Polska szkoła na równi pochyłej

Coraz bardziej widoczne oraz uciążliwe stają się koszty zaniechań i błędów popełnionych przez PiS w oświacie.

Polska nie ma szczęścia do reform edukacyjnych. Właściwie wszystkie zmiany systemowe w oświacie jakie wprowadzały władze, były dość powszechnie krytykowane i nie budowały zaufania ani do szkół, ani do państwa. Czasem przyczyną złego odbioru społecznego bywało ich nieprzygotowanie połączone z niekonsekwencją. Tak było na przykład z wprowadzeniem gimnazjów, które w zamyśle miały ułatwić uczniom z regionów i rodzin nieuprzywilejowanych, dostęp do dobrze wyposażonych szkół średniego szczebla oraz opóźnić próg selekcji do liceów, ale ten słuszny zamysł rozbijał się o nieprzestrzeganie rejonizacji.
Niekonsekwentne wprowadzanie zmian w oświacie szło zazwyczaj w parze z brakiem przekonującego tłumaczenia sensu reform. Przykładem może być szeroka i skuteczna mobilizacja społeczna przeciwko obniżeniu wieku szkolnego do lat 6. Podobnie jak w przypadku gimnazjów, zasadniczym celem tej reformy było wyrównywanie szans edukacyjnych – w tym przypadku poprzez przyspieszenie kontaktu z systemem edukacyjnym, co byłoby szczególnie korzystne dla dzieci z rodzin nieuprzywilejowanych, o niższym kapitale kulturowym. Jednak nikt tego celu społeczeństwu przekonująco nie wyjaśnił, nie podjęto też wspólnie ze szkołami wysiłku, aby pokazać korzyści ze zmiany,
Prawo i Sprawiedliwość wyciągnęło z tych wszystkich błędów wnioski – i postanowiło zreformować polską szkołę bez żadnego jasno określonego celu.

Centralizacja nade wszystko

PiS wiedziało, że populistycznej polityki oświatowej nie da się przeprowadzić bez zwiększenia kontroli rządu nad szkołami. Dlatego niemal jednocześnie z podniesieniem wieku szkolnego do 7 lat, zwiększono kompetencje wojewódzkich kuratorów oświaty i wymieniono większość z nich na osoby zaufane.
Kurator, niczym wojewoda, stał się swoistym emisariuszem rządu w terenie, posiadającym od tej pory część kompetencji, które wcześniej należały do samorządów. Przyznano mu na przykład prawo do decydowania o likwidacji szkół oraz nadzór nad ośrodkami doskonalenia nauczycieli. Ponadto kuratorzy, dotychczas powoływani przez wojewodów, teraz mianowani są bezpośrednio przez ministra edukacji.
Wzmocnienie kuratorów wpisuje się w szerszy, centralizacyjny kierunek polityki PiS. W środowiskach eksperckich zajmujących się oświatą od dawna zgłaszano pomysł całkowitej likwidacji kuratoriów, skoro do momentu przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość raczej ograniczano ich rolę, przekazując zarządzanie finansami szkół samorządom, a nadzór nad egzaminami centralnej komisji. Jednak ponowne wzmocnienie roli kuratorów i ich ściślejsze powiązanie z rządem oznaczało koniec pomysłów na zwiększenie szkolnej autonomii, na przykład poprzez zastąpienie kuratoriów radami oświatowymi, w których zasiadaliby przedstawiciele władz samorządowych, szkół i rodziców.
Zamiast większego wpływu na edukację, uczniowie, nauczyciele i rodzice dostali więcej centralizacji.

Szanse tylko dla bogatych

Likwidacja gimnazjów oraz ponowne podniesienie wieku rozpoczęcia nauki cofnęły pozytywny trend w myśleniu o polskiej szkole, polegający na dążeniu do uczynienia jej narzędziem wyrównywania szans życiowych.
Wiele osób, które kształciło się w starym, analogicznym do przywróconego reformami PiS systemie ośmioletniej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum, być może obruszy się na ten zarzut. W końcu skoro oni odebrali edukację według dawnego modelu i nie narzekają, to może owiane złą sławą gimnazja czy budzące obawę wcześniejsze posłanie dzieci do szkoły nie są warte obrony?
Ponadto badania zadowolenia z poziomu nauczania, przeprowadzone przez CBOS po reformach PiS, pokazują, że większość respondentów ocenia te działania raczej pozytywnie. Najwyżej oceniano szkoły podstawowe i licea, ale nawet w tak krytykowanych gimnazjach poziom nauki był oceniany jako dobry przez 41 proc. respondentów, a jako zły przez 27 proc.
Jednak z badań forum idei Fundacji im. Stefana Batorego wynika, że pod pozorami zadowolenia z poziomu polskiej szkoły kryje się wiele działań oraz opinii świadczących o czymś wręcz przeciwnym. Polscy rodzice wydają znaczące sumy na korepetycje, średnio 420 złotych w miesiącu.
Z płatnej pomocy w nauce korzysta ponad 34 proc. rodzin z dziećmi w wieku szkolnym, przede wszystkim dobrze wykształconych, nieźle sytuowanych i mieszkających w dużych miastach. Natomiast połowa rodziców z wykształceniem podstawowym i połowa rodzin, gdzie dochód na osobę nie przekracza 900 złotych miesięcznie, posłałaby dziecko do szkoły prywatnej, gdyby na przeszkodzie nie stało czesne.
Z tych danych wyłania się pesymistyczny obraz szkoły, która nie tylko przestała zmierzać w kierunku wyrównywania szans, ale nie jest w stanie zaspokoić edukacyjnych aspiracji Polaków. Zamożniejsi i lepiej wykształceni realizują je, dopłacając z własnej kieszeni, biedniejsi i gorzej wykształceni snują niemożliwe do zrealizowania marzenia o szkołach prywatnych.
Pozytywna opinia o jakości kształcenia w polskich szkołach okazuje się zatem nie przystawać do rzeczywistości – jest raczej odzwierciedleniem rozbudzonych aspiracji edukacyjnych społeczeństwa niż faktyczną oceną jakości wykształcenia. A od dawna idzie w parze z negatywną korelacją między wykształceniem a zaufaniem do systemu edukacyjnego.
Lepiej wykształceni Polacy mniej ufają szkołom, co wiąże się z większą gotowością do uzupełniania niedostatków za pomocą zajęć opłacanych z własnej kieszeni. Gorzej wykształceni są bardziej skłonni ufać w jakość edukacji, bo nie dysponują innymi narzędziami awansu społecznego.
Z problemem wydatków na korepetycje bezpośrednio wiąże się problem przeładowanych i archaicznych podstaw programowych. Prawo i Sprawiedliwość nie tylko przywróciło dawny system organizacji prac szkół, ale powiela też, a w przypadkach niektórych przedmiotów wręcz potęguje nieadekwatne obciążenia zbyt dużą ilością materiału.
W wystąpieniu Rzecznika do byłej już minister Anny Zalewskiej z listopada 2018 roku czytamy na przykład: „Realizacja podstawy programowej nie powinna wiązać się z nakładaniem na uczniów dodatkowych, pozaszkolnych obciążeń. Tymczasem jestem informowany o sytuacjach delegowania na uczniów i ich rodziców części zadań związanych z kształceniem. Taka praktyka to przede wszystkim prace domowe w niepokojącej ilości, a także zadawanie tematów nieprzerobionych na lekcji do samodzielnego opracowania. Ma to bezpośredni wpływ na ograniczenia prawa dzieci do czasu wolnego, zabawy i rozwijania własnych zainteresowań, a także przyczynia się do postępującego przemęczenia uczniów”.

Rozprawić się z nauczycielami

Odkąd PiS zmienił system organizacji prac szkół i po prostu przepisał podstawy programowe lub wręcz spotęgował ich największe wady – kompletnie nie biorąc pod uwagę, że wraz z likwidacją gimnazjów zmieni się także wiek uczniów i ich przygotowanie na danym etapie nauki – marzenia o tym, że Polska szkoła będzie uczyła nie tylko faktów, ale także pracy zespołowej czy kompetencji miękkich, stały się jeszcze bardziej odległe. Robi to zapewne garstka zapaleńców w szkołach publicznych i prywatnych, ale tego rodzaju działania pozostają swoistą dywersją: państwo w żaden sposób ich nie wspiera, a jego oficjalne wytyczne wręcz dają im odpór.
Nauczyciel to zawód zaufania publicznego, a jednocześnie w tej kategorii jest to profesja chyba najgorzej wynagradzana. Z zestawienia przygotowanego przez autorów bloga Neuropa wynika, że w 2012 roku wynagrodzenie nauczyciela dyplomowanego wynosiło 88 proc. średniej krajowej, w 2018 już tylko 72 proc. Ponieważ nauczycielskie pensje nie tylko nie odzwierciedlają wzrostu płac w rozwijającej się gospodarce, ale pozostają za nim daleko w tyle, strajk nauczycieli z pierwszej połowy 2019 roku, jak na razie zawieszony, nie powinien dziwić.
Jednak rząd nie tylko nie był na te działania przygotowany, ale skonfrontowany z protestem nauczycieli wybrał strategię dyskredytowania i dzielenia środowiska nauczycielskiego. Zamiast potraktować poprawę poziomu życia nauczycieli za istotny cel państwa i gwarancję realizowania przez szkoły kluczowych dla jego rozwoju zadań, partia rządząca zdecydowała się na konfrontację i niszczenie wizerunku jednej z najistotniejszych profesji zaufania publicznego.
W wielu krajach nauczyciele są liderami, jeśli chodzi o zaufanie publiczne – i jest to traktowane jako dowód na właściwe realizowanie przez państwo jednego z podstawowych zadań, jakim jest oświata. W badaniu firmy Kantar, zrealizowanym w trakcie strajku, nauczyciele znaleźli się na pierwszym miejscu wśród zawodów zaufania publicznego w Polsce.
Jednak w badaniach porównawczych, przeprowadzonych przez firmę GFK, respondenci w Polsce ufali im rzadziej niż badani w jakimkolwiek innym kraju Unii Europejskiej. Dla rządu dbającego o rozwój społeczny te dane powinny być sygnałem do działania i poszukiwania sposobu poprawy zaufania do nauczycieli. Jednak w Polsce rządzonej przez PiS uzasadnione postulaty płacowe stały się sygnałem do rozprawy z nauczycielami.

Coraz więcej nierówności

Do dziś skuteczna walka z czarną legendą gimnazjów poprzez ich likwidację pozostaje w zasadzie jedynym skutkiem reform edukacyjnych PiS. Zapłaciliśmy za ten propagandowy efekt wysoką i całkiem realną cenę.
Odwrócone zostały pozytywne trendy takie jak przyznawanie szkołom i odpowiedzialnym za nie samorządom większej autonomii oraz zmienianie systemu szkolnego tak, aby wyrównywał szanse życiowe uczniów. Rozpoczęto konflikt z całą grupą zawodową nauczycieli i nie zanosi się, aby ten spór prędko doczekał się pozytywnego rozstrzygnięcia.
Na dzieci nałożono zaś rozdmuchane, oderwane od rzeczywistości wymagania, potęgując przewagę uczniów z zamożniejszych i lepiej wykształconych domów, gdzie rodzice mają czas, środki i kompetencje, by uzupełnić szkolne lekcje korepetycjami.
Polska szkoła stała się w efekcie jeszcze bardziej nierówna, a bezpieczniejsza jest tylko w teorii.

 

Zdrowie – „organizacja – głuptasie”!

Niewielka część suwerena powiedziała w badaniach ankietowych, że walczące w kampanii wyborczej partie powinny zając się przede wszystkim problemem ochrony zdrowia, Wszyscy więc rzucili się do boju, pokazując wydłużające się kolejki do lekarzy – specjalistów, narastające zadłużenie szpitali, ucieczkę młodych lekarzy do krajów, w których mogą lepiej zarobić, niechętny stosunek do pacjentów i – jako klamrę tych nieszczęść – niedostatek środków przeznaczanych na poprawę tej, nie najweselszej, dziedziny naszego życia. Ulegam modzie i też dołożę się do tego tematu.

Jak już dostatecznie popłakali, to zaczęli się chwalić, że dużo już zrobili i obiecywać, że w najbliższych latach przeznaczą na ochronę zdrowia znacznie większe środki, kupując może mniej supernowoczesnych samolotów przeznaczonych właśnie do niszczenia zdrowia i odbierania życia, – ale obywatelom innych nacji.
To dobrze. Nie do końca wierzę, ale się cieszę. Ogarnia mnie jednak niepokój czy te środki, – jeśli będą – zostaną właściwie wykorzystane.

Nie tylko finanse

Kompletnie nie znam się na medycynie, ale „służba zdrowia” – zwłaszcza publiczna, czyli gwarantowana przez państwo, to nie tylko problem pieniędzy. Znam dziesiątki przykładów działań naszego państwa, w których zmarnowano ogromne środki przez nadmierne łączenie gospodarki z ideologia i polityką, ale także przez złą organizację.
A na tym ostatnim trochę się znam.
Wiele lat temu pisano i mówiono, że amerykański prezydent Bill Clinton przyjął, jako hasło wyborcze i kazał wywiesić w gabinecie owalnym transparent z napisem „Gospodarka – głupcze”. Miało mu to codziennie przypominać, żeby nie zajmował się tylko polityką zagraniczną i wewnętrzną, ale także gospodarką, – czyli podstawą funkcjonowania społeczeństwa. Sądzę, że nasi notable zajmujący się ochroną zdrowia w obecnej i następnej ekipie powinni też wywiesić sobie takie transparenciki z napisem – noże bardziej delikatnie sformułowanym – „Organizacja – głuptasie!” Spróbuję nieudolnie uzasadnić tą sugestię.
Jestem wszechstronnie chory, ale mimo to moje kontakty ze szpitalami były tylko trzydniowe. Za to aż w sześciu placówkach, zlokalizowanych nie tylko w Warszawie. I – w ostatnich latach – tylko z jedną rejonową przychodnią. Uczulenie organizacyjne powodowało, że obserwowałem pracę tych placówek właśnie z tego punktu widzenia. Nie będę ich wymieniał, ale stosując akademicki, nadal pięciostopniowy system ocen, żadnej z tych placówek nie mógłbym przyznać piątki. Tylko dwie – moim zdaniem – zasługują na mocne czwórki, dwie na trójkę z plusem i pozostałe na słabe trójki. Wrażenie ogólne jest takie, że lepiej są zorganizowane małe placówki, a gorzej – a nawet znacznie gorzej – duże i z medycznego punktu widzenia uchodzące za kluczowe.

Oczekiwanie

Co mnie – przykładowo – wyprowadzało z organizacyjnej równowagi?
Zacznijmy od szpitali. Pierwsze, co rzuca się w oczy przybyłemu do Izby Przyjęć (nie do SORu, bo to w ogóle inna sprawa) pacjentowi, to z reguły długi czas oczekiwania na decyzję, czy zostanie przyjęty i doprowadzenie do momentu, kiedy sadzają go na wózku i wiozą do przydzielonej sali i łóżka. Ten czas oczekiwania powoduje, że pacjent czuje się jeszcze bardziej chory i czasem rujnuje mu równowagę psychiczną.
Rozumiem braki kadrowe, ale mimo to nie mogę uznać tego stanu za organizacyjnie normalny. Szpital musi być stać na to, aby w izbie przyjęć był zawsze lekarz dyżurny – a jeśli placówka jest duża i przyjmuje średnio kilkunastu czy kilkudziesięciu pacjentów dziennie – odpowiednio dwóch, a nawet trzech czy czterech lekarzy. Powinno być tak jak w policji, straży pożarnej, placówkach pogotowia, jednostkach wojskowych – zawsze jest „dyżurny oficer”. „Lekarz pierwszego kontaktu” powinien czekać na pacjentów – a nie odwrotnie. Jeśli są okresy, w których nikt się nie zgłasza, niech czyta książkę, albo układa pasjanse w komputerze. Ale powinien witać pacjenta niemal przy wejściu i stwarzać wrażenie, że był oczekiwany i jest mile widziany. Jeśli potwierdzenie choroby pacjenta wymaga dłuższych badań, niech mu je robią wtedy, kiedy już „mieszka” na swoim łóżku.
Kierownicy placówek zaraz powiedzą – a jak nie mamy wolnych łóżek w salach i kładziemy pacjentów na korytarzach. Trudno – niech tam leżą, ale niech nie czekają.
Nie chcę być złośliwy i może mam pecha, – ale z moich obserwacji wynikało, że prawie zawsze można znaleźć wolne łóżko, tylko w ogólnym bałaganie nikt nie wie gdzie go szukać, albo „jeszcze nie jest przygotowane po poprzednim pacjencie”, a w „harmonogramie sprzątania” jest jeszcze na odległej pozycji.
A brak lekarzy? Ze zdziwieniem słucham niektórych wypowiedzi na ten temat. W państwie demokratycznym i w gospodarce rynkowej istnieją tylko dwie możliwości zatrzymania lekarzy, lub nawet ściągnięcia dodatkowych z zagranicy. Pierwsza – płacić więcej niż inni. I druga – traktować studia medyczne jako odpłatne i finansowane przez udzielony przez państwo kredyt, który trzeba spłacić po uzyskaniu dyplomu, pracując w państwowej służbie zdrowia. Tak krótko było w PRL, ale politycznie się nie podobało.

Organizacja pracy

Drugie spostrzeżenie organizacyjne dotyczy wykorzystania sprzętu. Nie chodzi mi o sprzęt służący do specjalistycznych badań, bo ten, niejako z natury rzeczy, jest zawsze eksploatowany z przerwami. Chodzi mi o – przykładowo – zakładane pacjentom w szpitalu kardiologicznym kasetki z czujnikami, które monitorują pracę ich serc i przekazują jej obraz do urządzeń podobnych do małych komputerów, stale – teoretycznie – obserwowanych przez pielęgniarki. W takim renomowanym szpitalu byłem kilka dni i zawieszenie na szyi tego nadajnika dawało mi złudną nadzieję, że jestem pod „kardiologicznym nadzorem”. Do czasu nocy, w czasie której bardzo źle się poczuł mój sąsiad w pokoju. Obudził się, naciskał jakieś guziki i wiszący dzwonek – bez odzewu. W końcu postanowiłem zastąpić aparaturę i podreptałem do sali pielęgniarek. Było ich tam kilka i z daleka było słychać, że atmosfera jest towarzyska i pogodna. Nauczony doświadczeniem, z miną grzecznego mopsa powiedziałem o złym samopoczuciu sąsiada. Dwie panie poszły ze mną. Po drodze zapytałem nieśmiało, dlaczego nie reagują na sygnały aparatury. No, bo odbiorniki stoją w takim miejscu, że widzą je tylko specjalnie lub przypadkowo podchodząc. Ale przecież zawsze ktoś – jak dzisiaj pan – powiadomi nas o potrzebie ingerencji.
Trzecia obserwacja dotyczy właśnie pielęgniarek, a właściwie ich obciążenia. W środkach masowego przekazu wszyscy dyrektorzy szpitali skarżą się ma brak pielęgniarek. Przykro mi, ale nie odniosłem takiego wrażenia. Nie piszę oczywiście o pielęgniarkach, które są instrumentariuszkami uczestniczącymi w operacjach. Chodzi mi o personel pielęgniarski opiekujący się pacjentami w czasie ich pobytu w szpitalu. Jest ich najczęściej dużo, są w większości miłe i uczynne, ale mają fatalnie zorganizowaną pracę. Poranne spiętrzenia, południowa asysta w obchodach (jeśli są!) i wieczorne sprawdzianie stanu samopoczucia pacjentów i rozdawanie leków. W tzw. międzyczasie zajęte są głównie sporadycznymi interwencjami i wymianą myśli w swoim pokoju dotyczących dzieci, mężów, teściowych i przygód rynkowych
Nie sugeruję, ab pielęgniarki pracowały z intensywnością znaną z taśmowej produkcji przemysłowej. Ale prawidłowa organizacja może spowodować, że ich liczba okaże się wystarczająca.
W przychodniach najbardziej denerwujący niedowład organizacyjny dotyczy wydawania recept. Miało być tak, że w recepcjach, co najmniej jedna osoba będzie upoważniona do wystawiania i podpisywania recept na leki, które pacjenci biorą stale na choroby przewlekłe. Może gdzieś tak jest, ale tam, gdzie bywam wystawienie recepty wymaga zapisania się do lekarza i oczekiwania w kolejce na jego podpis. A jeśli chce się wejść poza kolejką, dochodzi do sporów z oczekującymi pacjentami lub nawet z lekarzem, bo podpisywanie „dezorganizuje” mu pracę. W konsekwencji prawie 1/3 oczekujących w kolejkach, to osoby, które od lekarza chcą tylko recepty.

Choroba przewlekła

Służbę zdrowia dręczy też – moim zdaniem – zbiorowa choroba przewlekła, także mające swe źródło w organizacji. Wynika ona z tego, że decydenci rządzącej partii od dawna nie korzystają z „normalnej” służby zdrowia, tylko są dopieszczani przez specjalnie wyodrębnione jednostki lub przez lokalne związki administracji z „medycyną”. Nawet szpital w małym mieście zajmie się bardziej serdecznie burmistrzem, wysokimi urzędnikami i szefami miejscowych przedsiębiorstw. Inaczej nie wypada. I to nawet można zrozumieć.
Gorzej, że „najwyższe władze” wyciągają z tego uogólnione wnioski. Wydaje im się, że tak, jak w „ich” szpitalu, jest wszędzie. Z zainteresowaniem słucham wypowiedzi publicznych obecnego ministra zdrowia. Jego optymizm jest niemal zaraźliwy, i często mu zaczynam wierzyć, – ale tylko do czasu kolejnej konfrontacji z praktyką. Składając pokornie łapki, jak mój piesek w proszalnym geście, pozwolę więc sobie na zakończenie zwrócić bezpośrednio do Pana Ministra. I wykorzystam własne doświadczenia, nie powołując się na opowiadania i plotki docierające od innych klientów służby zdrowia.
Szanowny Panie Ministrze!
To prawda, że obniżono mi cenę na dwa stosowane leki i jeden jest za darmo. Ale jednocześnie podniesiono cenę na inne. Miesięcznie wydaję na ten zbożny cel ciągle zbliżoną kwotę – około 500 złotych.
To prawda, że w wielu placówkach służby zdrowia wiszą cytowane z przepisów informacje, że „opiekujemy się specjalnie kombatantami”. Ale w praktyce dotyczy to tylko jednej sprawy – możliwości wcześniejszego zapisu na wizytę u lekarza. Powoływanie się na przywileje kombatanckie w innych sytuacjach budzi współczujący uśmiech i nie daje żadnego wyniku. Czasem (dobrze, że rzadko) można odnieść wrażenie, że ponieważ kombatanci są dwa, lub nawet trzy razy, starsi od lekarza, to ma on ochotę zalecić im znaną z przeszłości wskazówkę na zachowanie w czasie ataku atomowego – „najlepiej przykryć się prześcieradłem i czołgać w stronę najbliższego cmentarza”.
To prawda, że np. drogi, powtarzalny zabieg w okulistyce polegający na podaniu leku zastrzykiem w oko, może być objęty programem opłacanym przez NFZ. Wydaję na te zastrzyki 400 zł. miesięcznie od dwóch lat (starczyłoby na niezły używany samochód, który mógłbym, jak kombatant w Krakowie, podarować komuś z aktualnych władz) i urocza lekarka, która robi mi tą przyjemność, wystąpiła o zaliczenie mnie do tego programu. Kwitnąca w Pańskim resorcie biurokracja powoduje jednak, że NFZ chce więcej papierków potwierdzających, że to wbijanie igły w oko nie sprawia mi erotycznej przyjemności. I tylko złośliwie chcę, aby za tą przyjemność płaciło reprezentowane przez Pana państwo – zgodnie z nieprzemyślaną Konstytucją i niepotrzebnymi deklaracjami specjalnie troskliwego traktowania kombatantów.
To prawda, że lekarze są w większości przepracowani. Ale obserwuję od lat pogarszający się „średni” stan ich stosunku do pacjentów. – a to ma związek nie tylko z przepracowaniem, ale także ze szkoleniem i nadzorem – a więc z organizacją. Są lekarze zawsze uprzejmi. Są uprzejmi tylko w stosunku do wybranych pacjentów. Ale są też nieuprzejmi i nieuczynni z zasady i w stosunku do wszystkich. Relatywnie młody lekarz może np. – widziałem taki przypadek – powiedzieć wiekowemu i bardziej ode mnie schorowanemu kombatantowi, proszącemu o podpis na przygotowanej przez recepcję recepcie: „Niech pan wyjdzie i poczeka dwie godziny, aż skończę dyżur. Przecież nie ma Pan nic do roboty!”.
To prawda, że placówki służby zdrowia są coraz lepiej wyposażone, m.in. w wyniku działań Wielkiej Orkiestry. Ale w najniższych szczeblach organizacyjnych popełnia się błędy powodujące, że czasem brakuje prostych i tanich rzeczy, jak przyzwoite termometry, maseczki, rezerwowe piżamy, dodatkowe koce dla zmarzluchów. W ostatnich dniach usłyszałem w telewizorze potwierdzenie tej obserwacji przez sympatyczną panią Janinę Ochońską. Też była w jakimś szpitalu, doskonale wyposażonym, w którym nagle zabrakło..,. prześcieradeł. To także typowy przykład niedoróbki organizacyjnej. Ktoś nie zamówił, albo zamówił za mało. Pralnia albo dostawca nie nadąża. Ktoś zapomniał, że są potrzebne. W PRL przez wiele lat brakowało sznurka do snopowiązałek. Ale to inne czasy i nie sądzę, aby prześcieradła, w gospodarce rynkowej, nagle zaczęły być artykułem deficytowym.
A więc – jak by powiedział poseł Szczerba – Panie Ministrze Kochany – proponuję, aby wymieniony w tytule napis umieścił Pan także w swoim gabinecie. Może Pan go zredagować jeszcze bardziej łagodnie. Przyda się, jeśli nawet po wyborach skład rządu ulegnie zmianie i wróci Pan do swojej specjalności. Dla pacjentów lepiej, – jako kardiolog ma Pan doskonałą opinię.

Czas formowania osobowości

Obserwujemy chaos i kryzys spowodowany tzw. reformą szkolnictwa przejawiające się w postaci niskich wynagrodzeń nauczycieli i dużych obciążeń czasowych często wynikających z pracy w kilku szkołach.

Głoszona przez polityków obozu rządowego cyniczna opinia o nauczycielach, którzy chcą mniej pracować a więcej zarabiać wynika chyba zarówno z ignorancji jak i ze złej woli. Przejawy ignorancji to uwzględnianie jedynie-jako czasu pracy nauczyciela- godzin spędzonych w szkole. Tymczasem -jak powszechnie wiadomo-nauczyciel pracuje również w domu sprawdzając i poprawiając wypracowania i rozwiązania zadań oraz przygotowując się do lekcji. Jego praca to również monitorowanie zmian zachodzących w obrębie przedmiotu, który prowadzi, a wynikających z napływu nowej wiedzy.
Czasochłonne jest też-konieczne w naszych czasach-ciągłe zapoznawanie się z informatycznymi instrumentami nauczania. W szkolnictwie skandynawskim istnieją dobre wzorce oceny czasu pracy nauczycieli. Chyba warto z nich skorzystać.
Szamotanie się z własną biedą sprawia, że wielu nauczycielkom i nauczycielom niewiele pozostaje czasu, sił i cierpliwości na ważną pracę wychowawczą, na wnikanie w kłopoty i rozterki uczennic i uczniów.Istnieje niebezpieczeństwo, że do zawodu nauczycielskiego nie trafią ludzie umotywowani i rzeczywiście potrzebni. Albo też z niego odejdą. Skutki obecnych anomalii i trudności prawdopodobnie będą odczuwane po latach. Dotyczy to w szczególności szkół średnich. Nauka w tych szkołach przypada na okres, który w krajach anglosaskich określa się jako formative years. Jest to okres kształtowania charakterów i osobowości, zainteresowań i wyobrażeń o przyszłym własnym miejscu w życiu społecznym. Następuje czas odkrywania siebie i budzenia zaufania do własnych możliwości, a czasami-zwątpienia we własne siły. Pod kierunkiem dobrych nauczycieli ich podopieczni poznają własne możliwości i ograniczenia, rozszerzają swe horyzonty umysłowe i kształtują wrażliwość. W przypadku szkół specjalnych uczą się przezwyciężać wiele ograniczeń wynikających z niepełnosprawności.

Jak zostałem uczniem liceum

Z wdzięcznością wspominam moich znakomitych nauczycieli z Liceum Ogólnokształcącego w Kole nad Wartą (obecnie Liceum Ogólnokształcące nr 27 im. Kazimierza Wielkiego). Moje lata nauki w tym Liceum przypadły na ponury okres stalinizmu. Należałem do ludzi podejrzanych i obserwowanych, gdyż mój ojciec został usunięty z PZPR za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”.Był zdecydowanym zwolennikiem polskiej drogi do socjalizmu. O przyjęciu do Liceum decydowała komisja w której był tzw. czynnik społeczny-przedstawiciel Komitetu Powiatowego PZPR. Naturalnie wiedział on kim był mój ojciec. Stąd też nie znalazłem się na liście nowoprzyjętych.
Na moje szczęście jeszcze w szkole podstawowej zacząłem uczęszczać do Ogniska Muzycznego. Jego kierownikiem był Jan Szczepankiewicz pracujący równocześnie w miejscowym starostwie w dziale kultury. Szczepankiewicz w ówczesnym Kole był znaną i wpływową postacią. Jako nastolatek powrócił z rodzicami ze Stanów Zjednoczonych. Ponieważ naukę w szkole rozpoczął w Ameryce po powrocie mówił lepiej po angielsku niż po polsku. W kraju z gimnazjum i liceum klasycznego wyniósł znajomość greki, łaciny, francuskiego i niemieckiego. Był dyrygentem chóru, mandolinistą i wykładowcą muzykologii.
Gdy poznałem go jako uczeń Ogniska odpowiadał cierpliwie na moje ciągłe pytania dotyczące różnych tematów i pożyczał mi książki. Moim nauczycielem gry na skrzypcach był Wacław Wierzbicki, który w Liceum Ogólnokształcącym wykładał historię. Szczepankiewicz i Wierzbicki skutecznie interweniowali w mojej sprawie u dyrektora Liceum Zygmunta Krzyckiego. Wkrótce przekonałem się, że Krzycki był ważnym działaczem partyjnym. Kiedy ktoś telefonował z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa odpowiadał oschle:” Władzą w szkole jestem ja. Ja. I jeszcze raz ja”. Siostra Krzyckiego pisarka Stanisława Fleszarowa -Muskat z czasem stała się autorką popularnych powieści.
W tamtych czasach wszyscy byliśmy przytłoczeni propagandowymi frazesami o „przodującej nauce i kulturze radzieckiej”.Zgodnie z tą propagandą Rosjanie wszystko wynaleźli,byli pierwsi, jedyni i najlepsi. Było to źródłem różnych dowcipów.
Mądrzy nauczyciele często znajdowali sposoby na dyskretne przeciwstawianie się tej propagandzie. Jeszcze w szkole podstawowej nauczyciel biologii Władysław Ziemacki-zobowiązany do wychwalania Iwana Miczurina, który wyhodował m.in. odmiany jabłoni owocujące na syberyjskiej Północy. Ziemacki mówił o Miczurinie jako jednym z twórców odmian roślin. Omawiał też osiągnięcia innych. Mówił o Amerykaninie Burbanku, który wyhodował m.in. kaktusy bez kolców stanowiące paszę dla bydła. O Szwedzie Nilssonie hodującym nowe odmiany pszenicy i o Polaku Dankowskim znanym na świecie jako twórca nowych odmian ziemniaków.
Władysław Ziemacki był autorem kilkunastu artykułów opublikowanych w czasopismach naukowych oraz książki z zakresu etnologii. Zachęcał mnie do samodzielnego uczenia się języków obcych i pożyczał książki. W Liceum znakomitym nauczycielem chemii był Stanisław Bajer, ceniony i szanowany były dyrektor szkoły. Omawiając układ Mendelejewa informował o poprzednikach wielkiego uczonego rosyjskiego. Byli to Niemiec Debereiner i Anglik Newlands. O” trójkach” Debereinera i „oktawach” Newlandsa w podręczniku nie było mowy. Dowiedzieliśmy się o nich dzięki naszemu nauczycielowi. Do nas, uczniów dotarła świadomość, że badania naukowe to proces w którym uczestniczą różni uczeni, których praca umożliwia sukcesy ich następców. Bajer i Ziemacki pomogli swym uczniom w ukształtowaniu poczucia proporcji wbrew natrętnej propagandzie.
Dyrektor Zygmunt Krzycki był znakomitym fizykiem. Jego kolega ze studiów , matematyk, Władysław Korzeniowski czasami posługiwał się niewyparzonym językiem, co przysparzało mu popularności wśród uczniów. No bo profesor matematyki, a” swój człowiek”. Jako opiekun Kółka Matematycznego, do którego należałem, skłonił mnie do przygotowania referatu na temat prac Bertranda Russella dotyczących paradoksów logiki. Od tamtego czasu zainteresowanie Russellem towarzyszy mi do chwili obecnej.
Nauczyciel łaciny Władysław Kordek znający na pamięć klasyczne teksty z podręczników zwrócił moją uwagę na użyteczność tego przedmiotu jako bramy do języków romańskich. Historyk Wacław Wierzbicki odradzał mi czytanie niektórych ówczesnych autorów, którzy-jak mówił -byli karierowiczami a nie uczonymi. Dzięki jego prywatnemu księgozbiorowi poznałem dzieła wybitnych historyków m. in Bolesława Limanowskiego. Wacława Tokarza i Michała Bobrzyńskiego.

Jak nie zostałem wirtuozem

W Ognisku Muzycznym zapragnąłem zostać skrzypkiem-wirtuozem. Wierzbicki -zarówno mnie, jak i innym uczniom radził-próbuj. Wiedziałem, że wirtuozi, aby utrzymać się w formie ćwiczą codziennie wiele godzin. W jeszcze większym stopniu dotyczyło to kandydatów na wirtuozów. Pewnego roku dwa miesiące wakacyjne poświęciłem na codzienne ćwiczenie gry skrzypcowej w wymiarze od 8 do 14 godzin. Po wakacjach usłyszałem wiele pochwał zarówno od nauczyciela jak i od kolegów. Wyniki intensywnych ćwiczeń były jednak poniżej moich własnych oczekiwań. Zrozumiałem, że przy wielkim nakładzie pracy mogę osiągnąć co najwyżej średnie wyniki. Z punktu widzenia ekonomii wysiłku było to nieefektywne.
Poza skrzypcami moje zainteresowania były wielostronne. Przed maturą zastanawiałem się jaki wybrać wydział. Niektórzy z moich kolegów twierdzili,że jako typowy humanista nie dałbym sobie rady na studiach technicznych.W związku z tym postanowiłem pójść na Politechnikę Poznańską. Przed ostateczną decyzją poprosiłem o radę Wacława Wierzbickiego. Mój nauczyciel i przyjaciel wierzył w moje możliwości. Powiedział mi,że nie jest ważne jaki wydział wybiorę, gdyż każdy ukończę. A później będę robić to, co będę chciał.
Na Politechnice Poznańskiej znalazłem dwóch wybitnych, a jednocześnie życzliwych mi profesorów. Kazimierz Kapitańczyk chemik-humanista był w ówczesnej Politechnice Poznańskiej jedynym profesorem z habilitacją. Prof. Wacław Wilczyński-ekonomista był znany z nieortodoksyjnych poglądów. Głęboko rozumiał mechanizm rynkowy. Gdy uzyskałem absolutorium na Politechnice i przygotowywałem się do wyjazdu na uniwersytet amerykański obydwaj napisali listy polecające, które następnie zostały przekazane władzom University of Minnesota w Minneapolis. Po wielu latach prof. Wilczyński udzielił mi ważnych wskazówek na temat metodyki pracy nad rozprawą doktorską.

Jak nie zostałem wyrzucony z Liceum

W gronie pedagogicznym kolskiego Liceum była para małżeńska-dwoje polonistów, którzy z powodów bliżej mi nieznanych odnosili się do mnie nieprzyjaźnie. Być może chcieli-jak to się wówczas mówiło- „wykazać czujność”. Doszło do tego, że wystosowali pisemny wniosek o usunięcie mnie z Liceum. Poza wnioskodawcami nikt z nauczycieli nie złożył podpisu. Dyrektor Krzycki przedstawił wniosek pod dyskusję na posiedzeniu rady pedagogicznej. W mojej obronie wystąpił zdecydowanie Wacław Wierzbicki. Ostateczną decyzję o moim pozostaniu podjął dyrektor. Liceum ukończyłem z wyróżnieniem, które się wtedy nazywało dyplomem przodownika nauki i pracy społecznej.
Wielu absolwentów kolskiego Liceum ukończyło z powodzeniem studia i pomyślnie pracowało i pracuje w różnych zawodach. Znakomici nauczyciele, o których mowa powyżej przyczynili się do tego, że maturzyści ze skromnego liceum w mieście powiatowym, wbrew kłopotom i trudnościom przeżywając konflikty i zawirowania społeczne zdołali zdobyć wykształcenie i pozycję zawodową widoczną w skali ogólnopolskiej.
Znany uczony i przewodnik społeczności akademickiej prof. dr hab. Andrzej Korzeniowski od wielu lat jest rektorem Wyższej Szkoły Logistyki w Poznaniu.
Mgr inż. Jerzy Bajer-prywatnie mąż Zdzisławy Sośnickiej-odnosił i odnosi sukcesy jako przedsiębiorca i menedżer.
Sukcesy badawcze i dydaktyczne odnieśli dwaj uczeni – prof. dr hab. Andrzej Kuncewicz związany od wielu lat z Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie oraz prof. dr hab. Włodzimierz Prądzyński- wielokrotny dziekan Wydziału Technologii Drewna w poznańskim Uniwersytecie Przyrodniczym.
Wiele lat temu odszedł red. Władysław Knycpel, który przez całe życie zawodowe pracował w Polskiej Agencji Prasowej. Przez pewien czas był korespondentem Agencji w Belgradzie.
Zmarły niedawno Ryszard Liczmański przez wiele lat pracował w służbie zagranicznej.

x x x

Dobra szkoła wywiera czasami większy wpływ aniżeli dom rodzicielski. Dobrzy nauczyciele są w stanie opierać się indoktrynacyjnej presji ze strony władz i oficjalnej propagandy. W naszych czasach internet i media społecznościowe mogą powodować dezinformację i zagubienie w powodzi zmanipulowanych wiadomości. Stąd też rola nauczycieli- przewodników i przyjaciół uczniów znajdujących się w ważnym okresie kształtowania osobowości-jest szczególnie doniosła.

Szkoła nie może być folwarkiem – rozmowy (część 1)

Aneta (imię zmienione) jest nauczycielką w jednym z prywatnych przedszkoli społecznych w Warszawie. W rozmowie z Portalem Strajk opowiada, co oznaczałaby prywatyzacja systemu oświaty i jak wyglądał strajk z perspektywy placówki prywatnej.

Polska oświata, która i tak nie była w najlepszym stanie, została przez deformę Anny Zalewskiej doprowadzona do kompletnej ruiny – wykazał raport NIK. Jego publikacja sprawiła, że jeszcze intensywniej toczy się w szkołach dyskusja o tym, co robić dalej, po przegranym strajku. Przedstawiamy perspektywę nauczycielki, związkowca i uczennicy w tej sprawie.

PORTAL STRAJK: Skrajna prawica w trakcie strajku nauczycieli tradycyjnie uznała, że gdyby sprywatyzować system oświaty, to działałby o wiele lepiej. Pani uczy w prywatnym przedszkolu – co miałaby pani do powiedzenia prawicy?
ANETA: Uczę w przedszkolu społecznym, które uznałabym za półprywatne. Tutaj wszyscy mają wpływ na to, jak wyglądają zajęcia, zwłaszcza rodzice. Jednak dlaczego prywatne przedszkole miałoby działać lepiej od publicznego? Czy to, że nauczyciel zmienia przedszkole z państwowego na prywatne oznacza, że będzie lepiej uczyć? Sprywatyzowane szkoły oznaczają ogromne rozwarstwienia. Dostęp do szkół będzie nierówny z różnych względów.

Zdaniem prawicy system byłby po prostu zorganizowany lepiej, bo każdy dostawałby sprawiedliwą pensję za swoją pracę.
Prawda jest taka, że w prywatnych przedszkolach panuje straszny wyzysk. Czytam w internecie wpisy w różnych nauczycielskich grupach… Kiedy padają pytania o to, gdzie kto chciałby pracować, to 80–90 proc. odpowiada, że w przedszkolu państwowym. W prywatnym często zatrudniają cię na 40 godzin w hałasie, a nauczyciel musi się jeszcze przygotować do zajęć – robi to za darmo w domu. Nie jesteś się w stanie przygotować mając pod opieką dwudziestu trzylatków, którym często trzeba pomóc w drobnych czynnościach.

Inne popularne przekonanie – standard prywatnych przedszkoli jest lepszy. Muszą konkurować między sobą i dlatego ich właściciele bardziej się starają.
Standardy w prywatnych przedszkolach są niewiele lepsze: jest tylko trochę mniejsza grupa i trochę większa liczba nauczycieli. W wielu przedszkolach nie ma infrastruktury, place zabaw to często mały ogródek. Większa przestrzeń dla dzieci byłaby super, ale dla prywatnego właściciela to koszty, jeśli musi wynająć tak duży teren. W wielu przedszkolach oszczędza się na wszystkim – nie ma np. kolorowego ksero, a kartki A4 dzielone są na pół.
Jeśli ktoś mówi, że prywatne to lepsze, to musi wiedzieć, że to są po prostu maszynki do zarabiania pieniędzy. Ich cel to dowiezienie produktu do końca, nie budowa społeczeństwa. A przedszkole nie jest od zarabiania, tylko od wychowywania dziecka.

Prywatne placówki nie strajkowały. I znowu prawica twierdziła, że to dowód na to, że warunki pracy tam nie są takie złe.
W prywatnym przedszkolu przez pierwsze miesiące pracuje się na zlecenie albo dzieło, a później to jest już dobra wola zatrudniającego. Pensje wahają się w granicach 2500 zł. Ludziom w przedszkolach prywatnych można obniżać godziny pracy, żeby mogli się przygotować do zajęć w domu, ale też obniża im się wtedy pensje. Uważam, że 2000 zł w przedszkolu, w którym czesne wynosi 1600 zł, to bardzo mało. W jednym ze przedszkoli prywatnych usłyszałam od dyrektorki, że płaci nauczycielom tyle, co śmieciarzom.

Dlaczego więc wybrała pani przedszkole prywatne, a nie publiczne?
Zaczęłam pracę jeszcze na studiach, nie miałam pełnych kwalifikacji. Odpowiadała mi kadra w tym przedszkolu – wiedziałam, że dużo się w nim nauczę. Chciałam też zobaczyć, jak działa przedszkole społeczne w praktyce.

Warunki płacowe są jednak gorsze.
I to nie jest jedyny problem. Brakuje mi też często higieny pracy – nie mamy swojego pokoju socjalnego i zaplecza. Czasem trudno skorzystać z toalety, gdy jest się samą na zmianie. Notorycznie się zdarza, że nie mogę się nawet napić, bo kuchnia jest dalej, woda się skończyła, ale nie mogę zostawić dzieci i po nią pójść, nie mogę jej przynieść.To są sytuacje, których rodzice nie widzą. Jest jak jest, staram się nie narzekać, ale czasem myślę sobie: „Na Boga! Czy tak to powinno wyglądać?”.

A rodzice dzieci? Nie widzą w tym nic złego? W końcu opiekuje się pani osobami, które są dla nich najważniejsze…
Wielu rodziców ma stosunek: „płacę, więc wymagam”. Nie myślą zbyt wiele o prawach pracowniczych. Gdyby ktoś bardzo chciał przyprowadzić dziecko na cały dzień, od 7:30 do 17:30, to przeliczając wysokość czesnego za liczbę godzin, okazałoby się, że zarabiam niecałe 4 zł za godzinę.

Poparła pani strajk nauczycieli, ale nie wzięła w nim udziału. Dlaczego?
Nie jestem uzwiązkowiona i nie chroni mnie Karta Nauczyciela. Ci, którzy są w budżetówce, mają określone stawki i pensum – i oni mogą walczyć o ich zmianę. Ja w prywatnym przedszkolu mam inne pensum i zarobki.

Nie ma struktur związkowych w przedszkolach prywatnych?
Tutaj mówienie o związkach zawodowych oznacza, że jest się strasznym komunistą i chce się wracać do PRL-u.
Kiedy byłam na studiach, słyszałam teksty w stylu „zakładajcie przedszkola, to jest dobry biznes”. Jak oświata w tym kraju ma działać dobrze przy takim podejściu? Gdybym miała kiedyś szansę założyć swoją placówkę, próbowałabym to zrobić w formie spółdzielni. Tworzyć folwark, by pracownikom płacić jak najmniej, a sobie jak najwięcej? Nie wyobrażam sobie tego.

A wyobraża sobie pani, że we wrześniu szkoły znowu przestają normalnie pracować?
ZNP czy inne związki musiałyby zebrać tyle funduszy, żeby ci ludzie wytrwali dwa miesiące i dostali np. 80 proc. pensji. Nauczyciele zaczęli mówić o sobie inaczej, zmieniła się ich opowieść – są świadomi, że wykonują ważny, społecznie potrzebny zawód. Problemem jest to, czy będzie finansowe zaplecze. Teraz PiS wziął nauczycieli głodem. Zarobki nauczycieli są tak niskie, że trzy tygodnie protestu potwornie uderzyły ludzi po kieszeni. Dlatego nie chciałabym oceniać ludzi, którzy tego strajku nie podjęli. Sytuacje są różne, ktoś może mieć np. chore dziecko, które wymaga rehabilitacji…

Strajkujący nauczyciele bardzo podkreślali: niskie zarobki to tylko mała część problemu. Uzdrowienia wymaga wiele różnych aspektów działania szkół. Jak to wygląda z pani perspektywy?
Pierwszy problem, który przychodzi mi do głowy, to przeładowane klasy, brak indywidualnej opieki. To z tego powodu np. tak kwitnie dziś rynek korepetycji. Ponadto w wielu szkołach chodzi się do pracy na zmiany, co oznacza, że dzieci w wieku 8–9 lat czekają w świetlicy i są zmęczone. Dużym problemem jest dojazd do szkoły na obszarach wiejskich. Widzimy też oderwanie „góry”, tj. ministerstwa, od tego, co się dzieje w szkole. Ogromnym plusem polskich szkół są za to kompetencje polskich nauczycieli. Oni ciągle, na własny koszt, robią kolejne kursy, studia podyplomowe… Sama widzę, jak wiele potrafię się nauczyć od nauczycieli z dwudziestoletnim stażem. Niestety jednak w obecnych warunkach to tak, jakby najlepszemu informatykowi dać do pracy stary komputer.

Co z placówki społecznej, w której pani pracuje, przeniosłaby do publicznego systemu oświaty?
Bardziej demokratyczne podejście do edukacji. Mniejsze grupy, więcej nauczycielek, czas na rozmowę z dzieckiem. Przedszkole nie może być przechowalnią, tylko miejscem, w którym dziecko może się rozwijać i czuć bezpiecznie. Tak nie będzie w 25-osobowej grupie trzylatków z jedną nauczycielką i pomocą. Przy najszczerszych chęciach nauczyciela indywidualne podejście nie jest wtedy możliwe.
My chcemy dzisiaj fińskiej edukacji, ale nie chcemy za nią zapłacić. W Finlandii prywatne szkolnictwo jest zabronione. Często się powtarza, że „to inna mentalność”. Nie, tam po prostu są większe nakłady na edukację i u nas musi być tak samo.

Rozmawiał Michał Pytlik

Artur Sierawski, zaangażowany od dawna w walkę z deformą edukacji autorstwa minister Anny Zalewskiej, w ramach organizacji „Nie dla chaosu w szkole”, również nazywa decyzję o zawieszeniu strajku „kontrowersyjną”.
Strajk został zawieszony, a maturalna specustawa ustawa dalej była procedowana. W dodatku Andrzej Duda tę ustawę podpisał. Stąd panuje tak duże niezrozumienie tej decyzji wśród nauczycielek i nauczycieli. Rozgoryczenie jest tym większe, że jak sam Sławomir Broniarz podkreślał, zdecydowana większość strajkujących nie należała do ZNP. A nie mieli oni prawa głosu w trakcie negocjacji z rządem – nie powinno było tak być.
Co dalej? Już się słyszy, że nauczyciele odwołują swoje zajęcia dodatkowe, które do tej pory prowadzili nieodpłatnie. Nie chcą również jeździć na wycieczki kilkudniowe, czy brać udziału w weekendowych festynach. Drugi skutek, który dla mnie jest bardzo ważny, to masowe odchodzenie z zawodu. Dwoje moich znajomych, młodych nauczycieli, mówi, że pracuje do czerwca i zmienia pracę. Nauczyciele czują się upodleni porażką i wyniszczeni psychicznie przez propagandę rządu.

II część rozmów o przyszłości szkoły opublikujemy w następnym wydaniu.

Jakiej polityki oświatowej potrzebuje Polska?

W czwartym roku rządów Prawa i Sprawiedliwości stoimy przed największym w historii Polski kryzysem oświaty. Ma on swój wymiar ekonomiczny – żądanie radykalnej poprawy kondycji materialnej nauczycieli – ale się do tego nie ogranicza.

Dzisiejsza opozycja już teraz powinna przygotować całościowy program wyjścia z tego kryzysu. To zaś wymaga poważnej dyskusji na temat wykraczającej poza samo tylko środowisko polityków.

Wobec strajku nauczycieli

Stoimy w obliczu ogólnopolskiego strajku nauczycielskiego. Postulaty tego środowiska – najbardziej konsekwentnie wyrażane przez Związek Nauczycielstwa Polskiego – są w pełni uzasadnione. Cynizm obecnego rządu znajduje oczywisty wyraz w uporczywie głoszonej tezie, że na znaczne podwyżki płac nauczycielskich nie ma pieniędzy. Skoro znalazły się miliardy na inne cele, to ich brak dla nauczycieli jest po prostu konsekwencją przyjętych przez rząd (a raczej przez stojący nad nim ośrodek dyspozycyjny Prawa i Sprawiedliwości) priorytetów. Tym razem jednak środowisko nauczycielskie jest tak zdeterminowane, że najprawdopodobniej rząd zmuszony zostanie do zmiany stanowiska. Następny rząd odziedziczy skutki wieloletnich zaniedbań i będzie musiał stworzyć długofalowy program dofinansowania oświaty. Wymagać to będzie bardzo poważnej refleksji nad cała koncepcją finansów publicznych.
Problem finansowania oświaty nie zrodził się wczoraj. Po drugiej wojnie światowej imponujący skok edukacyjny stanowiący jedno z największych osiągnieć Polski Ludowej dokonał się w warunkach zniszczeń wojennych, a także w ramach polityki ekonomicznej, której wady są na tyle znane, że nie warto ich przypominać. Państwo podjęło wielkie zadania edukacyjne nie mając na to wystarczających środków, co musiało pociągać za sobą oszczędzanie na płacach nauczycielskich. Tym, co do pewnego stopnia łagodziło społeczne odczucie degradacji tego zawodu był fakt, ze w podobny sposób obniżone zostały (w porównaniu z okresem przedwojennym) płace innych zawodów inteligenckich. Po 1989 roku sytuacja uległa jednak zmianie. Badania socjologiczne (zwłaszcza profesora Henryka Domańskiego) wskazują na to, że ponownie wystąpiła silna korelacja między wykształceniem i zarobkami. Wystąpiło to jednak silniej w sektorze przedsiębiorstw niż w sferze budżetowej, do której należy oświata. W latach dziewięćdziesiątych sytuację do pewnego stopnia łagodziło to, że przy wysokiej stopnie bezrobocia zawód nauczyciela postrzegany był jako ten, który zapewnia trwałe zatrudnienie. Rządy Włodzimierza Cimoszewicza i Jerzego Buzka podejmowały wysiłki na rzecz podniesienia płac nauczycielskich, ale skala wprowadzonych wówczas podwyżek uposażeń była ograniczona wciąż bardzo trudną sytuacją finansową państwa. W obecnym stuleciu – zwłaszcza po wejściu Polski do Unii Europejskiej – sytuacja gospodarcza wyraźnie się poprawiła, co wyraziło się w znaczącym wzroście stopy życiowej Polaków. To w tych warunkach najsilniej wystąpiło zjawisko coraz większej dysproporcji między zbyt wolno rosnącymi zarobkami nauczycieli a zarobkami innych grup zawodowych z wyższym wykształceniem. Szkodzi to nie tylko nauczycielom, gdy ż powoduje odpływ z zawodu utalentowanych ludzi, którzy wiele mogliby dać polskiej oświacie, ale nie są w stanie utrzymać rodziny z tak niskich zarobków, jakie obecnie oferuje im praca w oświacie. „Prawo i Sprawiedliwość” samo sprowokowało radykalizację protestu nauczycielskiego przez to, że idąc po władzę głosiło nieprawdziwą tezę, jakoby na wszystko będą pieniądze „wystarczy tylko nie kraść”. Trudno się więc dziwić, że nauczyciele po trzech latach obecnych rządów zażądali stanowczo poprawy warunków, na jakich wykonują swój trudny zawód. Obecna opozycja powinna radykalną poprawę warunków płacowych tego środowiska wpisać w swój program. Wymaga to zmiany priorytetów polityki finansowej. Oświata i służba zdrowia musza uzyskać silniejszą niż dotychczas pozycję w podziale środków budżetowych.

Jaka edukacja?

Oświata wymaga jednak nie tylko radykalnej zmiany w zakresie jej finansowania. Konieczna jest nowa polityka oświatowa. Dotyczy to zwłaszcza programów nauczania, neutralności światopoglądowej szkoły i jej roli w wychowaniu obywatelskim. Dwukrotnie na przestrzeni dwudziestu lat zafundowano polskiej oświacie nieprzemyślane zmiany strukturalne: najpierw powołując gimnazja (1998), a potem je znosząc (2017). W obu wypadkach były to reformy kosztowne i do tego wprowadzane zbyt szybko, co prowadziło do chaosu. Zmiany organizacyjne miały zastąpić poważną pracę nad unowocześnieniem oświaty. Po odsunięciu PiS od władzy należy zaprzestać tej huśtawki organizacyjnej i skupić uwagę na tym, co najważniejsze : na treści nauczania.
Wybitny fizyk i edukator profesor Łukasz Turski przedstawił dwa lata temu nowatorską koncepcję edukacji, której celem – jak pisał – powinno być „zdobywanie wiedzy i umiejętności samorealizacji każdego uczącego się w parciu jego własne talenty” („Uwagi o edukacji powszechnej z reformą szkół AD 2017 w tle”, Warszawa 2017, s.13). Tak rozumianą edukację przeciwstawiał szkoleniu polegającemu na mechanicznym przekazywaniu wiedzy „z góry w dół”, co stanowi nadal obowiązujący model polskiej oświaty. Dlatego postulował, by reforma kształcenia powszechnego polegała „na zmianie paradygmatu ze szkolenia na edukację” (s. 20).
Wracam w tym kontekście do własnych doświadczeń z okresu, gdy w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza (1996-1997) kierowałem Ministerstwem Edukacji Narodowej. Stałem wtedy na stanowisku, że dla polskiej oświaty najważniejsze są nie zmiany struktury szkolnej, lecz zasadnicze zmiany treści i sposobów nauczania. Dlatego w 1997 roku podpisałem nową podstawę programową kształcenia ogólnego opracowaną przez znakomity zespół ekspertów kierowany przez wiceministra Mirosława Sawickiego i dyrektora departamentu Jerzego Gąsiorowskiego – zasłużonych działaczy oświatowych związanych przed laty z „Solidarnością”. Istotą tej zmiany było odejście od przeładowanych programów i zapewnienie nauczycielom znacznej swobody w doborze sposobu przekazywania wiedzy. Publicystka „Gazety Wyborczej” Maria Kruczkowska nazwała to „cichą rewolucją” (Gazeta Wyborcza, 30 czerwca 1997).
Już po zmianie rządu zostałem (w listopadzie 1997 roku) przyjęty na kilkugodzinnej rozmowie przez redaktora naczelnego „Kultury” Jerzego Giedroycia, który nie tylko bardzo wysoko ocenił ten kierunek zmian, ale zaproponował mi opublikowanie na ten temat artykułu („Spory o politykę oświatową w Polsce”, Kultura. Nr.1-2, 1999) – mojego jedynego tekstu w tym zasłużonym miesięczniku. W konkluzji tego artykułu pisałem:
„Sprawy oświaty w stopniu szczególnie wielkim wymagają wyłączenia ich ze sfery doraźnej walki politycznej….W sprawach oświaty i wychowania istnieją znaczne różnice poglądów, ale nie powinno to wykluczać porozumienia ponad politycznymi podziałami. Bez niego spory o politykę oświatową będą jedynie pogłębiały podziały zamiast służyć znajdowaniu najlepszych rozwiązań” (s. 24) .

Z pełną aprobatą

Jerzego Giedroycia spotkały się moje uwagi o konieczności zapewnienia neutralności światopoglądowej szkoły, krytyka ksenofobicznych akcentów w nauczaniu historii i postulat „edukacji europejskiej”, której celem jest przygotowanie młodego pokolenia do roli światłych obywateli Unii Europejskiej. Rozmowy z redaktorem naczelnym „Kultury” wspominam z wielką satysfakcją, gdyż umacniały mnie one w przekonaniu, że w polityce edukacyjnej lewicy szliśmy właściwą drogą.
Po zmianie rządu sprawy poszły jednak w innym kierunku. Przeprowadzona została politycznie motywowana czystka nie tylko w ministerstwie, ale także w kuratoriach, przy czym ofiarami tej czystki padali nie tylko ludzie związani z SLD czy PSL, ale także wielu dawnych działaczy „Solidarności”, których jedyną winą była dobra współpraca z lewicowym ministrem. Nowa podstawa programowa została odrzucona przez ministra Mirosława Handke i nigdy później nie wrócono już do takiej koncepcji szkoły, w której nauczyciel nie byłby skrępowany zbyt drobiazgowymi dyrektywami i w której nacisk kładziony byłby na rozumienie zjawisk, a nie na zapamiętywaniu niezliczonych faktów. Powrotowi do konserwatywnej koncepcji szkoły towarzyszyło mechaniczne przyjmowaniu takich „nowinek” jak masowo stosowane testy, oparte głównie na pamięciowym opanowaniu materiału.

W następnych latach

tendencja ta ulegała wzmocnieniu pod wpływem mechanicznie przejmowanych wzorów obcych, w tym nacisku kładzionego na testy, które preferują mechaniczne zapamiętywanie właściwych odpowiedzi kosztem pobudzania do samodzielnego myślenia. Jest to coraz bardziej anachroniczne – zwłaszcza w erze powszechnej dostępności internetu. Po co uczniowi zapamiętywanie nazw czy dat, skoro bez trudu te informacje może znaleźć w swoim laptopie?
Inny model edukacji wymaga dwóch rzeczy: przebudowy programów szkolnych i zmiany sposobu kształcenia nauczycieli. Obie te zmiany wymagają czasu i konsekwencji. Im szybciej się za to weźmiemy, tym lepsze będą efekty.
Nie są to jednak jedyne bolączki naszej oświaty. Rządy PiS spowodowały wyraźną klerykalizację oświaty. Katecheci uzyskali bardzo silną pozycję – nieproporcjonalną do formalnie przecież nadobowiązkowego charakteru nauczanego przez nich przedmiotu. Ceremonie szkolne nasycone są treściami religijnymi, co kłóci się z zasadą neutralności światopoglądowej państwa, a więc i państwowej szkoły. Niektórzy kuratorzy oświaty zasłynęli pełnymi nietolerancji wypowiedziami publicznymi w tak delikatnych sprawach jak orientacja seksualna. Zaniechano nowocześnie rozumianego przekazu wiedzy o życiu seksualnym człowieka, od dawna atakowanego przez środowiska klerykalne.
Dochodzi do tego skrajne upolitycznienie szkoły. Jednostronne przedstawianie historii najnowszej (w tym bezkrytyczny kult tak zwanych „żołnierzy wyklętych”) osiągnęło ostatnio alarmujący poziom. Nie brak sygnałów, że do szkoły docierają treści nacjonalistyczne, w tym antysemickie. Podległy Prawu i Sprawiedliwości aparat oświatowy przymyka na te zjawiska oko. Tak nie buduje się wspólnoty obywatelskiej.

Co należy zrobić?

Stoimy przed bardzo realną perspektywą odsunięcia PiS od władzy w wyniku październikowych wyborów parlamentarnych. Przed nowym rządem staną wielkie zadania wyprowadzania Polski z chaosu spowodowanego obecnymi rządami. W obszarze polityki edukacyjnej wymaga to wielu trudnych posunięć, do których należy przygotowywać się już teraz.
Dlatego proponuję podjęcie przez kierownictwa partii wchodzących w skład Koalicji Europejskiej kilku posunięć, które nie muszą czekać na wybory.
Po pierwsze: powołany powinien zostać niezależny od partii politycznych zespół wybitnych ekspertów, którego zadaniem byłoby przygotowanie podstaw zmian programowych tak, by nowy rząd nie musiał zaczynać tych prac od zera.
Po drugie: należy przygotować projekty dwóch ustaw: jednej, która anulowałaby niefortunną reformę szkolnictwa wyższego autorstwa wicepremiera Gowina i drugą, która ustanawiałaby jako stały organ państwowy Radę Edukacji Narodowej jako ciała wyposażonego w istotne kompetencje w zakresie programu edukacji i złożonego z nieusuwalnych ( na okres długiej kadencji) specjalistów powoływanych przez Prezydenta RP spośród osób wysuniętych przez Prezydium Polskiej Akademii Nauk, rektorów najważniejszych uniwersytetów, posiadaczy doktoratów honoris causa i osób zaproponowanych przez nauczycielskie związki zawodowe.
Po trzecie: należy ponownie po łączyć ministerstwa edukacji narodowej i oraz nauki i szkolnictwa wyższego. Podział ministerstw nastąpił w 2006 roku w wyniku wejścia do rządu Ligi Polskich Rodzin, której szef został wicepremierem i ministrem edukacji nie mając nawet doktoratu. To wtedy oddzielono naukę i szkolnictwo wyższe, co jednak utrzymane zostało przez wszystkie następne rządy mimo że znikła przyczyna „rozwodu”. Sprawa jest dlatego ważna, że potrzebna jest silniejsza koordynacja prac w zakresie szkolnictwa wyższego i średniego, a także dlatego, ze uniwersyteckie kształcenie nauczycieli powinno być synchronizowane z pracami programowymi w oświacie.
Po czwarte: należy opracować i poddać pod dyskusję publiczną (jeszcze przed wyborami) koncepcję uwolnienia polskiej szkoły od dyktatu wyznaniowego. Zmiany te powinny obejmować wyprowadzenie nauki religii ze szkól i zastąpienie jej podstawami religioznawstwa, a także wyraźne zagwarantowanie takiego prowadzenia szkół, by przywrócona została pełna wolność sumienia – tak wierzących, jak niewierzących.
Mamy przed sobą nieco ponad pól roku. Warto ten czas wykorzystać, by po październikowych wyborach energicznie przystąpić do naprawy tego, co w polskiej oświacie zepsuły rządy Prawa i Sprawiedliwości.