
Dlaczego mało kogo razi niekonsekwencja w postrzeganiu Stanów Zjednoczonych Ameryki, Chin i Rosji. Dwa ostatnie kraje zastępują Związek Radziecki jako usprawiedliwienie zbrojeń, które podtrzymują trwanie zbiorowego imperium Triady: USA, Europy, Japonii. Obecnie dają szansę rekonwersji upadającego przemysłu samochodowego w Europie. Natomiast Stanom Zjednoczonym pozwalają podtrzymywać status globalnego Minotaura. Pożera on światową nadwyżkę, by pokrywać deficyt budżetowy i przerabiać ją na produkty finansowe. Jak długo jeszcze?
Siła państwa w służbie zysku. Są tacy, których cieszą dane o arsenale Stanów Zjednoczonych. Nie martwią ich dochodzące do biliona dolarów wydatki, żeby ten arsenał nie miał sobie równych.Nie martwią się, bo czują się pewnie będąc obok Japonii i USA częścią Triady. Ale ona obejmuje tylko 18 proc. populacji świata. Jej zbrojnym ramieniem jest NATO. Łatwo się żyło miłującym wolność w robieniu interesów Europejczykom w cieniu potęgi wojskowej Ameryki. Ale wpisanie się w geostrategię Waszyngtonu i instytucjonalne samookaleczenie za poradą niemieckich ordoliberałów – przesunęło Europę znów na peryferie. To oni w roli pierwszych komisarzy wytrzebili UE z instrumentów polityki publicznej. UE, poza troską o dług publiczny, nie prowadzi praktycznie ani polityki fiskalnej, ani przemysłowej, ani polityki zatrudnienia. Żaden region na świecie nie dał się tak zglobalizować i poddać przewodniej roli biurokracji w służbie biznesu. Stąd wołanie o autonomiczną politykę gospodarczą mniejszych państw członkowskich.
Pigułki otrzeźwiające dla europejskich i polskich upojonych Ameryką przygotował Sylwester Szafarz – czujny obserwator sceny międzynarodowej. Powinni je zażyć ci, którzy śnią na jawie – widząc się w roli latarników Europy… skoro przeznaczają 20 proc. budżetu na zbrojenia. Ale co powiedzieć o innym, jeszcze większym latarniku Europy – francuskim prezydencie Emmanuelu Macronie. Świetną ilustrację tego, co brutalnie nazywamy rżnięciem głupa, dostrzegamy w rozumowaniu tego jurnego kogucika. Zaprezentował je w rozmowie z dziennikarzem francuskiego kanału telewizyjnego TF1. Przeżywa traumę zagrożenia ze strony Czyngiz-chama. Przeżywa boleśnie bo, „kraj, który wydaje 40% swojego budżetu na zbrojenia i zmobilizował armię ponad 1,3 miliona żołnierzy, nie stanie się nagle pokojowy i demokratyczny. Nie bądźmy naiwni. Aby przetrwać, musi znaleźć nową ofiarę. To drapieżnik, prawdziwy kanibal u naszych bram. Nie mówię, że Francja zostanie jutro zaatakowana. Ale zagrożenie wisi nad wszystkimi Europejczykami. A zamykanie na to oczu to oszukiwanie samych siebie.” A co z tym dowódcą, który ma jeszcze większą armię? My się go teraz nie boimy. A inni? A może prezydent Francji nie widzi różnicy w położeniu na mapie Ukrainy i Francji? A może sądzi, że nawet rosyjski żołnierz chciałby obejrzeć spektakl „Feerie’ w paryskim Moulin Rouge? Albo się napić Chateau Pertus na miejscu w Pomerol? Trudno przeniknąć ścieżki myślenia europejskich strategów. Są tajne i mogą nie zostawiać żadnych śladów.
Otóż, panie prezydencie niech pan zapyta swoich wywiadowców, jaki arsenał ma sąsiad z drugiego brzegu Atlantyku. Powiedzą panu to, co nam mówi Sylwester Szafarz. Prawie bilionowe roczne wydatki na zbrojenia. Zasilane od czasu zimnej wojny miliardami dolarów start-upy, które opracowują technologie przydatne armii. Kto w czasie pokoju utrzymuje 1,5 mln żołnierzy pod bronią? A ta broń to m.in. ponad 5 tys. głowic jądrowych i 405 rakiet międzykontynentalnych (ICBM = Intercontinental Balistic Missiles) klasy Minuteman III. Bardzo przydatne były zawsze samoloty bojowe: w Korei, w Wietnamie, w Serbii, w Iraku, w Libii, w Syrii, ostatnio w Iranie i w Palestynie. Nie może ich zabraknąć – 5.309 sztuk. Szlaków transportu konsumpcyjnego badziewia, ale też ropy i gazu pilnuje 470 okrętów wojennych (czynnych i w rezerwie). Wspiera ich na wszelki wypadek flota 4.012 samolotów bojowych, a także 72. łodzie podwodne o napędzie nuklearnym. W rezerwie czeka 11 lotniskowców, w tym 10. o napędzie nuklearnym. Neoliberalnego ładu narzuconego światu w latach 80-tych strzeże ponadto 750 baz w 80 krajach świata. Czuwa tu 171.800 wojskowych. Ten arsenał to efekt działań państwa poza wolnym rynkiem. I to ostatnia przewaga, która pozostała, bo rywalizacja globalnych big techów – pozostaje nierozstrzygnięta. Pan tego arsenału się nie boi. I nie pyta, po co to wszystko. Ale co ma teraz powiedzieć prezydent Wenezueli Nicolas Maduro, a wcześniej premierzy i prezydenci Jacobo Arbenz, Mohammad Mosaddekh, Salvador Allende, Omar Torrijos, Jaime Roldos – zmuszeni do samobójstwa, więzieni lub zestrzeleni, niedługo po tym, jak chcieli znacjonalizować amerykańskie firmy wydobywające ropę czy odebrać ziemie ich fabrykom w polu – bananów czy ananasów.
Martwi się pan, panie prezydencie, z powodu wielkoruskiego imperializmu. Nic pan nie wie o tym, jaką mitologię wyhodowały angielskie sekty protestanckie na nowej ziemi obiecanej? Mimo ludobójstwa dokonanego na Indianach, mimo bogactwa osiąganego dzięki pracy Czarnych na plantacjach bawełny i tytoniu – można im pozazdrościć dobrego samopoczucia. Jak pisze ceniony badacz stosunków międzynarodowych prof. Stephen M. Walt, „idea, że Stany Zjednoczone są wyjątkowo cnotliwe, może być wygodna dla Amerykanów. Szkoda tylko, że jest ona nieprawdziwa” (Mit amerykańskiej wyjątkowości – dodatek w książce K. Mahbubaniego, Czy Chiny już wygrały, W-wa 2024). Po pierwsze, były i są jednym z najbardziej ekspansywnych imperiów w nowożytnej historii (Indianie do rezerwatów, Meksykanie za Rio Grande!). Tylko w samych Indochinach Stany Zjednoczone zrzuciły ponad 8 mln ton bomb, w tym 373 tys. ton napalmu. Kiedy wojna dobiegła końca, pozostawiła po sobie dziesięć milionów kraterów. Objęły one obszar wynoszący łącznie sto tysięcy hektarów. Precyzyjniej: siedem dużych bomb na każdego mężczyznę, kobietę, chłopca czy dziewczynkę, pisze szwedzki krytyk kolonializmu Sven Lindqvist.
Z amerykańskiej mitologii. A może to ich geniuszowi świat wiele zawdzięcza? Ich szczęście polega na dobrej lokalizacji: otoczone ocenami, żyzne gleby równin, bogactwo surowców, odległe mocarstwa europejskie, tania praca niewolników i chińskich kulisów. Później, europejskich uciekinierów z przeludnionych wsi Północy i Południa kontynentu. Istotą imperium jest przecież eksploatacja bogactw i siły roboczej bez rekompensaty, za to ze wsparciem państwa. Jego zadaniem jest ochrona inwestycji, zdobywanie dostępu do rynków zbytu, ziem, minerałów, pracy. Uczą świat demokracji, bo mają ustanowioną przez Boga misję przewodzenia zapóźnionym w wolności i prawach człowieka (biznesu?). Ale nic to, że konsumują najwięcej energii, tym samym w największym stopniu niszczą planetę. Odpowiadają bowiem za 40% przekroczeń emisji dwutlenku węgla.
To w tym kraju doszło do rozdziału gospodarki i polityki, wolności i równości. To tu gospodarkę wyjęto praktycznie spod prawa i konstytucji. Ma ją regulować rynek, a ten przecież regulują monopoliści spoza rynku – globalna sieć kontroli wielkich, transnarodowych korporacji, z pośrednikami finansowymi w roli głównej. Teraz to big techy z nową bronią AI, fundusze spekulacyjne, oligopol zbrojeniówki. Tu człowiek czuje się wolny, jeśli ma gruby portfel akcji. Dlatego rządzą ci, którzy finansują kampanie wyborcze. Dzięki nim odbywa się co kilka lat spektakl polityczny o niskiej intensywności. Ubarwiają go defilady i popisy retoryczne stand-uperów. I to one zastępują programy czy refleksję nad tym, co dalej. Na niewiele się zda wolność słowa, wielopartyjność, prawa obywatelskie, kiedy w debacie brak zorganizowanego gracza, jakim są partie klas pracowniczych: zdominowanych, „elastycznie” eksploatowanych, bez związków zawodowych, a te, które ocalały są aideologiczne. W tym kraju rządzą „dwie jedyne partie”, jak u nas KOPiS. Tak celnie przenicował amerykański model demokracji, czyli rządów „the people” Samir Amin – wnikliwy demaskator Systemu, w którym praktycznie bez krępacji przedsiębiorcy i rentierzy mogą eksploatować przyrodę, pracę i życie ludzkie. I to ich otacza się kultem. W rezultacie mamy wzór tego, o czym marzą polscy libertarianie z Konfederacji na czele z tiktokowym Sławomirem. Tutaj by mieli making money paradise. Na dodatek, niedługo całkiem bez imigrantów.
A co z równością, także przecież składową nowoczesności? Bo to ona pozostaje w konflikcie z „wolnościową” logiką kapitalizmu: maksymalizacji rent z czego się tylko da. Lepiej będzie dla świata, jeśli ten olbrzym zastąpi ONZ? Lepiej nie było ani dla Afgańczyków, ani dla Irakijczyków, ani ostatnio dla Palestyńczyków. Kto następny?









