Czy nadajesz się na premiera?

Sprawdź się! Mateusz Morawiecki miałby 100 proc. trafień. Ale na pewno możesz być lepszy!

1. Twój minister kontestuje w mediach ustalenia władz partii, która cię desygnowała na premiera. Co robisz?
a) dymisjonujesz w trybie natychmiastowym
b) udajesz, że nic się nie stało
c) wymieniasz po paru miesiącach, znajdując mu robotę z trzykrotnie wyższym uposażeniem
d) zgłaszasz go do prokuratora pod byle pretekstem

2. Jesteś pewien, że absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego i studiów podyplomowych z zakresu religioznawstwa, który studiował również filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej, najbardziej nadaje się do kierowania:
a) Ministerstwem Edukacji Narodowej
b) Ministerstwem Infrastruktury
c) Ministerstwem Finansów
d) Ministerstwem Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej

3. Trzeba powołać Narodowy Instytut Kultury i Dziedzictwa Wsi. Który resort powinien się tym zająć?
a) Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego
b) Ministerstwo Środowiska
c) Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi
d) Ministerstwo Infrastruktury

4. Musisz zrealizować skierowany do odbiorcy zagranicznego i realizowany poza granicami Polski, projekt promujący polską kulturę o nazwie „Kultura inspirująca”. Do wydania na to jest 6 300 tys zł. Komu powierzysz prowadzenie akcji?
a) Ministerstwu Spraw Zagranicznych
b) Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego
c) Ministerstwu Inwestycji i Rozwoju
d) Ministerstwu Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej

5. Partia decyduje, że matematyk z wykształcenia musi być ministrem. Stawiasz go na czele:
a) Ministerstwa Środowiska
b) Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego
c) Ministerstwa Edukacji Narodowej
d) Ministerstwa Cyfryzacji

6. Na zainaugurowanie serwisu szukajwarchiwach.gov.pl, który publikuje w internecie opisy oraz zdigitalizowane skany ponad 40 mln archiwaliów przechowywanych w Polsce i na świecie wysyłasz:
a) Ministra Cyfryzacji
b) Ministra Przedsiębiorczości i Technologii
c) Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
d) Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego

7. Chcesz w świetle fleszy zwiedzić wystawę, poświęconą Annie Walentynowicz. Wiesz, że są na niej eksponaty pochodzące z archiwów IPN, Komisji Krajowej NSZZ Solidarność, zbiorów państwowych, Kancelarii Prezydenta RP, muzeów, bibliotek, a także zbiorów prywatnych oraz pamiątek rodziny bohaterki ekspozycji. Informujesz media, że udajesz się do:
a) Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego
b) Europejskiego Centrum Solidarności
c) Ministerstwa Sprawiedliwości
d) siedziby IPN

8. W Londynie ma się odbyć spotkanie przedstawicieli biznesu z Europy Centralnej i Wielkiej Brytanii.
a) lecisz na nie sam,
b) wysyłasz ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego
c) wysyłasz ministra Inwestycji i Rozwoju
d) wysyłasz minister Przedsiębiorczości i Technologii

9. Uważasz, że najlepszą osobą do bycia Ministrem Przedsiębiorczości i Technologii jest absolwent:
a) Wydziału Teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego
b) Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego
c) Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego
d) Wydziału Informatyki, Elektroniki i Telekomunikacji Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie

10. Na zainaugurowanie w Nadarzynie, największych w Europie targów poświęconych globalnej pomocy humanitarnej oraz rozwojowej i związanemu z tym biznesowi, które reklamują się zdaniem „Weź udział i zdobądź kontrakty o wartości setek milionów Euro”, a noszą nazwę Warsaw Humanitarian Expo 2019 – wysyłasz:
a) Szefa dyplomacji Jacka Czaputowicza
b) Szefową resortu przedsiębiorczości i technologii Jadwigę Emilewicz
c) Zajmującego się po Beacie Kempie kwestiami humanitarnymi ministrowi Michałowi Wosiowi
d) Szefa resortu zdrowia Łukasza Szumowskiego

11. Szykujesz tzw. pakiet prosumencki, mający ułatwić funkcjonowanie producentom energii ze źródeł odnawialnych. Pakiet przewiduje łatwiejsze rozliczenia z dystrybutorami energii, magazynowanie nadwyżek w sieci elektroenergetycznej operatorów energetycznych i definicję, że prosument będzie mógł wytwarzać energię elektryczną w mikroinstalacji o mocy do 50kW. Przygotowanie wszystkich regulacji prawnych zlecasz:
a) Ministerstwu Infrastruktury
b) Ministerstwu Energii
c) Ministerstwu Środowiska
d) Ministerstwu Przedsiębiorczości i Technologii

12. Rząd zatwierdza 15 mln zł na pomoc dla dzieci z terenów objętych klęską żywiołową. Pieniędzy tych każesz szukać w budżecie:
a) Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji
b) Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej
c) Ministerstwa Sportu i Turystyki
d) Ministerstwa Edukacji Narodowej

13. Na podłączenie wszystkich Gminnych Ośrodków Kultury do szybkiego Internetu masz 100 mln zł. Na program wspierania uczniów i studentów o szczególnych zdolnościach w zakresie algorytmiki, programowania oraz projektowania gier zapanowałeś wydać 82 mln. A do tego dziesiątki milionów złotych na budowę Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, czyli dostępu dla wszystkich szkół bezpłatnego dostępu do szybkiego Internetu. Wydaniem tych pieniędzy obarczysz:
a) Ministra Edukacji Narodowej
b) Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
c) Ministra Infrastruktury
d) Ministra Cyfryzacji

14. Twoim zdaniem najlepsze kwalifikacje na stanowisko ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji ma osoba, która ukończyła:
a) Uniwersytet Wrocławski na Wydziale Filozoficzno-Historycznym i studia podyplomowe w zakresie wiedzy o Unii Europejskiej w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego
b) Wydział prawa i administracji UW oraz studia podyplomowe retoryki na Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu
c) Instytut Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach oraz studia podyplomowe z zarządzania administracją publiczną w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. L. Koźmińskiego w Warszawie.
d) Administrację na Uniwersytecie Warszawskim i podyplomowe Studia Bezpieczeństwa Wewnętrznego na tej samej uczelni

15. Napisanie ustawy zapobiegającej zatorom płatniczym, które negatywnie wpływają na płynność finansową firm i ich rozwój,czyli skrócenie terminów zapłaty; uprawnienie prezesa UOKiK do ścigania dużych przedsiębiorstw generujących największe zatory; ulga na złe długi w PIT i CIT powierzasz:
a) Ministerstwu Sprawiedliwości
b) Ministerstwu Finansów
c) Ministerstwu Przedsiębiorczości i Technologii
d) Ministerstwu Inwestycji i Rozwoju

16. Do Jasionki pod Rzeszowem, na Forum Miast i Regionów, przyjeżdżają ministrowie i eksperci reprezentujący kilkanaście krajów, Komisję Europejską, Komitet Regionów, Europejski Bank Inwestycyjny. Razem kilkuset gości. Do reprezentowania rządu na tym międzynarodowym spędzie wyznaczasz:
a) Ministra Przedsiębiorczości i Technologii
b) Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji
c) Ministra Inwestycji i Rozwoju
d) Ministra Spraw Zagranicznych

17. Rząd wesprze samorządy borykające się z plagą komarów po majowych podtopieniach. O dofinansowanie mogą ubiegać się gminy, które uzyskają pozytywne opinie Wojewódzkich Inspektoratów Ochrony Środowiska, Wojewódzkich Inspektoratów Ochrony Roślin i Nasiennictwa oraz Wojewódzkich Stacje Sanitarno-Epidemiologiczne. Kogo zobligujesz do przekazania gminom pieniędzy?
a) Ministerstwo Zdrowia
b) Ministerstwo Środowiska
c) Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi
d) Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji

18. W szpitalu na Szaserów ma być oddana do użytku zmodernizowana Klinika Pediatrii, Nefrologii i Alergologii Dziecięcej. Powstały komfortowe, klimatyzowane sale chorych wyposażone w łazienki, a pracownie wyposażono w nowoczesny sprzęt diagnostyczno-leczniczy oraz informatyczny i audiowizualny. Kogo powinieneś desygnować do przecięcia wstęgi?
a) Ministra Zdrowia
b) Ministra Edukacji Narodowej
c) Ministra Innowacji i Rozwoju
d) Ministra Obrony Narodowej

19. Najbezpieczniej czujesz się, gdy komendantem Służby Ochrony Państwa jest oficer, który jednostkach zapewniających bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie służy od:
a) 25 lat
b) 10 lat
c) 5 lat
d) 1,5 roku

20.Twój Minister Energii jest nazwany przez Komisję Zakładową NSZZ Solidarność KWK „Pniówek” „Pijaną małpą z brzytwą”. W związku z tym każesz mu:
a) złożyć stosowne zawiadomienie do prokuratury
b) oddać się do dyspozycji premiera
c) złożyć dymisję ze względu na stan zdrowia
d) napisać im list kończący się słowami: „Drodzy Górnicy, przypisywanie mi złej woli napawa mnie smutkiem”.

Odpowiedzi
1 – c
2 – c
3 – c
4 – b
5 – a
6 – c
7 – c
8 – d
9 – c
10 – a
11 – d
12 – d
13 – d
14 – a
15 – c
16 – c
17 – d
18 – d
19 – d
20 – d

Jeśli uzyskałeś 0 – 5 punktów, to nie masz szans na zostanie premierem. Jesteś na to za inteligentny, a na dodatek znasz prawo i kierujesz się w życiu logiką. Te cechy uniemożliwiają bycie Prezesem Rady Ministrów w jakimkolwiek kraju demokratycznym.

Jeśli masz wynik pomiędzy 5 a 15, to bycie szefem ministrów stoi przed tobą otworem. Nie przejmujesz się sensem działań. Nie interesuje cię, co myślą wyborcy. Ważne, żeby popierali cię właściwi ludzie. Skądinąd tacy sami oportuniści jak ty.

Gdy jednak masz od 16 do 20 poprawnych odpowiedzi, to oczywiście na premiera się nie nadajesz, ale w try miga poszukaj kogoś, kto zna Jarosława Kaczyńskiego. Dla niego osoba mająca gdzieś rozsądek, szacunek do wiedzy i kompetencji, ale za to umiejąca robić dobre wrażenie, jest idealna do rządzenia krajem.

Dno i dwa metry mułu

Początkowo wydawało się, że PiS mocno trzyma w rękach cugle kampanii wyborczej. „Piątka” za „piątką” spadały na publiczność niczym złoty deszcz.

Miliardy złotych – do tej pory nawet trudne do wyobrażenia – nagle znalazły się w zasięgu ręki „prostego człowieka”. Każdy we własnym portfelu poczuł dobroć pana prezesa i pana premiera. Reszta nie była ważna.
Pani Szydło mogła posługiwać się jedynie monosylabami wydobywanym spoza zaciśniętych warg, a i tak, co by nie powiedziała, to istne objawienie.
Pana premiera nie imały się nawet krzyczące nagłówki o jakichś „mieszkaniach na słupy”, jakiejś „odprawie, która czeka”, a seryjnie udowadniane mu kłamstwa grzęzły bez szkody niczym kule w kamizelce kuloodpornej.
Nad wszystkim czuwał zaś pan prezes, który rozsiewał „swoje” prawdy i wskazywał na „kłamstwa totalnej opozycji”.
Pośród nich najgorsze, najpodlejsze – kłamstwa oznaczające wojnę z kościołem w Polsce. A rola kościoła w Polsce jest niepodważalna i „każdy, kto podnosi rękę na kościół, podnosi rękę na Polskę”…
No i wypowiedział w złą godzinę! Znaleźli się bowiem śmiałkowie, którzy „podnieśli”. Zamiast nic nie mówić nikomu, żeby było jak dotąd, odwrócili pomnik tyłem do przodu i okazało się, że za fasadą ze spiżu jest pustka, jeśli nie liczyć zbutwiałych frazesów i robactwa zjadającego resztki zasad. Porażenie, oburzenie, wstyd, kompromitacja, przerażenie, zażenowanie – istne tsunami spadło na instytucję tak długo nietykalną. Nagle nie tylko przed rządem, przed PiS-em, ale też i przed wszystkimi jego wyborcami i zwolennikami, stanęło pytanie: kim oni właściwie są, czym jest ich wiara, jakiego kościoła są fundamentem?
No i, co teraz myśleć o tych ministrach, prezesach, urzędnikach wysokiej rangi, którzy trzymając za ręce biskupów, księży, i inne „sługi boże”, kolebiąc się na boki niczym górnicy na Barbórkę w „karczmie piwnej”, wyśpiewują pod niebiosa swą radość z bycia „wspólnotą”. Zaiste piękna to wspólnota…
I nagle, z dnia na dzień, „przestało żreć”! Film braci Sekielskich obejrzała cała Polska. Ciągle jeszcze niesie się przez kraj ten szlagwort: „kto podnosi rękę na kościół, podnosi rękę na Polskę”, tylko, że te same słowa znaczą coś zupełnie innego. Groźbę: kto zagląda do księżych sypialni, kto publicznie daje wyraz oburzeniu i niezgodzie na maltretowanie i deprawowanie dzieci, łamanie im życia u zarania, ten godzi w tysiącletnią tradycję pod karą niepolskości…
Geniusz pana prezesa legł w gruzach, a on sam zapewne, gdyby mógł, połknąłby własny język.
Niestety liczni dziennikarze i dziennikarscy halabardnicy, którzy porobili kariery dzięki dobrej zmianie, nie mogą języka połykać, bo z gadania żyją. Tylko, co mówić w takiej sytuacji? Jak bronić przegranej sprawy? Jakoś trzeba, bo żyć przecież z czegoś trzeba…
Jesteśmy więc świadkami kuriozalnych wypowiedzi, wygibasów słownych, gotowości do wypowiedzenia każdego idiotyzmu w służbie partii-karmicielki. Najwyżej mierzą oczywiście najbardziej znani, najgłośniejsi, wyniesieni na kominy. Taka praca – od nich przecież oczekuje się najwięcej, zwłaszcza w godzinie próby.
Rekord świata w kategorii „włazidupstwo ekstremalne” pobił bezapelacyjnie pan redaktor Piotr Semka, który na Twitterze napisał: „Zarzucacie kościołowi pedofilię, a jego biskupi cierpieli za komuny głód. Ja wiem, że to pozornie nie ma związku z filmem Sekielskiego, ale chciałbym to w tej chwili przypomnieć…”
Jasne! Pamiętam jak dziś – generał Jaruzelski osobiście zakluczył prymasa Glempa w ciemnicy i trzymał go tam o chlebie i wodzie. Do Klarysewa na rozmowy przywozili prymasa karetką i pod kroplówką, żeby nie zemdlał przed generałem z głodu. Biskup Orszulik natomiast tylko dlatego trzymał się prosto podczas obrad „okrągłego Stołu” i nie spadał pod stół w Magdalence, że go bezpieka, jak Birkuta przed biciem rekordu w układaniu cegieł, dokarmiała specjalną szynką zza „żółtych firanek”…
Za największymi podążają dziarsko kurs-galopkiem liczne zastępy redaktorów Semko-podobnych, pomniejszych, lokalnych. I oni robią wszystko, żeby zaznaczyć swoją obecność we wspólnym froncie obrony Polski przed ręką podniesioną na kościół i „dobrą zmianę” przy okazji też.
Miałem okazję wysłuchać jednej z tysięcy rozmów, które na finiszu kampanii wyborczej odbywają się w setkach rozgłośni. Ta akurat odbywała się w rozgłośni państwowej, w publicznym radiu szczecińskim. Audycję prowadził sam szef, niejaki Przemysław Szymańczyk. Chyba neofita pisizmu, gdyż nastał w roku 2016, a wcześniej pracował w TVN. Gościem był prof. Bogusław Liberadzki, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, lider listy KE w okręgu zachodniopomorskim i lubuskim, polityk SLD. Jest profesorem SGH, jego specjalnością jest transport i ekonomika transportu. Była więc na przykład okazja, żeby porozmawiać o zapowiedzianej przez rząd reaktywacji publicznego transportu – skąd na to pieniądze, czy zaplanowane przez rząd wystarczą, czy jest szansa na fundusze europejskie na ten cel, co profesor by zrobił, żeby je skierować do Polski, gdyby ponownie został europarlamentarzystą?… Furda tam!
Redaktor zaczął od cytatu z Manueli Gretkowskiej: „Katolicy są godni współczucia i ubolewania”.
Manuela Gretkowska reprezentuje Kongres Kobiet, który wchodzi w skład Koalicji Europejskiej.
Pan redaktor Szymańczyk nie mówi, dlaczego ona to powiedziała, w jakich okolicznościach, tylko wali na odlew: – Czy uważa pan, że ja, jako katolik, jestem godny współczucia i ubolewania?…
– Patrzę panu prosto w oczy, dodał, co znaczyło, że oczekuje absolutnej szczerości.
Co sobie profesor pomyślał, to jego, co odpowiedział, to drugie – znany jest przecież z tolerancji, skłonności koncyliacyjnych, gotowości do rozmowy i niechęci do kłótni. Poza tym był w gościach.
Redaktor jednak był jak zaprogramowany – rozmowa toczyła się, gdy film Sekielskich obejrzały już miliony:
– Skąd ten wątek antyreligijny u wielu polityków związanych z Koalicją Europejską lub podmiotami, które stanowią KE?
– Czym innym jest kościół hierarchiczny, czy innym kościół powszechny, a czym innym jeszcze religia jako taka, odpowiada grzecznie profesor, dodając, że on w filmie wątków antyreligijnych nie widzi. A hierarchowie… no cóż. Trzeba zrobić wszystko, żeby to się nie powtórzyło.
Redaktor jednak, jakby trzymając w ręku jakąś książeczkę ze złotymi myślami prezesa, nie ustępuje:
– Toczy się gra o korzenie. Mamy do czynienia z ofensywą antyreligijną…
Na dowód przytacza wypowiedź Tuska sprzed kilku lat, że nie będzie klękać przed biskupami, dodaje tęczę wokół Maryi…
– I tak w całej Europie!
Pada przykład Fryburga, gdzie katolicką procesję otaczały wrzeszczące lesbijki i geje, którzy dopuściliby się rękoczynów, gdyby nie policja…
– Czy tak ma wyglądać współczesny model tolerancji europejskiej, czy pan jako przedstawiciel frakcji socjalistycznej podziela tego rodzaju model? Za chwilę zgodnie z doktryną marksizmu-leninizmu będziemy musieli wyznawać wiarę wyłącznie w domu, krzyże i kościoły będą musiały być zamknięte, bądź zniknąć z przestrzeni publicznej, zresztą tak się dzieje w Francji i częściowo w Niemczech, kościoły są zamykane, zamieniane w magazyny… Słowo daję, tak ten Szymańczyk, redaktor, nadawał przez radio… Profesor długo wychodził ze zdumienia, choć nie ustawał w dobrotliwości, pytając uprzejmie na przykład: – a co wspólnego ma film Sekielskich z marksizmem-leninizmem?…
Redaktor się zreflektował i przeszedł do nawozów sztucznych osobliwie fosforanowych.
– Pani pośle, zaczął znienacka, 24 października 2017 roku głosowano w europarlamencie nad limitami kadmu w nawozach fosforanowych… Pan nie głosował, bo był w Emiratach Arabskich…
Jakby się kto pytał, te nawozy, to złoty interes Rosjan, w podtekście pytania czai się więc kolejna PiS-owska fobia o „nabijaniu kabzy Putinowi”…
Na końcu okazało się, że to nie było jedno głosowanie, tylko trzy, że PE osiągnął kompromis i że…
Redaktor skończył jednak audycję, bo już „wystarczająco nad panem posłem się pastwiłem”…
A nad słuchaczami? Słuchacze, to pies? Nic dziwnego, że publiczne radio szura antenami po dnie słuchalności, grzęznąc co chwilę w mule z bełkotu.

Bitwa o media My, socjaliści

W ramach wojny o zawładnięcie Polską, poza bitwą o sądy i Trybunał Konstytucyjny, toczy się bitwa o opinię publiczną, którą kształtują media.

 

To władza nad mediami i treściami medialnymi jest przedmiotem rozgrywki. Ma ona charakter międzynarodowy, bowiem polskie media w znaczącej części sprywatyzowane już w latach 90. są dziś w rękach kapitału międzynarodowego.
Praktyka wskazuje, że poza kwestami ekonomicznymi i walką o zysk, istotną sprawą jest charakter i treść przekazów medialnych.
Jednym z fundamentów demokracji liberalnej, którą uprawiamy, przynajmniej teoretycznie, są wolne media i komunikacja społeczna w mediach i poza nimi. Zasadne jest więc pytanie jaka demokracja, zarówno w sensie ideowym, jak i swoistych mechanizmów realizacji, jest potrzebna. Wielu autorów twierdzi, że od dłuższego czasu znajdujemy się w erze postdemokracji, czyli sytuacji, w której nasze instytucje polityczne są trwale niezdolne do umożliwienia ludziom wywarcia rzeczywistego wpływu na politykę.
W latach 80. XX wieku w obszarze naszej cywilizacji zaczęła dominować zarówno w ekonomi, stosunkach społecznych jak i w praktyce państwa wizja neoliberalna. W doktrynalnym ujęciu neoliberalnym decyzje dotyczące gospodarki i finansów nie podlegają publicznym rozstrzygnięciom. Jednocześnie neoliberalizm podporządkowuje politykę jednej podstawowej zasadzie – konkurencyjności. Tym samym podkopuje i pozbawia dotychczasowe procedury demokratyczne wszelkiej treści. Demokracja to możliwość wyboru pomiędzy różnymi i odmiennymi orientacjami oraz zasadami organizującymi społeczeństwo. Neoliberalizm ten wybór uniemożliwia, tym bardziej, że jako doktryna konstruktywistyczna aktywnie przekształca państwo i społeczeństwo, by dostosować je do swojej wizji. Państwo musi zachować się jak podmiot rynkowy i przy podejmowaniu wszelkich działań uwzględniać rachunek zysków i strat oraz podejmować kryterium efektywności ekonomicznej. Tymczasem do żadnej z podstawowych instytucji czy wartości demokracji liberalnej – wolne wybory, demokracja przedstawicielska, swobody obywatelskie, udział społeczeństwa w procesie demokratycznym i procesie rządzenia – nie można odnieść zasad konkurencyjności gospodarczej, bądź rachunku zysków i strat.
Stąd też od wielu już lat i w Polsce, ale też w skali naszej sfery cywilizacyjnej, mamy do czynienia z kryzysem systemowym, upadkiem zasad i ograniczeniem wielu funkcji demokracji. Sytuacja ta ma poważny wpływ na media. Stały się one bowiem podmiotami rynkowymi. Są też efektem porozumienia i kompromisu pomiędzy potężnymi siłami politycznymi i gospodarczymi. Zagadnienie wolności i niezależności mediów w systemie demokratycznym uznawane jest za kluczowe. Zasadniczą cechą demokracji liberalnej jest wolny dostęp do informacji, ich wymiana i upowszechnienie.
Do analizy związków mediów masowych i mechanizmów komunikacji społecznej z demokracją mają bezpośrednio znaczenie dwa z przedstawionych warunków, a mianowicie: warunek dotyczący wolności wypowiedzi oraz istnienie alternatywnych źródeł informacji.
Dziś większość świata polityki, biznesu i mediów zgadza się co do centralnej roli mediów w procesie politycznym, w przekazywaniu i interpretowaniu obiektywnych wydarzeń w sferze politycznej oraz ułatwianiu subiektywnego ich postrzegania w szerszej sferze publicznej. Z tego powodu stronniczość ma kluczowe znaczenie polityczne, choć wiadomo powszechnie, że jest ona dość powszechnym zjawiskiem. Obiektywnych, nieprzypisywanych do poszczególnych partii politycznych czy nurtów ideowych mediów można szukać długo. Wiadomo bowiem, że prowadzenie jakiejkolwiek polityki – demokratycznej, czy niedemokratycznej – na poziomie narodowym i międzynarodowym jest coraz bardziej uzależnione od mediów.
W Polsce trwa dziś debata i spór o rolę mediów w dzisiejszym kształcie polskiej demokracji. Wielu upatruje duże ich znaczenie dla kształtowania opinii publicznej, wielu widziałoby media jako jeden z kilku filarów władzy. Odpowiedź na pytanie, czy media są, czy nie są czwartą władzą, nie jest prosta i jednoznaczna. W sensie formalnym i prawnym media władzą nie są. Media mogą mieć władzę, kiedy są wolne od presji politycznej, czy ekonomicznej, także kiedy formułują niezależne sądy i opinie. Ta niezależność pozwala im także na kontrolę innych władz – ustawodawczej, wykonawczej, sądowniczej. Media są władzą jeszcze w jednym ważnym aspekcie. Wiąże się on z procesami kształtowania świadomości społecznej, z wpływem na umysły odbiorców, ich postawy, zachowania, preferencje, oczekiwania, gusty, życzenia i zainteresowania.
Można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że dziś w Polsce trwają trzy bitwy o media: pierwsza o formalną władzę nad mediami i wygaszenie niektórych funkcji demokracji, które dotyczą mediów m.in. swobody dostęp do informacji i wielość źródeł informacji alternatywnej. Na tym tle istotna jest orientacja społeczna wobec takich zjawisk jak lawina informacyjna, wykluczenie cyfrowe i postprawda. Druga – walka o cofnięcie procesów prywatyzacyjnych lat 90., które zachodziły z dużym udziałem kapitału zagranicznego. Dziś ponad 80 proc. instytucji medialnych jest w Polsce w rękach kapitału zagranicznego, przeważnie niemieckiego. Stan taki odnotowuje się wyłącznie w krajach postkolonialnych. Trzecia – to bitwa o podmiotowość środowiska dziennikarskiego i niezależność opinii, nastąpiło bowiem powszechne urynkowienie, co stawia interes kapitału i zysk ponad wartościami społecznymi.
Konstatując trzeba stwierdzić, że jednym z kanonów lewicy są wolne media i walka o ich demokratyczny kształt, dające społeczeństwu obiektywizm opinii.

Watykan za zamkniętymi drzwiami

Czterdzieści lat temu, 16 października 1978 roku , biały dym unoszący się z komina Kaplicy Sykstyńskiej obwieścił światu wybór nowego papieża. Został nim – ku ogólnemu zaskoczeniu – polski kardynał Karol Wojtyła, który przybrał imiona Jana Pawła II. Aby móc lepiej zrozumieć ówczesne wydarzenia wypadnie nam nieco cofnąć się w czasie.

 

W wyniku włoskiej rewolucji, w XIX wieku Kościół pozbawiony został władzy w państwach kościelnych a po 1870 roku papież de facto stał się więźniem Watykanu. Sytuacja uległa zmianie dopiero kiedy Pius XI w zamian za pomoc udzieloną Mussoliniemu w dojściu do władzy otrzymał w prezencie 80 mln dolarów (odpowiednik dzisiejszych 500 mln) oraz przywrócono mu na mocy Traktatu Laterańskiego z 1929 roku, tymczasową suwerenność nad miastem Watykan. Tenże traktat sprytnie wykorzystano do założenia Banku Watykańskiego, który mając rejestrację w Watykanie czyli nigdzie, (jako że nie obowiązywały go żadne przepisy świeckiego prawa, stał się – a może od początku był tak pomyślany – znakomitą pralnią pieniędzy. Po II Wojnie Światowej był wręcz nieoceniony przy organizacji masowego przerzutu za ocean zbrodniarzy hitlerowskich w wyniku czego jego zasoby powiększyły się przypuszczalnie o złoto zrabowane wymordowanym przez III Rzeszę Żydom. Jak jednak powszechnie wiadomo, wszystko co piękne szybko się kończy,toteż po wyekspediowaniu z Europy ostatnich nazistowskich oprawców trzeba się było rozejrzeć za nowymi źródłami dochodów. Pomysł na to przedstawił pewien skromny sycylijski handlarz cytryn Michele Sindona, płynnie łączący swoją działalność handlową z reprezentowaniem na terenie Mediolanu interesów… mafii sycylijskiej. W jego staraniach na tym polu wspierał go dzielnie wielce wpływowy arcybiskup Mediolanu Giovani Montini, dzięki czemu Cosa Nostra miała stały dostęp do legalnych pieniędzy, a obaj panowie zostali serdecznymi przyjaciółmi. Trzeba trafu, że w 1963 roku po śmierci papieża Jana XXIII jeden z nich (bynajmniej nie M. Sindona) wybrany zostaje na jego miejsce, przyjmując imię Pawła VI. To naturalnie otwiera nieporównywalnie większe możliwości. Na dobry początek świeżo upieczony papież zatrudnia swego mediolańskiego przyjaciela na stanowisku nadzorcy kościelnych finansów. Ma pomóc w ich pomnażaniu na Chwałę Pana i trzymaniu z daleka od nich zachłannego włoskiego fiskusa.
Trzeba przyznać, że mafijny ekspert wywiązuje się z powierzonego mu zadania bez zarzutu. Zorganizowana przez niego wyprzedaż wybranych watykańskich ruchomości pozwala je nabyć po godziwych cenach mafijnym bossom, którzy w ten oto prosty sposób wymieniają brudne pieniądze z handlu narkotykami i prostytucji na czyściuteńkie watykańskie aktywa. Interes kręci się tak znakomicie, że jego udziałowcy postanawiają poszerzyć sferę działania.
Oczywiście do nowych zadań potrzebni są nowi ludzie. Jednym z wybrańców okazuje się zaufany ochroniarz Pawła VI, bp Paul Marcinkus, który zwykł był mawiać, że Kościół nie utrzyma się z Ave Maria i w swej działalności nie hamowały go nigdy podobne przeżytki jak skrupuły moralne. Taka postawa znajdowała uznanie w oczach jego pryncypała i tak oto w 1971 roku papieski ochroniarz powołany zostaje na szefa Instytutu Dzieł Religijnych, pod którym to eufemizmem ukrywa się Bank Watykański. Skala prowadzonych interesów sprawia, że świątobliwym ojcom zaczyna być cokolwiek niezręcznie prowadzić je na wprost z mafią, toteż rada w radę postanawiają czynić to przy udziale pośrednika. Wybór pada na szanowany mediolański Banco Ambrosiano, w którym Watykan ma też swoje udziały. Na jego dyrektora w 1971 roku, powołany zostaje z polecenia M. Sindony (czytaj mafii) niejaki Roberto Calvi. Naturalnie zbieżność dat z nominacją bp P. Marcinkusa całkowicie (nie) przypadkowa…
Teraz pozostało tylko całkowicie opanować mediolański bank, co wymagało od naszych bohaterów nieco zachodu. Rzecz w tym, że w jego statucie znajdował się zapis ograniczający liczbę posiadanych udziałów dla każdego z akcjonariuszy na maksimum 5% całości portfela. Nowy dyrektor poradził sobie z tym problemem z lekkością motyla tworząc cały łańcuch spółek – wydmuszek zarejestrowanych w rajach podatkowych, przy pomocy których wykupił pozostałe akcje.Niejako przy okazji stworzony został perfekcyjny system prania pieniędzy, gdyż przelewając ogromne sumy z jednego kończ świata na drugi pomiędzy owymi spółkami i wchodzącymi w skład owej korporacji oboma bankami, skutecznie zacierano źródło ich pochodzenia.
Na scenie pojawia się teraz kolejny bohater naszej opowieści, włoski przedsiębiorca i polityk Licio Gelli, znajdujący także w nawale swych rozlicznych obowiązków, czas na przewodniczenie Loży Masońskiej Propaganda Due (P – 2), skupiającej w swych szeregach całą śmietankę towarzyską ówczesnych Włoch. Rzeczony Licio Gelli jak na Wielkiego Mistrza przystało miał niezwykle barwny życiorys. Karierę rozpoczynał jako działacz włoskiej Narodowej Partii Faszystowskiej Duce, w czasie II Wojny Światowej walczył w randze porucznika w Dywizji SS Herman Goering, by po jej zakończeniu z zapałem zająć się ewakuacją swoich najbardziej zasłużonych towarzyszy broni za ocean, co pozwoliło im uniknąć stryczka. Nie trzeba dodawać, że w tej humanitarnej akcji korzystał szczodrze ze wsparcia Watykanu… Teraz, kiedy jego koledzy Paweł VI, Michele Sindona i Roberto Calvi budowali swoje finansowe imperium doszlusował do nich stając się kluczowym klientem Banco Ambrosiano.
Interes kręcił się znakomicie : miliardy mafijnych środków pochodzących z handlu narkotykami wprowadzano do legalnego obrotu a Kościół nie musiał już bynajmniej utrzymywać się ze zdrowasiek. I kiedy wyglądało, że biznes kwitł będzie do końca świata i jeden dzień dłużej, niespodziewanie 6 sierpnia 1978 roku w Castel Gandolfo umiera jeden z kluczowych udziałowców naszej korporacji – Paweł VI.
Zapewne powołano coś na kształt sztabu kryzysowego aby zabezpieczyć interesy pozostałych akcjonariuszy przed nieodpowiedzialnym wyborem na wakujące stanowisko człowieka,mogącego swoim wścibstwem zaszkodzić wszystkim zainteresowanym. Ideałem byłby kandydat spoza watykańskiego establishmentu, który nie będzie się interesował rzeczami tak przyziemnymi jak watykańskie finanse a zwłaszcza źródło ich pochodzenia. Nie wiemy naturalnie w jaki sposób dotarto do Ducha Świętego z sugestią, którego kandydata winien wskazać elektorom za godnego objęcia sukcesji, faktem jest, że wywiązał się on ze swego obowiązku znakomicie. Po jednym z najkrótszych konklawe w historii bo już w drugim dniu jego trwania,26 sierpnia 1978 roku o godzinie 18.05 ogłoszono wybór nowego papieża.
Nowo wybrany Ojciec Święty zdawał się spełniać wszystkie warunki jakie stawiali przed jego kandydaturą członkowie sztabu kryzysowego, ale jego powołanie na Tron Piotrowy okazało się niespodziewanie kolejnym potwierdzeniem prawdziwości przysłowia mówiącego, że kiedy Bóg chce nas ukarać, spełnia nasze życzenia…
Kardynał Albino Luciani – on to bowiem został wybrańcem uczestniczących w konklawe elektorów – był patriarchą Wenecji i przez całe swoje dotychczasowe życie trzymał się jak najdalej od rzymskiej kurii wraz ze wszystkimi jej intrygami. Pochodził z bardzo ubogiej rodziny. Jego ojciec był rolnikiem gospodarzącym na cztero hektarowym poletku, co zapewne z ogromnym trudem wystarczało do utrzymania rodziny. Jego największym marzeniem było zostanie wiejskim proboszczem, ale los najwyraźniej sobie z niego zażartował. Bardzo szybko został biskupem niewielkiej diecezji a następnie kardynałem i patriarchą Wenecji. Wybierając się na konklawe, możliwości swojego wyboru w ogóle nie brał pod uwagę a skomentował je słowami: „Trudno będzie znaleźć osobę, która mogłaby sobie poradzić z licznymi problemami stanowiącymi naprawdę ciężkie brzemię. Na szczęście mnie nie grozi to niebezpieczeństwo”. Po ogłoszeniu wyników głosowania początkowo nie przyjął wyboru dlatego kardynałowie musieli głosować po raz drugi. Skapitulował dopiero po powtórnym wyborze. Wszystkim zainteresowanym musiało się wydawać, że wybrano idealnego kandydata dla zachowania istniejącego status quo. Jakże srogo się pomylili!
Nowo wybrany papież – czego zapewne nie wzięto w swych rachubach pod uwagę – był nade wszystko człowiekiem uczciwym, zaś swoją posługę traktował jak powołanie a nie drogę do kariery. Niespodzianki zaczęły się od tego, że Ojciec Święty, który przybrał imiona Jana Pawła, zrezygnował z obowiązującej wśród jego poprzedników formy pluralis maiestatis,odrzucił barokową koronację i nie założył potrójnej korony z diamentami, nie zgodził się na obnoszenie go w lektyce a na pierwszą audiencję udał się… piechotą! Odmówił także spotkania z przybyłymi do Rzymu szefami ultraprawicowych reżimów Argentyny, Paragwaju i Chile. Zresztą czego można się było spodziewać po facecie, który w czasie kryzysu paliwowego w 1973 roku, zamiast wyegzekwować dodatkowy przydział benzyny, pojechał do parafii koło Mestre koleją a przed wiejski kościółek zajechał z fasonem… na rowerze, wywołując spontaniczny aplauz zgromadzonych parafian ! Kardynał !! Spróbujcie sobie Państwo wyobrazić podobny obrazek w polskich realiach… Wybór A. Luciani został wszędzie bardzo ciepło przyjęty – natychmiast nazwano go „uśmiechniętym papieżem”. Pojawiły się nadzieje na oczyszczenie swoistej „stajni Augiasza”, w którą zamienił się Watykan.
Za wyraz owych nadziei uznać zapewne należy zaadresowany do Jana Pawła list otwarty dziennikarzy opiniotwórczego „Il Mondo”. Jego autorzy w prostych żołnierskich słowach postawili nowej głowie Kościoła kilka zasadniczych pytań domagając się przywrócenia przez adresata „ładu i porządku moralnego” w Watykanie. Pytano między innymi : „ Czy słusznym jest by Watykan działał na rynku jak zwykły spekulant?” „Czy właściwe jest by Bank Watykański pomagał w nielegalnych transferach kapitału z Włoch do innych krajów?” „Czy bank powinien pomagać swoim klientom w uchylaniu się od płacenia podatków?”
Wścibskich pismaków interesowała także – nie wiedzieć czemu – współpraca Watykanu z takimi postaciami jak M.Sindona, pełniącego za pontyfikatu Pawła VI rolę oficjalnego bankiera Watykanu, któremu podlegały wszystkie zagraniczne transakcje Stolicy Apostolskiej.W liście zawarta była także przejrzysta aluzja do biskupa P. Marcinkusa : „To jedyny biskup, który jest jednocześnie członkiem zarządu banku świeckiego, utrzymującego filię w jednym z rajów podatkowych”. Rzecz szła o Cisalpine Overseas Bank w Nassau na Bahamach, przekształcony później w Banco Ambrosiano Overseas.
Te rewelacje jak i informacje o aferze w kościele amerykańskim z arcybiskupem Johnem Patrickiem Codym w roli głównej, gdzie wyparowało 5 mln dolarów, miały zapewne spory wpływ na pierwsze działania Jana Pawła I. Już w drugim dniu swojego urzędowania, 27.08.78 zawiadomił on kardynała Jeana Marie Villota pełniącego funkcję watykańskiego sekretarza stanu, o zamiarze wszczęcia śledztwa w sprawie finansów Stolicy Apostolskiej. W rozmowie stwierdził : „ Nie pominiemy żadnej dykasterii, żadnej kongregacji ani żadnej sekcji.” Po tygodniu na biurko papieża trafił wstępny raport o działalności Instytutu Dzieł Religijnych, prowadzącego – o dziwo ! – czysto świecką działalność !
Z około 11 tysięcy prowadzonych w nim kont tylko 1650 służyło sprawom Kościoła a pozostałe (9630) były źródłem środków na łapówki lub osobiste wydatki takich postaci jak M.Sindona, L. Gelli, R. Calvi i… bp P.Marcinkus. Jednak wymienione rewelacje okazały się być zaledwie uwerturą, gdyż 7.09.78 kardynał G. Benelli przyniósł papieżowi kolejne bardzo złe wieści. Narodowy Bank Włoski wszczął dochodzenie w sprawie powiązań R. Calviego i Banco Ambrosiano, z Bankiem Watykańskim. Śledztwo obejmowało przeprowadzoną przez R.Calviego transakcję zakupu Banco Cattolica del Venetto oraz manipulacje akcjami florenckiego Banco Mercantile. Raport kontroli skarbowej dotarł na biurko sędziego Emilio Alessandriniego, a wnioski w nim zawarte prostą drogą prowadziły na ławę oskarżonych (poza Calvim naturalnie !) takich watykańskich dostojników jak bp P. Marcinkus i jego najbliższych współpracowników Luigi Mennini i Pelegrino de Strobel. Jakby i tych rewelacji było za mało, we wtorek 12.09.78 w serwisie Agencji Informacyjnej L’Osservatore Politico ukazał się artykuł pod znamiennym tytułem „Wielka Loża Watykańska” zawierający listę 121 wybitnych duchownych i świeckich katolickich mających być członkami lóż masońskich powiązanych ze znanym nam już Licio Gellim i słynną Lożą P – 2. Gdyby informacja okazała się prawdziwa, papież byłby zmuszony do podjęcia radykalnych kroków a wymienieni na liście kardynałowie i biskupi utracili by swoje tytuły i urzędy podlegając dodatkowo ekskomunice. Na samym szczycie listy figurowało nazwisko kardynała … J.M.Villota ! Żarty się skończyły, zaczęły się schody.
Sprawdzenie autentyczności opublikowanych rewelacji wbrew pozorom było dość proste, gdyż włoskie prawo nakazuje tajnym stowarzyszeniom rejestrację we właściwym urzędzie nazwisk swoich członków. Papież poprosił zaufanych współpracowników, kardynałów Pericle Feliciego i Giovanni Benelliego, których nazwiska nie figurowały na liście, o podjęcie stosownych działań. Otrzymana błyskawicznie odpowiedź upewniła Ojca Świętego w jego podejrzeniach, że jest źle a nawet jeszcze gorzej ! Na liście obok kardynała J.M.Villota figurowały między innymi nazwiska jego asystenta, kardynała S.Baggio, papieskiego ministra spraw zagranicznych Agostino Casaroli, wikariusza diecezji rzymskiej Ugo Polletti, zaufanego sekretarza Pawła VI prałata Pasquale Macchi oraz – jakżeby inaczej – naszego ulubieńca biskupa Paula Marcinkusa. Równolegle do papieża zaczęły docierać wyniki dochodzenia w sprawie Banku Watykańskiego zawierające informacje o nielegalnych transakcjach, spółkach – wydmuszkach, oszustwach w obrocie papierami wartościowymi i praniu miliardów dolarów pochodzących z prowadzonego przez mafię handlu narkotykami. Tego już było zbyt wiele– nawet jak dla człowieka o tak łagodnym usposobieniu jak Albino Luciani.
W sobotę 23.09.78 Jan Paweł I został biskupem Rzymu. W pierwszej homilii zacytował św. Grzegorza Wielkiego: „Pasterz powinien z pełnym współczuciem być blisko każdego ze swych poddanych. Zapominając o swoim miejscu w hierarchii za równych sobie powinien uważać tych, którzy postępują właściwie, jednak wobec złych nie powinien się cofać przed korzystaniem z praw, jakie mu daje jego urząd.” Powiało grozą.
Porządki zaczęły się 28.09.78. Wcześnie rano papież wezwał do siebie kardynała S. Baggio, któremu oznajmił, że wie o jego przynależności do P-2 i zamierza odesłać go do Wenecji. Atak furii purpurata przyjął z olimpijskim spokojem. Po południu przy herbacie papież poinformował kardynała J. M. Villota o swojej decyzji natychmiastowego zwolnienia biskupa P. Marcinkusa ze stanowiska prezesa Banku Watykańskiego i wydalenia go z Watykanu. Miał wrócić do rodzinnego Chicago i objąć tam obowiązki biskupa pomocniczego. Inni członkowie kierownictwa banku mający powiązania z Marcinkusem, Sidoną i Calvim, mieli zostać zdymisjonowani i przeniesieni na podrzędne stanowiska poza Watykanem.
Sam kardynał dostał polecenie złożenia do końca dnia rezygnacji ze swojego stanowiska i bezzwłocznego powrotu do rodzinnej Francji. Zastąpić go miał kardynał Giovanni Benelli. Na odchodnym usłyszał jeszcze, że wszyscy jego przyjaciele z masonerii zostaną usunięci ze Stolicy Apostolskiej i skierowani do obowiązków w parafiach pod nadzorem biskupów i prałatów. Rozmowa zakończyła się o 19.30. Po kolacji spożytej w towarzystwie swoich sekretarzy Johna Magee i Diego Lorenziego, papież obejrzał wieczorne wiadomości, po czym udał się do swego gabinetu by jeszcze raz przejrzeć notatki. O 21.30 udając się na spoczynek, w doskonałym nastroju pożegnał się ze swymi sekretarzami i gosposią.
Następnego poranka o 4.30 siostra Vincenza – tak jak codziennie – postawiła na stoliku przed drzwiami papieskiej sypialni dzbanek kawy i zapukała. Ku swemu zdziwieniu, kiedy po pół godzinie przyszła ponownie, dzbanek stał nietknięty. Zapukała i kiedy nie usłyszała odpowiedzi weszła do pomieszczenia. Na łóżku siedział nieruchomo Jan Paweł I ściskając w dłoni plik kartek, reszta leżała rozrzucona na kołdrze. Zakonnica natychmiast zadzwoniła po ojca Magee. Kiedy sekretarz wszedł do sypialni i ujrzał tam nie dającego znaku życia papieża natychmiast zatelefonował do kardynała Villota zajmującego jeden z apartamentów w Pałacu Laterańskim. Ku jego najwyższemu zdumieniu pierwszym pytaniem dostojnika było: „Czy ktoś jeszcze wie, że Ojciec Święty nie żyje?” J. Magee odparł, że nikt poza papieską gospodynią. Kardynał polecił mu wówczas, by nikomu, nawet siostrze Vincenzie nie pozwolił wejść do pomieszczenia. On, jako kardynał kamerling osobiście wszystkim się zajmie po przybyciu na miejsce. Istotnie, zjawił się błyskawicznie – ku zdziwieniu zakonnika – starannie ogolony i ubrany w odświętne szaty. O 5.00 rano ! Nie mniej szokujące były czynności podjęte przez J.M.Villota. Pierwszą z nich było … zapakowanie przedmiotów z papieskiej sypialni do przyniesionej ze sobą (!) torby, do której trafiały kolejno stojące na nocnym stoliku lekarstwa, rozrzucone na łożu kartki i plik dokumentów trzymany przez Jana Pawła I w dłoni. Następnie z szuflady biurko zabrany został papieski testament, terminarz jego zaplanowanych spotkań i lista planowanych nominacji. Na koniec w czeluściach torby zniknęły papieskie okulary i pantofle nocne. Nikt nigdy więcej nie zobaczył już tych przedmiotów. Dopiero po tym świątobliwy ojciec znalazł chwilkę czasu by udzielić zmarłemu ostatniego namaszczenia. Po odprawieniu obrzędu nakazał osłupiałemu papieskiemu sekretarzowi natychmiastowe odesłanie siostry Vincenzy do jej macierzystego klasztoru w Wenecji „by nie mogli się z nią kontaktować dziennikarze.” Dopiero po tym zatelefonował po watykańskiego lekarza, doktora Renato Buzzonetiego, który dotarł na miejsce kilka minut przed 6.00 rano. Po dokonaniu pobieżnych oględzin zwłok oświadczył, że zgon nastąpił pomiędzy 22.30 a 23.00 dnia poprzedniego, a przyczyną miał być zawał serca. Po tej diagnozie kardynał wyjął ze swoich szat niewielki srebrny młoteczek, którym uderzył w papieskie czoło pytając: „Albino Luciani, czy jesteś martwy?” Po trzykrotnym powtórzeniu tej czynności wygłosił oficjalną formułę stwierdzającą śmierć papieża.
Jeszcze nie zamknęły się na dobre drzwi za lekarzem, gdy do sypialni wkroczyli dwaj balsamiści, bracia Ernesto i Arnoldo Signoracci. Było kilka minut po 6.00, więc J. M. Villot musiał ich wezwać NATYCHMIAST po telefonie od o. J. Magee a przed telefonem do lekarza i zanim sam mógł na własne oczy stwierdzić, że papież nie żyje. Teraz nakazał przybyłym natychmiastowe wstrzyknięcie do naczyń krwionośnych zmarłego płynu konserwującego co naturalnie uniemożliwiało dokładne określenie przyczyny zgonu po ewentualnej autopsji. Zszokowany dotychczasowym przebiegiem wydarzeń papieski sekretarz, otrzymał polecenie przedstawienia dziennikarzom kłamliwej wersji wydarzeń, jakoby to on, a nie siostra Vincenza znalazł martwego papieża. Surowo zabroniono mu wspominać o kartkach trzymanych w reku przez zmarłego i rozsypanych na jego łożu, oraz o przedmiotach spakowanych przez kardynała do torby.
O 6.45 kardynał kamerling przekazał informację o śmierci Jana Pawła I dziekanowi kolegium kardynalskiego, kardynałowi Confalonieriemu, szefowi watykańskiego korpusu dyplomatycznego prałatowi Agostino Casaroli i sierżantowi Hansowi Rogganowi z Gwardii Szwajcarskiej. Nieomal natychmiast po otrzymaniu tej wiadomości, sierżant natknął się na biskupa P.Marcinkusa, co było zdarzeniem zupełnie wyjątkowym, gdyż biskup mieszkał w Rzymie, 20 minut drogi (samochodem naturalnie!) od Watykanu i NIGDY nie pojawiał się w swoim biurze przed godziną 9.00. Na widok dostojnika sierżant spontanicznie wypalił: „Ojciec Święty nie żyje!”. Znaleziono go martwego w łóżku! Ku najwyższemu zdumieniu gwardzisty, ta rewelacja nie wywołała żadnej reakcji purpurata…
Wreszcie o 7.27 radio watykańskie puściło w eter kłamliwą wersję wydarzeń owego tragicznego poranka sprokurowaną przez kardynała Villota. Jak powszechnie wiadomo kłamstwo ma krótkie nogi, toteż wkrótce Watykan zmuszony był przyznać, że zmarły trzymał w ręku plik notatek zawierające dane pewnych nominacji w Kurii Rzymskiej i włoskim episkopacie. Kolejnym poważnym problemem wizerunkowym stała się gorączkowa praca balsamistów w sytuacji, gdy włoskie prawo zakazuje balsamowania zwłok przed upływem 24 godzin od śmierci, bez zgody Sądu. Zaczęto publicznie podnosić kwestię autopsji – a raczej jej braku. Już 1. X. 78 na pierwszej stronie opiniotwórczego mediolańskiego dziennika „Corriere Della Sera” ukazał się artykuł pod tytułem: „Dlaczego nie ma zgody na autopsję?” Te głosy miały bardzo poważne uzasadnienie. Zmarły papież miał dopiero 66 lat, nigdy nie palił, alkohol pił tylko okazjonalnie i w minimalnych ilościach, zdrowo się odżywiał i zajmował sportem. Osobisty lekarz Jana Pawła I, dr Carlo Frizzerio potwierdził, że Ojciec Święty nie miał żadnych objawów choroby serca. Poza tym miał niskie ciśnienie, co powinno – przynajmniej w teorii – zabezpieczać go przed atakiem serca. „ Tak naprawdę – stwierdził lekarz – papież wymagał pomocy tylko raz, gdy zapadł na ciężką grypę.” Tą diagnozę potwierdził w rozmowie z dziennikarzami, dr Giuseppe Da Ros, który badał Jana Pawła I w sobotę, 23.09.78 : „ On nie czuł się dobrze, lecz bardzo dobrze !” Wybitni kardiologowie w całego świata z doktorem Christianem Barnardem z RPA (pionierem operacji transplantacji serca), uznali in gremio postawienie diagnozy zawału serca jako przyczyny zgonu bez przeprowadzenia sekcji zwłok, za „ bzdurę i niedorzeczność.”
Wzrastający nacisk opinii publicznej popchnął kardynała Villota do kolejnego kłamstwa : stwierdził publicznie, że prawo kanoniczne wprost zakazuje poddania zmarłego papieża takiemu badaniu. Szybko okazało się jednak, że prawo kanoniczne WCALE nie reguluje tej kwestii, zaś w historii znane są co najmniej dwa przypadki przeprowadzenia sekcji zwłok zmarłych papieży: w 1774 roku po śmierci Klemensa XIV i w 1830 po śmierci Piusa VIII. Na domiar złego okazało się, że wymyślona przez doktora Buzzonetiego godzina śmierci papieża jest – najoględniej rzecz biorąc – wzięta z sufitu. Zgodnie ze świadectwem watykańskich balsamistów, gdy przystępowali oni do pracy (kilka minut po 6.00 rano) ciało było jeszcze ciepłe. Potwierdził to także drugi z papieskich sekretarzy o. Lorenzi. Dodajmy, że ani wtedy, ani nigdy potem nie przedstawiono opinii publicznej świadectwa zgonu, za to skrupulatnie zadbano o to, by ze wszystkich 19 pomieszczeń składających się na papieskie apartamenty zniknęły wszelkie ślady mogące wskazywać na to, że Jan Paweł I kiedykolwiek w nich zamieszkiwał i pracował jako najwyższy zwierzchnik Kościoła katolickiego. Coraz głośniej zaczęto mówić o morderstwie… Pod taką presją, wyznaczono konklawe w najbliższym dopuszczalnym terminie licząc na to, że jego rezultaty „przykryją” śmierć papieża i pomogą w zamilczeniu całej sprawy. Uczyniono także wszystko, by na tym zwoływanym w takim pośpiechu konklawe Duch Święty stanął tym razem na wysokości zadania wskazując kandydata, który nie będzie się starał wtykać nosa w nie swoje sprawy, przeszkadzając Kościołowi i jego wspólnikom w robieniu kasy.
Tak oto zwołane 14.X.78 konklawe już 16.X.78 ogłosiło swój werdykt wynosząc na Tron Piotrowy polskiego kardynała Karola Wojtyłę, co natychmiast stało się sensacją, przysłaniającą ostatnie tragiczne wydarzenia. Nowy papież przybrał imię Jana Pawła II co miało sugerować, że będzie kontynuować dzieło porządków rozpoczęte przez poprzednika. Będąc człowiekiem stosunkowo młodym i cieszącym się dobrym zdrowiem dawał swym elektorom nadzieję na długi pontyfikat co z kolei wróżyło utrzymanie pożądanego przez nich status quo przez długie lata. To w teorii, a w praktyce? Myślę, że odpowiedź na to pytanie znajdziemy w dalszych losach pozostałych naszych bohaterów, których – mam nadzieję – także zdążyliście już Państwo polubić.
Początkiem przywracania naruszonego status quo było zamordowanie 29 stycznia 1979 roku w Mediolanie znanego nam już sędziego Alessandriniego, prowadzącego – jak pamiętamy – dochodzenie w sprawie mafijnych powiązań Watykanu. Pięciu bandytów zastrzeliło sędziego gdy zatrzymał na czerwonym świetle swój samochód. Co ciekawe, prowadzone przez niego dochodzenie natychmiast zamknięto …
Kontynuacją było zamordowanie 20 marca 1979 roku w Rzymie redaktora i założyciela agencji informacyjnej OP Osservatore Politico – Carmine Pecorelli, który miał nieostrożność zawiadomienia Jana Pawła I o przynależności do masonerii wielu jego najbliższych współpracowników. Morderca wepchnął głęboko lufę pistoletu w gardło ofiary i dwukrotnie wystrzelił. Policjanci znaleźli w ustach zamordowanego kamień, co w języku mafii oznacza, że zastrzelony już nigdy nie ujawni tajemnicy.
W marcu 1979 roku do sądu w Nowym Jorku wpłynął akt oskarżenia przeciwko Michele Sindonie, obejmujący imponującą listę 79 przestępstw, łącznie wycenianych przez prokuraturę na 25 lat pudła. Ożywioną korespondencję na ten temat prowadzili ze sobą zastępca prokuratora Nowego Jorku John Kenney i włoski prawnik Giorgio Ambrosoli z Mediolanu. Mniej więcej w tym samym czasie śledczy Boris Giuliano odkrył mafijne powiązania naszego bohatera.
Było zapewne całkowitym przypadkiem, że 11 lipca 79 roku zastrzelono na ulicy G. Ambrosolo, a 21 lipca zamordowano nazbyt dociekliwego śledczego. M. Sindona tymczasem udawał, że się ukrywa, a amerykański i włoski wymiar sprawiedliwości udawały, że go poszukują. Ta ciuciubabka trwała dopóki w 1986 roku stróże prawa nie podsłuchali rozmowy telefonicznej naszego bohatera, która naprowadziła ich na ślad będących w jego posiadaniu dokumentów kompromitujących szereg osób z politycznego świecznika Włoch, Watykanu i Bóg jeden wie skąd jeszcze. Dokumenty przejęto i po rozbrojeniu tej bomby M. Sindonę bez dalszej zwłoki zapuszkowano, Długo sobie nie posiedział, gdyż niefartownie wypił kawę doprawioną cyjankiem czy czymś podobnym, co jemu zdecydowanie zaszkodziło, zaś jego byłym wspólnikom zapewniło spokojny sen. Teraz wszyscy mogli już być całkowicie pewni jego milczenia …
Roberto Calvio pozostał na swoim stanowisku – co więcej – wkrótce stał się stałym bywalcem na obiadach u naszego wielkiego rodaka. Szczodrze finansował ze środków swojego banku działalność „Solidarności”, udostępnił zarówno Banco Ambrosiano jak i sieć swoich fikcyjnych spółek do transferu kasy jaką organizacja pod nazwą CIA pompowała via Watykan w polską opozycję. Bez ryzyka dużego błędu możemy przyjąć, że nie czynił tego z pobudek ideowych, a inspirację do swych działań czerpał nie tyle może bezpośrednio od Ducha Świętego,ile od urzędującego naonczas następcy św. Piotra. Kiedy w 1981 roku w skarbcach jego banku zaczęło z lekka prześwitywać dno zaczął niejasno podejrzewać, że wystrychnięto go na dudka, a że nieszczęścia najczęściej chodzą parami, wpadł przy nielegalnym wywozie okrągłej kwoty 26,4 mln dolarów.
W trakcie procesu – wbrew obawom wspólników – milczał jak grób, wierząc widać, że wyciągną go z kabały. Po wyroku skazującym go na 4 lata więzienia, załamał się. Złożył apelację i wyszedł za kaucją ale zszarpane nerwy zaczęły być złym doradcą. Zaczął opowiadać w towarzystwie, że został przez Ojca Świętego – mówiąc kolokwialnie – wystawiony do wiatru. Wszędzie chodził z teczką zawierającą dokumenty – według niego – kompromitujące Watykan. „Jeżeli coś mi się stanie, papież będzie musiał abdykować” – powiedział. W rozpaczy napisał nawet osobisty list do Jana Pawła II sugerujący, że jego upadek będzie także katastrofą dla Watykanu. Zapachniało szantażem.
Jak się pewnie państwo domyślacie list pozostał bez odpowiedzi, za to 7 czerwca 1982 roku w Bibliotece Watykańskiej spotkali się panowie Ronald Raegan i Jan Paweł II.
Jedenaście dni później pod mostem Blackfriers w Londynie znaleziono 9,5 metrową linę, której jeden koniec przywiązano do barierki mostu, zaś drugi zakończony był 120 kilogramowym ciałem byłego „Bankiera Boga” – jak nazywano Roberto Calviego. Kilka godzin przed tym, ginie w Mediolanie jego sekretarka, która przypadkiem nieszczęśliwie wypada z okna biura w którym pracuje. Ot, taki zbieg okoliczności… Śmierć jej bossa uznana zostaje przez brytyjski (niezależny a jakże!) Sąd za samobójstwo, pomimo, że denat skacząc z wysokości 3 piętra nie uszkodził sobie (jak wykazała sekcja zwłok) kręgów szyjnych… Czy byłby to cud w Londynie ?
Nieutulonej w żalu rodzinie dopiero po 16 latach udało się odkręcić to kuriozalne orzeczenie. Łatwo zrozumieć ich upór i determinację: żadna firma ubezpieczeniowa na świecie nie realizuje polis na życie samobójców… We wznowionym w 1998 roku śledztwie skupiono się na osobie niejakiego Flavio Carboniego, pewnie dlatego, że był dość łatwo dostępny, siedział bowiem za sprzedaż zawartości słynnej teczki Calviego. Kupcem okazał się być rezydujący w Watykanie czeski biskup Pavel Hnilica, który zeznał przed Sądem, że środki na ten zakup dostał z Banku Watykańskiego. Nie muszę dodawać, że ani teczki, ani dokumentów które zawierała nikt już więcej nie widział.
Kilka godzin po śmierci R.Calviego z biura umiejscowionego w wynajętym pokoju hotelowym w Monte Carlo wysłano polecenia przelewu dużych sum z rachunków Banco Ambrosiano na rachunki spółek z siedzibami w skrytkach pocztowych w Panamie. Natychmiast po przeprowadzeniu tej operacji człowiek wynajmujący pokój zlikwidował znajdujące się w nim biuro i zniknął, a wraz z nim 1,5 mld $ z kont Banco Ambrosiano.
Niefartownie potoczyły się także dalsze losy Licio Gelli. W 1981 roku policja przeszukująca willę kluczowego klienta Banco Ambrosiano w toskańskim Arezso znalazła listę ponad tysiąca nazwisk najbardziej wpływowych ludzi we Włoszech, będących członkami P – 2. Lożę natychmiast zdelegalizowano jako organizację zagrażającą bezpieczeństwu państwa a jej mistrz salwował się ucieczką do Szwajcarii. Kiedy sprawa nieco przyschła przeniósł się do luksusowej willi w Cannes gdzie żył sobie spokojnie hodując kwiatki doniczkowe. Jego spokój ponownie zakłócili jednak w 1998 roku stróże prawa, którzy w doniczkach hodowanych przez Wielkiego Mistrza roślinek znaleźli … 160 kg złota ! Złoto trafiło zapewne do skarbca Republiki Francuskiej a jego dotychczasowy właściciel do francuskiego pierdla. Niestety nie udało mi się ustalić, kto podlewał kwiatki podczas jego długiej, wymuszonej nieobecności w domu…
Nie wszystkich bohaterów naszej opowieści prześladował jednak tak straszliwy pech. Biskup Paul Marcinkus aż do końca lat 80 kierował Instytutem Dzieł Religijnych powierzonym jego pieczy i w dobrym zdrowiu dotrwał do emerytury, którą spędzał w swojej posiadłości w stanie Arizona oddając się życiowej pasji – grze w golfa. Niezłomnego zaufania jakim darzył go Jan Paweł II, nie podważyły nawet oskarżenia o oszustwa i defraudacje okrągłej kwoty 3 mld $, dzięki czemu śledczy całego świata chcący z nim zamienić choć kilka słów na ten temat, mogli mu co najwyżej skoczyć na immunitet.
Żadna krzywda nie spotkała roztargnionego biskupa Johna Cody’ego z Chicago, któremuś gdzieś się zapodziało marne 5 mln zielonych. Dożył spokojnie swoich dni przez nikogo już nie niepokojony.
Nic złego nie spotkało także kardynała J. M. Villota a kariera jego kolegi z P – 2 nabrała nawet rozpędu. Agostino Casaroli – bo o nim to mowa – został w 1979 roku ustanowiony przez Jana Pawła II Sekretarzem Stanu i Przewodniczącym Administracji Dóbr Stolicy Apostolskiej a 30 czerwca 1979 roku otrzymał z jego rąk nominację kardynalską.
Swoiste resume stanowić może przypadek niejakiego Enrico De Pedisa, który szefował gangowi z Magliany i 2 lutego 1990 roku zginął w mafijnych porachunkach. Ku osłupieniu całego świata przestępca został pochowany w bazylice św, Apolinarego położonej w samym centrum Rzymu, a zgodę na pochówek wydał sam kardynał Ugo Polletti (skąd my już znamy to nazwisko ?!), piastujący naonczas godność wikariusza diecezji rzymskiej. Dodatkowego smaczku całej sprawie dodaje fakt, że obowiązujące od 1983 roku prawo kanoniczne (kanon 1242) przewiduje grzebanie w kościołach wyłącznie papieży, kardynałów i biskupów diecezjalnych więc podjęcie podobnej decyzji z pewnością nie było możliwe bez co najmniej cichej zgody Watykanu. Wiedząc kim był Enrico De Pedisa, strach się domyślać za jakie zasługi mógł zostać pośmiertnie tak wyróżniony…
Jan Paweł I mówił językiem ludzi, do których przemawiał. Jego celem był Kościół „nowej ewangelizacji”, który idzie na krańce świata. Nie dane mu było zrealizować swoich planów, ale ziarno zostało zasiane i wzeszło po wielu latach wraz z wyborem papieża Franciszka. Pomimo iż od Jego tajemniczej śmierci minęło przeszło 40 lat sprawa najwyraźniej uwiera Watykan, gdyż niedawno światło dzienne ujrzała książka autorstwa watykanistki Stefanii Falarki „Papież Luciani. Kronika śmierci”, która – jak to określono – „kładzie kres spekulacjom w sprawie śmierci Jana Pawła I”. Dodajmy wracając do totalnie skompromitowanej – jak by się mogło wydawać – wersji śmierci w wyniku… choroby sercaa. Z ogłoszeniem owych rewelacji przytomnie odczekano, aż z naszego padołu łez odejdą wszyscy ci, którzy swego czasu skutecznie ową wersję oprotestowali…

Dwie strony polskiego medalu Wywiad

Z KONRADEM SZOŁAJSKIM, twórcą filmu dokumentalnego „Dobra zmiana” rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

W którym momencie uświadomił Pan sobie, że „dobra zmiana” jest aż tak dobra, że warto czy trzeba zrobić o niej film?

Niemal od razu, już w pierwszych dniach rządów PiS, gdy przekonałem się, że dojdzie w kraju do wielkich zmian wpływających na życie ludzi. O filmie pomyślałem w grudniu 2015 roku, gdy w odpowiedzi na działania władz powstała fala oporu i ujawnił się – zapoczątkowany dużo wcześniej – obecny podział społeczeństwa. Wydało mi się to ważnym tematem, zwłaszcza dla filmu dokumentalnego, bo na fabułę na ten temat jest jeszcze za wcześnie, ona wymaga czasu i pewnego dystansu. W dokumencie można, a nawet trzeba działać niemal z miejsca, choćby tylko po to, żeby zarejestrować materiał do opowieści o dziejącej się na naszych oczach historii, a może nawet Historii pisanej przez wielkie „H”.

 

Rzeczywistość, którą Pan pokazał, jest bardzo spolaryzowana, podobnie jak spolaryzowane są postawy obu bohaterek. Z jednej strony bardzo aktywna działaczka Komitetu Obrony Demokracji z Warszawy, z drugiej starsza o pokolenie aktywistka „Klubów Gazety Polskiej” i Obrony Terytorialnej Kraju mieszkająca na prowincji. Czy tak ostre ukazanie przeciwności wynikało wyłącznie z zamysłu artystycznego czy też z niemożliwości ukazania w niedługim w końcu filmie dokumentalnym całej palety postaw społecznych, tego co „pomiędzy”?

I z jednego, i z drugiego, ale przede wszystkim z tego pierwszego. Żeby wyraziście i dosadnie pokazać widzom, co się u nas dzieje, trzeba było wskazać dwa główne, przeciwstawne sobie nurty. W przypadku zwolenniczki PiS chciałem – bez oceniania – zaprezentować jak to, co robi władza w centrum, przekształca się w działania jej zwolenników na dole. A w przypadku działaczki opozycji chodziło mi o przedstawienie wielkiej szybkości i dynamiki, z jaką narodził się opór przeciw tym rządom. Opór, który przynajmniej na początku wydawał się niezwykle potężną falą, a dziś mocno się rozmył. Jakby protestujący ludzie się zmęczyli, dostrzegli małą skuteczność swoich działań. Wielu chyba czeka na nowy pomysł, lidera zbawcę na białym koniu…

 

No właśnie, po tej pierwszej fali KOD osłabł, a obecnie dynamika bezpośrednich protestów ulicznych jest znacznie słabsza niż w latach 2015-2016, co sprawia, że w pewnym aspekcie ten dokument jest już cokolwiek historyczny. Czy skłania to Pana do kontynuacji pracy dokumentacyjnej, do rejestrowania tego, co się dzieje, a potem pokazania w nowym filmie tej zmieniającej się sytuacji?

Nie do końca zgodziłbym się z tezą, że film „Dobra zmiana” jest już historyczny. Pewnie jako dokumentalny zapis tego, co działo się przez ostatnie lata zostanie dla przyszłych pokoleń, w tym sensie wchodzi do historii, bo innych utworów dokumentalnych na ten temat za bardzo nie ma… Ale uważam, że jest jednak nadal bardzo aktualny, bo pokazuje proces, który się nie zakończył –i być może przyczyni się do tego, by jego uczestnicy zastanowili się, jak dalej mamy w Polsce żyć. Bohaterki, szczególnie Tita, przechodzą przecież ewolucję i ich droga jest w filmie pokazana: masowe protesty rzeczywiście zanikły, ale pojawiły się inne formy działania opozycji i to stan na dzisiaj. A Marta też nie składa broni i z całych sił pomaga „dobrej zmianie”.
A co do mnie, to nie wiem, co będzie mi dane. Mogę realizować swoje zamysły, ale w granicach realiów finansowych, a do produkcji profesjonalnego filmu potrzeba sporo pieniędzy. Może ja to będę w miarę możliwości robił, może także inni pójdą w moje ślady… Nie o to chodzi, żeby agitować, lecz aby zapisywać. Okazuje się, że temat i idea słynnej książki Adama Zagajewskiego i Juliana Kornhausera „Świat nieprzedstawiony” jest ciągle w Polsce aktualna, bo ciągle, gdy spoglądamy w przeszłość, widzimy w jej dokumentacji „czarne dziury”. Z tego punktu widzenia w PRL bywało znacznie lepiej. Gdy wybuchły strajki na Wybrzeżu i w kraju latem 1980 roku, nadzorowana przez KC PZPR, Wydział Prasy i cenzurę Wytwórnia Filmów Dokumentalnych wysłała ekipę na miejsce zdarzeń, gdy jeszcze nie było wiadomo, czy Stocznię Gdańską rozjadą czołgi czy też na rokowania ze strajkującymi przyjedzie wicepremier Jagielski. Dzięki temu mamy kapitalny dokument „Robotnicy ‘80”. I ja z taką myślą – zapisania obrazu świata – podjąłem się pracy nad moim dokumentem o „dobrej zmianie”.

 

Co było Pana podstawową ideą, myślą przewodnią przy realizacji tego filmu?

Chęć pokazania, że ten spór na dole został w ogromnym stopniu sprowokowany z góry, przez polityków. Ludzie „kupili” ich narrację i teraz sami budują i wzmacniają polityczną barykadę, zamiast myśleć samodzielnie, zamiast spróbować porozumieć się z sąsiadem, podać mu rękę, n.p. gdy trzeba wspólnie wybudować drogę, niezależnie od podziałów kreowanych przez polityków w Warszawie.

 

Nie ukrywam, że jestem po stronie przeciwniczki tej władzy, więc nie byłem w pełni obiektywnym widzem filmu. Dlatego tym, co wywarło na mnie najsilniejsze wrażenie w trakcie oglądania „Dobrej zmiany” było to, że ludzie tacy jak pani Marta z „Klubu Gazety Polskiej” i OTK wybrała wraz ze swoim otoczeniem życie, z własnej i nieprzymuszonej woli, w ciasnej, immunizowanej nacjonalistycznej bańce świadomościowej, w ramach wyznaczanych przez wąsko pojmowany patriotyzm, praktyki religijne, kult smoleński i uprawianie ćwiczeń paramilitarnych. Sprawia to wrażenie, jakby ich nie interesowała cała rzeczywistość świata z jej bogactwem. Czy kontakty z tym kręgiem ludzi dały Panu odpowiedź na pytanie o przyczyny tego fenomenu?

Należę i to nie od dziś, do grupy społecznej kierującej się nieco innymi wartościami, może bardziej europejskimi, choć oczywiście szanuję polski patriotyzm i związane z tym poczucie narodowej tożsamości. Jestem jednak inny, bo trochę wychowywałem się zagranicą, poruszam się w bardziej kosmopolitycznym świecie artystycznym, także na Zachodzie – mam tam mnóstwo kontaktów zawodowych. Nie jest więc tak, że po 2015 roku nagle obraziłem się na tę nową Polskę, zmienianą przez rządy PiS, bo już od lat czułem się obywatelem Europy, świata. Sam więc zadawałem więc to pytanie, które Pan teraz sformułował… Otóż w życiu Marty, stronniczki PiS, jest chyba pewna konsekwencja. Jeśli się powiedziało „a”, to wtedy jest już trochę z górki i wypowiada się kolejne litery alfabetu. A pamiętajmy też, że wychował ją ojciec cichociemny, wielki patriota, weteran II wojny – i chciał z niej zrobić żołnierza…. Przywołam tu może także film Krzysztofa Kieślowskiego „Przypadek”. Jego bohater, porządny człowiek, prowadzi jakby trzy życia, idzie trzema drogami, a ich wybór jest trochę przypadkowy. On zaś stara się w każdej sytuacji zachować przyzwoicie, co nie zawsze mu się udaje. Dlatego uznałem, że muszę Martę z „KGP” potraktować przyjaźnie i obiektywnie, bo ona na swój sposób jest bardzo uczciwa i realizuje swój program w imię wyższych celów. Mamy w polityce mnóstwo karierowiczów, a znaczna część polityków to śliskie postacie, tworzące jakiś kuriozalny świat jakby rodem z Gogola. PiS to rozwinął, ale te zjawiska, te afery, miały miejsce pod rządami wszystkich formacji, także SLD, PO, PSL. Jest w Polsce coś takiego niedobrego, że wielu ludzi idzie do polityki z zamiarem, żeby się dorobić. Natomiast ja starałem się dobrać do tego filmu dwie osoby, które kierują się inną motywacją. Ani Marta „Tita” z KOD z Warszawy, ani Marta z „Klubu Gazety Polskiej” z Gliwic, nie czerpią chyba żadnych korzyści ze swojej działalności, poza satysfakcją moralną; jeżdżą wysłużonymi samochodami i jeszcze dokładają do wszystkiego z własnej kieszeni; Marta troszczy się o swoich strzelców jak matka. Obie panie są więc uczciwe. Dla nich Polska nie jest „postawem sukna” do rozerwania. Wracając do Pana wcześniejszego pytania o myśl przewodnią tego filmu, to powiem, że starałem się takiej nie mieć, ale ona się wyłoniła niejako samoczynnie. Stanowi ją wotum nieufności wobec polityków i polityki. Gdyby obie Marty były sąsiadkami, być może by się lubiły i zrobiły coś wspólnie, ale politycy tak je podzielili, że odbierają świat manicheistycznie, jako walkę dobra ze złem, czarnego z białym. W Powstaniu Styczniowym też wszyscy chcieli dobrze: i margrabia Wielopolski, i Biali, i Czerwoni, a mimo to wszyscy pospołu zaplątali się w krwawy węzeł klęski. Moje bohaterki żyją w jakimś diabelskim kotle, w ramach narzuconych im z zewnątrz ról. Już Gombrowicz pisał o Polsce zaplątanej w jakieś absurdalne, tragikomiczne gry, o ludziach żyjących z „gębami” przylepionymi im przez innych. W „Eroice” Andrzeja Munka grany przez Edwarda Dziewońskiego „Dzidziuś” uważa, że Powstanie Warszawskie jest głupie i niepotrzebne, jednak wraca do niego w ostatniej scenie, powodowany romantycznym impulsem. Dlatego myślę, że w sytuacji zagrożenia zewnętrznego obie Marty stanęłyby razem do walki w obronie kraju, mimo że jedna z nich brzydzi się karabinem, a druga uczy wnuki strzelać. Jest gdzieś wspólny mianownik, choć gdy otworzy się publiczną telewizję, szczególnie programy informacyjne i publicystyczne, to leje się z niej nienawiść – chyba po to, żeby takie dwie kobiety nigdy nie mogły się porozumieć.

 

Politycy są w tym filmie nieobecni, bo Pan ich nie chciał, czy oni nie chcieli?

Oni nie chcieli. A proponowałem wielu znanym osobom, że pokażę ich z bliska, jak żyją – zarejestruję nie tylko to, co chcą mówić na tzw. setce, ale jak się zachowują w domu, z przyjaciółmi itd. Żeby przekazać prawdę, jaka by nie była. Jakoś ich przez to uczłowieczyć… Powstał kiedyś taki film o Havlu, na który się powoływałem. I wielu polityków z tzw. górnej półki ze mną z ciekawości rozmawiało, ale „off the record” i właściwie żaden nie był skłonny, by się otworzyć i pokazać, jaki naprawdę jest. Wyszło na to, że nasi politycy, zresztą nie tylko ci z PiS, są gotowi do występowania na konferencjach prasowych i na trybunie parlamentarnej, ale w sytuacji prywatnej już raczej nie chcą być filmowani. Wygląda chyba na to, że mają wiele do ukrycia… I to co powiem dalej, zabrzmi może trochę tabloidalnie, ale to są powszechnie znane fakty. Barwna historia romansu posła P. czy małżeńskich i pozamałżeńskich przygód wielu jego kolegów daje do myślenia. A rozmaite podejrzane biznesy i dile? Pompowanie publicznych środków do dziwnych fundacji i firm krzaków? Rozliczanie paliwa do samochodów, których posłowie nie mają? Premie otrzymywanie za… nic? Dobrze płatne posady w spółkach skarbu państwa? Trudno też nie zauważyć, że szczególnie ci co bardziej nabożni stróże moralności, ciągną ile się da, by utrzymać – często zmieniane – żony i kochanki, które w sytuacji tak zwanej „wpadki” szybko wysyłają na skrobankę do Niemiec. Więc chyba śladem „Kleru” powinien powstać teraz fabularny obraz pt. „Politycy”, z wątkiem aborcyjnym i korupcyjnym. Krytyczna wizja polskiego Kościoła katolickiego autorstwa Wojtka Smarzowskiego wyda się wobec takiej fabuły laurką… Zamawiam ten temat, że bynie mnie tu nikt nie wyprzedził! Tylko kto mi da na to pieniądze?… A już serio mówiąc, to wobec braku entuzjazmu ze strony partyjnych notabli, postanowiłem machnąć na nich ręką i zejść „na dół”.

 

Domyślam się, że Polski Instytut Sztuki Filmowej nie wsparł Pana filmu finansowo…

Oczywiście że nie, choć staraliśmy się o to. Jego realizację postawiliśmy więc sobie za punkt honoru. Bojaźń urzędników nie może przeszkodzić w realizacji ważnego społecznie przedsięwzięcia. I film wbrew decyzjom władz od kultury został zrealizowany – przy udziale koproducenta francuskiego i dzięki dotacji unijnej – programu Creative Europe MEDIA. Pomógł nam także Śląski Fundusz Filmowy… No i zwykli ludzie, którzy dorzucili się na końcu w ramach zbiórki crowdfundingowej. Bo ten film o polskim, dramatycznym podziale, naprawdę musiał powstać, wiedzieli o tym i Francuzi, i przedstawiciele śląskiego samorządu. A teraz chciałbym bardzo, żeby polscy widzowie ten obraz oglądali, by wzbudzał w nich refleksję na temat naszej wspólnej przyszłości – zarówno u zwolenników jak i u przeciwników „dobrej zmiany”. Bo bez kompromisu między tymi dwoma „plemionami” możemy wszyscy wpaść w kolejną czarną dziurę, a nikt rozsądny chyba nie chce jakiegoś „polskiego majdanu” czy powtórki stanu wojennego i beznadziejnego klinczu lat 80.?… Musimy się porozumieć, nauczyć wzajemnie słuchać. I budować dalej naszą młodą demokrację. Dlatego proponuję, żeby każdy, kto ma znajomego czy sąsiada o innych politycznych poglądach, zaryzykował – kupił bilety na film „Dobra zmiana” – i zaprosił „wroga” do kina. Może tak zacznie się między nimi poważny dialog?

 

Dziękuję za rozmowę.

Notoryczni łamacze

O łamaniu Konstytucji przez władzę PiS mówi się niemal wyłącznie w kontekście wymiaru sprawiedliwości. W cieniu tej kwestii jest jednak inny aspekt tego procederu. Można go nazwać oficjalną, antykonstytucyjną klerykalizacją sfery obrzędowej państwa.

 

Na stronie Instytutu Pamięci Narodowej znalazła się informacja, że dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” skierowała do Instytutu następujące pytanie: „W związku z przygotowywanym artykułem chcę zapytać o udział Dyrektora Biura Edukacji Narodowej w II Kongresie Ojca Pio. Co IPN ma wspólnego z Ojcem Pio i czy oficjalny udział urzędnika państwowego w wydarzeniu religijnym jest zgodny z konstytucyjną zasadą rozdziału państwa i Kościoła?”
IPN odpowiedział, że „Rzeczpospolita Polska jest wolnym krajem, w którym wszyscy obywatele w czasie niezwiązanym z pracą zawodową mogą robić to, co uważają za słuszne lub potrzebne, oczywiście z wyłączeniem działań niegodnych lub stawiających w złym świetle instytucję, w której dana osoba jest zatrudniona. W związku z powyższym stwierdzamy, że ojciec Pio, zwany świętym z Pietrelciny, nie jest w naszym przekonaniu osobą niegodną lub zagrażającą dobremu imieniu Instytutu Pamięci Narodowej. Mamy nadzieję, że Redakcja „Tygodnika Powszechnego”, odwołująca się do nauki społecznej Kościoła Katolickiego, podziela takie stanowisko” – odpowiedział IPN „Tygodnikowi Powszechnemu”.
Nagłe przebudzenie się redakcji „Tygodnika Powszechnego” w kwestii permanentnego łamania przez obecną władzę i to na jej najwyższych szczeblach, artykułu 25 Konstytucji, wypada przyjąć z uznaniem i stwierdzeniem, że lepiej późno niż wcale. Szkoda jednak, że środowisko „Tygodnika Powszechnego”, bliskiemu ideowo formacji, której rządem kierował w latach 1989-1990 Tadeusz Mazowiecki, od samego początku nie zadbała o staranne rozdzielenie sfery religijnej od sfery państwowej, jakie stanowiła naówczas obowiązująca Konstytucja. Wytworzony wtedy wzór zachowań w tej sferze mógłby mieć znaczenie w przyszłości, być może wyznaczyłby pewien standard, a przynajmniej byłoby się do czego odwoływać, ale tak się nie stało i dżin religianctwa oraz dewocji został wypuszczony z butelki. Wypada tylko przypomnieć, że art. 25, ust. 2 obecnej Konstytucji brzmi: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”.
Nie trzeba być konstytucjonalistą, by zrozumieć, że słowo „zapewniając” odnosi się do zwykłych obywateli, którym owe „władze publiczne” mają obowiązek ową „swobodę” zapewnić, a nie do „władzy publicznej”, do której odnosi się zwrot „zachowują bezstronność”. W tej materii to przedstawiciele władzy publicznej są bardziej w swoich prawach ograniczeni niż obywatele, bo przynajmniej de iure mają obowiązek reprezentować całe społeczeństwo, wierzących i niewierzących.
Problem w tym, że kierowanie dziś uwagi akurat na zachowanie skromnego żuczka, jakim jest Dyrektor Biura Edukacji Narodowej IPN i na jego obecność na jakimś marginalnym „kongresie Ojca Pio” w sytuacji, gdy prezydenta, premiera, marszałków Sejmu i Senatu, ministrów rządu oraz wielu innych oficjeli można co rusz zobaczyć na mszach, nabożeństwach i innych obrzędach religijnych, jak ostentacyjnie się uprawiają modły i przyjmują tzw. komunię, to dotykanie problemu od tzw. „dupy strony”. Ostatnio choćby na wyjątkowo sklerykalizowanym i dewocyjnym w swoim charakterze nowym pisowskim święcie wsi w podlubelskiej Wąwolnicy. Wolno najwyższym oficjelom notorycznie łamać Konstytucję w zakresie neutralności państwa w sprawach religijnych, to dlaczego nie miałoby być wolno skromnemu dyrektorowi z IPN? Przykład idzie z góry, zatem warto, by najpierw od góry zajął się „Tygodnik Powszechny” tym problemem.

Głos lewicy

Żeby ludzie byli szczęśliwi

– W Warszawie od wielu lat mamy postęp, dużo się buduje, powstały wiadukty, rozbudowano metro, ale na cóż nam wiadukty i metro kiedy ludzie nie są szczęśliwi? Mówię tak, ponieważ fundamentem ideologicznym naszej kampanii będzie książka „Szczęśliwe miasto” autorstwa Charlesa Montgomery, po prostu pragniemy, aby warszawianki i warszawiacy byli szczęśliwi – podsumował kandydat na prezydenta stolicy i nakreślił wizję miasta, w którym „każdy ma coś do powiedzenia i decyduje o tym, co się wokół niego dzieje. – Aby żyć w szczęśliwym mieście, to miasto to musi być społeczne, należeć do jego mieszkańców, musi być zarządzane przez warszawianki i warszawiaków – podkreślił. Hasło to jest lewicowe, ja jestem kandydatem lewicy i mam zamiar prezentować program społeczny – obwieścił Rozenek.
Drugim punktem spotkania z dziennikarzami była prezentacja szefa sztabu wyborczego kandydata na prezydenta Warszawy Andrzeja Rozenka, a którym został Sebastian Wierzbicki, przewodniczący SLD w Warszawie i wiceprzewodniczący partii w kraju. – Sebastian Wierzbicki jest osobą znaną w Warszawie, to samorządowiec z krwi i kości. Bez jego pomocy nie wyobrażam sobie robienia kampanii, ponieważ jego znajomość realiów miasta, budżetu Warszawy, problemów mieszkańców jest tu nieodzowna – zaznaczył Andrzej Rozenek. – Sebastian Wierzbicki będzie mógł mi doradzić sprawach, które w Warszawie można lub nie można zrobić. Podkreślam – nie można zrobić. Ponieważ jak słyszę to o czym opowiadają pozostali kandydaci, to najwyraźniej nie mają oni pojęcia o budżecie Warszawy, ani o możliwościach tego pięknego miasta, ani nawet o planach, które stolica już przecież posiada i są one w trakcie realizacji – oświadczył polityk lewicy. – Do moich kontrkandydatów zdaje się to nie dociera – dodał.
– Ruszamy! Dziś Andrzej Rozenek przedstawił hasło z jakim idziemy do tych wyborów. Pragniemy być każdego dnia wśród ludzi, zamiast licytować się na linie metra, ponieważ te obietnice naszych konkurentów są absurdalne – rozpoczął swoje wystąpienie Sebastian Wierzbicki. – Ich wykonanie nie będzie możliwe przez najbliższe trzy lata, a jednak te obietnice padają – dodał. – Pragniemy przedstawić program, który będzie odpowiedzią na rzeczywiste bolączki warszawianek i warszawiaków, zarówno na te małe, jak i na te duże. W najbliższych dniach zaprezentujemy szczegóły tego programu. Jeszcze wcześniej zaprezentujemy państwu ekipę, która pod przywództwem Andrzeja Rozenka zmieni to miasto, przedstawimy liderów list do rady miasta oraz liderów do mazowieckiego sejmiku. Już dziś mogę zapowiedzieć, że będą to najmocniejsze listy jaki wystawi jakikolwiek komitet, który wystartuje w wyborach samorządowych – zachęcał polityk Sojuszu. – Tworzymy ekipę, która zna miasto i wie co trzeba w nim zmienić – dodał.
– Mamy kandydata na prezydenta, o czym jestem przekonany, w drugiej turze zmierzy się z Patrykiem Jakim i docelowo sprawi, iż miasto nie będzie we władaniu Prawa i Sprawiedliwości – zapowiedział Wierzbicki.

 

Nie będzie koalicji

– Do tego, aby obronić przed PiS samorządy, wystarczy spełnić trzy punkty. Punkt pierwszy. Doprowadzić do kontroli wyborów, aby zostały przeprowadzone uczciwie i głosy zostały policzone uczciwie. I tu jest potrzebna ogromna praca wszystkich partii, wszystkich organizacji społecznych, które są zaangażowane w obronę demokracji. Punkt drugi. Tam gdzie będzie druga tura w wyborach, należy się zobowiązać, że nie głosujemy na kandydata z PiS. I to wszystkie partie oraz organizacje opozycyjne powinny podpisać własną krwią. Punkt trzeci. Po wyborach nigdzie nie wchodzimy w żadne koalicje z PiS, kordon sanitarny wokół PiS – oświadczył Andrzej Rozenek w programie „Crash Test”.
– Na te warunki mogłyby się zgodzić wszystkie partie i organizacje społeczne, jeżeli tak się stanie PiS nigdzie nie przejmie władzy, w żadnym samorządzie – podkreślił kandydat SLD Lewica Razem na prezydenta Warszawy. – Spełniając te trzy punkty możemy ze sobą współpracować, ale i pięknie różnić nie rezygnując ze swoich szyldów i programów. Narracja Grzegorza Schetyny, że albo idziemy razem albo PiS wygrywa jest po prostu nieprawdziwa – podsumował Rozenek.

Lewica w krainie czarów

Widmo krąży po Polsce – widmo Mesjasza lewicy

 

Krajowe media komercyjne i liczni publicyści, określani przez owe media „młodą lewicą”, znów zintensyfikowali poszukiwania „Mesjasza lewicy”. Człowieka, który podniesie upadły sztandar lewicy wysoko, wysoko. Zjednoczy rozbitą lewicę i poprowadzi ją ku świetlanemu zwycięstwu. Tak jak niedawno, uznany za „Mesjasza prawicy” prezes Jarosław Kaczyński poprowadził PiS do władzy.
Ponieważ poszukiwany „Mesjasz lewicy” ma być zaprzeczeniem sułtana Jarosława Kaczyńskiego, to liczni poszukiwacze lewicowego Mesjasza postrzegają go jako osobę stosunkowo młodą, przystojną, najlepiej kobietę lub homoseksualistę. Po okresie kreowania na taką Mesjaszkę Barbary Nowackiej przyszedł czas na umesjaszenie Roberta Biedronia.
Okrzykniętego przez komercyjne, liberalne media – jak choćby radio TOK FM i „Gazetę Wyborczą” – nie tylko „Mesjaszenm Lewicy”, ale też „polskim Macronem”. Co dowodzi jedynie prowincjonalności polskich mediów i krajowych komentatorów politycznych. Nie słyszałem żeby ktoś we Francji nazywał prezydenta Macrona „polskim Biedroniem”.
To prawda, że prezydenci Biedroń i Macron mają wiele uroku osobistego. Ale Słupsk, który bardzo lubię, jest jednak trochę mniejszy od Francji, też przeze mnie lubianej.
Poza tym, a może przede wszystkim, prezydent Biedroń to polityk lewicowy, a prezydent Macron – prawicowy. Jest też Macron medialnym, sprytnie skonstruowanym produktem i reprezentantem wielkiego kapitału finansowego. Zaś prezydent Biedroń zwykle reprezentuje zadłużonych mieszkańców Słupska i Polski. I nie powinien być przedmiotem tabloidowego, ogłupiającego Wyborców medialnego frontu propagandowego.
I przy okazji. Czemu ta oczekująca swego Mesjasza polska lewica jest tak mało ambitna? Czemu nie sadzi się, jak polska prawica, na swego „Chrystusa Króla lewicy”?
A teraz już poważnie.
Polska lewica nie potrzebuje swojego Mesjasza. Wiara w jego cudowną moc jedynie ogłupia, i tak już wystarczająco ogłupianych, lewicowych Wyborców.
Przecież PiS nie wygrał w 2015 roku dlatego, że oto nagle uskrzydlił go Mesjasz Kaczyński. Elity PiS doszły do władzy po długim, konsekwentnym politycznym marszu. Po licznych klęskach i porażkach wyborczych. Po licznych i konsekwentnych próbach tworzenia programu odpowiadającego aktualnym potrzebom Wyborców.
Elity PiS przez wiele lat budowały „rodzinę” tej partii. Organizowały jej polityczne środowisko. Kluby „Gazety Polskiej”. Własne, alternatywne media. Własne, alternatywne instytuty badawcze. Własne wydawnictwa. Własny kolportaż tych wydawnictw. Własne firmy wspierające rozrastającą się „rodzinę PiS”, czyli alternatywne, narodowo-katolickie, PiS-owskie społeczeństwo.
Sukces PiS-u roku 2015 w mniejszym stopniu zależał od „charyzmy” pana prezesa Kaczyńskiego, bo ową „charyzmę” też przez lata elity PiS kreowały. Na sukces PiS zapracowała armia jego lokalnych aktywistów i entuzjastów. Zjednoczonych swym sprzeciwem wobec rządzących Polską liberalnych elit i ich mediów.
Dodatkowo elity PiS upasły się politycznie na klęsce wyborczej lewicy w wyborach parlamentarnych 2015 roku. Lewicy wówczas skłóconej. Już wtedy pełnej kandydatów na lewicowe Mesjaszki i Mesjaszów i lewitujących ponad polską rzeczywistością ideologów „nowej lewicy”. Lewicy zajętej dyskredytowaniem wszelkiej lewicowej konkurencji.
Warto też przypomnieć, że Aleksander Kwaśniewski, też kiedyś zwany „Mesjaszem”, dwukrotnie wygrywał wybory prezydenckie, bo popierał go ówczesny Sojusz Lewicy Demokratycznej. Sojusz wyborczy trzech lewicowych partii politycznych i kilkudziesięciu lewostronnych stowarzyszeń. Siłą Kwaśniewskiego były nie tylko jego zalety, lecz kilkuset stale wspierających go lewicowych polityków, intelektualistów i artystów.
Trzy lat minęły i dalej na lewicy preferowana jest zasada „moja chata z kraja”. Nieliczne lewicowe media rzadko współpracują ze sobą. Wolą czekać na łaskę dostrzeżenia przez komercyjnych nadawców. Lewicowi publicyści nadal uwielbiają dzielić lewicowych działaczy na tych lepszego i gorszego sorta. Przy jednoczesnym klepaniu pacierzy pełnych zaklęć o tolerancji, równości, sprzeciwu wobec wykluczeniu.
I publicznym wypatrywaniu nadejścia Mesjasza lewicy. Który swym wdziękiem i urokiem osobistym skłóconych zjednoczy, strapionych pocieszy, głodnych władzy nakarmi, spragnionych uznania napoi, bo skołowany lud lewicowy wreszcie będzie miał na kogo zagłosować.
Bo takie wypatrywanie skutecznie zwalnia od myślenia i od żmudnej, trudnej pracy od podstaw. Tworzenia, jednoczenia lewicowych środowisk. Uznawania i uczenia się szacunku dla innych lewicowców. Szacunku dla innych niż moje, lewicowych poglądów. Porzucenia ekscytującej, niebiańskiej ortodoksji na rzecz przyziemnego pragmatyzmu. Akceptacji kompromisów, koalicji, godzenia się na wybór „mniejszego zła”.
Polscy lewicowi wyborcy, zwłaszcza ci zwący się „młodymi”, nadal chcą mieć wszystko.
I dlatego w czasie wyborów wybierają sezonowych politycznych magików obiecujących im to wszystko, albo w ogóle nie głosują. Na złość lewicowym kandydatom, którzy nie spełniają ich wymarzonego, wyidealizowanego wzorca lewicy mesjaszowej.
A potem płaczą, że nawet cienia jakiejkolwiek lewicy nie masz w radach i parlamentach.
I dalej czekają na swego, opiumowego Mesjasza.

Idole opozycji

Kolejnych idoli obozu antypisowskiego wyznacza prezes Kaczyński.

 

Po sukcesie Dudy, nieoczekiwanej porażce Komorowskiego, ogórkowej kompromitacji SLD było jasne, że Polacy są gotowi uwierzyć Beacie Szydło, zwiastującej „dobrą zmianę”. Zwłaszcza że zmiana miała nastąpić także w PiS, które schowało budzących największą nieufność Kaczyńskiego i Macierewicza, i gwarantowało, że nie znajdą się w przyszłym rządzie.

 

Państwo teoretyczne

W Polsce nie było już Tuska, ale wciąż trwała atmosfera wywołana aferą taśmową. Wyborcy pamiętali diagnozę ministra Sienkiewicza, według której flagowy okręt PO, Polskie Inwestycje Rozwojowe, to „chuj, dupa i kamieni kupa”, a „państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie”. Chcieli, żeby zaistniało naprawdę i wreszcie zatroszczyło się nie o beneficjentów transformacji, ale o najbiedniejszych. Skala nędzy, o której wszystkie rządy nie chciały wiedzieć, była ogromna.
W ocenie Banku Światowego, za rządów PO-PSL ok. 3 mln obywateli, w tym prawie 800 tys. dzieci, egzystowało w sferze skrajnego ubóstwa, czyli poniżej granicy biologicznego przetrwania. W 2015 r. wynosiła ona 545 zł dla gospodarstwa jednoosobowego i 1472 zł dla czteroosobowej rodziny. Natomiast poniżej minimum socjalnego (w 2015 r. odpowiednio 1080 zł i 2915 zł) żyło 43 proc. Polaków (16 mln). Dotyczyło to aż 42 proc. pracujących. Nawet jeśli niektórzy z nich dostawali od pracodawcy jakieś dodatkowe, nieopodatkowane i nieozusowane pieniądze, i tak są to dane porażające.

 

Polska w ruinie

Trudno się dziwić, że ludzi szlag trafił, kiedy dowiedzieli się od ministerki Bieńkowskiej, że za 6 tysięcy zł pracuje tylko idiota. I tym bardziej zachwycił ich program 500+. Nie licząc złodziejskiego Programu Powszechnej Prywatyzacji, po raz pierwszy ktoś chciał im dać konkretne, wcale niemałe pieniądze. I to na każde dziecko. Jeśli dodać do tego agresywną, oszczerczą kampanię („Polska w ruinie”), a przede wszystkim zdecydowane poparcie Kościoła i Radia Maryja, wynik wyborów był przesądzony. Oczywiście nie byłby tak fatalny w skutkach, gdyby SLD-Lewica Razem przekroczył 8-procentowy próg wyborczy. Zabrakło kilkudziesięciu tysięcy głosów i PiS zgarnął 30 lewicowych mandatów. Nie wystarczyło do większości konstytucyjnej, ale zapewniło bezwzględną i samodzielne rządy. Pierwsze od 1989 r.
Po złamaniu obietnicy, że Macierewicz nie będzie ministrem obrony, reszta poszła łatwo, bo zwycięzcy pozbyli się wszelkich hamulców. Uznali, że pod osłoną programu 500+ mogą sobie pozwolić na wszystko. Jak bezczelnie powiedział Mateusz Morawiecki, jeszcze jako minister finansów, „oczywiście, że prawo nie jest najważniejsze”. W demokratycznym państwie byłby skończony, w kaczystowskim awansował na premiera.

 

Rzepliński

Wobec ogromu bezczelności, do której z czasem doszło zwyczajne chamstwo, opozycja, zarówno parlamentarna, jak i pozaparlamentarna, okazała się bezradna. Działania, które podejmowała, były jedynie odpowiedzią na to, co robili kaczyści. Nawet kolejni idole opozycji byli wyznaczani przez prezesa Kaczyńskiego. Wyjątek stanowi Mateusz Kijowski, który wraz z zainteresowaniem służb kaczystowskiego państwa stracił społeczne poparcie. Jest to zarazem swoisty fenomen, który sam się wykreował i własnoręcznie zniszczył.
Pierwszym wykreowanym przez PiS idolem opozycji był prof. Andrzej Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego. Dopóki partia rządząca nie zagięła na profesora parolu, mało kto w Polsce w ogóle wiedział o jego istnieniu, a ceniony był głównie przez Watykan. W 2015 r. za zaangażowanie w pracę na rzecz Kościoła papież Franciszek, na wniosek kard. Nycza, przyznał mu medal Pro Ecclesia et Pontifice. Tym samym profesor znalazł się w gronie stu kilkudziesięciu nagrodzonych Polaków, wśród których są Paweł Adamowicz, Tomasz Arabski, Alicja Grześkowiak, Michał Seweryński, Wojciech Szczurek. Odznaczenie jest w pełni zasłużone, bo prof. Rzepliński zawsze miał na względzie interesy Kościoła. Jak powiedział, odbierając medal: „Jestem Polakiem, chrześcijaninem i katolikiem”. Dopiero bezpardonowy atak PiS uczynił go obywatelem i obrońcą konstytucji.

 

Gersdorf

Kolejnym idolem opozycji została prof. Małgorzata Gersdorf. Proces przebiegał z oporami, bo na początku I prezes Sądu Najwyższego nie bardzo potrafiła się odnaleźć w roli bojowniczki o niezawisłość polskiego sądownictwa. 18 września 2017 r. uczestniczyła w Pałacu Prezydenckim w zaprzysiężeniu sędziego dublera TK Justyna Piskorskiego, wybranego przez PiS. W związku z głosami oburzenia, że to legitymizuje niekonstytucyjne działania PiS, rzecznik SN wydał następujące oświadczenie: „W imieniu pani profesor Małgorzaty Gersdorf proszę o przyjęcie zapewnienia, że w trudnym okresie stresów i przepracowania, każdemu z nas zdarzają się kroki podjęte bezrefleksyjnie, z przeoczeniem specyficznych uwarunkowań, które powinny być brane pod uwagę w działalności publicznej I prezesa Sądu Najwyższego”.
Do bezrefleksyjnych należy też zaliczyć część wypowiedzi I prezes SN w Federalnym Trybunale Sprawiedliwości w Karlsruhe i na zorganizowanej tam konferencji prasowej. W wykładzie „Państwo prawa w Polsce – stracone szanse?” zawarła taką ocenę polskiej historii: „Mogłabym mówić długo o polskich doświadczeniach historycznych ostatnich dwustu lat, które kładą się długim cieniem na współczesnych sporach narodowych, choć chyba nie ma to sensu, bo takie mroczne zakamarki kryją się w duszy każdego narodu. Nie mam natomiast wątpliwości, że najbardziej rujnujące doświadczenie, okres czterdziestu pięciu lat rządów realnego socjalizmu, nadal ciąży nam jak kamień u szyi”.
To typowa nowomowa III RP. Obraźliwa dla milionów Polaków, którzy odbudowali po wojnie swój kraj, żyli w nim i pracowali. Jest namiętnie stosowana także przez prezesa Kaczyńskiego i ministra Ziobro do uzasadniania m.in. niszczenia wymiaru sprawiedliwości, w tym Sądu Najwyższego.
Prof. Gersdorf została okrzyknięta i przyjęła na siebie rolę drogowskazu, ale sama nie podąża w kierunku, który wskazuje. Obrońcy demokracji oczekiwali, że będzie niezłomnie trwała na stanowisku. Toteż, kiedy dość bezradnie zapytała: „Mam się przykuć do biurka?”, zawsze niezawodny sędzia Igor Tuleya odpowiedział: „Tego się po pani prezes spodziewaliśmy”. Z pewnością zaś nie oświadczenia z Karlsruhe: „Sędziowie nie mają wojska. Sędzia zawsze przegra z władzą. Będzie tak, jak będzie. (…) Mogę tylko trwać, trwać w tym swoim mniemaniu, że jestem I prezesem, natomiast nie ma takiej możliwości, żeby sędzia, i to jednak kobieta, według władzy stara, mogła się przeciwstawić wszystkiemu. (…) Będę I prezesem na uchodźstwie”. To dowcipne, ale nie załatwia sprawy, bo SN potrzebuje prezesa na miejscu.

 

Konstytucja

Niekwestionowanym idolem nieosobowym została Konstytucja. Podobnie jak obydwojga profesorów prawa, w momencie podjęcia obrony prawie nikt nie znał jej treści, a zdecydowana większość nie zna nadal. Oczywiście, pomimo to warta jest obrony, ale nie dlatego, że taka dobra, a dlatego, że pisowska będzie stokroć gorsza. Znowu walczymy o mniejsze zło. Kiedy wreszcie opowiemy się za dobrem? Choćby też tylko mniejszym.
Niewykluczone, że dopiero wtedy, kiedy opozycja samodzielnie wykreuje swojego idola. Niestety, nic nie wskazuje, żeby nastąpiło to przed przyszłorocznymi wyborami.

Czego Polacy nie widzą?

„Kościół kompletnie nie reaguje, nawet wyraża zadowolenie z rządów PiS-u. Gdyby nie jego poparcie, to na pewno nie byłoby takiej łatwości w rozwalaniu demokratycznych instytucji”. Z prof. Ireneuszem Krzemińskim rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Panie profesorze, mamy środek lata, piękną pogodę, a my umówiliśmy się na rozmowę o sytuacji w Polsce. Jaka to będzie rozmowa?

PROF. IRENEUSZ KRZEMIŃSKI: Niestety, pełna lęku o to, co się dzieje z naszą demokracją, która wydawałoby się, że jest tak dobrze zakorzeniona, trwała, niezagrożona, tymczasem okazuje się, że to nieprawda. Perspektywa zaprowadzenia przez PiS monopartyjnych rządów na wzór PRL – jest przerażająca.
PiS buduje system, z którym jeszcze tak niedawno mieliśmy do czynienia. Dla mnie to nieprawdopodobne, że Polacy dali się uwieść kłamstwom i datkom z własnej kieszeni, by tak rzec, i nie dostrzegają powrotu do monopartyjnego systemu władzy.
Z drugiej strony mamy do czynienia z niezwykłym ożywieniem obywatelskim. Ci działający obywatele niestety czują się bezsilni wobec partii, która została wybrana demokratycznie, a działa w duchu autokratycznym, dąży do dyktatury. Ta aktywność obywatelska jest dziś, moim zdaniem, jedynym ratunkiem dla demokracji.

 

Jednak protestów jest mniej niż np. rok temu.

Bo ludzie mają poczucie bezsilności. Rok temu główne protesty były przed Pałacem Prezydenckim i Sądem Najwyższym, kiedy domagano się weta. Prezydent zawetował wówczas te ustawy, ale dziś widzimy, że to nic nie znaczyło, było tylko rozgrywką wewnętrzną w obozie władzy.
Prezydent nie ma żadnych dobrych intencji, zachowuje się dosyć niemądrze. Mówiąc wprost: myśli dość głupkowato, tak, że żadnych nadziei nie można z nim wiązać. Bardzo się ucieszyłem, kiedy dostrzegła to moja świetna i znana koleżanka, Jadzia Staniszkis, która bardzo wyraźnie powiedziała, jak ten prezydent ją rozczarował.
W tej chwili w publicystyce światowej pisze się dużo o zagrożeniach demokracji. Przeglądałem niedawno „The Economist”, piszą tam o dużym zagrożeniu demokracji wszędzie tam, gdzie instytucje demokratyczne nie są wystarczająco silne. Sytuacja jest o tyle paradoksalna, że w kraju, który jest liderem demokratycznego świata, w USA, rządzi prezydent, który ma autokratyczne zapędy, który spotyka się w bezczelny sposób z autokratycznymi, a nawet totalitarnymi przywódcami i ich chwali! Na szczęście instytucje amerykańskie są na tyle silne, że są w stanie się temu przeciwstawić. Tam zwykli sędziowie potrafili zastopować prezydenta, gdy uznali, że jego pomysły są niezgodne z konstytucją.

 

U nas tych silnych instytucji zabrakło?

Ujawnił się ważny element. Ja sam należałem do tych socjologów, którzy mówili o słabości społeczeństwa obywatelskiego, a tymczasem tak naprawdę okazuje się, że słabe są nasze instytucje. Okazało się, że nie były one dostatecznie zabezpieczone i wzmocnione. Nawet jeśli było prawo je chroniące, to one same nie miały woli działania. Zabrakło tego, co możemy nazwać wykształconymi, mądrymi, oddanymi ideom demokratycznej władzy urzędnikami, którzy byliby w stanie bronić i przeciwstawić się czynnie temu, co się działo. Przypomnę, że wszystko zaczęło się od niezwykle brutalnego ataku na Trybunał Konstytucyjny, ale tak naprawdę walczył wtedy tylko prezes Trybunału. Dopiero w ostatniej chwili przyłączyli się inni, kiedy już było za późno. Gdyby jednak włączyli się znacznie wcześniej, bronili swojego przewodniczącego, mówili głośno, że tak być nie może, to kto wie, jak potoczyłyby się wydarzenia. TK jest kluczowym organem, który kontroluje władzę.
Powiem pani, co jest tu największym paradoksem.
Przypominam sobie wyniki własnych badań, które prowadziliśmy z prof. Pawłem Śpiewakiem w dwóch małych miastach – Szczecinku i Mławie – gdzie to, że istnieje państwo prawa, że człowiek może zaskarżyć urzędnika, że urzędnik nie jest bezkarny wobec obywatela, że urząd ponosi odpowiedzialność, było oceniane jako jedno z najcenniejszych osiągnięć po 1989 roku. Pierwsze badanie robiliśmy w 1997 roku, potem w 2008 roku. Te wyniki były jednoznaczne. A teraz…

 

Panie profesorze, mówi się, że sytuacja polityczna się pogarsza i nie ma już żadnego pola, na którym mogłoby dojść do dialogu, prawdziwej debaty. Parlament nie działa, tej roli nie spełnia też Kościół. Zatem co nas czeka?

Kościół kompletnie nie reaguje, nawet wyraża zadowolenie z rządów PiS-u. Gdyby nie jego poparcie, to na pewno nie byłoby takiej łatwości w rozwalaniu demokratycznych instytucji. Jeżeli nawet przewodniczący episkopatu, który mówi rozsądnie, nie jest w stanie skłonić swoich współbraci biskupów do zajęcia stanowiska jako episkopat, to o czymś to świadczy.
Zresztą nie rozumiem tego, bo bez Kościoła, jego aktywności czy poparcia opozycji i solidarnościowego „podziemia” w latach 80., nie udałoby się nam dojść do demokracji i wolnej Polski. Dziś to jest ogromna siła, która walczy z demokracją. To jest dramatyczna sytuacja, także dla mnie jako katolika, człowieka wierzącego.

 

Napisał pan ostatnio w komentarzu, gdy ekspresowo toczyły się prace nad ustawami sądowymi, że to koniec polskiego parlamentaryzmu. A może nam po prostu bliżej jest do Pawłowicz i Kaczyńskiego niż do Mazowieckiego i Bartoszewskiego?

W tym kontekście trzeba zauważyć to, co działo się przez ostanie lata z językiem polskiej polityki, ale przede wszystkim jest to kwestia wielkiego sukcesu propagandowego PiS-u. Na początku była zdrada narodowa, potem tworzenie mitu jedynego dobrego, patriotycznego prezydenta, „zamordowanego w Smoleńsku” (jakby inni prezydenci nie byli patriotami…). Opozycja pozwalała PiS-owi na taką narrację.
Ile razy słyszeliśmy, że Donald Tusk ma krew na rękach, poprzedni prezydent był nazywany „komoruskim” i nikt z tym wystarczająco nie walczył. Przez lata PiS-owi udało się zbudować taki obraz rządów PO-PSL, jakby działy się straszne rzeczy, co oczywiście nie jest prawdą i wszystkie badania temu przeczą. Poziom zadowolenia z życia, wiary w sukcesy i to, że dzieciom będzie się żyło lepiej, w badaniach wyraźnie było widać.
To słynne badanie prof. Macieja Gduli w Miastku zrobiło ogromne wrażenie na socjologach i publicystach, bo ono pokazywało, że właściwie wbrew temu, co się uważało, to nie wykluczeni, których liczba ciągle malała, byli istotną grupą wyborców, tylko ci, którym się dobrze powodziło, wybrali PiS. Problem w tym, że zawiodły ich oczekiwania, rozbudzone aspiracje. Ta wielka przemiana Polski, która dokonała się za czasów rządów PO-PSL, wzbudziła jeszcze większe oczekiwania i aspiracje ludzi, które zostały zlekceważone. PiS-owi udało się to przedstawić jako program polityczny i nikt temu nie przeciwdziałał racjonalnie.
Niestety, bardzo ważnym elementem w tym wszystkim jest jeszcze opozycja. Ja wiem, że nie jest im łatwo, a nawet bardzo trudno. Opozycja parlamentarna jest traktowana w sposób, który trudno w ogóle komentować, dlatego też m.in. uważam to za kres polskiego parlamentaryzmu. Ale opozycji brak inicjatyw! Co najwyżej opozycja odpowiada na ciosy, które zadają PiS-owcy, często to jest gra bardzo inteligentna i słuszna, tylko, niestety, niewiele z tego wynika.
Brak jest mobilizacji społecznej, protestu, który byłby istotny, bo ludziom potrzeba czegoś więcej niż dowodzenia, że PiS jest zły!
Zresztą byłem zwolennikiem jasnej walki z tymi bzdurami nt. katastrofy smoleńskiej, przekonywałem o tym premiera Tuska. Niestety, to zostało zlekceważone, bo wydawało się, że to taka głupota, że nie można na to racjonalnie reagować, teraz skutki tej głupoty przynoszą niezwykłą korzyć PiS-owi i ciężko to będzie teraz zmienić. Ciężko przekonać człowieka, że tak diametralnie się myli, a na pewno potrzeba czegoś więcej niż retoryka anty-PiS. Ludzie potrzebują wizji.

 

Co powinna zrobić opozycja?

Np. przedstawić kompleksową reformę służby zdrowia. Nikt tego od dawna nie zrobił, a służba zdrowia jest strasznie niefunkcjonalna. Stworzenie kompleksowej wizji, rozpoczęcie dyskusji ze środowiskami lekarskimi, pielęgniarkami, stworzenie kompleksowego programu, tak jak przy pierwszej wielkiej reformie służby zdrowia, która została potem zniszczona przez postkomunistów. Albo pokazać nowy program reformy emerytur, nie mówiąc już o kompletnym braku jakichkolwiek instytucjonalnych rozwiązań dla starzejącego się społeczeństwa…
Takie idee społecznych programów można mnożyć, nie mówiąc już o powrocie do istoty demokracji, czyli zapewnieniu większego wpływu obywateli, oddolnego, by tak rzec, na sprawowane rządy.

 

Jak to się skończy, bo to, co pan mówi, nie napawa optymizmem?

Nie napawa optymizmem, bo to jest sytuacja bardzo niepokojąca, dodatkowo z powodu tego, co się dzieje na świecie. Gdybyśmy mieli innego prezydenta w USA, to podejrzewam, że jego reakcja na to, co dzieje się w Polsce, byłaby inna. Można byłoby przynajmniej na jakiś czas powstrzymać destrukcję państwa. Niestety, to obywatele muszą sami o tym zdecydować.
Kwestia, na ile obywatele się obudzą, jest niezwykle istotna. Tu widzę dużą rolę Kościoła, o ile się przemieni politycznie! Czyli odejdzie od partyjnego myślenia…
To, że papież Franciszek dał się nabrać polskim biskupom, jest bardzo przykre. On dalej uważa, że tak miło w tej Polsce było podczas Światowych Dni Młodzieży, jak gościł w naszym kraju. Widać, że w Watykanie lobby Radia Maryja jest dostatecznie silne, żeby te kłamstwa tam dalej trwały.
Myślę, że ta polityka musi w końcu zbudzić sprzeciw, bo pełna jest także absurdalnych pomysłów, jak rozbudowa zbankrutowanego lotniska w Radomiu, którą się robi z powodów politycznych. Tak samo Wielką Hutę się budowało z powodów politycznych. Wszystko ma być centralne, narodowe, jak za komuny. Zaczną się też kłopoty finansowe z powodu obciążenia budżetu.
Kluczową kwestią jest tu znowu opozycja. Jej umiejętność mobilizacji ludzi do oporu.

 

Nie uważa pan, że PiS nie odda władzy, bo wie, że to się będzie wiązało z rozliczeniami i Trybunałem Stanu?

To jest następna ważna kwestia, czy w ogóle będziemy mieć do czynienia z uczciwymi wyborami. Słyszałem wypowiedzi kilku komentatorów, którzy mówili, że manipulacje przy wyborach nie będą możliwe. Moim zdaniem to, co zrobili z ordynacją do Parlamentu Europejskiego, jest przedbiegiem do tego, jak można zmienić ordynację do parlamentu. Ciekawe, czy wtedy biskupi się ockną…