Szczepienie na szczycie absurdu

Ładna pogoda, jak na drugą połowę października. Korzystając z tego, że mieszkam dość daleko od gwaru Stolicy, usiadłem na przyzbie i zacząłem czytać powieść Olgi Tokarczuk o Annie „w grobowcach świata”. W końcu trzeba jakoś nadążać za Premierem i Ministrem Kultury. Przerwał mi dzwonek telefonu…

Odebrałem. Miły, kobiecy głos zapytał, czy ja to ja, ile mam lat i czy względnie dobrze się czuję, bo chce mnie zaprosić na spotkanie.

Zaproszenie

Na chwilę zakwitła we mnie nadzieja, że – wzorem Krakowa – zaproszą mnie do jednego z pobliskich hotelików, świadczących także usługi na godziny. Sił już nie mam, ale chętnie bym popatrzył! Głos rozwiał jednak tą nadzieję. „Chcemy pana zaprosić na szkolenie dotyczące potrzeby szczepienia przeciw grypie i zapisać, jako „seniora”, na szczepienie nieodpłatne”.
Zaprotestowałem. Proszę pani – powiedziałem z wrodzoną nieśmiałością – ja się szczepię od 15 lat, więc raczej nie trzeba mnie przekonywać. Może pójdę, jak w poprzednich latach, do przychodni, dam się obejrzeć lekarzowi i dostanę zastrzyk. Obojętne, czy bezpłatny, czy płatny. W ostatnich latach były nieodpłatne, chociaż nigdy o to nie prosiłem. A na szkolenie zaprosicie tych, którzy się nie szczepią.
Pani przyznała mi rację, ale powiedziała, że tego zrobić nie może. Ma polecenie „od góry”, aby zaprosić wszystkich seniorów, odnotowanych w ewidencji miejscowej przychodni. Od tego roku ma tak być, bo takie są „nowe wymogi”. Dała mi do zrozumienia, że bezpłatnie szczepienie to jednak „świadczenie medyczne plus”, więc trzeba je wreszcie zaliczyć do „dobrych zmian” i odpowiednio kontrolować. „Jak pan nie przyjdzie, to może potem dla pana nie wystarczyć szczepionki. W tym roku dostaliśmy ich mniej”.

Impreza rozrywkowa

Nie miałem wyjścia. Wyznaczonego dnia wsparłem się na ramieniu znacznie młodszej, ale także zaproszonej, żony i doczołgaliśmy się pod wskazany adres. Było około 40 osób, z których większość szczepiła się już od kilku lat. Przyszły też dwie panie organizatorki, i chciały przygotowywać pomoce wizualne do wykładu. Ale im przerwano. Kilka osób zaczęło używać języka i tonu zapożyczonych z Sejmu. Mieli pretensje, że szczepią się od lat, niepotrzebnie wzywa się ich na jakieś szkolenia, używa się szantażu, że jak się nie stawią, to nie zostaną zaszczepieni – a w każdym razie nie „za darmo”. Miejscowość jest rozległa – niektórzy przyjechali z odległych zakątków, tracąc pół dnia na tą „imprezę”. Przypominali, że w poprzednich latach, można się było zaszczepić bez takiej biurokracji.
Atmosfera zrobiła się tak gorąca, że w końcu zrezygnowano z wykładu i proszono tylko o wypełnienie „niezbędnej dokumentacji. Rozdano 6-stronicowy plik papierów w formacie A4. Trzy strony zawierały mało zrozumiałe opowieści o grypie i szczepieniach, kończące się rodzajem oświadczenia, że czytający świadomie zgadza się na pokrycie kosztów szczepienia z funduszów gminy. Pozostałe trzy strony były fatalnie skonstruowaną ankietą ośrodka zdrowia, która zapewne miała pomóc w ocenie stopnia zadowolenia pacjentów z jego usług. Poinformowano, że wypełnienie ankiety nie jest obowiązkowe, ale bardzo pożądane. W kilku miejscach trzeba było złożyć podpisy. Zebrano papiery i poradzono, aby szybko zamówić wizytę u lekarza i „załatwić” szczepienie powołując się na udział w tym spotkaniu, bo szczepionek jest rzeczywiście mało.
Jako ostatnio ciągle straszony obywatel drugiej kategorii, tak zrobiłem. Pokuśtykałem natychmiast do przychodni i zarezerwowałem termin wizyty. W dwa dni później stawiłem się u lekarza i zostałem zaszczepiony. Sprawdzono, czy byłem na zebraniu i tym samym mogę być zwolniony z opłaty.
W sumie zalecane na całym świecie i reklamowane w naszych telewizjach szczepienie przeciwko grypie, wymagało więc w tym sezonie trzech wizyt, nieproporcjonalnego wysiłku i straty czasu – zamiast jednej wizyty, jaka wystarczała przed „dobrą zmianą”. Kosztowało też niepotrzebną pracę kilku ludzi i marnowanie papieru. Jeżeli było (czy jest) konieczne potwierdzenie, czy pokwitowanie obywatela, że został na koszt gminy czy państwa zaszczepiony, to mogło być przecież pobrane przy szczepieniu i na arkusiku nie większym niż połowa A4.

A jednak organizacja

Po powrocie do domu z „imprezy” odebrałem drugi telefon, który utwierdził mnie w przekonaniu, że miałem rację zwracając publicznie uwagę (Trybuna z dnia 16.10.2019r.), że nie tylko pieniądze decydują o sprawności działania służby zdrowia i proponując specjalistom, aby zajęli się także organizacją. No i właśnie ktoś – nie wiem, czy ministerstwo zdrowia czy samorządy, czy też jedni i drudzy – osiągnął w organizacji szczepień w tym roku, szczyt organizacyjnego absurdu.
Telefonował przyjaciel – także zaawansowany „senior” -, mieszkający w jednej z północnych dzielnic Warszawy. Był skrajnie wkurzony. Też poszedł się zaszczepić do przychodni, w której jest zarejestrowany. W recepcji powiedziano mu, że jest deficyt szczepionek i lekarze dostali określone limity. Ale jego „lekarz pierwszego kontaktu” powinien jeszcze mieć coś wolnego. Poszedł. Uśmiechnięta lekarka powiedziała mu, że ma jeszcze limit kilku szczepionek, ale musi je trzymać dla „swoich” stałych pacjentów, którzy już je telefonicznie zarezerwowali.

Senior za pieniądze

On wprawdzie też jest jej pacjentem, ale się u niej rzadko pokazuje!! Po ostrej i bezskutecznej rozmowie wrócił więc do recepcji, oświadczył, że rezygnuje z przywilejów „seniora”, i zażądał zaszczepienia „za pieniądze”. Niechętnie zgodzono się przyjąć od niego i jego żony po 54 złote i w końcu zrobiono wymarzone zastrzyki.
Ta krótka opowieść właściwie nie wymaga komentarza. Podtrzymuję sugestię wywieszenia w gabinetach ministra zdrowia, dyrektorów departamentów, osób odpowiedzialnych za „ulepszanie” systemu zdrowia w „centrali i w terenie” napisów „Organizacja – głuptasie”. Boję się tylko tego, że organizacja wymaga jednak myślenia. A tegoroczna zabawa ze szczepieniami budzi obawy, że z tym nie jest najlepiej.

Opowieści ginekologiczne Recenzja

Nie tylko Kościół katolicki w Polsce i sekundująca mu konserwatywna prawica – w tym w stopniu najmniej entuzjastycznym, ale jednak także Prawo i Sprawiedliwość – sprawiają, że ginekologia i położnictwo są nie tylko po prostu specjalnościami lekarskimi, ale szczególnymi dziedzinami medycyny, bo jedynymi które krzyżują się z polityką.

 

Nic dziwnego, że wątek ten pojawia się epizodycznie także w „Klerze” Wojciecha Smarzowskiego.
„Czarny protest” sprzed ponad dwóch lat nie tylko pokrzyżował plany antyaborcyjnych fanatyków spod znaku „Ordo Iuris”, Kai Godek, Mariusza Dzierżawskiego czy Magdaleny Kaliszuk, ale ostudził zapał w tym kierunku także w rdzeniu PiS, w ślad za sceptycznym stanowiskiem prezesa partii. O utrzymaniu się tej tendencji świadczy choćby niedawne oświadczenie jednego z zaufanych ludzi Jarosława Kaczyńskiego, eurodeputowanego profesora Ryszarda Legutko, który stwierdził, że sprawa ta do najbliższych wyborów parlamentarnych (2019) wyborów nie zostanie ponownie podjęta. Prezes partii najwyraźniej dodatkowo „zabezpieczył” temat, zagrzebawszy go także w szufladach TK Julii Przyłębskiej. Pomimo tego czujności nigdy za wiele, a poza tym przeciwnicy zakazu aborcji są w sytuacji bohatera znanego żydowskiego dowcipu, znękanego ciasnotą mieszkania, któremu doradzono, aby najpierw dogęścił je wprowadzając do niego kozę, a następnie się jej pozbył, co przyniesie mu ulgę. Dziś zwolennicy prawa do aborcji cieszą się z powstrzymania ofensywy ultrasów, ale do jego liberalizacji jest tak daleko, jak było.
W żadnej dziedzinie sztuki lekarskiej nie krzyżuje się tyle zagadnień wykraczających poza materię ściśle biologiczną i medyczną, w tym tak delikatnych jak seksualność (ginekologia i położnictwo nie są co prawda dziedzinami erotyki, ale w erotyce mają swoje korzenie), problematyka etyki i moralności, zjawisko wstydu i skrępowania związane ze sferą płciową oraz tak przemożnie wpływowych jak obyczaje i zasady – zakazy i nakazy – religijne. Wystarczy przywołać trzy kwestie: przerywanie ciąży, antykoncepcję i zapłodnienie in vitro, by uzmysłowić sobie jak wielkie namiętności polityczne i światopoglądowe oraz spory prawne one budzą, w ostatnich dziesięcioleciach głównie w Polsce (choćby wspomniany „czarny protest” przeciw próbie całkowitego zakazu aborcji), ale okresami także w Irlandii (niedawne referendum) czy w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej (n.p. Salvador, kraju gdzie jest najbardziej restrykcyjne na świecie prawo antyaborcyjne). O tym jak n.p. Kościół katolicki przywiązywał do tzw. katolickiej etyki seksualnej świadczą choćby archiwalne wydawnictwa z tego zakresu, gdzie życie płciowe i prokreacyjne katolików regulowane było z drobiazgowością graniczącą fragmentami z obsesją nie pozbawioną rysów obscenicznych. Tajemnice ginekologii i ciała kobiecego w aspekcie prokreacji fascynowały wielu pisarzy. Wystarczy przywołać powieści: niemiecką – „Orestes i wieloryb” Hedwig Rohde, brytyjskie – „Regulamin tłoczni win” Johna Irvinga, czy „British Museum w posadach drży” i „Gdzie leży granica” Davida Lodge (o angielskiej, katolickiej terlikowszczyźnie), duńskie „Zimowe dzieci” Dea Trier Morch, fińską „Akuszerkę” Katji Kettu, czy najgłośniejsze z tego nurtu „Opowieści podręcznej” Kanadyjki Margaret Atwood, a także przykłady z dawnej polskiej prozy: „Grypa szaleje w naprawie” Jalu Kurka, „Zazdrość i medycyna” Michała Choromańskiego, „Niemiłosierni” Marii Jarochowskiej, czy „Flirt z medycyną” Zbigniewa Łapińskiego. Tematykę tę podejmowano też w kinie, choćby Ingmar Berman w filmie „U progu życia” czy Czeszka Vera Chytilowa w „Grze o jabłko”. Iza Komendołowicz podjęła tę tematykę w formie dziennikarskiej, po części poniekąd reportażowej, uzupełnionej formą wypowiedzi i wywiadów z lekarzami ginekologami, w tym z tak znanymi i zasłużonymi jak małżeństwo Marzeny i Romualda Dębskich czy profesor Marian Szamatowicz, jak i z tak kontrowersyjnymi, a nawet inkryminowanymi, jak osławiony profesor Bohdan Chazan. Iza Komendołowicz we współpracy z Magdaleną Kuszewską podjęły takie tematy, jak dziwne przypadki ginekologiczne i położnicze, przebiegi porodów, granica życia i śmierci oraz patologie ciąży, wady płodu, kwestię i praktykę aborcji, młodociane macierzyństwo, zagadnienie skutków gwałtu i ciąży z gwałtu, problemy ciążowe i porodowe tzw. „starych matek”, kwestie zapłodnienia in vitro, tematykę hormonów i antykoncepcji, onkologię ginekologiczną, postawy mężów kobiet ciężarnych, a także ginekologię estetyczną. Książka Komendołowicz wpisuje się w karierę, jaką zrobiły w ostatnich latach w mediach tematy ginekologii, położnictwa, prokreacji, o czym świadczą nie tylko liczne teksty w prasie i materiały w internecie, ale także liczne telewizyjne cykle dokumentalne w rodzaju polskiej „Porodówki” czy angielskich i amerykańskich cykli reportażowych w rodzaju „Położnych”, „Ciąży z zaskoczenia” czy „Matka w ciąży, córka w ciąży”, a także słynny quasi-dokumentalny film amerykański „Gdyby ściany mogły mówić”. Przed obeznanymi z tą tematyką i widzami tych programów książka Komendołowicz nie odsłania co prawda jakichś szczególnych sekretów, ale i tak jest to lektura bardzo interesująca i pouczająca, a dla wielu wręcz życiowo, praktycznie niezbędna, a co najmniej wskazana. Jak bowiem zaświadczają niektórzy ginekolodzy, rozmówcy Izy Komendołowicz, brak wiedzy u kobiet i mężczyzn, których ten temat dotyczy czy potencjalnie może dotyczyć, bywa zastraszający a nawet szokujący, do granic nieprawdopodobieństwa i absurdu. Ta książka, choć nie wyraża tego expressis verbis, jest głosem za prawem kobiety do swobodnego wyboru i za liberalizacją obecnego stanu prawnego w tym zakresie.

 

Iza Komendołowicz – „Ginekolodzy. Tajemnice gabinetów”, współpraca Magda Kuszewska, wyd. Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2018, str. 320, ISBN 978-83-280-5210-9

PAD w Łomży

Nagłe Zatrzymanie Krążenia (NZK) dotyka w Polsce  ok. 40 tys. osób rocznie.  Z tej liczby udaje się uratować zaledwie 2-5 proc. pacjentów. Dlaczego tak mało? Ponieważ podstawowym czynnikiem warunkującym przeżycie jest szybkość działania.

 

lek. med. Dariusz Janicki – specjalista Medycyny Ratunkowej; WSPR Łomża. kandyduje na Prezydenta Miasta Łomży i na radnego Rady Miasta Łomży z listy nr 5 SLD – Lewica Razem.

 

Dotarcie przez zespół ratownictwa medycznego (ZRM) w odległe miejsce w mieście może zająć nawet kilkanaście minut, Może się zdarzyć, że nie ma wolnych zespołów i trzeba zadysponować ZRM spoza rejonu i wtedy czas dojazdu może być jeszcze dłuższy. Dlatego nie wahajmy się wezwać ZRM, jeżeli jest to konieczne, ale zastanówmy się czy warto, jeżeli nie ma zagrożenia życia i jesteśmy w stanie sami dotrzeć do szpitala.
Defibrylacja jest kluczowym ogniwem łańcucha przeżycia. Wykonanie defibrylacji w jak najszybszym czasie jest jednym z najważniejszych czynników decydujących o przeżyciu podczas zatrzymania krążenia w mechanizmie migotania komór(VF) i częstoskurczu komorowego (VT) Migotanie komór i częstoskurcz komorowy bez tętna to sytuacja, w której mięsień sercowy kurczy się w sposób nieskoordynowany i nieefektywny. Krew nie jest pompowana przez serce i dostarczana do tkanek i narządów oraz do płuc. Dochodzi do niedotlenienia, na które szczególnie narażony jest mózg. W normalnej temperaturze w ciągu 3-6 minut dochodzi do śmierci mózgu. Istotne jest to, że u dorosłych najczęstszą przyczyną NZK poza szpitalem (około 75 proc.) jest migotanie komór lub częstoskurcz komorowy. Są to tzw. rytmy do defibrylacji. Użycie defibrylatora w tym przypadku może przywrócić prawidłowy rytm. W pozostałych przypadkach występuje asystolia (około 15 proc.) lub aktywność elektryczna (bez tętna) około 10 proc.. Są to rytmy, przy których nie wykonujemy defibrylacji. W każdym przypadku NZK należy zadzwonić pod numer alarmowy 112 lub 999 i rozpocząć resuscytację krążeniowo-oddechową (RKO), chyba że jesteśmy sami, a defibrylator AED jest w pobliżu, wtedy rozpoczynamy od jego podłączenia.
Automatyczne defibrylatory zewnętrzne (Automated External Defibrylator-AED) są wysoce specjalistycznymi, niezawodnymi, skomputeryzowanymi urządzeniami, które za pomocą poleceń głosowych prowadzą zarówno osoby z wykształceniem medycznym, jak i bez niego przez procedurę bezpiecznej defibrylacji w zatrzymaniu krążenia.
W krajach wysoko rozwiniętych wdraża się setki lokalnych programów PAD (ang. Public Access Defibrillation), czyli publicznego lub powszechnego dostępu do defibrylatorów AED, których celem jest stworzenie gęstej siatki AED w miejscach publicznych oraz zaangażowanie jak największej liczby wolontariuszy gotowych do niesienia pomocy. Zgromadzone dane pokazują, że podjęcie przez świadków zdarzenia samego RKO zwiększa szanse przeżycia do 9 procent, a przy użyciu dodatkowo defibrylatora AED – do ponad 50 procent, ale gdy urządzenia AED były dostępne na miejscu zdarzenia w czasie 3-5 minut, szanse na przeżycie wzrastały do ponad 70 procent. Urządzenia AED coraz częściej pojawiają się w przestrzeni publicznej i są instalowane w wielu zakładach pracy, urzędach, szkołach, lotniskach, dworcach kolejowych, pociągach, hotelach, centrach handlowych i pływalniach. Jeden z pierwszych programów poprawy bezpieczeństwa mieszkańców, zgodnie ze standardami PAD, wprowadziło miasto i gmina Trzebinia pod hasłem „Trzebinia Miastem Bezpiecznego Serca”. W ramach programu na terenie całej gminy w miejscach publicznych umieszczono 20 urządzeń AED. Przede wszystkim to ludzie ratują ludzi. Dlatego program budowy PAD powinien zawierać przynajmniej 6 podstawowych elementów, tak, aby defibrylator nie był tylko powszechny/publiczny, ale również aktywny. Dlatego powinniśmy zadbać o analizę projektu PAD według następujących punktów:
• sieć ogólnodostępnych defibrylatorów AED – 24 h,
• identyfikacja i wizualizacja lokalnego programu PAD,
• wolontariusze i program edukacji społecznej,
• system zarządzania AED i wolontariuszami,
• dobór sprzętu i sposobu montażu,
• finansowanie programu i jego utrzymanie.
Niedawno ideę PAD zaczęto realizować w Białymstoku, w ramach budżetu obywatelskiego. Chcielibyśmy wprowadzić system PAD w Łomży. Wiemy jak to zrobić, jak zaplanować lokalizację, jakiej aplikacji użyć do stworzenia mapy rozmieszczenia defibrylatorów w naszym mieście, jakie szkolenia zorganizować, jak zarządzać defibrylatorami i wolontariuszami. Mamy też kilka pomysłów na sfinansowanie projektu.
Aktualnie jest w Łomży kilka defibrylatorów AED, ale praktycznie żaden z nich nie jest ogólnie dostępny.
Mieszkańcy Łomży mają prawo czuć się bezpiecznie i mają prawo mieć dostęp do skutecznych narzędzi służących ratowaniu życia.