Szkoła nie może być folwarkiem – rozmowy (część 1)

Aneta (imię zmienione) jest nauczycielką w jednym z prywatnych przedszkoli społecznych w Warszawie. W rozmowie z Portalem Strajk opowiada, co oznaczałaby prywatyzacja systemu oświaty i jak wyglądał strajk z perspektywy placówki prywatnej.

Polska oświata, która i tak nie była w najlepszym stanie, została przez deformę Anny Zalewskiej doprowadzona do kompletnej ruiny – wykazał raport NIK. Jego publikacja sprawiła, że jeszcze intensywniej toczy się w szkołach dyskusja o tym, co robić dalej, po przegranym strajku. Przedstawiamy perspektywę nauczycielki, związkowca i uczennicy w tej sprawie.

PORTAL STRAJK: Skrajna prawica w trakcie strajku nauczycieli tradycyjnie uznała, że gdyby sprywatyzować system oświaty, to działałby o wiele lepiej. Pani uczy w prywatnym przedszkolu – co miałaby pani do powiedzenia prawicy?
ANETA: Uczę w przedszkolu społecznym, które uznałabym za półprywatne. Tutaj wszyscy mają wpływ na to, jak wyglądają zajęcia, zwłaszcza rodzice. Jednak dlaczego prywatne przedszkole miałoby działać lepiej od publicznego? Czy to, że nauczyciel zmienia przedszkole z państwowego na prywatne oznacza, że będzie lepiej uczyć? Sprywatyzowane szkoły oznaczają ogromne rozwarstwienia. Dostęp do szkół będzie nierówny z różnych względów.

Zdaniem prawicy system byłby po prostu zorganizowany lepiej, bo każdy dostawałby sprawiedliwą pensję za swoją pracę.
Prawda jest taka, że w prywatnych przedszkolach panuje straszny wyzysk. Czytam w internecie wpisy w różnych nauczycielskich grupach… Kiedy padają pytania o to, gdzie kto chciałby pracować, to 80–90 proc. odpowiada, że w przedszkolu państwowym. W prywatnym często zatrudniają cię na 40 godzin w hałasie, a nauczyciel musi się jeszcze przygotować do zajęć – robi to za darmo w domu. Nie jesteś się w stanie przygotować mając pod opieką dwudziestu trzylatków, którym często trzeba pomóc w drobnych czynnościach.

Inne popularne przekonanie – standard prywatnych przedszkoli jest lepszy. Muszą konkurować między sobą i dlatego ich właściciele bardziej się starają.
Standardy w prywatnych przedszkolach są niewiele lepsze: jest tylko trochę mniejsza grupa i trochę większa liczba nauczycieli. W wielu przedszkolach nie ma infrastruktury, place zabaw to często mały ogródek. Większa przestrzeń dla dzieci byłaby super, ale dla prywatnego właściciela to koszty, jeśli musi wynająć tak duży teren. W wielu przedszkolach oszczędza się na wszystkim – nie ma np. kolorowego ksero, a kartki A4 dzielone są na pół.
Jeśli ktoś mówi, że prywatne to lepsze, to musi wiedzieć, że to są po prostu maszynki do zarabiania pieniędzy. Ich cel to dowiezienie produktu do końca, nie budowa społeczeństwa. A przedszkole nie jest od zarabiania, tylko od wychowywania dziecka.

Prywatne placówki nie strajkowały. I znowu prawica twierdziła, że to dowód na to, że warunki pracy tam nie są takie złe.
W prywatnym przedszkolu przez pierwsze miesiące pracuje się na zlecenie albo dzieło, a później to jest już dobra wola zatrudniającego. Pensje wahają się w granicach 2500 zł. Ludziom w przedszkolach prywatnych można obniżać godziny pracy, żeby mogli się przygotować do zajęć w domu, ale też obniża im się wtedy pensje. Uważam, że 2000 zł w przedszkolu, w którym czesne wynosi 1600 zł, to bardzo mało. W jednym ze przedszkoli prywatnych usłyszałam od dyrektorki, że płaci nauczycielom tyle, co śmieciarzom.

Dlaczego więc wybrała pani przedszkole prywatne, a nie publiczne?
Zaczęłam pracę jeszcze na studiach, nie miałam pełnych kwalifikacji. Odpowiadała mi kadra w tym przedszkolu – wiedziałam, że dużo się w nim nauczę. Chciałam też zobaczyć, jak działa przedszkole społeczne w praktyce.

Warunki płacowe są jednak gorsze.
I to nie jest jedyny problem. Brakuje mi też często higieny pracy – nie mamy swojego pokoju socjalnego i zaplecza. Czasem trudno skorzystać z toalety, gdy jest się samą na zmianie. Notorycznie się zdarza, że nie mogę się nawet napić, bo kuchnia jest dalej, woda się skończyła, ale nie mogę zostawić dzieci i po nią pójść, nie mogę jej przynieść.To są sytuacje, których rodzice nie widzą. Jest jak jest, staram się nie narzekać, ale czasem myślę sobie: „Na Boga! Czy tak to powinno wyglądać?”.

A rodzice dzieci? Nie widzą w tym nic złego? W końcu opiekuje się pani osobami, które są dla nich najważniejsze…
Wielu rodziców ma stosunek: „płacę, więc wymagam”. Nie myślą zbyt wiele o prawach pracowniczych. Gdyby ktoś bardzo chciał przyprowadzić dziecko na cały dzień, od 7:30 do 17:30, to przeliczając wysokość czesnego za liczbę godzin, okazałoby się, że zarabiam niecałe 4 zł za godzinę.

Poparła pani strajk nauczycieli, ale nie wzięła w nim udziału. Dlaczego?
Nie jestem uzwiązkowiona i nie chroni mnie Karta Nauczyciela. Ci, którzy są w budżetówce, mają określone stawki i pensum – i oni mogą walczyć o ich zmianę. Ja w prywatnym przedszkolu mam inne pensum i zarobki.

Nie ma struktur związkowych w przedszkolach prywatnych?
Tutaj mówienie o związkach zawodowych oznacza, że jest się strasznym komunistą i chce się wracać do PRL-u.
Kiedy byłam na studiach, słyszałam teksty w stylu „zakładajcie przedszkola, to jest dobry biznes”. Jak oświata w tym kraju ma działać dobrze przy takim podejściu? Gdybym miała kiedyś szansę założyć swoją placówkę, próbowałabym to zrobić w formie spółdzielni. Tworzyć folwark, by pracownikom płacić jak najmniej, a sobie jak najwięcej? Nie wyobrażam sobie tego.

A wyobraża sobie pani, że we wrześniu szkoły znowu przestają normalnie pracować?
ZNP czy inne związki musiałyby zebrać tyle funduszy, żeby ci ludzie wytrwali dwa miesiące i dostali np. 80 proc. pensji. Nauczyciele zaczęli mówić o sobie inaczej, zmieniła się ich opowieść – są świadomi, że wykonują ważny, społecznie potrzebny zawód. Problemem jest to, czy będzie finansowe zaplecze. Teraz PiS wziął nauczycieli głodem. Zarobki nauczycieli są tak niskie, że trzy tygodnie protestu potwornie uderzyły ludzi po kieszeni. Dlatego nie chciałabym oceniać ludzi, którzy tego strajku nie podjęli. Sytuacje są różne, ktoś może mieć np. chore dziecko, które wymaga rehabilitacji…

Strajkujący nauczyciele bardzo podkreślali: niskie zarobki to tylko mała część problemu. Uzdrowienia wymaga wiele różnych aspektów działania szkół. Jak to wygląda z pani perspektywy?
Pierwszy problem, który przychodzi mi do głowy, to przeładowane klasy, brak indywidualnej opieki. To z tego powodu np. tak kwitnie dziś rynek korepetycji. Ponadto w wielu szkołach chodzi się do pracy na zmiany, co oznacza, że dzieci w wieku 8–9 lat czekają w świetlicy i są zmęczone. Dużym problemem jest dojazd do szkoły na obszarach wiejskich. Widzimy też oderwanie „góry”, tj. ministerstwa, od tego, co się dzieje w szkole. Ogromnym plusem polskich szkół są za to kompetencje polskich nauczycieli. Oni ciągle, na własny koszt, robią kolejne kursy, studia podyplomowe… Sama widzę, jak wiele potrafię się nauczyć od nauczycieli z dwudziestoletnim stażem. Niestety jednak w obecnych warunkach to tak, jakby najlepszemu informatykowi dać do pracy stary komputer.

Co z placówki społecznej, w której pani pracuje, przeniosłaby do publicznego systemu oświaty?
Bardziej demokratyczne podejście do edukacji. Mniejsze grupy, więcej nauczycielek, czas na rozmowę z dzieckiem. Przedszkole nie może być przechowalnią, tylko miejscem, w którym dziecko może się rozwijać i czuć bezpiecznie. Tak nie będzie w 25-osobowej grupie trzylatków z jedną nauczycielką i pomocą. Przy najszczerszych chęciach nauczyciela indywidualne podejście nie jest wtedy możliwe.
My chcemy dzisiaj fińskiej edukacji, ale nie chcemy za nią zapłacić. W Finlandii prywatne szkolnictwo jest zabronione. Często się powtarza, że „to inna mentalność”. Nie, tam po prostu są większe nakłady na edukację i u nas musi być tak samo.

Rozmawiał Michał Pytlik

Artur Sierawski, zaangażowany od dawna w walkę z deformą edukacji autorstwa minister Anny Zalewskiej, w ramach organizacji „Nie dla chaosu w szkole”, również nazywa decyzję o zawieszeniu strajku „kontrowersyjną”.
Strajk został zawieszony, a maturalna specustawa ustawa dalej była procedowana. W dodatku Andrzej Duda tę ustawę podpisał. Stąd panuje tak duże niezrozumienie tej decyzji wśród nauczycielek i nauczycieli. Rozgoryczenie jest tym większe, że jak sam Sławomir Broniarz podkreślał, zdecydowana większość strajkujących nie należała do ZNP. A nie mieli oni prawa głosu w trakcie negocjacji z rządem – nie powinno było tak być.
Co dalej? Już się słyszy, że nauczyciele odwołują swoje zajęcia dodatkowe, które do tej pory prowadzili nieodpłatnie. Nie chcą również jeździć na wycieczki kilkudniowe, czy brać udziału w weekendowych festynach. Drugi skutek, który dla mnie jest bardzo ważny, to masowe odchodzenie z zawodu. Dwoje moich znajomych, młodych nauczycieli, mówi, że pracuje do czerwca i zmienia pracę. Nauczyciele czują się upodleni porażką i wyniszczeni psychicznie przez propagandę rządu.

II część rozmów o przyszłości szkoły opublikujemy w następnym wydaniu.

Jakiej polityki oświatowej potrzebuje Polska?

W czwartym roku rządów Prawa i Sprawiedliwości stoimy przed największym w historii Polski kryzysem oświaty. Ma on swój wymiar ekonomiczny – żądanie radykalnej poprawy kondycji materialnej nauczycieli – ale się do tego nie ogranicza.

Dzisiejsza opozycja już teraz powinna przygotować całościowy program wyjścia z tego kryzysu. To zaś wymaga poważnej dyskusji na temat wykraczającej poza samo tylko środowisko polityków.

Wobec strajku nauczycieli

Stoimy w obliczu ogólnopolskiego strajku nauczycielskiego. Postulaty tego środowiska – najbardziej konsekwentnie wyrażane przez Związek Nauczycielstwa Polskiego – są w pełni uzasadnione. Cynizm obecnego rządu znajduje oczywisty wyraz w uporczywie głoszonej tezie, że na znaczne podwyżki płac nauczycielskich nie ma pieniędzy. Skoro znalazły się miliardy na inne cele, to ich brak dla nauczycieli jest po prostu konsekwencją przyjętych przez rząd (a raczej przez stojący nad nim ośrodek dyspozycyjny Prawa i Sprawiedliwości) priorytetów. Tym razem jednak środowisko nauczycielskie jest tak zdeterminowane, że najprawdopodobniej rząd zmuszony zostanie do zmiany stanowiska. Następny rząd odziedziczy skutki wieloletnich zaniedbań i będzie musiał stworzyć długofalowy program dofinansowania oświaty. Wymagać to będzie bardzo poważnej refleksji nad cała koncepcją finansów publicznych.
Problem finansowania oświaty nie zrodził się wczoraj. Po drugiej wojnie światowej imponujący skok edukacyjny stanowiący jedno z największych osiągnieć Polski Ludowej dokonał się w warunkach zniszczeń wojennych, a także w ramach polityki ekonomicznej, której wady są na tyle znane, że nie warto ich przypominać. Państwo podjęło wielkie zadania edukacyjne nie mając na to wystarczających środków, co musiało pociągać za sobą oszczędzanie na płacach nauczycielskich. Tym, co do pewnego stopnia łagodziło społeczne odczucie degradacji tego zawodu był fakt, ze w podobny sposób obniżone zostały (w porównaniu z okresem przedwojennym) płace innych zawodów inteligenckich. Po 1989 roku sytuacja uległa jednak zmianie. Badania socjologiczne (zwłaszcza profesora Henryka Domańskiego) wskazują na to, że ponownie wystąpiła silna korelacja między wykształceniem i zarobkami. Wystąpiło to jednak silniej w sektorze przedsiębiorstw niż w sferze budżetowej, do której należy oświata. W latach dziewięćdziesiątych sytuację do pewnego stopnia łagodziło to, że przy wysokiej stopnie bezrobocia zawód nauczyciela postrzegany był jako ten, który zapewnia trwałe zatrudnienie. Rządy Włodzimierza Cimoszewicza i Jerzego Buzka podejmowały wysiłki na rzecz podniesienia płac nauczycielskich, ale skala wprowadzonych wówczas podwyżek uposażeń była ograniczona wciąż bardzo trudną sytuacją finansową państwa. W obecnym stuleciu – zwłaszcza po wejściu Polski do Unii Europejskiej – sytuacja gospodarcza wyraźnie się poprawiła, co wyraziło się w znaczącym wzroście stopy życiowej Polaków. To w tych warunkach najsilniej wystąpiło zjawisko coraz większej dysproporcji między zbyt wolno rosnącymi zarobkami nauczycieli a zarobkami innych grup zawodowych z wyższym wykształceniem. Szkodzi to nie tylko nauczycielom, gdy ż powoduje odpływ z zawodu utalentowanych ludzi, którzy wiele mogliby dać polskiej oświacie, ale nie są w stanie utrzymać rodziny z tak niskich zarobków, jakie obecnie oferuje im praca w oświacie. „Prawo i Sprawiedliwość” samo sprowokowało radykalizację protestu nauczycielskiego przez to, że idąc po władzę głosiło nieprawdziwą tezę, jakoby na wszystko będą pieniądze „wystarczy tylko nie kraść”. Trudno się więc dziwić, że nauczyciele po trzech latach obecnych rządów zażądali stanowczo poprawy warunków, na jakich wykonują swój trudny zawód. Obecna opozycja powinna radykalną poprawę warunków płacowych tego środowiska wpisać w swój program. Wymaga to zmiany priorytetów polityki finansowej. Oświata i służba zdrowia musza uzyskać silniejszą niż dotychczas pozycję w podziale środków budżetowych.

Jaka edukacja?

Oświata wymaga jednak nie tylko radykalnej zmiany w zakresie jej finansowania. Konieczna jest nowa polityka oświatowa. Dotyczy to zwłaszcza programów nauczania, neutralności światopoglądowej szkoły i jej roli w wychowaniu obywatelskim. Dwukrotnie na przestrzeni dwudziestu lat zafundowano polskiej oświacie nieprzemyślane zmiany strukturalne: najpierw powołując gimnazja (1998), a potem je znosząc (2017). W obu wypadkach były to reformy kosztowne i do tego wprowadzane zbyt szybko, co prowadziło do chaosu. Zmiany organizacyjne miały zastąpić poważną pracę nad unowocześnieniem oświaty. Po odsunięciu PiS od władzy należy zaprzestać tej huśtawki organizacyjnej i skupić uwagę na tym, co najważniejsze : na treści nauczania.
Wybitny fizyk i edukator profesor Łukasz Turski przedstawił dwa lata temu nowatorską koncepcję edukacji, której celem – jak pisał – powinno być „zdobywanie wiedzy i umiejętności samorealizacji każdego uczącego się w parciu jego własne talenty” („Uwagi o edukacji powszechnej z reformą szkół AD 2017 w tle”, Warszawa 2017, s.13). Tak rozumianą edukację przeciwstawiał szkoleniu polegającemu na mechanicznym przekazywaniu wiedzy „z góry w dół”, co stanowi nadal obowiązujący model polskiej oświaty. Dlatego postulował, by reforma kształcenia powszechnego polegała „na zmianie paradygmatu ze szkolenia na edukację” (s. 20).
Wracam w tym kontekście do własnych doświadczeń z okresu, gdy w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza (1996-1997) kierowałem Ministerstwem Edukacji Narodowej. Stałem wtedy na stanowisku, że dla polskiej oświaty najważniejsze są nie zmiany struktury szkolnej, lecz zasadnicze zmiany treści i sposobów nauczania. Dlatego w 1997 roku podpisałem nową podstawę programową kształcenia ogólnego opracowaną przez znakomity zespół ekspertów kierowany przez wiceministra Mirosława Sawickiego i dyrektora departamentu Jerzego Gąsiorowskiego – zasłużonych działaczy oświatowych związanych przed laty z „Solidarnością”. Istotą tej zmiany było odejście od przeładowanych programów i zapewnienie nauczycielom znacznej swobody w doborze sposobu przekazywania wiedzy. Publicystka „Gazety Wyborczej” Maria Kruczkowska nazwała to „cichą rewolucją” (Gazeta Wyborcza, 30 czerwca 1997).
Już po zmianie rządu zostałem (w listopadzie 1997 roku) przyjęty na kilkugodzinnej rozmowie przez redaktora naczelnego „Kultury” Jerzego Giedroycia, który nie tylko bardzo wysoko ocenił ten kierunek zmian, ale zaproponował mi opublikowanie na ten temat artykułu („Spory o politykę oświatową w Polsce”, Kultura. Nr.1-2, 1999) – mojego jedynego tekstu w tym zasłużonym miesięczniku. W konkluzji tego artykułu pisałem:
„Sprawy oświaty w stopniu szczególnie wielkim wymagają wyłączenia ich ze sfery doraźnej walki politycznej….W sprawach oświaty i wychowania istnieją znaczne różnice poglądów, ale nie powinno to wykluczać porozumienia ponad politycznymi podziałami. Bez niego spory o politykę oświatową będą jedynie pogłębiały podziały zamiast służyć znajdowaniu najlepszych rozwiązań” (s. 24) .

Z pełną aprobatą

Jerzego Giedroycia spotkały się moje uwagi o konieczności zapewnienia neutralności światopoglądowej szkoły, krytyka ksenofobicznych akcentów w nauczaniu historii i postulat „edukacji europejskiej”, której celem jest przygotowanie młodego pokolenia do roli światłych obywateli Unii Europejskiej. Rozmowy z redaktorem naczelnym „Kultury” wspominam z wielką satysfakcją, gdyż umacniały mnie one w przekonaniu, że w polityce edukacyjnej lewicy szliśmy właściwą drogą.
Po zmianie rządu sprawy poszły jednak w innym kierunku. Przeprowadzona została politycznie motywowana czystka nie tylko w ministerstwie, ale także w kuratoriach, przy czym ofiarami tej czystki padali nie tylko ludzie związani z SLD czy PSL, ale także wielu dawnych działaczy „Solidarności”, których jedyną winą była dobra współpraca z lewicowym ministrem. Nowa podstawa programowa została odrzucona przez ministra Mirosława Handke i nigdy później nie wrócono już do takiej koncepcji szkoły, w której nauczyciel nie byłby skrępowany zbyt drobiazgowymi dyrektywami i w której nacisk kładziony byłby na rozumienie zjawisk, a nie na zapamiętywaniu niezliczonych faktów. Powrotowi do konserwatywnej koncepcji szkoły towarzyszyło mechaniczne przyjmowaniu takich „nowinek” jak masowo stosowane testy, oparte głównie na pamięciowym opanowaniu materiału.

W następnych latach

tendencja ta ulegała wzmocnieniu pod wpływem mechanicznie przejmowanych wzorów obcych, w tym nacisku kładzionego na testy, które preferują mechaniczne zapamiętywanie właściwych odpowiedzi kosztem pobudzania do samodzielnego myślenia. Jest to coraz bardziej anachroniczne – zwłaszcza w erze powszechnej dostępności internetu. Po co uczniowi zapamiętywanie nazw czy dat, skoro bez trudu te informacje może znaleźć w swoim laptopie?
Inny model edukacji wymaga dwóch rzeczy: przebudowy programów szkolnych i zmiany sposobu kształcenia nauczycieli. Obie te zmiany wymagają czasu i konsekwencji. Im szybciej się za to weźmiemy, tym lepsze będą efekty.
Nie są to jednak jedyne bolączki naszej oświaty. Rządy PiS spowodowały wyraźną klerykalizację oświaty. Katecheci uzyskali bardzo silną pozycję – nieproporcjonalną do formalnie przecież nadobowiązkowego charakteru nauczanego przez nich przedmiotu. Ceremonie szkolne nasycone są treściami religijnymi, co kłóci się z zasadą neutralności światopoglądowej państwa, a więc i państwowej szkoły. Niektórzy kuratorzy oświaty zasłynęli pełnymi nietolerancji wypowiedziami publicznymi w tak delikatnych sprawach jak orientacja seksualna. Zaniechano nowocześnie rozumianego przekazu wiedzy o życiu seksualnym człowieka, od dawna atakowanego przez środowiska klerykalne.
Dochodzi do tego skrajne upolitycznienie szkoły. Jednostronne przedstawianie historii najnowszej (w tym bezkrytyczny kult tak zwanych „żołnierzy wyklętych”) osiągnęło ostatnio alarmujący poziom. Nie brak sygnałów, że do szkoły docierają treści nacjonalistyczne, w tym antysemickie. Podległy Prawu i Sprawiedliwości aparat oświatowy przymyka na te zjawiska oko. Tak nie buduje się wspólnoty obywatelskiej.

Co należy zrobić?

Stoimy przed bardzo realną perspektywą odsunięcia PiS od władzy w wyniku październikowych wyborów parlamentarnych. Przed nowym rządem staną wielkie zadania wyprowadzania Polski z chaosu spowodowanego obecnymi rządami. W obszarze polityki edukacyjnej wymaga to wielu trudnych posunięć, do których należy przygotowywać się już teraz.
Dlatego proponuję podjęcie przez kierownictwa partii wchodzących w skład Koalicji Europejskiej kilku posunięć, które nie muszą czekać na wybory.
Po pierwsze: powołany powinien zostać niezależny od partii politycznych zespół wybitnych ekspertów, którego zadaniem byłoby przygotowanie podstaw zmian programowych tak, by nowy rząd nie musiał zaczynać tych prac od zera.
Po drugie: należy przygotować projekty dwóch ustaw: jednej, która anulowałaby niefortunną reformę szkolnictwa wyższego autorstwa wicepremiera Gowina i drugą, która ustanawiałaby jako stały organ państwowy Radę Edukacji Narodowej jako ciała wyposażonego w istotne kompetencje w zakresie programu edukacji i złożonego z nieusuwalnych ( na okres długiej kadencji) specjalistów powoływanych przez Prezydenta RP spośród osób wysuniętych przez Prezydium Polskiej Akademii Nauk, rektorów najważniejszych uniwersytetów, posiadaczy doktoratów honoris causa i osób zaproponowanych przez nauczycielskie związki zawodowe.
Po trzecie: należy ponownie po łączyć ministerstwa edukacji narodowej i oraz nauki i szkolnictwa wyższego. Podział ministerstw nastąpił w 2006 roku w wyniku wejścia do rządu Ligi Polskich Rodzin, której szef został wicepremierem i ministrem edukacji nie mając nawet doktoratu. To wtedy oddzielono naukę i szkolnictwo wyższe, co jednak utrzymane zostało przez wszystkie następne rządy mimo że znikła przyczyna „rozwodu”. Sprawa jest dlatego ważna, że potrzebna jest silniejsza koordynacja prac w zakresie szkolnictwa wyższego i średniego, a także dlatego, ze uniwersyteckie kształcenie nauczycieli powinno być synchronizowane z pracami programowymi w oświacie.
Po czwarte: należy opracować i poddać pod dyskusję publiczną (jeszcze przed wyborami) koncepcję uwolnienia polskiej szkoły od dyktatu wyznaniowego. Zmiany te powinny obejmować wyprowadzenie nauki religii ze szkól i zastąpienie jej podstawami religioznawstwa, a także wyraźne zagwarantowanie takiego prowadzenia szkół, by przywrócona została pełna wolność sumienia – tak wierzących, jak niewierzących.
Mamy przed sobą nieco ponad pól roku. Warto ten czas wykorzystać, by po październikowych wyborach energicznie przystąpić do naprawy tego, co w polskiej oświacie zepsuły rządy Prawa i Sprawiedliwości.