL. Wtedy resort rolnictwa niejako musiałby objąć ludowiec.

Nowa konstrukcja

Ze słów Jarosława Kaczyńskiego, co znamienne, wypowiedzianych pod nieobecność premiera, wynika, że w letnio-jesiennych roszadach ma chodzić o coś więcej, niż tylko wymianę personaliów.

– Rząd ma być inaczej skonstruowany. W taki sposób, który zlikwiduje podejmowanie decyzji w kilku ministerstwach. Pewne ciągi decyzyjne są rozproszone. – mówił cokolwiek enigmatycznie Kaczyński. – Wszyscy sądziliśmy na początku lat 90., że nie nastąpi rozbudowa administracji, skoro państwo komprymuje nasze zadania, bo przedtem przecież kierowało całą gospodarką, a stało się coś kompletnie przeciwnego. Warto zacząć marsz w drugą stronę – podsumował.

Wizja prezesa

Plany rządu wykraczają poza wymianę kilku nazwisk i metod zarządzania. Jarosław Kaczyński nie ukrywa, że jego marzeniem i celem jest dalsze przekształcanie całego życia politycznego w kraju.

– Teraz chcemy sprawy posunąć naprzód, bo polskie życie publiczne nie ma jeszcze tego kształtu, który w sposób do końca właściwy służy polskiemu rozwojowi, służy wolności Polaków i jednocześnie służy temu, by stanowili wspólnotę, różniąc się między sobą tworzyli naród, który potrafi się dobrze usadowić w Europie i świecie na pozycjach dużo lepszych, niż te, które były nam dawane przez dziesięciolecia, a nawet stulecia – powiedział prezes.

Supermeni

Kandydaci jeżdżą i obiecują. Obiecują wszystko. Nowe szpitale, nowe drogi, lepsze wojska (niekoniecznie nasze), powszechną sprawiedliwość.

Wszystkim ma być lepiej, nawet przeciwnikom politycznym. Ma być nowy ład energetyczny, wyższe emerytury i nowe szkoły. Władza ma należeć do obywateli (to po co władza w ogóle). Polska będzie potęgą. Jak zsumować wszystkie obietnice kandydatów to nasz kraj może przeskoczyć nawet Stany Zjednoczone. Nie wiadomo więc po co jedzie tam nasz prezydent. Jak prezydent Trump zorientuje się czym ma być nasz kraj, to poprosi o pomoc w walce w tamtejszym koronawirusem, a potem o jeszcze inne rzeczy. W mediach obietnice leją się niczym wodospad Niagara, a tymczasem trochę deszczu i kraj spływa powodzią. Rzeczki stają się rwącymi rzekami. Wcześniej była susza i lekarstwem na nią miały być oczka wodne. Teraz oczka przemieniły się w jeziora i stały się one (oczka) zagrożeniem.

Jak zsumować wszystkie obiecane dopłaty, zasiłki, bony, zapomogi i już sam nie wiem co, to nie będziemy musieli pracować. Zaleje nas fala pieniędzy większa od wezbranych po powodzi rzek. Ale na tym nie koniec. Im bliżej finału, tym więcej obietnic. No i do tego te miliardy z UE też trzeba dołożyć. Co to będzie w naszym kraju. Od nadmiaru bogactwa pomiesza się niektórym w głowach. Taki np. minister Szumowski nie będzie musiał zabiegać o rządowe granty dla swojego brata. Powstanie kilkanaście srebrnych wież i to nie tylko w Warszawie.

I tak na koniec. Skoro kandydaci mogą nam dać wszystko, czego tylko zapragniemy, to po co parlament, rząd, samorządy i wszelkie urzędy. Pogonić towarzystwo. Prezydenci wszystko załatwią sami. Gotów jestem zaakceptować 10 prezydentów na raz, którzy dadzą nam wszystko. Dla zwolnionego rządu, posłów i urzędników też dóbr wszelkich nie powinno zabraknąć

Niestety rzeczywistość jest inna. Kandydaci deszczu nie umieją zatrzymać. Pan prezydent udał się na powodziowy sztab kryzysowy. Niestety, jego moc nie zadziałała. Deszcz nadal poda. Przekazał za to mediom o czym na sztabie mówiono. I takie są faktyczne możliwości pana prezydenta. Bycie spikerem i przekaźnikiem woli prezesa to jego funkcja.

Czy inni kandydaci mogą więcej? Pewnie tak, ale deszczu i burz nie zatrzymają. Nawet sama Opatrzność nad tym nie panuje i nie wiem dlaczego karze ulewami tereny, gdzie PiS jest partią szczególnie ukochaną. Co to się porobiło.

Zastanawiam się czy moje przemyślenia są bardziej wydumane od obietnic kandydatów. No chyba nie.

Szykany za plakaty z Szumowskim

41 godzin w areszcie na podstawie absurdalnych zarzutów, brutalne aresztowanie na oczach rodziny, rozbieranie do naga, upokarzanie przez funkcjonariuszy, demolowanie mieszkania, a wszystko to za ujawnianie przekrętów władzy. Czy sceny z nazistowskich Niemiec albo frankistowskiej Hiszpanii? Nie, to pisowska Polska roku 2020.

Wszystko zaczęło się od plakatów z ministrem Szumowskim, które w nocy z 29 na 30 maja pojawiły się w gablotach na kilku warszawskich przystankach. Przedstawiały one ministra zdrowia w stroju kawalera maltańskiego i zawierały listę zarzucanych mu przekrętów i matactw: zakłamywanie statystyk dotyczących koronawirusa w Polsce, zakup wadliwych maseczek za 5 mln czy wystawioną w interesie partyjnym rekomendację dotyczącą wyborów. W obliczu zdecydowanej reakcji obozu władzy na tę akcję, będąca właścicielem wiat spółka AMS zaprzeczyła, że ma cokolwiek wspólnego z plakatami i zgłosiła włamanie. Pisowska władza, szczególnie uczulona na wszystkie ataki na tak usilnie kreowanego na bohatera min. Szumowskiego, nakazała policji rozpocząć polowanie na czarownice.

W nocy z 8 na 9 czerwca policja zatrzymała dwójkę aktywistów. Bartosza S. policjanci brutalnie skuli na oczach jego żony, która została w domu sama z chorym niemowlęciem, które dopiero niedawno opuściło szpital. Annie W. funkcjonariusze najpierw ostentacyjnie zdemolowali mieszkanie (bez zachowania żadnych procedur przeszukania), skonfiskowali wszystkie urządzenia elektroniczne (przeszukując nawet telefon jej córki), po czym mimo braku jakiegokolwiek oporu przy córce oraz rodzicach zakuli ją w kajdanki i siłą wyprowadzili z domu. Wszystko to rzekomo (jak wynika z protokołu zatrzymania) ,,z obawy zatarcia śladów”. Między rozwieszeniem plakatów a zatrzymaniem minęło jednak aż 10 dni a wszystko działo się w miejscu ogólnodostępnym, nie ulega więc wątpliwości, że był to jedynie pretekst do brutalnej szykany. Na komendzie aktywistkę spotkały kolejne upokorzenia m.in.: konieczność rozebrania do naga, robienia przysiadów i prześmiewcze komentarze ze strony funkcjonariuszy. Potem wywieziono ją na inny komisariat i zamknięto w celi, gdzie w uwłaczających warunkach spędziła samotnie prawie 2 dni. Wszystko to tylko po to, by policjanci na koniec w niecałą godzinę załatwili kilka formalności. Bartosza S. trzymano na ,,dołku” ponad 20 godzin również tylko po to, by przeczytać mu zarzuty, zebrać odciski palców i zrobić dokumentację zdjęciową.

Przeciwko szykanom wobec aktywistów zaprotestowało wiele organizacji m. in.: Akcja Demokracja, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Ogólnopolski Strajk Kobiet czy Amnesty International. Cała sprawa jest kolejnym przykładem tego, jak sumiennie rząd PiS naśladuje swoich idoli z Węgier. Tam Viktor Orban już od początku pandemii prześladuje krytyków władzy po zarzutami rzekomego ,,szerzenia dezinformacji”. Brutalne aresztowania w nocy na oczach rodzin, upokarzanie zatrzymanych, bezpodstawne przetrzymywanie w więzieniu – tymi metodami rządy PiS-u i Fideszu starają się zastraszyć opozycjonistów i zmusić ich do milczenia. A wszystko to pozornie ,,w granicach prawa”, oczywiście bardzo swobodnie interpretowanego przez rządzących. To jednak dopiero początki, charakterystyczne dla każdego reżimu, mające na celu znieczulić społeczeństwo na represje wobec opozycji oraz wybadać granice obojętności na tego typu akcje. Jeśli więc takie działania nie spotkają się ze zdecydowanym społecznym oporem, pisowskie gestapo będzie bardzo szybko przekraczać kolejne granice w prześladowaniu przeciwników władzy.

Votum zadufania

Obserwując praktykę parlamentarną różnych krajów szewc Fabisiak zauważa, że rządy występują czasem do parlamentów o udzielenie im votum zaufania. Na ogól dzieje się tak w przypadku, gdy partia bądź koalicja rządząca dysponuje kruchą większością i potrzebuje ze strony deputowanych potwierdzenia mandatu do sprawowania władzy.

Inaczej jednak wygląda sytuacja w Polsce, gdzie wszystko musi być na opak i nie mieścić się w normalnych standardach – wnioskuje szewc Fabisiak na podstawie ostatniej debaty nad votum zaufania dla rządu Mateusza Morawieckiego. W polskim Sejmie tzw. Zjednoczona Prawica ma wciąż większość parlamentarną i nie zanosi się na to aby mogła ją utracić. Świadczy o tym kolejne głosowanie, gdzie odrzucane są wnioski czy też poprawki zgłaszane przez opozycję. Szewc Fabisiak nazywa to większością totalitarną.

Również i tym razem można było w ciemno obstawiać, że rząd takie votum uzyska. W takim razie po kiego grzyba z taką inicjatywą wystąpił? – pyta retorycznie szewc Fabisiak. Odpowiedź jest tak oczywista, że nie wymaga komentarza ani rozwinięcia. Chodziło o wsparcie kandydatury Andrzeja Dudy, któremu słupki poparcia nie gwarantują zwycięstwa w wyborach prezydenckich. Wiadomo bowiem, że to właśnie aktualnie urzędujący prezydent poprosił o to aktualnie urzędującego premiera. Jak donoszą źródła medialne przed posiedzeniem sejmowym Duda odbył półgodzinne spotkanie z Morawieckim sugerując aby uzyskał votum zaufania w symbolicznym historycznie dniu 4 czerwca jak by to miało jakiekolwiek znaczenie dla kogokolwiek oprócz polityków lubujących się w celebracji wydarzeniowych rocznic. Uzyskanie takiego votum miałoby też – o czym wspomniał m.in. w niedzielnej „Kawie na ławę” pisowiec Dominik Tarczyński – stanowić sygnał monolitycznej jedności Zjednoczonej Prawicy pod światłym przewodem prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Będąc świadomym wyniku głosowania premier Morawiecki nie musiał zabiegać o poparcie ze strony innych oprócz jego własnego ugrupowania posłów, co na ogół czynią ci premierzy, którzy dysponują kruchą większością parlamentarną. Dlatego też większość swojej przemowy premier poświęcił atakowaniu opozycji, co zostało zrozumiane jako swoisty wkład w kampanię wyborczą. Tak też to ocenili politycy opozycyjni. Przewodniczący sejmowego klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski przyrównał całe to wydarzenie do konwencji PiS, kandydujący w imieniu Konfederacji Krzysztof Bosak do cyrku choć takiego klauna nie wziąłby do siebie żaden szanujący się cyrk, zaś inny kandydat Władysław Kosiniak-Kamysz mówił o ustawce pod Andrzeja Dudę.

Natomiast, co nie było zbyt trudne do przewidzenia, prezydent Andrzej Duda poinformował, że premierowskiej tyrady wysłuchał z satysfakcją. Wyraził też opinię, iż opozycja de facto przeszkadza się rządowi w walce z epidemią oraz w walce ze skutkami kryzysu gospodarczego, nie precyzując na czym ta wraża działalność miałaby polegać. Być może politycy opozycji blokują ludziom dostęp do szpitali, wyrywają z rąk lekarzy przyrządy do przeprowadzania testów czy też wymuszają na fryzjerach ponowne zamykanie nowo otwartych zakładów – zastanawia się szewc Fabisiak.

W odróżnieniu od prezydenta premier w sposób bardziej klarowny wyjaśnił na czym polega wkładanie kija w szprychy rządowego roweru. Otóż opozycja przeszkadza w rządzeniu ponieważ zgłasza wnioski o odwołanie z funkcji panów Sasina i Szumowskiego. Premier chyba udaje, że nie rozumie na czym polega rola parlamentarnej opozycji i to swoje udawanie pragnie wcisnąć wyborcom – zauważa szewc Fabisiak. Opozycja bowiem, jak sama nazwa wskazuje, to oponenci a nie sojusznicy rządu czy prorządowi klakierzy. Ma zatem nie tylko prawo, ale też swoisty wobec swoich wyborców obowiązek domagania się wycofania z rządu tych jego członków co do których ma uzasadnione świadczące przeciwko nim argumenty. W końcu nie kto inny jak wicepremier Sasin zlecił wydatkowanie milionów złotych na druk bezużytecznych kart wyborczych, choć odpowiadać za to powinien osobiście premier, który wydał mu stosowne polecenie. To nie kto inny jak minister Szumowski zamieszany jest w szemrane interesy związane z produkcją nic nie wartych w marcu na masek, których w maju nagle stał się entuzjastą.

W swojej mowie sejmowej premier Mateusz Morawiecki nie tylko krytykował opozycję. Nie byłby sobą, gdyby pozbawił nas możliwości wysłuchania kolejnego sprawozdawczego panegiryku na cześć swojego rządu. Wspomniał m. in. o ogromnym sukcesie w walce z koronawirusem mimo tego, że liczba zachorowań jakoś nie chce się zmniejszyć, lecz wręcz odwrotnie. Nie wnikając w inne detale premierowskiego wystąpienia szewc Fabisiak dochodzi do wniosku, iż tego typu autoreklama świadczy o tym, że rząd jest na tyle w sobie zadufany, że stara się to potwierdzić zgłaszając wniosek o votum. Nie tyle zaufania, co zadufania.

Bez żadnego planu

Niezależnie od tego, czy wierzycie w model szwedzki, czy nowozelandzki lub dowolny inny… To chyba wszyscy możecie już przyznać, że coś takiego jak polski model wychodzenia z pandemii po prostu nie istnieje!

U nas nie ma żadnego planu, żadnej naukowej prognozy, żadnych aktualizowanych ekspertyz. My po prostu mamy ministra zdrowia, który twierdzi, że wzrosty to spłaszczanie i znosimy obostrzenia, kiedy ilość zachorowań rośnie. Nie ma żadnej strategii, to wielki popis antyoświeceniowej, irracjonalnej wolnej amerykanki… Tyle, że Donald Trump przynajmniej wprost lekceważy zagrożenie, a polski rząd udaje odpowiedzialność. Z pięknymi słowami na ustach zapewnia, że wszystko jest w porządku i jednocześnie otwiera przedszkola w czasie wzrostu liczby zachorowań… Nie jest w stanie przeprowadzić testów wśród nauczycieli, czy nawet pracowników ochrony zdrowia.

To nie jest już nawet kwestia tej lub innej drogi. To kwestia tego, że PiS nie potrafi zarządzić żadnego spójnego planu i trzymać się go dłużej niż tydzień, a zamiast podejścia naukowego króluje podejście „ja i moi kumple jakoś sobie z tym poradzimy”. No chyba nie. Równocześnie triumfują neoliberalizm i libertarianizm – w tym, jak PiS stosuje obecnie korwinowską zasadę minimalizacji państwa w odniesieniu do problemu koronawirusa.
Nie państwo, nie wspólna narodowa strategia i szeroki plan oparty na naukowych prognozach i ekspertyzach. Nie wspólnota i solidarny wysiłek by pokonać pandemię… Zamiast tego ogłoszono, że o środkach nadzwyczajnych będą decydować samorządy.

Bardzo to ładne, pozornie megademokratyczne i oddolne… Ale co to oznacza w praktyce? Ano w praktyce oznacza to tyle, że biedniejsze samorządy będą musiały się otworzyć wcześniej. Biedniejsze samorządy nie będą testowały swoich nauczycieli. Biedniejsze uczelnie będą musiały szybko się otworzyć, biedniejsi po prostu zachorują itd. Totalny kapitalistyczny („samorządowy”) darwinizm z nieobecnym państwem, które umywa rączki i rządem który udaje, że za nic nie odpowiada. Waszego miasta nie stać na testy? Cóż, minister powie, że najwyraźniej nie było potrzeby ich przeprowadzić.

Samozaoranie

Mówił, prosił, łagodził, a na koniec, jak trzeba było się postawić i wyjść z garnituru, żeby na powrót przywdziać kitel, został w ancugu, w którym powiozą go do trumny.

Minister Szumowski, ostatnia nadzieja białych z PiS-u, właśnie roztrwonił wszystko co mógł ze swojego wirusowego pijaru. Kiedy patrzę na tę postać, zaczynają mną targać uczucia cokolwiek ambiwalentne. No bo z jednej strony, wcale mi nie żal, że kolejny polityk prawicy poddaje się samozagładzie. Im mniej prawicowych poglądów na świecie, tym lepiej dla ludzkości. Z drugiej jednak strony, to cały czas człowiek. Momentami nawet nie głupi.

Na początku walki z koronawirusem zdawał się być wyważony i koncyliacyjny, później było już tylko gorzej. Co wystąpienie ministra, to i groza coraz większa. Zakazujemy tego, zamykamy tamto, likwidujemy śamto-w trosce o dobro obywatela. Najpierw lockdown na miesiąc, na pół roku, na rok, a na koniec minimum dwa lata. Tako rzecze pan minister. W chwili, kiedy świat cywilizowany zastanawia się nad jak najszybszym z zarazy wyjściem, minister polski wydłuża nam żywot w zamknięciu, jak sąd, który cofa przedterminowe zwolnienie osadzonemu.

Czemu, pomyślałby ten czy ów. Czy dlatego, że najgorsze dopiero nadejdzie, albo tak się o nas rząd z ministrem troszczą, bo przecież chcą dla nas jak najlepiej. Nic bardziej mylnego. Gdy przychodzi co do czego i minister musi wydać rekomendację odnośnie wyborów, dziwnym trafem jego opinia spina się z czasem obowiązywania obostrzeń, które sam chwilę wcześniej prorokował. Dwa lata. To niby ten czas, kiedy ludzkość wynajdzie szczepionkę i dopiero wówczas, bez przeszkód, będzie można zagłosować osobiście. Jeśli jednak naród chce głosować wcześniej, on, minister, zaleca listonosza i pocztę. Wcześniej minister po prostu się mylił. Miał niepełne dane. Sytuacja była dynamiczna. Dziś wie z pewnością, że dwa lata i ani roku mniej.

Dwa lata. A czemu nie dwadzieścia lat? Kto ministrowi powiedział, że praca nad szczepionką potrwa dwa lata. Przecież szczepionka na zwykłą grypę jest dostępna od dawna, ale i tak ludzie na nią umierają, bo się społeczeństwo nie szczepi. Co to za idiotyczne argumenty, na miły Bóg. Doprawdy, cały ten niewydarzony rząd, ma rodaków za idiotów, dokładnie tak, jak to w przypływie rozbrajającej szczerości opowiadał Morawiecki na taśmach od „Sowy”, gdy był prezesem banku. Dowodzi to też tego, że towarzystwo nie ma żadnego konkretnego planu wyjścia z epidemii, a wszystko co plecie premier z Szumowskim, to gadanina oparta o pisaninę palcem po pisaku.

Dobrze spuentował to niedawno Szczepan Twardoch: premier na czwartkowej konferencji odwołał bzdurne zakazy które wcześniej na nas nałożył, bo coś musiał odwołać. Nie powiedział niczego, co by mogło jakoś człowieka uspokoić lub pozwolić mu zaplanować choćby swój domowy budżet. Innymi słowy: nie wiedzą chłopcy i dziewczęta z rządu nic, jak John Snow. I prędko się nie dowiedzą. Ostatni bowiem z ich bandy, w którym ludzie widzieli jeszcze krztę profesjonalnego podejścia, właśnie sam się zaorał.

To o czym piszę, świadczy przede wszystkim o jednej rzeczy, i to wcale nie o tym, że Szumowski okazał się człowiekiem bez kręgosłupa, za to w masce.
Sytuacja polityczna z którą mamy dziś w Polsce do czynienia pokazuje jak na dłoni, że PiS jako partia, a Kaczyński jako jej lider, mają naprawdę gdzieś i Polskę i Polaków. Liczy się partyjny interes i reelekcja miałkiego jak kluski prezydenta. Za wszelką cenę. Za cenę ludzkich dramatów. Za cenę dobrostanu ojczyzny. A nawet za cenę ludzkiego życia.

Nic nie jest dla nich ważniejsze niż partia i rządzenie dla rządzenia. Choćby wybitym do nogi narodem. Byleby trwać. Lejcy nie popuścić i nie oddać za nic w świecie. Bo kiedyś przyjdzie wreszcie odbicie i nastaną znowu złote lata. Lub przynajmniej srebrne. Albo chociaż „Srebrna”. Honor et partia!

List otwarty do Ministra Zdrowia Łukasza Szumowskiego

Szanowny Panie Ministrze, Profesorze, Doktorze!

Przez ostatnie dwa miesiące znaczna część naszego społeczeństwa obdarzyła Pana olbrzymim zaufaniem. Polacy poszukują wiedzy u ekspertów bo chcą postępować racjonalnie w interesie całego społeczeństwa. Z wiarą przyjęliśmy Pańskie oświadczenie, że nie jest celowe noszenie maseczek ochronnych. Tymczasem od czwartku, 16 kwietnia będą one obowiązkowe poza domem. Wolność osobista stanowi dla większości obywateli naszego kraju jedną z najważniejszych wartości. Pomimo ewidentnej niekonstytucyjności wielu wprowadzonych ograniczeń i występujących na co dzień bezsensownych ich interpretacji przez służby mundurowe, obywatele przyjmowali je ze zrozumieniem. W większości dostosowali się do przepisów kwarantanny ograniczających wolność. Wiara w wypowiadane przez Pana sądy i prezentowane argumenty miała tu wielkie znaczenie.

W dniu 10 kwietnia Pańska wiarygodność stanęła pod wielkim znakiem zapytania.

Zobaczyliśmy w mediach zdjęcia z obchodów rocznicy katastrofy smoleńskiej i przekonaliśmy się, że członkowie partii Prawo i Sprawiedliwość nie stosują się do wydanych przez siebie ograniczeń wynikających ze stanu epidemii. Złamane zostały zakazy dotyczące gromadzenia się, środków ochrony osobistej itp. Prezes partii Prawo i Sprawiedliwość wjechał samochodem na cmentarz, aby zapalić świeczki na grobie bliskiej osoby choć cmentarze są zamknięte od dawna. Policja nie interweniowała. Sanepid nie wypowiedział się.

Powstaje zasadne pytanie, czy wprowadzone ograniczenia służą rzeczywiście walce z epidemią, czy też są kolejnym przejawem stopniowego ograniczania praw obywatelskich. Sytuacja ta ewidentnie współgra z dążeniem do przeprowadzenia na siłę , bez oglądania się na konsekwencje dla życia obywateli, wyborów prezydenckich w dniu 10 maja.

W dalszym ciągu przeprowadza się zbyt małą ilość testów na koronawirusa przez co dane o zasięgu epidemii mogą nie odpowiadać rzeczywistości.
Zdumiewa nas Pańska opinia o możliwości bezpiecznego przeprowadzenia wyborów prezydenckich w trybie korespondencyjnym. Jest to sprzeczne z danymi porównawczymi ilości zakażeń i zgonów pomiędzy landami Niemiec opublikowanymi przez Instytut Roberta Kocha. Nastąpił wyraźnie szybszy wzrost ilości zakażeń i zgonów w Bawarii po dacie przeprowadzenia wyborów samorządowych w trybie korespondencyjnym.
Wielokrotnie zapewniał Pan o tym, że nie zawaha się Pan przeciwstawić tym politykom, których cele polityczne są sprzeczne z zdrowiem obywateli. Oczekujemy, by spełnił Pan swoje przyrzeczenie albo podał się do dymisji.

Z wyrazami szacunku
Członkowie Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej