Polityczny wymiar początków transformacji

Podstawą naszej reformy gospodarczej był sojusz zamykających w więzieniach za działalność opozycyjną, z zamykanymi w więzieniach za działalność opozycyjną.

        Na początku polskiej transformacji gospodarczej do tego, by zagwarantować powodzenie  wolnorynkowej strategii gospodarczej nie wystarczała sama doktryna liberalizmu – czyli reguła niewidzialnej ręki rynku. Potrzebny był też sojusznik wewnętrzny. Okrągły stół był tym forum, gdzie ów sojusznik został wyłoniony pod parasolem Solidarności.

Jak wiadomo, przy okrągłym stole doszło do sojuszu „postępowej opozycji” (rzekomo lewicowej grupy dysydentów) z ludźmi z dawnych struktur władzy. Można powiedzieć: nastąpił sojusz zamykających w więzieniach za działalność opozycyjną, z zamykanymi w więzieniach za działalność opozycyjna.
Z sojuszu tego wykluczeni byli, też zamykani w więzieniach, będący w opozycji założyciele Solidarności tacy jak Walentynowicz, Gwiazda czy Wyszkowski. Nie należeli oni do grona „opozycji postępowej”. Wśród wykluczonych znaleźli się również przedstawiciele tych, którzy swoją postawą doprowadzili do obalenia socjalizmu bez ludzkiej twarzy.
Stawką sojuszu było przejęcie władzy. Opozycja rzekomo „nie postępowa” została zdominowana przez „postępową” przy pomocy służb specjalnych. Służby zapewniły przekazane władzy owej „postępowej” opozycji. Służby zaś były w ręku dawnych struktur, funkcjonariuszy dawnej władzy (Jaruzelski, Kiszczak). Tak więc „postępowa opozycja” w walce o władzę wpadła w sidła poprzedniej władzy. To była cena jaką ona zapłaciła za współudział we władzy.
W wyniku negocjacji okrągłego stołu i poufnych rozmów w Magdalence, przekazujący władzę zapewnili sobie urząd prezydenta i tzw. resorty siłowe z dotychczasową obsadą kadrową. Bo tylko one mogły im zapewnić realizację ustalonych warunków. Nastąpiła zatem zmiana ustroju z tymi samymi ludźmi w najważniejszych strukturach państwa.
Zamiana premiera i ograniczone (przecież nie wolne) wybory do Sejmu miały symbolizować zmianę ustroju. Ceną było zapewnienie realizacji reform według strategii „postępowej opozycji” oraz gwarancje bezpieczeństwa (bez rozliczania i lustracji) dla ludzi ze struktur poprzedniej władzy. Strategia polegała na pozbawieniu możliwości wpływu na realizację transformacji innych sił poza „postępową opozycją”. Ilustracją tego może być spotkanie ekonomistów u prezydenta Jaruzelskiego. Pokazali oni prezydentowi bezzasadność kierunków reform. Prezydent nie mógł (nie chciał) podjąć kroków zapobiegawczych.
To pokazuje, dlaczego odstąpiono od wcześniej opracowanych propozycji reform. Dlaczego nie podjęto u progu transformacji żadnej refleksji nad krytyką przyjętej drogi, zarówno zewnętrzną jak i wewnętrzną. Dlaczego też obie układające się strony przy okrągłym stole oparły transformację na liberalnej doktrynie oraz na realizacji programu reform pochodzących z zewnątrz, finansowanych przez obce fundacje (fundację Sorosa, propozycje Sachsa i Miltona). Zapewne uznano, że najlepiej zapewni to interesy obu stron.
Ciekawe, że Jeffrey Sachs transmitowany na telebimie w czasie Kongresu Ekonomistów Polskich (listopad 2019 r.) odżegnywał się od liberalizmu, mówiąc: „w wielu wywiadach, których wówczas udzielałem przedstawiałem się nie jako liberał, ale jako socjaldemokrata, którym nadal jestem”. Czyżby więc to Leszkowi Balcerowiczowi i jego apologetom należy przypisać zastosowanie doktryny liberalnej w polskiej transformacji?.
Pozostawienie resortów siłowych w rękach ludzi dawnej władzy, którzy stracili ideały jakim służyli poprzednio, dało im możliwość spenetrowania wszystkich sfer życia społeczno-gosdarczego. Osaczyli oni wszelkie dziedziny życia od gospodarki po media, a na prezydentach (Lech Wałęsa, Bronisław Komorowski) kończąc.
Dodajmy, że trzecim „tenorem” – założycielem Platformy Obywatelskiej był Gromosław Czempiński (wysokiej rangi oficer służb specjalnych) obok Tuska i Płażyńskiego. Nie jest przypadkiem, że największe afery na początku transformacji były z udziałem służb specjalnych. Choćby afera FOZZ, czy Art B. O aferze FOZZ L. Balcerowicz miał wiedzieć. Brał udział z premierem Bieleckim w spotkaniu z kierownictwem NIK (szefem był W. Pańko) na ten temat. Otrzymał również stosowną notatkę napisaną przez inspektora NIK Michała Falzmanna, odkrywcę afery FOZZ. Jak wiadomo, zarówno W. Pańko jak i M. Falzmann zginęli w niewyjaśnionych do końca okolicznościach
Jak ludzie usadowieni w tych strukturach byli wpływowi i skuteczni, świadczy casus rządu J. Olszewskiego na początku transformacji. W 1992 r. potrafili wywołać przewrót pałacowy. Słusznie zauważa G.W. Kołodko, że „Solidarność niby kochała naród, ale ta jej część, która przejęła władze, tak mu przyłożyła, że wpędziła kraj w nadmierną transformacyjną recesję i nową fazę kryzysu. Historia uzna, że nikt tak nie oszukał robotników jak ta niby-robotnicza Solidarność”.
Beneficjentami transformacji nie byli ci, którzy wywalczyli możliwość jej przeprowadzenia i ponieśli duże straty nie tylko ekonomiczne (dawniej nazywano ich klasą robotniczą) – lecz poprzednie elity: tzw, nomenklatura, która przefarbowała się z czerwonej na różową. To dla nich były tworzone, pod płaszczykiem gospodarki rynkowej, warunki do uwłaszczenia. Przy okazji wyszło na jaw jak dalece ta nomenklatura była bezideowa. Opuściła ludzi, którym rzekomo służyła i dla których sprawowała władzę. Aby stworzyć dla niej warunki i mechanizmy w gospodarce, trzeba było wprowadzić odpowiednie rozwiązania. Nie bez powodu prezydent A. Kwaśniewski zawetował ustawę reprywatyzacyjną. Wyłączałaby ona spod wpływu służb to, kto ma zostać właścicielem czy współwłaścicielem reprywatyzowanego majątku. To tłumaczy również niepowodzenie inicjatywy prof. Kołodki dotyczącej kontroli uczciwego bogacenia się.
Jakże trafnie prof. Kowalik stwierdził; „Najbardziej masowy ruch pracowniczy dokonał przewrotu, z którego wyłonił się jeden najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie zna historia powojennej Europy”. Prof. Chodakiewicz stwierdza zaś, że rozwiązania, jakie proponował L. Balcerowicz; „były z ducha neoliberalne, prowadziły do uczynienia z Polski neokolonii. Razem z J. Sachsem działali tak, aby ocalić komunistów jako kapitalistów, a jednocześnie skruszyć gospodarkę komunistyczną, etatystyczną”.
Ze skutkami transformacji gospodarczej Leszka Balcerowicza zetknąłem się w praktyce gospodarczej. Doświadczenia z okresu transformacji były wielką lekcją polityczną a zarazem merytoryczną, połączeniem teorii z praktyką.
Zawsze bylem i jestem przeciwny polityce ekonomicznej jaką uprawiał L. Balcerowicz. Dawałem temu wyraz w publikacjach i w działaniach na rzecz refom gospodarczych. Publikowałem w niszowych wydawnictwach. Wydawnictwa wpływowe i „wolne” nie chciały „zaśmiecać” swoich łamów takimi tekstami.
Przekonałem się, jak działa cenzura redaktorska. Niczym nie różniła się od tej, z którą musiałem się często zmagać w poprzednim okresie. No, może tym, że ta z poprzedniego okresu była jednak z czasem łagodzona pod wpływem wydarzeń politycznych.

Leszek Balcerowicz nie wziął się znikąd

Przyszły wicepremier i minister finansów już na początku lat osiemdziesiątych uważał, że reforma gospodarcza powinna zostać wprowadzona od razu w sposób pełny i szybki, a nie stopniowo.

Koniec roku 1980, sytuacja polityczna i gospodarcza oraz presja społeczna wymuszały zmiany. Mimo wprowadzanych obostrzeń, Wojciech Jaruzelski chce pokazać, że kontynuuje reformy gospodarcze. Zaraz po objęciu władzy powołuje Komisję ds. Reformy Gospodarczej. Dla wzmocnienia skuteczności, pod auspicjami najwyższego szczebla ówczesnej władzy (Biura Politycznego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej). Jestem członkiem jej kierownictwa (sekretariatu Komisji). Skład komisji jest publiczny, ogłoszony 16. XI. 1980 r.

Prof. Władysław Baka jako szef Sekretariatu Komisji jest zarazem Pełnomocnikiem Rządu ds. Reformy Gospodarczej. Skład tej Komisji jest liczny. Oprócz członków Komisji i jej sekretariatu powołano dodatkowych członków 10 Zespołów Komisji do poszczególnych obszarów gospodarki (organizacji, systemów ekonomiczno-finansowych, planowania, funkcjonowania rynku itd.) Członkowie byli rekrutowani spośród naukowców, ekspertów, praktyków i działaczy partyjnych.
Przemiany polityczne, strajki i stan wojenny, a potem powołanie Komisji ds. Reformy Gospodarczej aktywizują działania na rzecz reformy. Była powszechna świadomość, że „socjalizm jest niereformowalny” – i niezbędna jest reforma ustrojowa, a w ślad za tym gospodarcza. Panowało przekonanie, że reforma gospodarcza jest potrzebna, ale reforma typu społecznej gospodarki rynkowej, bo taka była wypracowana latach 70-tych. i taką opracowuje nowa Komisja ds. Reformy. Świadomość ta była tak powszechna, że później społeczną gospodarkę rynkową wpisano do Konstytucji zmienionej w1997 r. Jednakże rzeczywistość potoczyła się inaczej.
Ze względu na rolę jako odegrał w późniejszej transformacji, należy nieco więcej poświęcić miejsca uczestnictwie Leszka Balcerowicza w procesie prac nad reformami gospodarczymi w Polsce.
Pod koniec lat 70-tych i na początku 80-tych pojawia się Leszek Balcerowicz nie tylko jako inicjator zespołu wydającego raport nt. reformy, ale również działa aktywnie zwłaszcza w ramach Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Dane mi było również w tym czasie z nim współdziałać. Wspólnie uczestniczymy w konferencjach czy dyskusjach w ramach PTE i Towarzystwa Naukowego Organizacji i Kierownictwa. Aktywizują się także środowiska naukowe (uczelnie, instytuty), ukazuje się szereg publikacji książkowych. W wydarzeniach tych aktywnie uczestniczę przygotowując referaty, biorąc udział w prelekcjach i dyskusjach, jako współautor książek.
W marcu 1981 r. w wydaniu specjalnym PTE wydaje drukiem zeszyt Problemów Ekonomicznych pt. ”Reforma Gospodarcza, wielka patriotyczna gra polaków” zamieszczając kilkanaście tekstów polskich ekonomistów i socjologów. Wśród nich jest tekst L. Balcerowicza zatytułowany „Od diagnozy systemu do projektu jego reformy”. Balcerowicz był w zespole redakcyjnym tego wydawnictwa.
Aktywność Leszka Balcerowicza widoczna jest również w książkach i w prasie. W tygodniku Polityce nr 46/1980 publikuje on artykuł pt. „Jak wyjść z kryzysu. Decydujące ogniwa”. Ukazuje się książka z cyklu „Ekonomiści o reformie gospodarczej. Cele i zakres reformy gospodarczej”, gdzie Balcerowicz także zamieszcza rozdział pt. „Od diagnozy systemu do projektu jego reformy” (PWE Warszawa 1981 r.).
W 1981 r. Instytut Podstawowych Problemów Marksizmu Leninizmu KC PZPR wydaje pracę zbiorową pod red. Józefa Sołdaczuka pt. „Problemy polityki gospodarczej i współpracy ekonomicznej Polski w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych”. W wydawnictwie tym, w trzech rozdziałach L. Balcerowicz zamieszcza podrozdziały, m.in. podrozdział pt. ”Kierunki przebudowy systemu gospodarczego”. W publikacjach tych – i innych z tego okresu – nie znajdujemy nic rewolucyjnego co nie mieściłoby się w kanonach społecznej gospodarki rynkowej, poza metodą realizacji. Realizacja ma być natychmiastowa i pełna, a nie być stopniowa.
Uczestniczyliśmy razem z L Balcerowiczem również jako paneliści w słynnych „czwartkach ekonomistów”, organizowanych przez PTE na początku lat 80 – tych i poświęconych różnym aspektom reformy gospodarczej Owe „czwartki” były nagłaśniane jako ważna dyskusja nad zmianami w gospodarce. Materiały z każdego seminarium czwartkowego były osobno publikowane. Działo się to w gorącym okresie lat 1980 – 1981. Środowisko ekonomistów jeszcze bardziej się ożywia. Powstaje wówczas dużo książek, artykułów i materiałów z konferencji i dyskusji prowadzonych na uczelniach i PTE, TNOiK. Dane mi było również w tym okresie dużo publikować (w latach 1980-1984 publikuję 50 pozycji), uczestniczę w konferecjach, dyskusjach.
W 1981 r. PTE ogłasza obszerny materiał pt. „Kierunki przebudowy systemu funkcjonowania gospodarki polskiej w latach osiemdziesiątych” jako referat na na IV Zjazd Ekonomistów. Współautorami tego referatu są Leszek Balcerowicz – i moja skromna osoba.
Balcerowicz był zapraszany do prac nad programem reform. W ramach PTE w 1982 r opracowano kolejne obszerne propozycje reformy gospodarczej. Życie Gospodarcze publikuje te propozycje w formie wkładki do gazety pt. „PTE o reformie – propozycje zasadniczych rozwiązań reformy gospodarczej w Polsce”. Dane mi było również uczestniczyć w tych pracach, m.in. obok Leszka Balcerowicza.
W trakcie stanu wojennego następuje jednak ogólna frustracja i niewiara w jakiejkolwiek reformowanie. Rzucono hasło „socjalizm jest niereformowalny” – i następuje tzw. „emigracja wewnętrzna”, która przejawiała się brakiem aktywności. Dopiero po odwołaniu stanu wojennego w 1983 r. następuje niewielkie ożywienie i pojawia się mała nadzieja na reformowalność socjalizmu. W tym okresie opada aktywność działań na rzecz reformy gospodarczej we wszystkich, dotychczas aktywnych środowiskach. .
Z powyższego, niepełnego przeglądu działań reformatorskich gospodarki socjalistycznej widać, że w latach 80. dorobek merytoryczny był już ogromny. Został on jednak pominięty, ponieważ Leszek Balcerowicz odstąpił od tego dorobku na rzecz reform opartych na doktrynie liberalnej gospodarki rynkowej (niewidzialnej ręki rynku).
Działania reformatorskie w Polsce za każdym razem były wynikiem przesileń politycznych. Żaden z krajów socjalistycznych nie miał takiego dorobku (ze względu na mniejszą intensywność przesileń politycznych). Pomijamy Jugosławię, która od samego początku, ze względu na federacyjny model państwa, rozwijała samorządowy model socjalizmu oraz zarządzania i kierowania gospodarką. Jedynie Węgrzy po 1956 r wyprzedzali Polskę w reformowaniu gospodarki. Ale później polskie reformy były szersze i dalej idące.
W latach osiemdziesiątych ostatecznie ukształtowało się przeświadczenie, że gospodarka socjalistyczna oparta na planie centralnym jest niewydolna – i wymaga radykalnych zmian w kierunku rynku.

Balcerowicz zabiera głos

Czasy realnego socjalizmu nie były u nas okresem uwiądu intelektualnego. O reformie gospodarczej wiele mówiono i pisano – choć niestety, zabrakło efektów.

W latach siedemdziesiątych w Polsce zintensyfikowane zostały prace nad reformą gospodarczą. Prowadziły je również organizacje społeczno-zawodowe, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne i Towarzystwo Naukowe Organizacji i Kierownictwa, instytuty ekonomiczne i uczelnie.
Publikowane były liczne artykuły na te tematy w pismach ekonomicznych (Gospodarce Planowej, Życiu Gospodarczym, Przeglądzie Organizacji, Ekonomice i Organizacji Pracy, Inwestycjach i Budownictwie, itd.). Były wydawane liczne opracowania, organizowano konferencje i dyskusje, powstawały specjalistyczne kluby i zespoły (Kluby Ekspertów, Klub Jednostek Inicjujących itp.). Za pośrednictwem wspomnianych organizacji działano również w terenie (posiadały oddziały w każdym województwie).
W każdej z tych organizacji powoływane były komisje d.s. reformy (byłem członkiem tej komisji w PTE i przewodniczącym takiej komisji w TNOiK). Organizowano na szeroką skalę szkolenia dla kadr kierowniczych. Wydano szereg skryptów i opracowań szkoleniowych zarówno w PTE jak i TNOiK, opublikowano szereg książek. Uczelnie ekonomiczne również w swoich wydawnictwach publikowały swój dorobek w zakresie reform. Dla jego popularyzacji za granicą, Komitet Ekonomiczny PAN wspólnie z PTE wydawał miesięcznik w języku angielskim i rosyjskim „Ekonomika Polona”. Publikowałem tam artykuły omawiające zakres i tryb realizacji zmian w gospodarce polskiej. Węgierski miesięcznik Organizacja i Zarządzanie („Szervezes es Vezetes”) w 1978 r. zamieścił mój artykuł na temat integracji sfery produkcyjnej w polskich Wielkich Organizacjach Gospodarczych.
We wszystkich tych działaniach brałem aktywny udział. W okresie 1970-1979 opublikowałem 55 pozycji. Były to bezprecedensowe poczynania polskich ekonomistów. Powstał wielki dorobek merytoryczny dotyczący reformowania gospodarki socjalistycznej w kierunku gospodarki rynkowej.
Był to dorobek największy spośród krajów socjalistycznych. W żadnym kraju nie przeprowadzono wówczas działań na tak szeroką skalę. Było to wynikiem narastania sytuacji politycznej w Polsce, począwszy od marca 1968 i wydarzeń z grudnia 1970 r., w wyniku których Edward Gierek doszedł do władzy.
Pod koniec lat siedemdziesiątych powstała inicjatywa obywatelska pod nazwą „Konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość”. Konwersatorium wydało w 1979 r. Raport pt. „O stanie Rzeczpospolitej i drogach do naprawy”.
Leszek Balcerowicz (urodzony w styczniu 1947) wtedy nie był jeszcze szeroko znany. Sporadycznie uczestniczył w procesie tworzenia i dyskusji nad zmianami w gospodarce. Nie zasiadał wówczas w licznych, w owym czasie, gronach eksperckich. Jednak pod koniec lat 70-tych organizuje zespół młodych gniewnych, poza ogólnym nurtem działań, który też przygotowywał nieoficjalny program i propozycje reform – nie lepsze ani nie gorsze niż propozycje przygotowywane oficjalnie.
Wyniki tych prac zostały zawarte w raporcie jego zespołu zatytułowanym: „Reforma Gospodarcza – główne kierunki i sposoby realizacji”. Ukazał się on w serii wydawniczej PTE pt. „Alternatywy rozwoju” w listopadzie 1980 r. Propozycje zespołu Balcerowicza dotyczyły konkretnych rozwiązań jak i sposobu wprowadzania ich w życie. Już wtedy zespół postulował wprowadzenie reformy jednym skokiem (później nazwano to „szokiem”).
Raport zespołu Balcerowicza był przedmiotem dyskusji w Klubie Ekspertów PTE w dniu 18 grudnia 1980 r. Opublikowano go w broszurze PTE, ponadto niektóre wystąpienia Leszka Balcerowicza na różnych forach były powielane przez PTE – na przykład w roku 1980 PTE powiela tekst pt. „Tezy innowacyjności gospodarki polskiej”, a w 1981 r. tekst „Uwagi na temat opracowania kierunków reformy gospodarczej”. Jego rozwiązania merytoryczne mieściły się w ogólnym kanonie wówczas proponowanych zmian, oraz w ramach społecznej gospodarki rynkowej.
Reformy z tego okresu, tak jak i poprzednie poniosły całkowite fiasko. Nie dlatego że brak było właściwych rozwiązań. Opór materii ideologicznej okazał się zbyt duży. Pojawiało się hasło „wyprzedaż socjalizmu”, WOG-i wymykały się spod kontroli partyjnej oraz centrum gospodarczgo.
Pod wpływem ideologicznego nacisku nastąpił tzw. „manewr ekonomiczny”, zapoczątkowany już w roku 1974. Resorty odzyskały swoją dawną pozycję władczą wobec zjednoczeń. Już nie zespoły rządowe zatwierdzały rozwiązania dla podległych zjednoczeń, a właściwe ministerstwo branżowe. Powstała koncepcja „ministerstwo jako WOG”. Przodowało tu Ministerstwo Przemysłu Maszynowego pod egidą wicepremiera Tadeusza Wrzaszczyka. O reformie zapomniano, aż do kolejnego przesilenia politycznego.

Presja na prawdziwe zmiany

Utworzenie Wielkich Organizacji Gospodarczych stanowiło próbę przeprowadzenia reformy za czasów Edwarda Gierka.

W wyniku przesilenia politycznego na początku lat 70- tych i zmiany władzy z gomułkowskiej na gierkowską, nastąpiła w Polsce presja na zmiany gospodarcze.
Edward Gierek rozpoczął wielkie reformowanie gospodarki. Powołał pod koniec 1972 r. Partyjno-Rządową Komisję dla Unowocześnienia Systemu Funkcjonowania Gospodarki i Państwa. Komisja wypracowała reformę, znaną jako reforma WOG, czyli Wielkich Organizacji Gospodarczych.
Pod tą nazwą kryła się struktura organizacyjna jednostek gospodarczych zbudowanych na wzór zachodnich koncernów na miejsce zjednoczeń. Miałem zaszczyt być członkiem tej Komisji.
Każde ze zjednoczeń (WOG) miało własną markę: Ponar obrabiarki, Polfa farmaceutyki, Pollena (kosmetyki i drogeria), Polski Len, (przemysł lniarski), Unitra, Ema (silniki elektryczne i elektronarzędzia), Predom (AGD) itd. Przedsiębiorstwa zrzeszone w jednym WOG posługiwały się daną marką. Tylko niektóre przedsiębiorstwa miały własne na przykład Łucznik, Romet, Celma, Zamech, Dolmel, HCP Cegielski, Zamech.
W ramach Komisji powołano Zespół Rządowy ds. Wdrożeń Inicjujących pod przewodnictwem Józefa Pińkowskiego. Jego zadaniem było formalne akceptowanie dokumentów normujących proces wdrożeń. Dla obsługi administracyjnej tego procesu powołano przy Komisji Planowania, ale poza jej hierarchiczną strukturą władczą, Zespół Funkcjonowania Gospodarki Narodowej. Nadano mu specjalne uprawnienia. Jego zadaniem było przygotowywanie zasad funkcjonowania nowego systemu gospodarczego dla poszczególnych zjednoczeń (WOG).
W zespole tym byli zatrudnieni nie urzędnicy lecz sami eksperci. Miałem zaszczyt w tym zespole pracować.
Przygotowywane przez Zespół Funkcjonowania Gospodarki Narodowej nowe zasady gospodarcze dla poszczególnych zjednoczeń (WOG-ów) były zatwierdzane nie przez poszczególne ministerstwa nadzorujące dane zjednoczenie, lecz przez Zespół Rządowy ds. Jednostek Inicjujących. WOG-i miały funkcjonować na rynku bez kurateli ministerstw, wyjęte spod rygorów wskaźników planu centralnego.
Przyjęty tryb wdrażania nowych zasad miał wyeliminować branżowe ministerstwa gospodarcze z procesu decyzyjnego zatwierdzania nowych zasad. Istniało bowiem zagrożenie, że będą one przeciwne takim rozwiązaniom, które czynią je zbędnymi w strukturze centralnych organów zarządzana. Tak więc już wówczas przewidywano radykalne zmiany instytucjonalne w administracji gospodarczej (takie jak likwidacja przemysłowych ministerstw branżowych i wzmocnienie funkcjonalnych resortów, np. Ministerstwa Finansów, Pracy i Płacy.
Zespół nazwano zespołem ds. Jednostek Inicjujących, jako że była koncepcja, aby najpierw wprowadzić nowy system za sprawą właśnie tzw. Jednostek Inicjujących. Po zebraniu doświadczeń należałoby go wprowadzić powszechnie (było to nawiązanie do eksperymentalnego sposobu dotyczącego zakładów “Era” w latach 60- tych).
Zespół ten nie był w stanie podołać ogromowi pracy. Dlatego do pomocy powołano zespoły robocze ekspertów. Miałem okazję być przewodniczącym zespołu dla przemysłu maszynowego, którego zadaniem było przygotowanie konkretnych rozwiązań dla zjednoczeń przemysłu maszynowego – i przedkładanie ich do zatwierdzenia zespołowi rządowemu.
Mogę więc przypomnieć, że stosunkowo wcześnie bo już w 1973 r podjęto badania empiryczne nad stanem wdrożenia nowych zasad w pierwszych dziesięciu jednostkach inicjujących (zjednoczeniach) przemysłu maszynowego, które objęto nowym systemem. Wykonał je Zakład Systemu Funkcjonowania Gospodarki Narodowej Instytutu Planowania. Badania te stanowiły podstawę informacyjną dla dalszego kierowania ruchem jednostek inicjujących.
Zapowiedź tych zmian i powołanie Komisji oraz jej zespołów poza hierarchiczną strukturą wywołało przekonanie, że tym razem istnieje wola polityczna do reformowania gospodarki socjalistycznej. Wywołało to wielką aktywność na rzecz reform w środowisku ekonomicznym oraz w strukturach partyjnych.

Po drugiej stronie Styksu/Rubikonu

Możesz wybrać jedną z wersji tytułu, to jeden z niewielu dostępnych wyborów.

Dziś wszystko jest polityką, bo polityka to decydowanie o tym co wspólne. W czasie pandemii znikają jednostki. Przestają być istotne, zaczyna rządzić prawo wielki liczb. Jeśli nawet nie spełnią się najczarniejsze prognozy, to nic już nie będzie takie samo.

Ale może właśnie nie powinno być takie samo.

Rządy wydają się myśleć dziś w kategoriach tygodni, góra kwartału. Nie, że by wcześniej myśleli inaczej lecz mogło się zdarzać, że sprawiali takie wrażenie.

To czego jesteśmy świadkami i uczestnikami, można nazwać katastrofą społeczną, przełomem, impulsem ewolucyjnym. Na pewno staniemy w obliczu zmian i wyzwań, które nie każdego dotyczą w tym samym stopniu.
Rząd przedstawia projekt czegoś co nazywa tarczą antykryzysową, a co w najlepszym razie, jest kroplówką dla przedsiębiorstw i części pracujących. Kroplówka się szybko skończy, większość problemów pozostanie a część podmiotów umrze lub zniknie.

Znaczna część problemów ekonomicznych naszego państwa ma charakter strukturalny.

Jest ono fatalnie zarządzane, nadmiernie obciąża grupy o najmniejszych dochodach, nie potrafi zapewnić usług publicznych na niezbędnym poziomie.

Co można zrobić, wykorzystując katastrofę? A przynajmniej:
co powinna postulować realna opozycja ?

Zmianę systemu podatkowego, na progresywny. Najniższa stawka nie powinna być wyższa niż 5 proc., a progów podatkowych powinno być co najmniej 6. Należy też podnieść kwotę zryczałtowanych kosztów pozyskania dochodu odliczaną od podstawy opodatkowania.

Podatnicy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą powinni się rozliczać na zasadach ogólnych, czyli wg skali progresywnej.

Należy wreszcie zwolnić spółdzielnie pracy z podatku CIT. A podatek od dochodów osób prawnych też powinien przewidywać progresję i posiadać co najmniej dwa progi podatkowe.

Należy wprowadzić podatek od nieruchomości, który powinien być naliczany nie od powierzchni, ale od wartości nieruchomości, aktualizowanej np. raz na pięć lat. Należy również przywrócić realny wymiar podatkowi od spadków i darowizn. Z jednej strony podwyższyć próg zwolnienia podatkowego lecz z drugiej, bezwzględnie egzekwować podatki od kwot z drugiego i trzeciego przedziału. Ze środków nadzwyczajnych wprowadzić jednorazową daninę od majątków przekraczających np. 10 mln.

Co ze zgromadzonymi w ten sposób środkami publicznymi?

Trzy podstawowe dziedziny wymagają natychmiastowego dofinansowania – ochrona zdrowia, edukacja i transport publiczny. W następnej kolejności nauka oraz energetyka w szczególności jądrowa. O centralnym porcie lotniczym należy natychmiast zapomnieć, podobnie jak o mrzonkach o żegludze śródlądowej, przekopach itp. Zamiast tego sadzić drzewa i krzewy.
A konkordat należy wypowiedzieć.

Emerytury toną w finansowej mgle

Polski system emerytalny nie wymaga dotacji budżetowych. Poradziłby sobie znakomicie, gdyby Skarb Państwa zechciał zwrócić mu około 5 bilionów złotych, jakie do tej pory zabrał ze składek obywateli.

System emerytalny jest kluczowym elementem zarówno bezpieczeństwa socjalnego, jak i bezpieczeństwa finansów publicznych. Krach systemu emerytalnego mógłby mieć bardzo poważne konsekwencje, zarówno dla obywateli jak i budżetu państwa.
Część publicystów uważa, że zmiana systemu emerytalnego spowodowała spadek stopy zastąpienia z 70 proc. do 30 proc. To nie jest jednak spowodowane systemem, tylko wysokością składki.

Każdy wypracowuje sobie sam

Przypomnijmy, że założeniem reformy z 1999 roku było przejście od systemu solidarności międzypokoleniowej do systemu solidarności wewnątrzpokoleniowej.
Czyli, chodziło o to, aby emerytura nie zależała od składek pracujących w następnych pokoleniach tylko od składek ubezpieczonego zbieranych na indywidualnych kontach emerytalnych. Takie rozwiązanie uniezależniało emerytury od problemów demograficznych, ale rodziło poważne problemy finansowe w długim okresie przejściowym.
Bieżąca zbierana składka emerytalna miała być inwestowana, a emerytury wypłacane powinny być finansowane z innych pieniędzy. Założenia do reformy zakładały, że tę dziurę uzupełni majątek skarbu państwa poprzez korzystanie z wypracowanego zysku lub sprzedaży tego majątku. Miało to uzasadnienie w historii gdyż majątek narodowy w okresie Polski Ludowej był między innymi budowany z nadwyżek z sytemu emerytalnego. Co do spadku stopy zastąpienia, to teoretycznie można było przyjąć taką wysokość składki, że stopa zastąpienia w nowym systemie emerytalnym wynosiłaby nawet i 120 proc. Tyle, że w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych coraz bardziej zaczęłoby brakować pieniędzy. Wtedy byłyby dwa wyjścia: podwyższyć składkę kosztem wynagrodzeń netto, lub dopłacać z budżetu.
Dopłacanie z budżetu jest niesprawiedliwe społecznie ponieważ byłoby wyższe – do wyższych emerytur. Oznaczałoby to, że budżet zatraci swoją redystrybucyjną funkcję wspierania ludzi biednych.
Tak więc, obniżenie stopy zastąpienia było decyzją polityczną, którą podjęto niezależnie od systemu emerytalnego, uważając że większą wartością jest poziom życia pracujących niż emerytów.

Nikt tu nikogo nie dotuje

Pojawienie się otwartych funduszy emerytalnych i indywidualnych kont emerytalnych ujawniło szerokiej publiczności istnienie niedoboru w systemie emerytalnym.
Jeżeli bieżącymi składkami pokrywa się bieżące wypłaty emerytur to znaczy, że nie ma już pieniędzy dla tych co wpłacają składki na bieżąco. Moim zdaniem lepiej mieć wiedzę, że dług istnieje i w jakiej jest wysokości, niż żyć w błogim przekonaniu, że wszystko jest w porządku.
Mają rację ci którzy twierdzą, że pieniądze ze sprzedaży majątku zostały przeznaczone na inne cele niż, jak zapowiadano, na wypłatę bieżących emerytur.
Szacuje się że tylko co czwartą złotówkę ze sprzedaży majątku przeznaczono na emerytury. Niestety ówczesne władze (premierzy Buzek i Balcerowicz) nie zapewniły ustawowo, aby te środki wpływały do systemu emerytalnego. Pewnie rządzący chcieli mieć swobodę co do sposobu wykorzystania pieniędzy ze sprzedaży majątku państwa. Następni premierzy tego nie naprawili.
Aby więc utrzymać płynność sytemu emerytalnego, wypłaty świadczeń finansowano z bieżących składek oraz „dotacji z budżetu”.
Nawiasem mówiąc, twierdzenie że budżet „dotuje” system emerytalny jest skandalem, ponieważ budżet tylko oddaje systemowi niewielką część swojego długu. Przecież pieniądze ze sprzedaży majątku narodowego „przejedzono”, w konsekwencji czego budżet ma olbrzymie zobowiązanie wobec przyszłych emerytów.
Mamy tu oczywisty konflikt interesów. Premier, który odpowiada za budżet państwa, powołuje prezesa ZUS, który powinien domagać się zwrotu długu od budżetu.
Przy okazji postanowiono zlikwidować OFE, aby ratować się przed narastającym deficytem budżetowym. Dużą przesadą jest jednak stwierdzenie, że „polskie społeczeństwo musiało zapłacić kolejnym wyrzeczeniem za utrzymanie OFE”. Całkowita likwidacja OFE jako przymusowej części systemu (za czym się opowiadam) nie naprawi systemu emerytalnego.
Dług budżetu wobec systemu emerytalnego według Głównego Urzędu Statystycznego wynosi pięć bilionów złotych (na koniec 2015 r.), a według prezes ZUS, trzy biliony złotych. Wysokość emerytur jest niepewna, bo zapotrzebowanie na pracowników będzie malało. Powodem tego stanie się postęp naukowo techniczny, który ogranicza zapotrzebowanie na pracę.

Propozycje na przyszłość

Wysokość emerytur jest kluczową decyzją polityczną i powinniśmy o tym zadecydować w referendum. To obywatele powinni określić, czy chcą mieć wyższy poziom życia podczas aktywności zawodowej, czy na emeryturze, co wiąże się z wysokością składki.
Niezależnie od tej kluczowej decyzji, można przyjąć wiele korzystnych zmian poprawiających system emerytalny. Moim zdaniem powinien opierać się on na przedstawionych poniżej zasadach.
W ZUS-ie zaczną być prowadzone indywidualne konta emerytalne, na które zbierana będzie składka przyszłego emeryta. To bezpieczne rozwiązanie dla emerytów i budżetu państwa.
Tak więc, powinien istnieć system solidarności wewnątrzpokoleniowej (składki tych co żyją krócej niż średnia długość życia na emeryturze finansują emerytury tych których okres życia na emeryturze jest dłuższy od średniej), a nie międzypokoleniowej (bieżące składki pracujących finansują wypłaty aktualnych emerytur).
Wszyscy obywatele także rolnicy, służby mundurowe, kler i inni będą mieć jednolity, ten sam system emerytalny.
Państwo zagwarantuje emerytury tylko w ustalonej ustawowo wysokości. Wyższe świadczenie możnaby osiągnąć oszczędzając w różnych instytucjach finansowych lub oszczędzając indywidualnie.
W związku z tym, że gwarantowana emerytura będzie dla wszystkich jednakowa, kwota na indywidualnym koncie emerytalnym gwarantująca wypłatę emerytury też będzie jednakowa i przymusowo zbierana tylko do momentu osiągnięcia poziomu, zapewniającego wypłacanie jednakowego dla wszystkich świadczenia.
Wysokość składki będzie stanowić ustalony procent wynagrodzenia minimalnego – a więc wzrośnie wraz z tym wynagrodzeniem. Każdy obywatel mógłby wpłacać na swoje konto emerytalne (lub innego obywatela polskiego) poza składką obowiązkową także dodatkowe dowolne kwoty, aż do osiągnięcia przewidzianego poziomu. Te wpłaty byłyby odejmowane od podstawy opodatkowania.
Minimalna składka będzie płacona jest przez wszystkich w jednakowej wysokości, wyłącznie z wynagrodzenia osobistego (odpowiednio podniesionego tak, aby wynagrodzenie netto nie zmalało). Za obywateli, którzy nie ze swojej winy nie mają odpowiednich dochodów, składki opłacałoby państwo.
Do wyliczeń minimalnej składki przykładowo można przyjąć 42 letni okres składkowy dla kobiet i mężczyzn.
Każdy obywatel mógłby iść na emeryturę w dowolnym wieku jeżeli na indywidualnym koncie emerytalnym zgromadzi odpowiednią kwotę, która pozwoli mu otrzymać ustawową emeryturę.
Dla niektórych zawodów i stanowisk pracy (np. służby mundurowe, maszyniści kolejowi, górnicy) minimalna składka byłaby ustawowo na wyższym poziomie, aby mogli oni odejść na emeryturę wcześniej. Podwyższona składka będzie w całości opłacana z wynagrodzenia osobistego w odpowiedni sposób podwyższonego.
Pieniądze ze składek mogą być inwestowane tylko w papiery dłużne skarbu państwa, Narodowego Banku Polskiego, samorządu terytorialnego oraz w lokaty bankowe w NBP i Banku Gospodarstwa Krajowego.
Nadzór społeczny nad ZUS-em będzie sprawowany poprzez bezpośredni wybór rady nadzorczej przez ubezpieczonych, którzy są pełnoletni. Rada będzie wybierała zarząd.

Niech państwo zwróci ten dług

Wprowadzenie jednego systemu emerytalnego i likwidacja Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego przyniesie oszczędności dla budżetu. Ale przejście do opisanego tu systemu będzie trudne, głównie z powodu braków finansowych.
Najpierw trzeba przeprowadzić ustawę, która uniezależni zarząd ZUS-u (i środki gromadzone w ZUS) od zakusów władz państwowych.
Potem przyjedzie czas na rozwiązania, nie niosące zwiększenia obciążeń finansowych np. pobieranie całości składki z wynagrodzenia brutto pracowników przy jednoczesnym ubruttowieniu ich wynagrodzeń czy możliwość płacenia składek za inne osoby.
Ważnym zadaniem ZUS byłoby wynegocjowanie porozumienia dotyczącego spłaty zadłużenia budżetu wobec systemu emerytalnego. Kwota zobowiązań jest tak duża, że budżet państwa nie będzie w stanie jej zwrócić do systemu w krótkim czasie.
Gdyby przyjąć że budżet będzie spłacać rocznie po 50 mld zł, to okres spłaty długu wyniesie od 60 do 100 lat. Można jednak część tego długu spłacić poprzez przekazanie majątku skarbu państwa.

Przedsiębiorcy nie będą zadowoleni

Pytanie, skąd budżet weźmie pieniądze na to wszystko?
Wydaje się że źródłem dodatkowego finansowania budżetu mogłaby być likwidacja funduszu kościelnego oraz KRUS-u, a także przeniesienie kosztów finansowania wcześniejszych emerytur z budżetu państwa na pracodawców, poprzez wyższe wynagrodzenia brutto ubezpieczonych.
Gdyby tych pieniędzy nie starczyło, trzeba przyjąć zasadę, że finansowanie systemu emerytalnego jest priorytetem budżetowym do czasu osiągnięcia przez ZUS samowystarczalności finansowej.
Proponowany kształt systemu powinien zostać poddany analizom finansowym i konsultacjom społecznym. Nie ulega jednak wątpliwości, że byłby on bezpieczny dla ubezpieczonych i dla budżetu.
Moim zdaniem, przedstawione tu zmiany są rozwinięciem propozycji zgłoszonej przez Lewicę i uzależniają wiek przejścia na emeryturę nie od czasu pracy, tylko od kwoty zebranej na indywidualnym koncie emerytalnym, co jest istotą każdego systemu ubezpieczeniowego.

 

Polska szkoła na równi pochyłej

Coraz bardziej widoczne oraz uciążliwe stają się koszty zaniechań i błędów popełnionych przez PiS w oświacie.

Polska nie ma szczęścia do reform edukacyjnych. Właściwie wszystkie zmiany systemowe w oświacie jakie wprowadzały władze, były dość powszechnie krytykowane i nie budowały zaufania ani do szkół, ani do państwa. Czasem przyczyną złego odbioru społecznego bywało ich nieprzygotowanie połączone z niekonsekwencją. Tak było na przykład z wprowadzeniem gimnazjów, które w zamyśle miały ułatwić uczniom z regionów i rodzin nieuprzywilejowanych, dostęp do dobrze wyposażonych szkół średniego szczebla oraz opóźnić próg selekcji do liceów, ale ten słuszny zamysł rozbijał się o nieprzestrzeganie rejonizacji.
Niekonsekwentne wprowadzanie zmian w oświacie szło zazwyczaj w parze z brakiem przekonującego tłumaczenia sensu reform. Przykładem może być szeroka i skuteczna mobilizacja społeczna przeciwko obniżeniu wieku szkolnego do lat 6. Podobnie jak w przypadku gimnazjów, zasadniczym celem tej reformy było wyrównywanie szans edukacyjnych – w tym przypadku poprzez przyspieszenie kontaktu z systemem edukacyjnym, co byłoby szczególnie korzystne dla dzieci z rodzin nieuprzywilejowanych, o niższym kapitale kulturowym. Jednak nikt tego celu społeczeństwu przekonująco nie wyjaśnił, nie podjęto też wspólnie ze szkołami wysiłku, aby pokazać korzyści ze zmiany,
Prawo i Sprawiedliwość wyciągnęło z tych wszystkich błędów wnioski – i postanowiło zreformować polską szkołę bez żadnego jasno określonego celu.

Centralizacja nade wszystko

PiS wiedziało, że populistycznej polityki oświatowej nie da się przeprowadzić bez zwiększenia kontroli rządu nad szkołami. Dlatego niemal jednocześnie z podniesieniem wieku szkolnego do 7 lat, zwiększono kompetencje wojewódzkich kuratorów oświaty i wymieniono większość z nich na osoby zaufane.
Kurator, niczym wojewoda, stał się swoistym emisariuszem rządu w terenie, posiadającym od tej pory część kompetencji, które wcześniej należały do samorządów. Przyznano mu na przykład prawo do decydowania o likwidacji szkół oraz nadzór nad ośrodkami doskonalenia nauczycieli. Ponadto kuratorzy, dotychczas powoływani przez wojewodów, teraz mianowani są bezpośrednio przez ministra edukacji.
Wzmocnienie kuratorów wpisuje się w szerszy, centralizacyjny kierunek polityki PiS. W środowiskach eksperckich zajmujących się oświatą od dawna zgłaszano pomysł całkowitej likwidacji kuratoriów, skoro do momentu przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość raczej ograniczano ich rolę, przekazując zarządzanie finansami szkół samorządom, a nadzór nad egzaminami centralnej komisji. Jednak ponowne wzmocnienie roli kuratorów i ich ściślejsze powiązanie z rządem oznaczało koniec pomysłów na zwiększenie szkolnej autonomii, na przykład poprzez zastąpienie kuratoriów radami oświatowymi, w których zasiadaliby przedstawiciele władz samorządowych, szkół i rodziców.
Zamiast większego wpływu na edukację, uczniowie, nauczyciele i rodzice dostali więcej centralizacji.

Szanse tylko dla bogatych

Likwidacja gimnazjów oraz ponowne podniesienie wieku rozpoczęcia nauki cofnęły pozytywny trend w myśleniu o polskiej szkole, polegający na dążeniu do uczynienia jej narzędziem wyrównywania szans życiowych.
Wiele osób, które kształciło się w starym, analogicznym do przywróconego reformami PiS systemie ośmioletniej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum, być może obruszy się na ten zarzut. W końcu skoro oni odebrali edukację według dawnego modelu i nie narzekają, to może owiane złą sławą gimnazja czy budzące obawę wcześniejsze posłanie dzieci do szkoły nie są warte obrony?
Ponadto badania zadowolenia z poziomu nauczania, przeprowadzone przez CBOS po reformach PiS, pokazują, że większość respondentów ocenia te działania raczej pozytywnie. Najwyżej oceniano szkoły podstawowe i licea, ale nawet w tak krytykowanych gimnazjach poziom nauki był oceniany jako dobry przez 41 proc. respondentów, a jako zły przez 27 proc.
Jednak z badań forum idei Fundacji im. Stefana Batorego wynika, że pod pozorami zadowolenia z poziomu polskiej szkoły kryje się wiele działań oraz opinii świadczących o czymś wręcz przeciwnym. Polscy rodzice wydają znaczące sumy na korepetycje, średnio 420 złotych w miesiącu.
Z płatnej pomocy w nauce korzysta ponad 34 proc. rodzin z dziećmi w wieku szkolnym, przede wszystkim dobrze wykształconych, nieźle sytuowanych i mieszkających w dużych miastach. Natomiast połowa rodziców z wykształceniem podstawowym i połowa rodzin, gdzie dochód na osobę nie przekracza 900 złotych miesięcznie, posłałaby dziecko do szkoły prywatnej, gdyby na przeszkodzie nie stało czesne.
Z tych danych wyłania się pesymistyczny obraz szkoły, która nie tylko przestała zmierzać w kierunku wyrównywania szans, ale nie jest w stanie zaspokoić edukacyjnych aspiracji Polaków. Zamożniejsi i lepiej wykształceni realizują je, dopłacając z własnej kieszeni, biedniejsi i gorzej wykształceni snują niemożliwe do zrealizowania marzenia o szkołach prywatnych.
Pozytywna opinia o jakości kształcenia w polskich szkołach okazuje się zatem nie przystawać do rzeczywistości – jest raczej odzwierciedleniem rozbudzonych aspiracji edukacyjnych społeczeństwa niż faktyczną oceną jakości wykształcenia. A od dawna idzie w parze z negatywną korelacją między wykształceniem a zaufaniem do systemu edukacyjnego.
Lepiej wykształceni Polacy mniej ufają szkołom, co wiąże się z większą gotowością do uzupełniania niedostatków za pomocą zajęć opłacanych z własnej kieszeni. Gorzej wykształceni są bardziej skłonni ufać w jakość edukacji, bo nie dysponują innymi narzędziami awansu społecznego.
Z problemem wydatków na korepetycje bezpośrednio wiąże się problem przeładowanych i archaicznych podstaw programowych. Prawo i Sprawiedliwość nie tylko przywróciło dawny system organizacji prac szkół, ale powiela też, a w przypadkach niektórych przedmiotów wręcz potęguje nieadekwatne obciążenia zbyt dużą ilością materiału.
W wystąpieniu Rzecznika do byłej już minister Anny Zalewskiej z listopada 2018 roku czytamy na przykład: „Realizacja podstawy programowej nie powinna wiązać się z nakładaniem na uczniów dodatkowych, pozaszkolnych obciążeń. Tymczasem jestem informowany o sytuacjach delegowania na uczniów i ich rodziców części zadań związanych z kształceniem. Taka praktyka to przede wszystkim prace domowe w niepokojącej ilości, a także zadawanie tematów nieprzerobionych na lekcji do samodzielnego opracowania. Ma to bezpośredni wpływ na ograniczenia prawa dzieci do czasu wolnego, zabawy i rozwijania własnych zainteresowań, a także przyczynia się do postępującego przemęczenia uczniów”.

Rozprawić się z nauczycielami

Odkąd PiS zmienił system organizacji prac szkół i po prostu przepisał podstawy programowe lub wręcz spotęgował ich największe wady – kompletnie nie biorąc pod uwagę, że wraz z likwidacją gimnazjów zmieni się także wiek uczniów i ich przygotowanie na danym etapie nauki – marzenia o tym, że Polska szkoła będzie uczyła nie tylko faktów, ale także pracy zespołowej czy kompetencji miękkich, stały się jeszcze bardziej odległe. Robi to zapewne garstka zapaleńców w szkołach publicznych i prywatnych, ale tego rodzaju działania pozostają swoistą dywersją: państwo w żaden sposób ich nie wspiera, a jego oficjalne wytyczne wręcz dają im odpór.
Nauczyciel to zawód zaufania publicznego, a jednocześnie w tej kategorii jest to profesja chyba najgorzej wynagradzana. Z zestawienia przygotowanego przez autorów bloga Neuropa wynika, że w 2012 roku wynagrodzenie nauczyciela dyplomowanego wynosiło 88 proc. średniej krajowej, w 2018 już tylko 72 proc. Ponieważ nauczycielskie pensje nie tylko nie odzwierciedlają wzrostu płac w rozwijającej się gospodarce, ale pozostają za nim daleko w tyle, strajk nauczycieli z pierwszej połowy 2019 roku, jak na razie zawieszony, nie powinien dziwić.
Jednak rząd nie tylko nie był na te działania przygotowany, ale skonfrontowany z protestem nauczycieli wybrał strategię dyskredytowania i dzielenia środowiska nauczycielskiego. Zamiast potraktować poprawę poziomu życia nauczycieli za istotny cel państwa i gwarancję realizowania przez szkoły kluczowych dla jego rozwoju zadań, partia rządząca zdecydowała się na konfrontację i niszczenie wizerunku jednej z najistotniejszych profesji zaufania publicznego.
W wielu krajach nauczyciele są liderami, jeśli chodzi o zaufanie publiczne – i jest to traktowane jako dowód na właściwe realizowanie przez państwo jednego z podstawowych zadań, jakim jest oświata. W badaniu firmy Kantar, zrealizowanym w trakcie strajku, nauczyciele znaleźli się na pierwszym miejscu wśród zawodów zaufania publicznego w Polsce.
Jednak w badaniach porównawczych, przeprowadzonych przez firmę GFK, respondenci w Polsce ufali im rzadziej niż badani w jakimkolwiek innym kraju Unii Europejskiej. Dla rządu dbającego o rozwój społeczny te dane powinny być sygnałem do działania i poszukiwania sposobu poprawy zaufania do nauczycieli. Jednak w Polsce rządzonej przez PiS uzasadnione postulaty płacowe stały się sygnałem do rozprawy z nauczycielami.

Coraz więcej nierówności

Do dziś skuteczna walka z czarną legendą gimnazjów poprzez ich likwidację pozostaje w zasadzie jedynym skutkiem reform edukacyjnych PiS. Zapłaciliśmy za ten propagandowy efekt wysoką i całkiem realną cenę.
Odwrócone zostały pozytywne trendy takie jak przyznawanie szkołom i odpowiedzialnym za nie samorządom większej autonomii oraz zmienianie systemu szkolnego tak, aby wyrównywał szanse życiowe uczniów. Rozpoczęto konflikt z całą grupą zawodową nauczycieli i nie zanosi się, aby ten spór prędko doczekał się pozytywnego rozstrzygnięcia.
Na dzieci nałożono zaś rozdmuchane, oderwane od rzeczywistości wymagania, potęgując przewagę uczniów z zamożniejszych i lepiej wykształconych domów, gdzie rodzice mają czas, środki i kompetencje, by uzupełnić szkolne lekcje korepetycjami.
Polska szkoła stała się w efekcie jeszcze bardziej nierówna, a bezpieczniejsza jest tylko w teorii.

 

Zdrowie – „organizacja – głuptasie”!

Niewielka część suwerena powiedziała w badaniach ankietowych, że walczące w kampanii wyborczej partie powinny zając się przede wszystkim problemem ochrony zdrowia, Wszyscy więc rzucili się do boju, pokazując wydłużające się kolejki do lekarzy – specjalistów, narastające zadłużenie szpitali, ucieczkę młodych lekarzy do krajów, w których mogą lepiej zarobić, niechętny stosunek do pacjentów i – jako klamrę tych nieszczęść – niedostatek środków przeznaczanych na poprawę tej, nie najweselszej, dziedziny naszego życia. Ulegam modzie i też dołożę się do tego tematu.

Jak już dostatecznie popłakali, to zaczęli się chwalić, że dużo już zrobili i obiecywać, że w najbliższych latach przeznaczą na ochronę zdrowia znacznie większe środki, kupując może mniej supernowoczesnych samolotów przeznaczonych właśnie do niszczenia zdrowia i odbierania życia, – ale obywatelom innych nacji.
To dobrze. Nie do końca wierzę, ale się cieszę. Ogarnia mnie jednak niepokój czy te środki, – jeśli będą – zostaną właściwie wykorzystane.

Nie tylko finanse

Kompletnie nie znam się na medycynie, ale „służba zdrowia” – zwłaszcza publiczna, czyli gwarantowana przez państwo, to nie tylko problem pieniędzy. Znam dziesiątki przykładów działań naszego państwa, w których zmarnowano ogromne środki przez nadmierne łączenie gospodarki z ideologia i polityką, ale także przez złą organizację.
A na tym ostatnim trochę się znam.
Wiele lat temu pisano i mówiono, że amerykański prezydent Bill Clinton przyjął, jako hasło wyborcze i kazał wywiesić w gabinecie owalnym transparent z napisem „Gospodarka – głupcze”. Miało mu to codziennie przypominać, żeby nie zajmował się tylko polityką zagraniczną i wewnętrzną, ale także gospodarką, – czyli podstawą funkcjonowania społeczeństwa. Sądzę, że nasi notable zajmujący się ochroną zdrowia w obecnej i następnej ekipie powinni też wywiesić sobie takie transparenciki z napisem – noże bardziej delikatnie sformułowanym – „Organizacja – głuptasie!” Spróbuję nieudolnie uzasadnić tą sugestię.
Jestem wszechstronnie chory, ale mimo to moje kontakty ze szpitalami były tylko trzydniowe. Za to aż w sześciu placówkach, zlokalizowanych nie tylko w Warszawie. I – w ostatnich latach – tylko z jedną rejonową przychodnią. Uczulenie organizacyjne powodowało, że obserwowałem pracę tych placówek właśnie z tego punktu widzenia. Nie będę ich wymieniał, ale stosując akademicki, nadal pięciostopniowy system ocen, żadnej z tych placówek nie mógłbym przyznać piątki. Tylko dwie – moim zdaniem – zasługują na mocne czwórki, dwie na trójkę z plusem i pozostałe na słabe trójki. Wrażenie ogólne jest takie, że lepiej są zorganizowane małe placówki, a gorzej – a nawet znacznie gorzej – duże i z medycznego punktu widzenia uchodzące za kluczowe.

Oczekiwanie

Co mnie – przykładowo – wyprowadzało z organizacyjnej równowagi?
Zacznijmy od szpitali. Pierwsze, co rzuca się w oczy przybyłemu do Izby Przyjęć (nie do SORu, bo to w ogóle inna sprawa) pacjentowi, to z reguły długi czas oczekiwania na decyzję, czy zostanie przyjęty i doprowadzenie do momentu, kiedy sadzają go na wózku i wiozą do przydzielonej sali i łóżka. Ten czas oczekiwania powoduje, że pacjent czuje się jeszcze bardziej chory i czasem rujnuje mu równowagę psychiczną.
Rozumiem braki kadrowe, ale mimo to nie mogę uznać tego stanu za organizacyjnie normalny. Szpital musi być stać na to, aby w izbie przyjęć był zawsze lekarz dyżurny – a jeśli placówka jest duża i przyjmuje średnio kilkunastu czy kilkudziesięciu pacjentów dziennie – odpowiednio dwóch, a nawet trzech czy czterech lekarzy. Powinno być tak jak w policji, straży pożarnej, placówkach pogotowia, jednostkach wojskowych – zawsze jest „dyżurny oficer”. „Lekarz pierwszego kontaktu” powinien czekać na pacjentów – a nie odwrotnie. Jeśli są okresy, w których nikt się nie zgłasza, niech czyta książkę, albo układa pasjanse w komputerze. Ale powinien witać pacjenta niemal przy wejściu i stwarzać wrażenie, że był oczekiwany i jest mile widziany. Jeśli potwierdzenie choroby pacjenta wymaga dłuższych badań, niech mu je robią wtedy, kiedy już „mieszka” na swoim łóżku.
Kierownicy placówek zaraz powiedzą – a jak nie mamy wolnych łóżek w salach i kładziemy pacjentów na korytarzach. Trudno – niech tam leżą, ale niech nie czekają.
Nie chcę być złośliwy i może mam pecha, – ale z moich obserwacji wynikało, że prawie zawsze można znaleźć wolne łóżko, tylko w ogólnym bałaganie nikt nie wie gdzie go szukać, albo „jeszcze nie jest przygotowane po poprzednim pacjencie”, a w „harmonogramie sprzątania” jest jeszcze na odległej pozycji.
A brak lekarzy? Ze zdziwieniem słucham niektórych wypowiedzi na ten temat. W państwie demokratycznym i w gospodarce rynkowej istnieją tylko dwie możliwości zatrzymania lekarzy, lub nawet ściągnięcia dodatkowych z zagranicy. Pierwsza – płacić więcej niż inni. I druga – traktować studia medyczne jako odpłatne i finansowane przez udzielony przez państwo kredyt, który trzeba spłacić po uzyskaniu dyplomu, pracując w państwowej służbie zdrowia. Tak krótko było w PRL, ale politycznie się nie podobało.

Organizacja pracy

Drugie spostrzeżenie organizacyjne dotyczy wykorzystania sprzętu. Nie chodzi mi o sprzęt służący do specjalistycznych badań, bo ten, niejako z natury rzeczy, jest zawsze eksploatowany z przerwami. Chodzi mi o – przykładowo – zakładane pacjentom w szpitalu kardiologicznym kasetki z czujnikami, które monitorują pracę ich serc i przekazują jej obraz do urządzeń podobnych do małych komputerów, stale – teoretycznie – obserwowanych przez pielęgniarki. W takim renomowanym szpitalu byłem kilka dni i zawieszenie na szyi tego nadajnika dawało mi złudną nadzieję, że jestem pod „kardiologicznym nadzorem”. Do czasu nocy, w czasie której bardzo źle się poczuł mój sąsiad w pokoju. Obudził się, naciskał jakieś guziki i wiszący dzwonek – bez odzewu. W końcu postanowiłem zastąpić aparaturę i podreptałem do sali pielęgniarek. Było ich tam kilka i z daleka było słychać, że atmosfera jest towarzyska i pogodna. Nauczony doświadczeniem, z miną grzecznego mopsa powiedziałem o złym samopoczuciu sąsiada. Dwie panie poszły ze mną. Po drodze zapytałem nieśmiało, dlaczego nie reagują na sygnały aparatury. No, bo odbiorniki stoją w takim miejscu, że widzą je tylko specjalnie lub przypadkowo podchodząc. Ale przecież zawsze ktoś – jak dzisiaj pan – powiadomi nas o potrzebie ingerencji.
Trzecia obserwacja dotyczy właśnie pielęgniarek, a właściwie ich obciążenia. W środkach masowego przekazu wszyscy dyrektorzy szpitali skarżą się ma brak pielęgniarek. Przykro mi, ale nie odniosłem takiego wrażenia. Nie piszę oczywiście o pielęgniarkach, które są instrumentariuszkami uczestniczącymi w operacjach. Chodzi mi o personel pielęgniarski opiekujący się pacjentami w czasie ich pobytu w szpitalu. Jest ich najczęściej dużo, są w większości miłe i uczynne, ale mają fatalnie zorganizowaną pracę. Poranne spiętrzenia, południowa asysta w obchodach (jeśli są!) i wieczorne sprawdzianie stanu samopoczucia pacjentów i rozdawanie leków. W tzw. międzyczasie zajęte są głównie sporadycznymi interwencjami i wymianą myśli w swoim pokoju dotyczących dzieci, mężów, teściowych i przygód rynkowych
Nie sugeruję, ab pielęgniarki pracowały z intensywnością znaną z taśmowej produkcji przemysłowej. Ale prawidłowa organizacja może spowodować, że ich liczba okaże się wystarczająca.
W przychodniach najbardziej denerwujący niedowład organizacyjny dotyczy wydawania recept. Miało być tak, że w recepcjach, co najmniej jedna osoba będzie upoważniona do wystawiania i podpisywania recept na leki, które pacjenci biorą stale na choroby przewlekłe. Może gdzieś tak jest, ale tam, gdzie bywam wystawienie recepty wymaga zapisania się do lekarza i oczekiwania w kolejce na jego podpis. A jeśli chce się wejść poza kolejką, dochodzi do sporów z oczekującymi pacjentami lub nawet z lekarzem, bo podpisywanie „dezorganizuje” mu pracę. W konsekwencji prawie 1/3 oczekujących w kolejkach, to osoby, które od lekarza chcą tylko recepty.

Choroba przewlekła

Służbę zdrowia dręczy też – moim zdaniem – zbiorowa choroba przewlekła, także mające swe źródło w organizacji. Wynika ona z tego, że decydenci rządzącej partii od dawna nie korzystają z „normalnej” służby zdrowia, tylko są dopieszczani przez specjalnie wyodrębnione jednostki lub przez lokalne związki administracji z „medycyną”. Nawet szpital w małym mieście zajmie się bardziej serdecznie burmistrzem, wysokimi urzędnikami i szefami miejscowych przedsiębiorstw. Inaczej nie wypada. I to nawet można zrozumieć.
Gorzej, że „najwyższe władze” wyciągają z tego uogólnione wnioski. Wydaje im się, że tak, jak w „ich” szpitalu, jest wszędzie. Z zainteresowaniem słucham wypowiedzi publicznych obecnego ministra zdrowia. Jego optymizm jest niemal zaraźliwy, i często mu zaczynam wierzyć, – ale tylko do czasu kolejnej konfrontacji z praktyką. Składając pokornie łapki, jak mój piesek w proszalnym geście, pozwolę więc sobie na zakończenie zwrócić bezpośrednio do Pana Ministra. I wykorzystam własne doświadczenia, nie powołując się na opowiadania i plotki docierające od innych klientów służby zdrowia.
Szanowny Panie Ministrze!
To prawda, że obniżono mi cenę na dwa stosowane leki i jeden jest za darmo. Ale jednocześnie podniesiono cenę na inne. Miesięcznie wydaję na ten zbożny cel ciągle zbliżoną kwotę – około 500 złotych.
To prawda, że w wielu placówkach służby zdrowia wiszą cytowane z przepisów informacje, że „opiekujemy się specjalnie kombatantami”. Ale w praktyce dotyczy to tylko jednej sprawy – możliwości wcześniejszego zapisu na wizytę u lekarza. Powoływanie się na przywileje kombatanckie w innych sytuacjach budzi współczujący uśmiech i nie daje żadnego wyniku. Czasem (dobrze, że rzadko) można odnieść wrażenie, że ponieważ kombatanci są dwa, lub nawet trzy razy, starsi od lekarza, to ma on ochotę zalecić im znaną z przeszłości wskazówkę na zachowanie w czasie ataku atomowego – „najlepiej przykryć się prześcieradłem i czołgać w stronę najbliższego cmentarza”.
To prawda, że np. drogi, powtarzalny zabieg w okulistyce polegający na podaniu leku zastrzykiem w oko, może być objęty programem opłacanym przez NFZ. Wydaję na te zastrzyki 400 zł. miesięcznie od dwóch lat (starczyłoby na niezły używany samochód, który mógłbym, jak kombatant w Krakowie, podarować komuś z aktualnych władz) i urocza lekarka, która robi mi tą przyjemność, wystąpiła o zaliczenie mnie do tego programu. Kwitnąca w Pańskim resorcie biurokracja powoduje jednak, że NFZ chce więcej papierków potwierdzających, że to wbijanie igły w oko nie sprawia mi erotycznej przyjemności. I tylko złośliwie chcę, aby za tą przyjemność płaciło reprezentowane przez Pana państwo – zgodnie z nieprzemyślaną Konstytucją i niepotrzebnymi deklaracjami specjalnie troskliwego traktowania kombatantów.
To prawda, że lekarze są w większości przepracowani. Ale obserwuję od lat pogarszający się „średni” stan ich stosunku do pacjentów. – a to ma związek nie tylko z przepracowaniem, ale także ze szkoleniem i nadzorem – a więc z organizacją. Są lekarze zawsze uprzejmi. Są uprzejmi tylko w stosunku do wybranych pacjentów. Ale są też nieuprzejmi i nieuczynni z zasady i w stosunku do wszystkich. Relatywnie młody lekarz może np. – widziałem taki przypadek – powiedzieć wiekowemu i bardziej ode mnie schorowanemu kombatantowi, proszącemu o podpis na przygotowanej przez recepcję recepcie: „Niech pan wyjdzie i poczeka dwie godziny, aż skończę dyżur. Przecież nie ma Pan nic do roboty!”.
To prawda, że placówki służby zdrowia są coraz lepiej wyposażone, m.in. w wyniku działań Wielkiej Orkiestry. Ale w najniższych szczeblach organizacyjnych popełnia się błędy powodujące, że czasem brakuje prostych i tanich rzeczy, jak przyzwoite termometry, maseczki, rezerwowe piżamy, dodatkowe koce dla zmarzluchów. W ostatnich dniach usłyszałem w telewizorze potwierdzenie tej obserwacji przez sympatyczną panią Janinę Ochońską. Też była w jakimś szpitalu, doskonale wyposażonym, w którym nagle zabrakło..,. prześcieradeł. To także typowy przykład niedoróbki organizacyjnej. Ktoś nie zamówił, albo zamówił za mało. Pralnia albo dostawca nie nadąża. Ktoś zapomniał, że są potrzebne. W PRL przez wiele lat brakowało sznurka do snopowiązałek. Ale to inne czasy i nie sądzę, aby prześcieradła, w gospodarce rynkowej, nagle zaczęły być artykułem deficytowym.
A więc – jak by powiedział poseł Szczerba – Panie Ministrze Kochany – proponuję, aby wymieniony w tytule napis umieścił Pan także w swoim gabinecie. Może Pan go zredagować jeszcze bardziej łagodnie. Przyda się, jeśli nawet po wyborach skład rządu ulegnie zmianie i wróci Pan do swojej specjalności. Dla pacjentów lepiej, – jako kardiolog ma Pan doskonałą opinię.

Czas formowania osobowości

Obserwujemy chaos i kryzys spowodowany tzw. reformą szkolnictwa przejawiające się w postaci niskich wynagrodzeń nauczycieli i dużych obciążeń czasowych często wynikających z pracy w kilku szkołach.

Głoszona przez polityków obozu rządowego cyniczna opinia o nauczycielach, którzy chcą mniej pracować a więcej zarabiać wynika chyba zarówno z ignorancji jak i ze złej woli. Przejawy ignorancji to uwzględnianie jedynie-jako czasu pracy nauczyciela- godzin spędzonych w szkole. Tymczasem -jak powszechnie wiadomo-nauczyciel pracuje również w domu sprawdzając i poprawiając wypracowania i rozwiązania zadań oraz przygotowując się do lekcji. Jego praca to również monitorowanie zmian zachodzących w obrębie przedmiotu, który prowadzi, a wynikających z napływu nowej wiedzy.
Czasochłonne jest też-konieczne w naszych czasach-ciągłe zapoznawanie się z informatycznymi instrumentami nauczania. W szkolnictwie skandynawskim istnieją dobre wzorce oceny czasu pracy nauczycieli. Chyba warto z nich skorzystać.
Szamotanie się z własną biedą sprawia, że wielu nauczycielkom i nauczycielom niewiele pozostaje czasu, sił i cierpliwości na ważną pracę wychowawczą, na wnikanie w kłopoty i rozterki uczennic i uczniów.Istnieje niebezpieczeństwo, że do zawodu nauczycielskiego nie trafią ludzie umotywowani i rzeczywiście potrzebni. Albo też z niego odejdą. Skutki obecnych anomalii i trudności prawdopodobnie będą odczuwane po latach. Dotyczy to w szczególności szkół średnich. Nauka w tych szkołach przypada na okres, który w krajach anglosaskich określa się jako formative years. Jest to okres kształtowania charakterów i osobowości, zainteresowań i wyobrażeń o przyszłym własnym miejscu w życiu społecznym. Następuje czas odkrywania siebie i budzenia zaufania do własnych możliwości, a czasami-zwątpienia we własne siły. Pod kierunkiem dobrych nauczycieli ich podopieczni poznają własne możliwości i ograniczenia, rozszerzają swe horyzonty umysłowe i kształtują wrażliwość. W przypadku szkół specjalnych uczą się przezwyciężać wiele ograniczeń wynikających z niepełnosprawności.

Jak zostałem uczniem liceum

Z wdzięcznością wspominam moich znakomitych nauczycieli z Liceum Ogólnokształcącego w Kole nad Wartą (obecnie Liceum Ogólnokształcące nr 27 im. Kazimierza Wielkiego). Moje lata nauki w tym Liceum przypadły na ponury okres stalinizmu. Należałem do ludzi podejrzanych i obserwowanych, gdyż mój ojciec został usunięty z PZPR za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”.Był zdecydowanym zwolennikiem polskiej drogi do socjalizmu. O przyjęciu do Liceum decydowała komisja w której był tzw. czynnik społeczny-przedstawiciel Komitetu Powiatowego PZPR. Naturalnie wiedział on kim był mój ojciec. Stąd też nie znalazłem się na liście nowoprzyjętych.
Na moje szczęście jeszcze w szkole podstawowej zacząłem uczęszczać do Ogniska Muzycznego. Jego kierownikiem był Jan Szczepankiewicz pracujący równocześnie w miejscowym starostwie w dziale kultury. Szczepankiewicz w ówczesnym Kole był znaną i wpływową postacią. Jako nastolatek powrócił z rodzicami ze Stanów Zjednoczonych. Ponieważ naukę w szkole rozpoczął w Ameryce po powrocie mówił lepiej po angielsku niż po polsku. W kraju z gimnazjum i liceum klasycznego wyniósł znajomość greki, łaciny, francuskiego i niemieckiego. Był dyrygentem chóru, mandolinistą i wykładowcą muzykologii.
Gdy poznałem go jako uczeń Ogniska odpowiadał cierpliwie na moje ciągłe pytania dotyczące różnych tematów i pożyczał mi książki. Moim nauczycielem gry na skrzypcach był Wacław Wierzbicki, który w Liceum Ogólnokształcącym wykładał historię. Szczepankiewicz i Wierzbicki skutecznie interweniowali w mojej sprawie u dyrektora Liceum Zygmunta Krzyckiego. Wkrótce przekonałem się, że Krzycki był ważnym działaczem partyjnym. Kiedy ktoś telefonował z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa odpowiadał oschle:” Władzą w szkole jestem ja. Ja. I jeszcze raz ja”. Siostra Krzyckiego pisarka Stanisława Fleszarowa -Muskat z czasem stała się autorką popularnych powieści.
W tamtych czasach wszyscy byliśmy przytłoczeni propagandowymi frazesami o „przodującej nauce i kulturze radzieckiej”.Zgodnie z tą propagandą Rosjanie wszystko wynaleźli,byli pierwsi, jedyni i najlepsi. Było to źródłem różnych dowcipów.
Mądrzy nauczyciele często znajdowali sposoby na dyskretne przeciwstawianie się tej propagandzie. Jeszcze w szkole podstawowej nauczyciel biologii Władysław Ziemacki-zobowiązany do wychwalania Iwana Miczurina, który wyhodował m.in. odmiany jabłoni owocujące na syberyjskiej Północy. Ziemacki mówił o Miczurinie jako jednym z twórców odmian roślin. Omawiał też osiągnięcia innych. Mówił o Amerykaninie Burbanku, który wyhodował m.in. kaktusy bez kolców stanowiące paszę dla bydła. O Szwedzie Nilssonie hodującym nowe odmiany pszenicy i o Polaku Dankowskim znanym na świecie jako twórca nowych odmian ziemniaków.
Władysław Ziemacki był autorem kilkunastu artykułów opublikowanych w czasopismach naukowych oraz książki z zakresu etnologii. Zachęcał mnie do samodzielnego uczenia się języków obcych i pożyczał książki. W Liceum znakomitym nauczycielem chemii był Stanisław Bajer, ceniony i szanowany były dyrektor szkoły. Omawiając układ Mendelejewa informował o poprzednikach wielkiego uczonego rosyjskiego. Byli to Niemiec Debereiner i Anglik Newlands. O” trójkach” Debereinera i „oktawach” Newlandsa w podręczniku nie było mowy. Dowiedzieliśmy się o nich dzięki naszemu nauczycielowi. Do nas, uczniów dotarła świadomość, że badania naukowe to proces w którym uczestniczą różni uczeni, których praca umożliwia sukcesy ich następców. Bajer i Ziemacki pomogli swym uczniom w ukształtowaniu poczucia proporcji wbrew natrętnej propagandzie.
Dyrektor Zygmunt Krzycki był znakomitym fizykiem. Jego kolega ze studiów , matematyk, Władysław Korzeniowski czasami posługiwał się niewyparzonym językiem, co przysparzało mu popularności wśród uczniów. No bo profesor matematyki, a” swój człowiek”. Jako opiekun Kółka Matematycznego, do którego należałem, skłonił mnie do przygotowania referatu na temat prac Bertranda Russella dotyczących paradoksów logiki. Od tamtego czasu zainteresowanie Russellem towarzyszy mi do chwili obecnej.
Nauczyciel łaciny Władysław Kordek znający na pamięć klasyczne teksty z podręczników zwrócił moją uwagę na użyteczność tego przedmiotu jako bramy do języków romańskich. Historyk Wacław Wierzbicki odradzał mi czytanie niektórych ówczesnych autorów, którzy-jak mówił -byli karierowiczami a nie uczonymi. Dzięki jego prywatnemu księgozbiorowi poznałem dzieła wybitnych historyków m. in Bolesława Limanowskiego. Wacława Tokarza i Michała Bobrzyńskiego.

Jak nie zostałem wirtuozem

W Ognisku Muzycznym zapragnąłem zostać skrzypkiem-wirtuozem. Wierzbicki -zarówno mnie, jak i innym uczniom radził-próbuj. Wiedziałem, że wirtuozi, aby utrzymać się w formie ćwiczą codziennie wiele godzin. W jeszcze większym stopniu dotyczyło to kandydatów na wirtuozów. Pewnego roku dwa miesiące wakacyjne poświęciłem na codzienne ćwiczenie gry skrzypcowej w wymiarze od 8 do 14 godzin. Po wakacjach usłyszałem wiele pochwał zarówno od nauczyciela jak i od kolegów. Wyniki intensywnych ćwiczeń były jednak poniżej moich własnych oczekiwań. Zrozumiałem, że przy wielkim nakładzie pracy mogę osiągnąć co najwyżej średnie wyniki. Z punktu widzenia ekonomii wysiłku było to nieefektywne.
Poza skrzypcami moje zainteresowania były wielostronne. Przed maturą zastanawiałem się jaki wybrać wydział. Niektórzy z moich kolegów twierdzili,że jako typowy humanista nie dałbym sobie rady na studiach technicznych.W związku z tym postanowiłem pójść na Politechnikę Poznańską. Przed ostateczną decyzją poprosiłem o radę Wacława Wierzbickiego. Mój nauczyciel i przyjaciel wierzył w moje możliwości. Powiedział mi,że nie jest ważne jaki wydział wybiorę, gdyż każdy ukończę. A później będę robić to, co będę chciał.
Na Politechnice Poznańskiej znalazłem dwóch wybitnych, a jednocześnie życzliwych mi profesorów. Kazimierz Kapitańczyk chemik-humanista był w ówczesnej Politechnice Poznańskiej jedynym profesorem z habilitacją. Prof. Wacław Wilczyński-ekonomista był znany z nieortodoksyjnych poglądów. Głęboko rozumiał mechanizm rynkowy. Gdy uzyskałem absolutorium na Politechnice i przygotowywałem się do wyjazdu na uniwersytet amerykański obydwaj napisali listy polecające, które następnie zostały przekazane władzom University of Minnesota w Minneapolis. Po wielu latach prof. Wilczyński udzielił mi ważnych wskazówek na temat metodyki pracy nad rozprawą doktorską.

Jak nie zostałem wyrzucony z Liceum

W gronie pedagogicznym kolskiego Liceum była para małżeńska-dwoje polonistów, którzy z powodów bliżej mi nieznanych odnosili się do mnie nieprzyjaźnie. Być może chcieli-jak to się wówczas mówiło- „wykazać czujność”. Doszło do tego, że wystosowali pisemny wniosek o usunięcie mnie z Liceum. Poza wnioskodawcami nikt z nauczycieli nie złożył podpisu. Dyrektor Krzycki przedstawił wniosek pod dyskusję na posiedzeniu rady pedagogicznej. W mojej obronie wystąpił zdecydowanie Wacław Wierzbicki. Ostateczną decyzję o moim pozostaniu podjął dyrektor. Liceum ukończyłem z wyróżnieniem, które się wtedy nazywało dyplomem przodownika nauki i pracy społecznej.
Wielu absolwentów kolskiego Liceum ukończyło z powodzeniem studia i pomyślnie pracowało i pracuje w różnych zawodach. Znakomici nauczyciele, o których mowa powyżej przyczynili się do tego, że maturzyści ze skromnego liceum w mieście powiatowym, wbrew kłopotom i trudnościom przeżywając konflikty i zawirowania społeczne zdołali zdobyć wykształcenie i pozycję zawodową widoczną w skali ogólnopolskiej.
Znany uczony i przewodnik społeczności akademickiej prof. dr hab. Andrzej Korzeniowski od wielu lat jest rektorem Wyższej Szkoły Logistyki w Poznaniu.
Mgr inż. Jerzy Bajer-prywatnie mąż Zdzisławy Sośnickiej-odnosił i odnosi sukcesy jako przedsiębiorca i menedżer.
Sukcesy badawcze i dydaktyczne odnieśli dwaj uczeni – prof. dr hab. Andrzej Kuncewicz związany od wielu lat z Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie oraz prof. dr hab. Włodzimierz Prądzyński- wielokrotny dziekan Wydziału Technologii Drewna w poznańskim Uniwersytecie Przyrodniczym.
Wiele lat temu odszedł red. Władysław Knycpel, który przez całe życie zawodowe pracował w Polskiej Agencji Prasowej. Przez pewien czas był korespondentem Agencji w Belgradzie.
Zmarły niedawno Ryszard Liczmański przez wiele lat pracował w służbie zagranicznej.

x x x

Dobra szkoła wywiera czasami większy wpływ aniżeli dom rodzicielski. Dobrzy nauczyciele są w stanie opierać się indoktrynacyjnej presji ze strony władz i oficjalnej propagandy. W naszych czasach internet i media społecznościowe mogą powodować dezinformację i zagubienie w powodzi zmanipulowanych wiadomości. Stąd też rola nauczycieli- przewodników i przyjaciół uczniów znajdujących się w ważnym okresie kształtowania osobowości-jest szczególnie doniosła.

Szkoła nie może być folwarkiem – rozmowy (część 1)

Aneta (imię zmienione) jest nauczycielką w jednym z prywatnych przedszkoli społecznych w Warszawie. W rozmowie z Portalem Strajk opowiada, co oznaczałaby prywatyzacja systemu oświaty i jak wyglądał strajk z perspektywy placówki prywatnej.

Polska oświata, która i tak nie była w najlepszym stanie, została przez deformę Anny Zalewskiej doprowadzona do kompletnej ruiny – wykazał raport NIK. Jego publikacja sprawiła, że jeszcze intensywniej toczy się w szkołach dyskusja o tym, co robić dalej, po przegranym strajku. Przedstawiamy perspektywę nauczycielki, związkowca i uczennicy w tej sprawie.

PORTAL STRAJK: Skrajna prawica w trakcie strajku nauczycieli tradycyjnie uznała, że gdyby sprywatyzować system oświaty, to działałby o wiele lepiej. Pani uczy w prywatnym przedszkolu – co miałaby pani do powiedzenia prawicy?
ANETA: Uczę w przedszkolu społecznym, które uznałabym za półprywatne. Tutaj wszyscy mają wpływ na to, jak wyglądają zajęcia, zwłaszcza rodzice. Jednak dlaczego prywatne przedszkole miałoby działać lepiej od publicznego? Czy to, że nauczyciel zmienia przedszkole z państwowego na prywatne oznacza, że będzie lepiej uczyć? Sprywatyzowane szkoły oznaczają ogromne rozwarstwienia. Dostęp do szkół będzie nierówny z różnych względów.

Zdaniem prawicy system byłby po prostu zorganizowany lepiej, bo każdy dostawałby sprawiedliwą pensję za swoją pracę.
Prawda jest taka, że w prywatnych przedszkolach panuje straszny wyzysk. Czytam w internecie wpisy w różnych nauczycielskich grupach… Kiedy padają pytania o to, gdzie kto chciałby pracować, to 80–90 proc. odpowiada, że w przedszkolu państwowym. W prywatnym często zatrudniają cię na 40 godzin w hałasie, a nauczyciel musi się jeszcze przygotować do zajęć – robi to za darmo w domu. Nie jesteś się w stanie przygotować mając pod opieką dwudziestu trzylatków, którym często trzeba pomóc w drobnych czynnościach.

Inne popularne przekonanie – standard prywatnych przedszkoli jest lepszy. Muszą konkurować między sobą i dlatego ich właściciele bardziej się starają.
Standardy w prywatnych przedszkolach są niewiele lepsze: jest tylko trochę mniejsza grupa i trochę większa liczba nauczycieli. W wielu przedszkolach nie ma infrastruktury, place zabaw to często mały ogródek. Większa przestrzeń dla dzieci byłaby super, ale dla prywatnego właściciela to koszty, jeśli musi wynająć tak duży teren. W wielu przedszkolach oszczędza się na wszystkim – nie ma np. kolorowego ksero, a kartki A4 dzielone są na pół.
Jeśli ktoś mówi, że prywatne to lepsze, to musi wiedzieć, że to są po prostu maszynki do zarabiania pieniędzy. Ich cel to dowiezienie produktu do końca, nie budowa społeczeństwa. A przedszkole nie jest od zarabiania, tylko od wychowywania dziecka.

Prywatne placówki nie strajkowały. I znowu prawica twierdziła, że to dowód na to, że warunki pracy tam nie są takie złe.
W prywatnym przedszkolu przez pierwsze miesiące pracuje się na zlecenie albo dzieło, a później to jest już dobra wola zatrudniającego. Pensje wahają się w granicach 2500 zł. Ludziom w przedszkolach prywatnych można obniżać godziny pracy, żeby mogli się przygotować do zajęć w domu, ale też obniża im się wtedy pensje. Uważam, że 2000 zł w przedszkolu, w którym czesne wynosi 1600 zł, to bardzo mało. W jednym ze przedszkoli prywatnych usłyszałam od dyrektorki, że płaci nauczycielom tyle, co śmieciarzom.

Dlaczego więc wybrała pani przedszkole prywatne, a nie publiczne?
Zaczęłam pracę jeszcze na studiach, nie miałam pełnych kwalifikacji. Odpowiadała mi kadra w tym przedszkolu – wiedziałam, że dużo się w nim nauczę. Chciałam też zobaczyć, jak działa przedszkole społeczne w praktyce.

Warunki płacowe są jednak gorsze.
I to nie jest jedyny problem. Brakuje mi też często higieny pracy – nie mamy swojego pokoju socjalnego i zaplecza. Czasem trudno skorzystać z toalety, gdy jest się samą na zmianie. Notorycznie się zdarza, że nie mogę się nawet napić, bo kuchnia jest dalej, woda się skończyła, ale nie mogę zostawić dzieci i po nią pójść, nie mogę jej przynieść.To są sytuacje, których rodzice nie widzą. Jest jak jest, staram się nie narzekać, ale czasem myślę sobie: „Na Boga! Czy tak to powinno wyglądać?”.

A rodzice dzieci? Nie widzą w tym nic złego? W końcu opiekuje się pani osobami, które są dla nich najważniejsze…
Wielu rodziców ma stosunek: „płacę, więc wymagam”. Nie myślą zbyt wiele o prawach pracowniczych. Gdyby ktoś bardzo chciał przyprowadzić dziecko na cały dzień, od 7:30 do 17:30, to przeliczając wysokość czesnego za liczbę godzin, okazałoby się, że zarabiam niecałe 4 zł za godzinę.

Poparła pani strajk nauczycieli, ale nie wzięła w nim udziału. Dlaczego?
Nie jestem uzwiązkowiona i nie chroni mnie Karta Nauczyciela. Ci, którzy są w budżetówce, mają określone stawki i pensum – i oni mogą walczyć o ich zmianę. Ja w prywatnym przedszkolu mam inne pensum i zarobki.

Nie ma struktur związkowych w przedszkolach prywatnych?
Tutaj mówienie o związkach zawodowych oznacza, że jest się strasznym komunistą i chce się wracać do PRL-u.
Kiedy byłam na studiach, słyszałam teksty w stylu „zakładajcie przedszkola, to jest dobry biznes”. Jak oświata w tym kraju ma działać dobrze przy takim podejściu? Gdybym miała kiedyś szansę założyć swoją placówkę, próbowałabym to zrobić w formie spółdzielni. Tworzyć folwark, by pracownikom płacić jak najmniej, a sobie jak najwięcej? Nie wyobrażam sobie tego.

A wyobraża sobie pani, że we wrześniu szkoły znowu przestają normalnie pracować?
ZNP czy inne związki musiałyby zebrać tyle funduszy, żeby ci ludzie wytrwali dwa miesiące i dostali np. 80 proc. pensji. Nauczyciele zaczęli mówić o sobie inaczej, zmieniła się ich opowieść – są świadomi, że wykonują ważny, społecznie potrzebny zawód. Problemem jest to, czy będzie finansowe zaplecze. Teraz PiS wziął nauczycieli głodem. Zarobki nauczycieli są tak niskie, że trzy tygodnie protestu potwornie uderzyły ludzi po kieszeni. Dlatego nie chciałabym oceniać ludzi, którzy tego strajku nie podjęli. Sytuacje są różne, ktoś może mieć np. chore dziecko, które wymaga rehabilitacji…

Strajkujący nauczyciele bardzo podkreślali: niskie zarobki to tylko mała część problemu. Uzdrowienia wymaga wiele różnych aspektów działania szkół. Jak to wygląda z pani perspektywy?
Pierwszy problem, który przychodzi mi do głowy, to przeładowane klasy, brak indywidualnej opieki. To z tego powodu np. tak kwitnie dziś rynek korepetycji. Ponadto w wielu szkołach chodzi się do pracy na zmiany, co oznacza, że dzieci w wieku 8–9 lat czekają w świetlicy i są zmęczone. Dużym problemem jest dojazd do szkoły na obszarach wiejskich. Widzimy też oderwanie „góry”, tj. ministerstwa, od tego, co się dzieje w szkole. Ogromnym plusem polskich szkół są za to kompetencje polskich nauczycieli. Oni ciągle, na własny koszt, robią kolejne kursy, studia podyplomowe… Sama widzę, jak wiele potrafię się nauczyć od nauczycieli z dwudziestoletnim stażem. Niestety jednak w obecnych warunkach to tak, jakby najlepszemu informatykowi dać do pracy stary komputer.

Co z placówki społecznej, w której pani pracuje, przeniosłaby do publicznego systemu oświaty?
Bardziej demokratyczne podejście do edukacji. Mniejsze grupy, więcej nauczycielek, czas na rozmowę z dzieckiem. Przedszkole nie może być przechowalnią, tylko miejscem, w którym dziecko może się rozwijać i czuć bezpiecznie. Tak nie będzie w 25-osobowej grupie trzylatków z jedną nauczycielką i pomocą. Przy najszczerszych chęciach nauczyciela indywidualne podejście nie jest wtedy możliwe.
My chcemy dzisiaj fińskiej edukacji, ale nie chcemy za nią zapłacić. W Finlandii prywatne szkolnictwo jest zabronione. Często się powtarza, że „to inna mentalność”. Nie, tam po prostu są większe nakłady na edukację i u nas musi być tak samo.

Rozmawiał Michał Pytlik

Artur Sierawski, zaangażowany od dawna w walkę z deformą edukacji autorstwa minister Anny Zalewskiej, w ramach organizacji „Nie dla chaosu w szkole”, również nazywa decyzję o zawieszeniu strajku „kontrowersyjną”.
Strajk został zawieszony, a maturalna specustawa ustawa dalej była procedowana. W dodatku Andrzej Duda tę ustawę podpisał. Stąd panuje tak duże niezrozumienie tej decyzji wśród nauczycielek i nauczycieli. Rozgoryczenie jest tym większe, że jak sam Sławomir Broniarz podkreślał, zdecydowana większość strajkujących nie należała do ZNP. A nie mieli oni prawa głosu w trakcie negocjacji z rządem – nie powinno było tak być.
Co dalej? Już się słyszy, że nauczyciele odwołują swoje zajęcia dodatkowe, które do tej pory prowadzili nieodpłatnie. Nie chcą również jeździć na wycieczki kilkudniowe, czy brać udziału w weekendowych festynach. Drugi skutek, który dla mnie jest bardzo ważny, to masowe odchodzenie z zawodu. Dwoje moich znajomych, młodych nauczycieli, mówi, że pracuje do czerwca i zmienia pracę. Nauczyciele czują się upodleni porażką i wyniszczeni psychicznie przez propagandę rządu.

II część rozmów o przyszłości szkoły opublikujemy w następnym wydaniu.