
Co jakiś czas wraca dyskusja o zarobkach lekarzy. Jedni mówią o konieczności ograniczenia najwyższych stawek w publicznym systemie, inni odpowiadają, że to prosta droga do jeszcze większego odpływu kadr. Problem polega na tym, że ta debata zbyt często toczy się tak, jakby Polska była zamkniętym światem. A nie jest. Nasz rynek pracy lekarzy i pielęgniarek działa dziś w ramach większego europejskiego układu, w którym bogatsze państwa od lat uzupełniają własne braki personelem wykształconym gdzie indziej.
Dobrze pokazuje to zestawienie OECD dotyczące udziału lekarzy wykształconych za granicą. W Norwegii to 42 proc., w Irlandii 41 proc., w Szwajcarii 38 proc., w Wielkiej Brytanii 32 proc. Polska ma zaledwie 3 proc. Tych liczb nie da się uczciwie czytać inaczej niż jako obrazu nierównego rynku pracy w ochronie zdrowia. Zachód importuje kadry, Europa Środkowo-Wschodnia znacznie częściej je traci.
Trzeba jednak zachować precyzję. Lekarz wykształcony za granicą nie zawsze oznacza po prostu cudzoziemca, który przyjechał pracować. W tej kategorii mieszczą się także osoby, które studiowały poza krajem, a potem wróciły. To ważne doprecyzowanie, ale nie zmienia ono głównego wniosku. Bogatsze państwa potrafią uzupełniać własne niedobory personelem kształconym poza własnym systemem. Polska nie.
I właśnie tu zaczyna się problem. Polska nie należy do grupy państw, które masowo przyciągają gotową kadrę medyczną. Należy raczej do tych, które same mają niedobory, a jednocześnie pozostają zapleczem dla zamożniejszych gospodarek. Potwierdza to także drugi materiał, oparty na nowszych danych OECD o wyjazdach lekarzy i pielęgniarek. Wynika z niego, że Polska znajduje się w grupie państw, z których więcej personelu medycznego wyjeżdża do pracy za granicą, niż do nich przyjeżdża. W praktyce oznacza to jedno: szkolimy ludzi, z których część później zasila systemy ochrony zdrowia bogatszych krajów.
Kierunek tego odpływu od lat jest podobny. Polscy lekarze i pielęgniarki wybierają głównie Niemcy, Wielką Brytanię, Szwajcarię, Szwecję i kraje skandynawskie. Powód nie jest tajemnicą. Tam płace są wyższe, warunki pracy lepsze, organizacja bardziej przewidywalna, a personel mniej obciążony. Nie chodzi więc o brak patriotyzmu ani o chwilową modę. Chodzi o prosty rachunek zawodowy i życiowy. Jeśli gdzie indziej można zarobić więcej, pracować w lepiej zorganizowanym systemie i mieć większe wsparcie, to część ludzi po prostu z tego korzysta.
W Polsce zbyt łatwo sprowadza się tę sprawę do moralizowania albo do doraźnej kłótni o zarobki. Tymczasem ten spór ma charakter systemowy. Państwo inwestuje ogromne środki w kształcenie lekarzy i pielęgniarek, a potem nie potrafi stworzyć im takich warunków, by uznali, że warto związać z tym systemem swoją przyszłość na lata. W efekcie bogatsze kraje dostają gotowego specjalistę, którego same nie musiały kształcić od początku. Polska ponosi koszt edukacji, a zysk z pracy często przejmuje ktoś inny.
Skala problemu nie jest abstrakcyjna. Według danych przywoływanych w debacie o kadrach medycznych ponad 10 tysięcy lekarzy w Polsce ma ważne zaświadczenia uprawniające do pracy za granicą, a średni wiek czynnego zawodowo lekarza przekroczył 50 lat. To znaczy, że system jednocześnie się starzeje i pozostaje narażony na dalszy odpływ ludzi, których już teraz ma za mało.
To właśnie dlatego pomysł administracyjnego dociskania płac lekarzy budzi tak duże emocje. Sam wykres OECD nie odpowiada oczywiście na pytanie, jakie dokładnie wynagrodzenia w polskim publicznym systemie są właściwe. Nie da się z niego wyprowadzić jednej „sprawiedliwej” stawki. Pokazuje jednak rzecz ważniejszą: Polska nie jest dziś krajem o nadmiarze kadr, który może bez większego ryzyka dyktować warunki. Jest krajem, który nadal ma za mało lekarzy i pielęgniarek, a dodatkowo funkcjonuje w otwartym otoczeniu, gdzie bogatsi gracze stale wysysają ludzi z uboższych systemów.
W takiej sytuacji proste przycinanie wynagrodzeń może okazać się polityką wyjątkowo kosztowną. Jeśli państwo wysyła sygnał, że chce ograniczać zarobki w sektorze publicznym, a jednocześnie nie poprawia warunków pracy, nie zmniejsza przeciążenia i nie porządkuje organizacji systemu, to samo zachęca część kadr do szukania lepszych warunków gdzie indziej. Mądre państwo najpierw zatrzymuje własnych specjalistów, a dopiero potem myśli o dalszych korektach. Państwo działające krótkowzrocznie najpierw opowiada o oszczędnościach, a potem ze zdziwieniem odkrywa, że leczyć nie ma kto.
Problem widać szczególnie mocno w przypadku pielęgniarek. Odpływ tej grupy zawodowej jest dla systemu równie groźny jak wyjazdy lekarzy, a często nawet groźniejszy, bo zaplecze pielęgniarskie w Polsce od dawna jest zbyt słabe. W praktyce oznacza to, że nawet jeśli uda się utrzymać część lekarskich etatów, system i tak będzie się dławił, bo bez pielęgniarek, położnych i innych zawodów medycznych sama obecność lekarza nie rozwiązuje problemu dostępności. Jeśli więc z kraju wyjeżdżają jednocześnie lekarze i pielęgniarki, to nie jest to zwykły ruch na rynku pracy. To jest proces, który osłabia zdolność całego systemu do działania. Mniej personelu oznacza większe obciążenie dla tych, którzy zostają, gorszą dostępność i większe ryzyko dalszego o
Nie wystarczy tu odpowiedzieć, że przecież Polska zwiększa liczbę absolwentów kierunków medycznych. To potrzebne, ale nie rozwiązuje problemu od razu. Lekarza nie kształci się w rok, a pielęgniarskich braków nie zasypuje się jedną decyzją administracyjną. Jeśli państwo zwiększa nabór, ale nie poprawia jakości pracy i nie buduje stabilnej ścieżki zawodowej, to może co najwyżej szybciej zasilać rynek, z którego część ludzi i tak potem odpłynie.
Trzeba też uczciwie powiedzieć, że Polska nie wykorzystuje w pełni innych narzędzi. Wciąż zbyt słabo myśli o retencji kadr, o lepszym wykorzystaniu kompetencji pielęgniarek, o nowoczesnym podziale zadań i o takim modelu systemu, który nie opiera się niemal wszystkiego na lekarzu. Jeśli tego nie zmienimy, będziemy stale wracać do tej samej historii: niedobór, przeciążenie, emigracja, kolejne próby łatania dziur i następna runda tej samej debaty.
Największy błąd polega dziś na tym, że część polskiej debaty patrzy na lekarza wyłącznie jak na koszt, a nie jak na zasób strategiczny. Bogatsze państwa doskonale rozumieją, że personel medyczny jest warunkiem stabilności całego systemu. Dlatego potrafią o niego walczyć. Polska zbyt często zachowuje się tak, jakby mogła sobie pozwolić na jego zniechęcanie. Nie może.
Jeśli nie chcemy zostać krajem, który szkoli dla innych, trzeba przestać udawać, że problem rozwiąże się sam. Polska potrzebuje nie tylko większej liczby absolwentów, ale też lepszych warunków pracy, większej przewidywalności systemu i rozsądnej polityki kadrowej. Inaczej dalej będziemy inwestować we własne kadry po to, by ostatecznie wzmacniały cudze systemy ochrony zdrowia.









