Czy jest już za późno na ratunek Ziemi?!

12 lip 2026

Czarny realizm

Znów piszę o dramatycznej wizji nieuchronnego samobójstwa ekologicznego i ewolucyjnego naszej cywilizacji. Trzeba zdecydowanie pisać o tym i uświadamiać ludzi, bowiem sytuacja globalna ulega gwałtownemu pogorszeniu z każdym dniem. Taka jest konsekwencja „wyczynów” neoliberalnych. Obecnie jest już bardzo głośno o tym na całym świecie. Grzmią tysięczne rzesze uczonych, polityków i wybitnych osobistości, jak np. Antonio Guterres, sekretarz generalny ONZ („czerwone światło i alarm dla ludzkości”), papież i inni czołowi przywódcy oraz liczni działacze ekologiczni. Ale zwykłym (średnim) Ziemianom to raczej niezmiennie „zwisa kalafiorem” – a niech tam oni sobie pogadają. Tymczasem wzrasta już o ponad 2 st. C, czyli „szybciej niż planowano”, średnia temperatura atmosfery ziemskiej i wód oceanicznych; szybciej też podnosi się ich poziom. Latoś mamy już w PL, w US, w UE i gdzie indziej klimat tropikalny, którego doświadczałem codziennie, pracując w Wietnamie Południowym (Ho Chi Minh Ville, d. Sajgon). Zalanie grozi m.in. Szczecinowi, Trójmiastu i Żuławom. Ziemia pali się pod nogami – od Australii, poprzez Syberię, rejon Morza Śródziemnego, aż po Kalifornię oraz zachodnie obrzeża USA i Kanady. Szaleją klęski żywiołowe (szczególnie trzęsienia ziemi, susze, tajfuny, ulewy i powodzie), nawet w Niemczech, w których (niby) „Ordnung muss sein”. O „Global Warming” zaczytywałem się już ponad 30 lat temu. Ostrzegałem ludzi. Kwitowali to z reguły ironicznym uśmiechem – „ty jesteś niepoprawnym pesymistą” – powiadali. A nieprawda – jestem poprawnym i umiarkowanym realistą. A to się sprawdza właśnie teraz.

Analizy i parametry rozwojowo-ekologiczne są coraz gorsze pod każdym względem. Ludzkość zbyt późno przejrzała na oczy. Większość fachowców jest zdania, iż ekologiczna sytuacja cywilizacji pogarsza się coraz bardziej w szybkim tempie i staje się niemożliwa do opanowania, do powstrzymania i do odwrócenia. Trzeba już bardzo obawiać się o przyszłość dzieci, wnuków i wszystkich przyszłych pokoleń – minimum „2–3 lost generations from now on”, jak mawiają Anglosasi. Nadal setki miliardów ton (!) gazów przemysłowych pompuje się do atmosfery; trwa destrukcja środowiska naturalnego człowieka i innych istot żywych. Jeśli wytrzymamy do 2050 r., to byłoby nieźle. Ale taka perspektywa jest mało realna. Nasza Matka – Ziemia znajduje się na skraju przepaści [1]. Obłędna odwieczna pogoń za zyskiem wielkiego kapitału, kolonializmu i neoliberalizmu, poniewieranie ludzi oraz rabunkowa eksploatacja zasobów naturalnych Ziemi może doprowadzić nas wszystkich do niewyobrażalnej i nieodwracalnej katastrofy. Jeszcze nigdy – od zagłady dinozaurów, około 65 mln lat temu – naszej planecie nie zagrażało tak wiele bardzo poważnych niebezpieczeństw, jak obecnie. Nikt ich nie kontroluje i nie likwiduje skutecznie. Chciałbym się mylić – ale obecne pandemie i kryzysy zostały wydumane po to, aby odwrócić uwagę ludzkości od istniejących zagrożeń makro oraz od impotencji decydentów w „rozwiązywaniu” tych kwestii?! Jednak największe niebezpieczeństwo dla życia na Ziemi i dla niej samej czyha w wyniku coraz bardziej widocznej kumulacji owych zagrożeń oraz ich wzajemnego splotu i potencjalnie niszczycielskich efektów na wielką skalę. Kumulację ową zwiększa także bezprecedensowe nakładanie się na siebie skutków niszczycielskich poczynań „średniego człowieka” oraz całej tzw. „społeczności międzynarodowej” [2] (np. ocieplenie klimatu = global warming) i destrukcyjnych sił natury ziemskiej (np. wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, powodzie, susze, pożary i in.) oraz pozaziemskiej (np. promieniowanie kosmiczne, asteroidy itp.).

Sytuację komplikuje (i to bardzo znacznie) fakt, iż – w całym ciągu dziejowym – „średni rządzący” (lokalny, regionalny, krajowy, kontynentalny i globalny) nie byli w stanie zahamować czy odwrócić stałego narastania zagrożeń oraz ich kumulacji. Tragicznym tego dowodem jest np. niepowodzenie i bezproduktywność kolejnych tzw. konferencji ekologicznych, organizowanych przez ONZ i in., czy też impotencja niektórych supermocarstw i organizacji międzynarodowych ws. ograniczenia emisji gazów przemysłowych do atmosfery ziemskiej. Nadal potęgowane są np. zagrożenia pandemiczne, ekonomiczne (kryzysy) oraz ekologiczne (pompowanie gazów przemysłowych do atmosfery, zmiany klimatyczne, niszczenie warstwy ozonowej itp.), militarne (szaleńczy wyścig zbrojeń) czy społeczne (nędza, bezrobocie, przepaść między biednymi i bogatymi) itp. Równocześnie „średni rządzony”, zaabsorbowany coraz bardziej uciążliwą codziennością i brutalną walką o byt oraz bezceremonialnie manipulowany i otumaniany przez „średnich rządzących”, nie zdaje sobie sprawy z narastających zagrożeń i z widma samozagłady. W konsekwencji nie jest on w stanie wymuszać na rządzących zmiany dotychczasowej polityki i praktyki oraz wyeliminowania owego widma.

Bardzo niebezpieczna jest też ewentualna nakładka (convergence) wspomnianych zagrożeń ziemskich i pozaziemskich (kosmicznych). Te ostatnie nigdy jednak nie były tak wyraziste i tak ewidentne, jak obecnie. Jest to wynikiem bezprecedensowego postępu naukowo-technicznego, zwłaszcza w sferze badań kosmicznych. Zagrożenia pozaziemskie (np. intensywniejsze promieniowanie słoneczne, prawdopodobieństwo uderzenia ciał niebieskich – asteroid – w Ziemię, odwrócenie jej biegunów, zmiana grawitacji – układu sił ciążenia w galaktyce itp.) – to nie tylko „science fiction”, lecz całkiem realna wizja. „Syndrom dinozaurów” ciągle wisi nad nami – jako niesamowity współczesny miecz Damoklesa. Nakładka przeróżnych zagrożeń ziemskich i pozaziemskich polega więc na tym, iż – np. – nawet względnie niewinne uderzenie asteroidy w powierzchnię naszej planety może stanowić potężny katalizator zwiększający miejscowe zagrożenia, np. zagęszczenie cieplarnianej powłoki gazów przemysłowych w górnych warstwach atmosfery poprzez dodanie do niej pyłów i dymów spowodowanych przez to uderzenie. Zaś odcięcie promieniowania słonecznego oznaczałoby zlodowacenie Ziemi i powolne obumieranie ludzi, fauny i flory. Analizując parametry makro we wszystkich dziedzinach, w których występują maksymalne zagrożenia dla życia i dla przetrwania naszej planety, jedno nie ulega już najmniejszej wątpliwości: kroczymy coraz szybciej niewłaściwą drogą, wprost do samozagłady. Zasadnicze pytania są wręcz banalne i retoryczne, np.: co by było, gdyby ludzkość poszła inną ścieżką w swym rozwoju „od Adama i Ewy”? Oczywiście, gdyby wcześniej postępowano rozważniej, to – teraz i w przyszłości – żyłoby się znacznie lepiej, bezpieczniej ludziom oraz wszelkim stworzeniom żywym.

Takoż największymi zbrodniarzami i szkodnikami w dziejach ludzkości nie są bynajmniej żadne nerony, dżyngishany, aleksandry macedońskie, pisarry, napoleony, hitlery, staliny, reagany, trumpy, putiny i im podobni, lecz w szczególności ci decydenci, którzy – od I rewolucji przemysłowej do dziś – utrzymują rodzaj ludzki i Ziemię na zabójczej i samobójczej drodze tzw. „rozwoju”, powodując się ślepym dążeniem do zysku i do panowania nad światem – nie bacząc na koszty, które także im i nam wszystkim przyjdzie za to zapłacić. Prym w tym gangu szkodników i morderców globalnych wiodą, historycznie oraz współcześnie, ekstremalni neoliberałowie i neokonserwatyści, szczególnie z USA – ze swymi anachronicznymi, wręcz i kryzysogennymi receptami na życie + na „rozwój” (prawo pięści, „niewidzialna ręka rynku”, ideologia i praktyka pieniądza, hegemonizm, dehumanizacja itp.) oraz ze swym jednoczesnym opętańczym pożeraniem i destrukcją wszystkiego (potencjał ludzki, zasoby surowcowe, gleba, energia, woda, powietrze itp.) na Ziemi, co można wykorzystać rabunkowo – byle tylko zarobić jak najwięcej! Są to jednak zarobki iluzoryczne, kryjące w sobie ryzyko totalnej katastrofy całego rodzaju ludzkiego i… braku zarobków!

Definicje i klasyfikacja

Literatura światowa na temat analizowanych zagrożeń, przyszłości rodzaju ludzkiego, życia na Ziemi, naturalnej i sztucznej inteligencji oraz losów naszej planety w kontekście układu słonecznego, galaktyki i całego wszechświata jest niezwykle interesująca i bogata. Czasopisma naukowe, szczególnie „Nature”, „National Geographic” i in., poświęcają coraz więcej uwagi analizowanej problematyce. Wyniki badań i dociekań uczonych są coraz doskonalsze, pouczające i dające wiele do myślenia „średniemu człowiekowi”, zarówno fachowcowi, jak i laikowi. W tej sytuacji swoistym paradoksem jest totalny bałagan intelektualno-merytoryczny, do jakiego przyznają się nawet sami uczeni („intellectual bias”), brak odpowiedniej koordynacji i współdziałania między nimi itp. Nie pozostaje to bez negatywnego wpływu na efektywność badań oraz na praktyczne wykorzystanie ich wyników dla dobra i dla przetrwania całej ludzkości. Nie dziwi przeto, iż nauka światowa (jeśli takowa istnieje?) nie jest jeszcze w stanie przedstawić jednoznacznej i długofalowej prognozy rozwoju wydarzeń. Wraz z uczonymi „średni człowiek” gubi się w irracjonalnym strachu, w panice, w domysłach, w hipotezach, w przypuszczeniach i – raczej – obraca się w kategoriach science fiction niż real-science. Uczeni mają jednak wygodne (i prawdziwe) usprawiedliwienie: choć nie można wykluczyć tego w przyszłości, to – w przeszłości – jeszcze nigdy nie było tak wielkich zagrożeń oraz ryzyka zaniku życia na Ziemi, jak obecnie. Dlatego też – bez precedensu i bez możliwości porównania z przeszłością – wszelkie współczesne badania, analizy, szczególnie komparatywne, i prognozy na przyszłość są niezwykle utrudnione, wręcz niemożliwe i mało prawdopodobne – powiadają uczeni.

Nawet w warunkach wszechogarniającego bałaganu intelektualno-merytorycznego między nimi istnieje jednak dość duża zbieżność, nawet jednomyślność, odnośnie do wielu kardynalnych kwestii natury makro i mikro. Np.:

– cywilizacja ludzka zbliża się coraz szybciej do „dnia sądnego” („Doomsday”), do pewnej końcowej granicy bezpieczeństwa („tipping point”; tip = końcówka, ang.) czy wręcz do biblijnego neopotopu lub Armagedonu (zagłady, szczególnie nuklearnej);

– gatunek ludzki może zginąć bezpowrotnie – podobnie jak unicestwieniu uległy już wcześniej liczne gatunki fauny i flory na Ziemi. Niektórzy uczeni, jak np. astrofizyk Brandon Carter i filozof John A. Leslie, prognozują wręcz, że ludzie znikną z powierzchni Ziemi („extinction of humans”) w ciągu najbliższych 9120 lat; ocenę taką podziela aż 95% uczonych! Ale tylko 19% spośród nich uważa, że nastąpi to (wymarcie ludzi) w trakcie nadchodzących 100 lat;

– po cywilizacji ludzkiej (human civilization) możliwe jest powstanie cywilizacji post-ludzkiej (post-human civilization);

– jednym z prawdopodobnych rozwiązań w zakresie przetrwania człowieka i zachowania życia byłaby ucieczka w kosmos (tzw. kolonizacja kosmosu); np. wokół gwiazdy Gliese 667C, w konstelacji Skorpiona, w odległości 22 lat świetlnych od nas, krążą 3 planety podobne do Ziemi (tzw. Super-Earths).

Uzgodnijmy najpierw optymalną definicję sumarycznych zagrożeń oraz ich potencjalnych konsekwencji dla życia na Ziemi, dla wszelkich jego przejawów (np. naturalna inteligencja) i dla istnienia samej naszej planety. Chodzi więc o tzw. existential risks (ang.). Za takie zagrożenia (risks) uważam mianowicie wszelkie przyczyny, wydarzenia, poczynania i zjawiska ziemskie i kosmiczne, które – w konsekwencji – w sposób zamierzony lub nie, łącznie bądź z osobna, mogą doprowadzić do zniszczenia albo też do nieodwracalnego uszkodzenia cywilizacji ludzkiej, do zdegradowania warunków życia na Ziemi, do uśmiercenia na zawsze, całkowicie lub częściowo, rodzaju ludzkiego i innych istot żywych albo też do unicestwienia planety Ziemia, a nawet układu słonecznego i całej naszej galaktyki. Natomiast istnieje ogromna różnorodność w zakresie klasyfikacji i grupowania najpoważniejszych zagrożeń dla życia i dla Ziemi. Stosowane są najrozmaitsze kryteria analiz, ocen i interpretacji zagrożeń – do tego stopnia, że nie można sprowadzić ich wszystkich do wspólnych mianowników. Naturalnie przedstawiciele poszczególnych dziedzin nauki, techniki i wiedzy eksponują priorytetowo zagrożenia związane z przedmiotami ich własnych zainteresowań, badań i dociekań, ale coraz częściej pojawiają się też podejścia interdyscyplinarne. Są one szczególnie cenne, bowiem najgroźniejsze wydają się nakładki (kumulacje) różnych rodzajów zagrożeń, szczególnie tych, które pojawiają się w tym samym czasie i w tej samej przestrzeni. Dlatego też z wielkiego bogactwa, oryginalności i różnorodności merytoryczno-metodologicznej w zakresie klasyfikacji i grupowania zagrożeń wybieram elementy najważniejsze, najciekawsze i najbardziej trafiające ludziom do przekonania.

Najprostszy i najbardziej oczywisty podział zagrożeń jest następujący: ziemskie i kosmiczne, naturalne i sztuczne, zamierzone i przypadkowe, przewidywalne i zaskakujące, odwracalne i nieodwracalne i in. Ważnym kryterium jest skala i zasięg zagrożeń, jak np. ziemskich: lokalne, krajowe, regionalne, kontynentalne, międzykontynentalne, globalne i ziemsko-kosmiczne (np. wybuch na orbicie rakiety uzbrojonej w głowice nuklearne, chemiczne czy bakteriologiczne, upadek uszkodzonego satelity na tereny zamieszkałe itp.). Powyższe grupy klasyfikacyjne mogą też obejmować takie zagrożenia, jak: przeludnienie, głód, brak wody i epidemie (pandemie) na określonych obszarach lub na całej Ziemi, kryzys i recesja gospodarcza, ludobójstwo, wojna nuklearna, ocieplenie atmosfery, zmiany klimatyczne, niszczenie warstwy ozonowej i in. Ciekawą kategorią są też zagrożenia międzypokoleniowe i międzygatunkowe, np. wymieranie pszczół, co zakłóca tzw. łańcuch pokarmowy, dewastowanie ekosystemów (biodiversity) itp. Jeśli chodzi o naukę, to pragnę wyeksponować przede wszystkim dokonania Cambridge University. W roku 2012 utworzono tam the Cambridge Project for Existential Risks, w ramach którego zwraca się szczególną uwagę na zagrożenia mogące wyniknąć ze stosowania najnowocześniejszych technologii. Bardzo interesująca i wymowna jest klasyfikacja (i kolejność) zagrożeń w rozumieniu uczonych z Cambridge:

– sztuczna inteligencja i ewentualna niemożność jej opanowania przez inteligencję naturalną (człowieka);

– zmiany klimatyczne;

– nuklearna wojna światowa (lub regionalna);

– eksperymenty biotechnologiczne oraz ich możliwe negatywne skutki, mogące wywołać np. globalną pandemię (tzw. rogue biotechnology) – jak obecnie.

Z kolei Paul Street, znany pisarz i dziennikarz amerykański, jest jednym z najwybitniejszych znawców analizowanej problematyki, kładąc szczególny nacisk na aspekty ekonomiczne, społeczne, finansowe i militarne istniejących zagrożeń. Jego pakiet głównych spośród nich obejmuje 8 pozycji:

– zmiany klimatyczne (climate change) oraz ich konsekwencje ekologiczne i ekonomiczno-społeczne;

– rosnące ryzyko wojny nuklearnej. Może być ona konsekwencją wojen konwencjonalnych (o żywność, o wodę [3], o surowce i in.);

– masowa bieda i nędza w świecie spowoduje rozruchy i niepokoje społeczne; już ponad 3 mld ludzi dysponuje zaledwie 1–2 USD dziennie na utrzymanie;

– nierówność społeczna w świecie – pogłębianie się przepaści między biegunem bogactwa i biegunem nędzy; np. w USA 1% bogatych obywateli posiada 40% majątku narodowego. Tamże kapitał i tzw. deep state sprawuje faktyczną władzę nad formalną władzą polityczną i nad całym państwem. Zanika umowa społeczna (social contract);

– nieustający kryzys walutowo-finansowy będący efektem niewydolnego i skorumpowanego systemu bankowo-finansowego. Energia jest coraz droższa. Tymczasem bez zapewnienia taniej energii systemy zorientowane ku wzrostowi gospodarczemu skazane są na upadek. Toczą się już wojny o dostęp do źródeł energii (np. w Iraku, w Iranie, w Wenezueli, w Libii i in.);

– długotrwałe bezrobocie strukturalne, właściwe kapitalizmowi. Poprzez automatyzację, robotyzację i komputeryzację produkcji oraz poprzez umowy śmieciowe i inne rozwiązania oszukańcze i prowizoryczne neokapitalizm zmniejsza zatrudnienie i destabilizuje sytuację na rynku pracy;

– nasilenie tendencji skrajnie prawicowych, nacjonalizmu, neofaszyzmu, ksenofobii i rasizmu, widoczne wyraźnie w czasach kryzysu;

– militaryzacja życia politycznego i gospodarczego, szczególnie w USA. Pieniądze pochodzące z podatków od firm i od obywateli przeznaczane są na zbrojenia i na prowadzenie działań wojennych – zamiast na pokojowy rozwój i na poprawę sytuacji społeczeństwa i całej cywilizacji.

Bardzo specyficzną i interesującą klasyfikację zagrożeń oraz wizję rozwoju wydarzeń, z uwagi na treści i na oryginalne metafory syntetyzujące, prezentuje z kolei prof. Nick Bostrom, wybitny filozof z Oxford University. Oto jego cztery existential risks:

– wybuchy (bangs) – życie na Ziemi, związane z inteligencją ludzką (naturalną), zanika w wyniku nagłej katastrofy będącej dziełem przypadku lub też konsekwencją celowych działań (np. zagłada nuklearna, funkcjonowanie niszczycielskich nanobotów itp.);

– chrupnięcia (crunches) – systematyczne ograniczanie potencjału cywilizacji ludzkiej, jeśli chodzi o możliwości jej przekształcenia w cywilizację post-ludzką; ale – jednocześnie – życie ludzi na Ziemi może zostać zachowane w określonej postaci;

– wrzaski (shrieks) – dochodzi do ustanowienia swoistej formy cywilizacji post-ludzkiej, ale w niezwykle wąskim zakresie w stosunku do tego, co byłoby możliwe, pożądane i wskazane do osiągnięcia;

– skomlenia/skowyty (whimpers) – cywilizacja post-ludzka zostaje ustanowiona, ale rozwija się w niewłaściwym kierunku, tzn. w takim, że stopniowo, lecz nieodwołalnie i całkowicie zanikają wartości cenione kiedyś przez ludzi albo też utrzymują się one w mikroskopijnych rozmiarach w stosunku do tego, co należałoby osiągnąć.

Na etapie whimpers dochodzi nadto do definitywnego wyczerpania się zasobów ziemskich. Prof. N. Bostrom lansuje też generalny pogląd, iż ludzkość bazująca na wiedzy (knowledge humanity) może całkiem niechcący skonstruować urządzenie, które zniszczy nie tylko Ziemię, ale również cały system słoneczny, bowiem komputery i roboty, które już dziś są półautonomiczne, niedługo staną się w pełni autonomiczne (niezależne od człowieka i mądrzejsze od niego). W tym sensie powinno się zakazać stosowania komputerów oraz robotów na polu walki, gdyż – po uzyskaniu samodzielności i autonomii – mogą one sprowokować niewyobrażalną katastrofę. Tymczasem w USA i w innych krajach trwają intensywne prace nad komputeryzacją i nad robotyzacją pola walki.

I wreszcie klasyfikacja w wydaniu prof. Thomasa F. Homera-Dixona (University of Waterloo/Ontario, Kanada). W książce z 2006 r. pt. „The Upside of Down: Catastrophe, Creativity and the Renewal of Civilization” [4] autor porównuje obecną sytuację naszej cywilizacji do perturbacji imperium rzymskiego – tuż przed jego upadkiem. Ukazuje plastycznie procesy dokonujące się w społeczności uginającej się pod wielkim ciężarem problemów, których nie jest ona w stanie rozwiązać i, w konsekwencji, rozpada się na kawałki. Przypomina to trzęsienie ziemi, które następuje po przekroczeniu pewnej masy krytycznej i granicy bezpieczeństwa. Autor stara się też wyciągnąć wnioski z tych tragicznych doświadczeń historycznych, żeby nie dopuścić do upadku całej naszej cywilizacji. Za główne i za najbardziej realne zagrożenie uważa on zmiany klimatyczne (climate change). W tym kontekście prof. T.F. Homer-Dixon sformułował teorię tzw. stresów (presji) zagrażających najbardziej życiu na Ziemi:

– stres ludnościowy (population stress) – obecnie ludność krajów wysoko rozwiniętych (bogatych) znajduje się w fazie przejściowej między wysoką stopą urodzin i umieralności a niską stopą urodzin i umieralności. W konsekwencji tego, około roku 2050, liczba ludności w krajach rozwiniętych wynosić będzie około 1,2 mld osób (mniej więcej tyle, ile obecnie). Równocześnie w krajach rozwijających się (biednych) utrzymywać się będzie bardzo wysoka stopa urodzin i nieco niższa stopa umieralności. W związku z tym, w ww. terminie, liczba ludności wzrośnie tam od obecnych 5,3 mld do 7,8 mld osób. Dla takich (a może i większych!?) mas ludzkich – na Ziemi zabraknie zasobów naturalnych oraz wyrobów i środków niezbędnych do życia;

– stres energetyczny (energy stress) – surowce energetyczne pochodzenia węglowodorowego, od początku stosowane przeważnie na świecie, są coraz rzadsze i coraz trudniejsze do wydobycia i do pozyskania. Ale nadal stanowią one główne źródło generowania energii i… gazów przemysłowych, zatruwających atmosferę i powodujących zmiany klimatyczne. Systematycznie rosną koszty wydobycia tych surowców oraz ich ceny na rynku światowym. Stosowanie innych (alternatywnych, ekologicznych itp.) źródeł energii jest jeszcze niedostateczne i niewystarczające. Nasilają się spory i konflikty na tle dostępu do źródeł energii. Stanowi to niezwykle niebezpieczne zagrożenie dla przyszłości naszej cywilizacji, która nie przetrwa bez dostatecznego zapewnienia dostaw lepszej i tańszej energii (tzw. zielonej);

– stres ekologiczny (environmental stress) – ogarnął on już de facto całą naszą planetę, niezależnie od tego, iż (średnie) warunki bytowania jej mieszkańców uległy pewnej poprawie w ostatnim okresie czasu: zwiększenie długości życia całej ludzkości, spadek stopy umieralności, nieco lepsze zaopatrzenie w żywność, w lekarstwa i in. Ale to tylko marne pocieszenie (false comfort) – bowiem, mając widmo zagłady w oczach, człowiek będzie eksploatował do upadłego i do końca zasoby naturalne Ziemi; lecz kiedy ich zabraknie, ekosystemy ulegną załamaniu i zniszczeniu. Oznaczać to będzie początek szybkiego końca życia na Ziemi;

– stres klimatyczny (climate stress) – bardzo prawdopodobne jest nagłe (gwałtowne) ocieplenie naszej planety, szczególnie atmosfery ziemskiej i wód oceanicznych. Stanowią one bowiem bardzo delikatny oraz czuły mechanizm. Generalnie negatywy przeważają zdecydowanie nad pozytywami w kwestii ocieplenia (global warming). Miałoby to katastrofalne skutki dla człowieka, szczególnie w krajach rozwijających się (biednych), oraz dla wszelkich form życia na Ziemi.

Nie należy wykluczać, że grozi jej „syndrom Wenus”, na której temperatura wynosi około 460 stopni Celsjusza, przy bardzo wysokim stężeniu dwutlenku węgla w atmosferze tej planety;

– stres gospodarczy (economic stress) – zjawiska kryzysowe, brak stabilizacji gospodarczej, ogólna anarchia, degrengolada ekonomiczna itp. potęgują frustrację społeczną w licznych krajach, która może prowadzić nawet do ich rozpadu i do rozczłonkowania oraz do wielkich strat ludzkich i materialnych. Jest to silny czynnik wojennogenny; zaś – w obecnej sytuacji – każda wojna kryje w sobie ryzyko użycia broni nuklearnej lub innych broni masowej zagłady. Co więcej, zwiększające się obszary biedy i nędzy na świecie oraz przepaść między bogatymi i biednymi prowadzą do destabilizacji społecznej (social instability).

Takich zagrożeń (stresów) jak obecnie jeszcze nigdy nie było w całej historii naszej cywilizacji. Także zdaniem pana profesora najgroźniejsza jest ich kumulacja. Uczony prezentuje jednak pozytywne, a nie katastroficzne podejście do przyszłości. Stara się on poszukiwać środków zaradczych, profilaktycznych i uzdrowieńczych. Postuluje radykalne odejście od dotychczasowych praktyk, rozwiązań i metod „rozwojowych”. Ten konieczny proces określa mianem „catagensis” (początek rozpadu?). Nie uważa go on za coś katastrofalnego czy niszczycielskiego, lecz – wręcz przeciwnie – za zabieg uzdrowieńczy i ratunkowy dla ludzkości. Domaga się twórczego poszukiwania nowych, skuteczniejszych rozwiązań oraz rezygnacji z kurczowego i ślepego trzymania się status quo. Wymaganie to dotyczy w szczególności produkcji energii i żywności.

Zagrożenia kosmiczne

Bez wątpienia najpoważniejsze, wręcz monstrualne i finalne, niebezpieczeństwa zagrażają Ziemi ze strony mocy niebieskich. Ale dziwne zjawiska dzieją się także na naszej planecie, jak np. zwiększanie prędkości obrotowej kuli ziemskiej. Nie tak dawno temu nawet relatywnie niewielki deszcz meteorytów nad Rosją (w okolicach Czelabińska) wywołał zaskoczenie oraz poważne zniszczenia. Mało realne są twierdzenia, że asteroidę pędzącą ku Ziemi uda się rozbić (lub zmienić jej trajektorię) przy pomocy wybuchu ładunku nuklearnego na orbicie. To zbyt duże ryzyko – także dla życia na Ziemi. Analiza zagrożeń pozaziemskich prowadzi do wielu ciekawych, choć niekiedy przerażających wniosków. Tyle lat po Koperniku „średniemu człowiekowi” nadal się zdaje, w większości przypadków, że Ziemia stanowi nie tylko centrum układu słonecznego, lecz również całego wszechświata! Właśnie na takie pojmowanie i traktowanie naszej planety wskazuje nadal postępowanie i zachowanie „średniego człowieka”, które określam mianem (neologizmem) ziemiocentryzmu. Jest to jednak podejście irracjonalne i nijak nieuzasadnione naukowo.

Na Ziemi występuje u ludzi inteligencja naturalna – a nawet już (potencjalnie zgubna) inteligencja sztuczna (artificial intelligence), ale nie ma pewności, czy we wszechświecie nie znajdują się istoty żywe znacznie mądrzejsze od ludzi!? Podejście ziemiocentryczne wypacza całkowicie stosunek „średniego człowieka” do określenia i do rozumienia miejsca naszej planety we wszechświecie i wzajemnych powiązań z nim oraz – w konsekwencji – do lekceważenia niebezpieczeństw zagrażających Ziemi ze strony potężnych mocy kosmicznych. Bowiem w ewentualnej konfrontacji z owymi mocami jesteśmy całkowicie pozbawieni tarczy osłonowej oraz skazani a priori na zagładę i na unicestwienie. „Średni człowiek” pociesza się najczęściej, iż zagrożenia kosmiczne są tak bardzo odległe w czasie i w przestrzeni, że go nie dotkną, a jeśli już – to któreś tam kolejne pokolenia. Nic bardziej mylącego, irracjonalnego i obłudnego. Bowiem śmiertelne niebezpieczeństwo pozaziemskie może nadejść nagle, niespodziewanie i w każdej chwili. Współczesny stan nauki, techniki i wiedzy w tej materii nakazuje brać to pod uwagę – nie ulegając wszakże panice i histerii.

Główne niebezpieczeństwa wywodzące się z kosmosu są następujące:

– wzrost temperatury Słońca – gdyby nie było innych zagrożeń, ludzkość mogłaby przeżyć na Ziemi jeszcze około 1 mld lat, tzn. do czasu, aż temperatura Słońca wzrośnie do tego stopnia, że zabije ona wszelkie przejawy życia na Ziemi (oceany wcześniej wyparują!) i – ewentualnie – na innych planetach. W obliczu takiego zagrożenia straszenie ludzi od dawien dawna mitycznym i biblijnym „ogniem piekielnym” może okazać się prawdą. Generalnie za mniej więcej 5 mld lat Słońce wyczerpie swój zasób paliwa (wodoru) i stanie się czerwonym olbrzymem (red giant), tracąc około 30% swej obecnej masy. Groźne mogą być także potężne wybuchy materii słonecznej (solar flares – burze słoneczne) i powodowane przez nie promieniowanie. Podczas takich wybuchów (burz) Słońce wyrzuca w kosmos ogromne ilości elektronów, jonów i atomów, które po 2–3 dniach docierają do Ziemi. W zależności od natężenia konsekwencją tego byłoby pozbawienie ludzi elektryczności i bazujących na niej urządzeń technicznych, co byłoby równoznaczne z zagładą naszej cywilizacji;

– zderzenie asteroidów z Ziemią – współczynnik prawdopodobieństwa, iż może to nastąpić w ciągu najbliższego stulecia, wynosi 1:1 000 000. Ponadto, żeby zniweczyć życie na Ziemi, musiałaby to być asteroida o odpowiedniej masie i średnicy – minimum 3–10 km. Asteroidy o średnicy około 1 km uderzały w powierzchnię Ziemi (średnio) co 500 000 lat. Miliony asteroidów, z których większe zwane są też planetoidami, skupione są w swoistej obręczy pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza. Ale niemało spośród nich – aż 7075 – grasuje relatywnie niedaleko od Ziemi (near Earth asteroids); 500–1000 sztuk to asteroidy o średnicy 1 km, a więc bardzo groźne. W roku 1801 odkryto (przez przypadek) pierwszą asteroidę i nazwano ją imieniem Ceres. Obecnie na świecie działa 8 głównych ośrodków obserwacji asteroidów, jak np. NEAT = Near Earth Asteroid Tracking. Ale nie ma jeszcze i szybko nie będzie efektywnej tarczy ochronnej przed tym poważnym zagrożeniem;

– czarne dziury (black holes) – to prawdziwie olbrzymie i tajemnicze twory w przestrzeni kosmicznej. Powstają one najczęściej w wyniku obumierania wielkich gwiazd i pochłaniają dodatkowo materię z otoczenia. Dlatego czarne, bo absorbują nawet światło – pochłaniają je i nie odbijają dzięki niezwykle silnemu polu grawitacyjnemu wewnątrz dziury. W centrum naszej galaktyki znajduje się przeogromna czarna dziura (supermassive black hole), której masa jest 4,3 mln razy większa od masy Słońca. Są to wręcz niewyobrażalne wymiary. Zagrożenie dla Ziemi ze strony czarnych dziur polega na konsekwencjach ich rozpadu lub łączenia się (wyzwalanie ogromnej energii). Ponadto, gdyby taka czarna dziura przesuwała się (relatywnie) niedaleko od Słońca, to może ona zmienić orbitę Ziemi oraz innych planet układu słonecznego ze wszystkimi wynikającymi stąd zgubnymi i niszczycielskimi konsekwencjami. W końcu sierpnia 2013 r. wielką sensację w kołach fachowców i zwykłych obywateli Ziemi wywołała informacja o tym, iż potężna (supermassive) czarna dziura w naszej galaktyce (Drodze Mlecznej) pochłania materię międzygwiezdną (szczególnie chmurę gazową o długości 37 mld km!) dzięki swej niezwykłej sile przyciągania (ciążenia), równej sile przyciągania 4 mln Słońc (!). Dziura ta jest odległa od Ziemi o zaledwie około 26 000 lat świetlnych, czyli bardzo niewiele w kategoriach kosmicznych. Do końca sierpnia 2013 r. czarna dziura „pożarła” już 10% owej chmury gazowej. Jednak konsekwencje tego unikalnego zjawiska są jeszcze trudne do przewidzenia. Jako pierwszy zwrócił na to uwagę prof. Stefan Gillessen, znany astronom niemiecki (Instytut Maxa Plancka, Wydział Fizyki Pozaziemskiej, w Garching, RFN);

– supernowe – mianem tym określa się eksplozje gwiazd w innych galaktykach (silniejsze od wybuchów ww. novych) i jaśniejące niezwykłym blaskiem. W naszej galaktyce nie ma supernowej. Ale może pojawić się ona znienacka. W czasie wybuchu supernowa emituje w krótkim czasie tyle energii, ile Słońce w całym okresie swego istnienia, oraz ogromne ilości materii kosmicznej, z której mogą powstać nowe gwiazdy. Materia ta jest wyrzucana z szybkością 30 000 km/sek. (czyli 1/10 szybkości światła). Powoduje to groźną falę uderzeniową. Najbliższa supernowa (typ II) znajduje się o 3000 lat świetlnych od Ziemi. Ale gdyby zbliżyła się ona do nas, powiedzmy, na 26–30 lat świetlnych, to wówczas emitowane przez nią promieniowanie gamma powodować będzie reakcje chemiczne w górnych warstwach atmosfery. Polegałyby one na zamianie azotu na tlenki azotu oraz na zniszczeniu 50% warstwy ozonowej osłaniającej Ziemię. Wówczas byłaby ona bezbronnie narażona na bardzo szkodliwe oddziaływanie promieniowania słonecznego i kosmicznego – w ogóle;

– wybuchy promieni gamma – poza novymi i supernovymi istnieją jeszcze inne źródła tych wybuchów, bardzo niebezpiecznych dla życia na Ziemi. Np. czarna dziura w galaktyce 4C+71.07, znajdującej się w konstelacji Wielkiej Niedźwiedzicy. Duża wiązka tych promieni przeszła „obok” Ziemi w maju 2011 r. Jest to jednak galaktyka tak bardzo od nas odległa (70 lat świetlnych), iż podróż promieni gamma trwała 10,6 mld lat zwykłych! Zaobserwowano wówczas, iż ww. galaktyka jaśniała światłem 10 000 razy większym niż łączne światło wszystkich gwiazd wchodzących w skład naszej galaktyki – Drogi Mlecznej;

– wybuchy rdzeni (trzonów) galaktyk, szczególnie spiralnych i elipsoidalnych (zwanych quasarami) – choć wybuchy tego rodzaju zdarzają się dość rzadko (co 13 000–26 000 lat), to jednak mogą być one niezwykle groźne dla Ziemi, zwłaszcza z uwagi na ogromną energię (głównie: promienie X i gamma), która wyzwala się w wyniku takich eksplozji (jest to energia setki tysięcy razy większa od energii powstającej przy wybuchach supernovych);

– atak istot pozaziemskich (extraterrestrial alien invasion) – z braku wystarczających dowodów naukowych problematyka ta obraca się nadal – głównie – w kręgu science fiction. Wyprodukowano już niezliczoną ilość filmów o tej tematyce; rozwija się tzw. „UFOlogia”. Trwają poszukiwania istot myślących (inteligentnych) w kosmosie. Kluczowym obiektem zainteresowania jest planeta Gliese 526, oddalona o 17,6 lat świetlnych od Ziemi. Oznacza to, iż ewentualna odpowiedź na nasze sygnały tam wysłane nadejdzie nie wcześniej niż po 35 latach. Nie należy wykluczać, że nasze sygnały telefoniczne, radiowe i telewizyjne są już odbierane w kosmosie.

„Średni człowiek” straszony jest nieustannie np. tym, że cała armada UFOs krąży już nad Ziemią; mało tego, że UFOludki są już wśród nas i tylko czekają na odpowiednią okazję do zagrabienia naszych dóbr, do zniszczenia rodzaju ludzkiego i całej planety Ziemia. Psychoza tego rodzaju zaczęła się na dobre po opublikowaniu, w 1898 r., znanej książki H.G. Wellsa pt. „Wojna światów” („The War of the Worlds”). Dotyczy ona inwazji Marsjan na W. Brytanię. Od tej pory prace tego rodzaju ukazują się nieprzerwanie. Ostatnio W.H. Mumfray z Australii wydał obszerne dzieło pt. „The Alien Invasion Survival Handbook: a Defense Manual for the Coming Extraterrestrial Apocalypse”. Sprawa nie jest bynajmniej banalna i śmieszna. Poważni psychiatrzy i psychologowie (np. prof. Garry S. Bekkum z the US Homeland Security Department) przestrzegają przed jej lekceważeniem, podkreślając, iż intensyfikacja nastrojów histerycznych tego rodzaju może spowodować masową pandemię zachorowań psychicznych i pokrewnych z tego właśnie powodu (UFO related phenomena).

Już dość dawno temu omawiana kwestia wykroczyła poza ramy science fiction. Stało się to przede wszystkim za sprawą Ronalda Reagana, b. prezydenta USA. Przemawiając na sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych, we wrześniu 1987 r., postawił on pytanie: „czy aby istoty pozaziemskie nie znajdują się już wśród nas…?” („is not an alien force already among us…?”). Nie należy wykluczać, iż – z tą obsesją reaganowską – związana była także koncepcja wojen gwiezdnych (star wars), lansowana wówczas przez USA. Znamienne, iż D. Miedwiediew, ówczesny premier Federacji Rosyjskiej, uznał za stosowne zabrać również głos na temat istot pozaziemskich. Natomiast absolutną sensację wywołał, jeszcze w 2012 r. (!), prof. Paul Springer (z the US Air Command and Staff College), który ujawnił, że Pentagon opracowuje plany profilaktyczne i bojowe na wypadek inwazji ze strony istot pozaziemskich. Problem więc jest – w takiej czy też w innej postaci. Również inne mocarstwa, zaawansowane technicznie (Rosja, Japonia, Kanada, Australia itp.), prowadzą badania w tej materii.

Zagrożenia ziemskie

– Wulkany i superwulkany – pod skorupą ziemską znajduje się potężna siła niszczycielska – w stanie nieustannego wrzenia. Magma produkuje duże ilości trujących gazów, które – z wielkim ciśnieniem – wyrzucają na powierzchnię Ziemi lawę (o temperaturze 1250 stopni Celsjusza), kamienie, pyły i wspomniane gazy wulkaniczne. Corocznie notujemy na świecie erupcje 50–70 wulkanów. Sycylijska Etna wybucha już często i groźnie. Wybuch superwulkanu z Yellowstone (USA) czy z Campi Flegrei w okolicach Neapolu może być śmiertelnie groźny. Wedle szacunków w ciągu minionych 300 lat, w wyniku wybuchów wulkanicznych, zginęło ponad 260 000 ludzi. Casus starożytnej Pompei, zasypanej pyłem z Wezuwiusza, jest szczególnie przygnębiający. Nie wiadomo dokładnie, ile jest wulkanów na świecie. Wiele zależy od ich zdefiniowania. Często bowiem kilka otworów (ujść) wulkanicznych należy do tego samego zlewiska magmy (np. na Islandii). Jednak na podstawie szacunkowych danych, w ciągu ostatnich 10 000 lat, naliczono 1900 czynnych wulkanów na lądzie i około 1 mln (!) pod wodą. Te ostatnie występują z reguły na styku wielkich płyt tektonicznych. Prawie ¾ lawy wypływa na powierzchnię Ziemi w sposób wręcz niezauważalny, na dnie mórz i oceanów. Około 90% wszystkich wulkanów znajduje się na tzw. kręgu ognia (fire ring) wokół Pacyfiku. Niektóre z nich drzemią przez setki, a nawet tysiące lat. Historia starożytna i nowożytna odnotowała wybuchy 600 wulkanów. Na czym polega więc zagrożenie dla Ziemi z tej strony? Wulkanolodzy przestrzegają nade wszystko przed jednoczesną erupcją kilku czy nawet kilkunastu wulkanów, a zwłaszcza przed wybuchem jakiegoś superwulkanu. W wyniku tego wybuchu wielka masa np. pyłów, gazów i dymów wulkanicznych przesłoniłaby Słońce – prowadząc w konsekwencji do zanikania życia na Ziemi; to jest bardzo realne niebezpieczeństwo;

– trzęsienia ziemi – zdarzają się głównie na sławetnym kręgu ognia wokół Pacyfiku. Jest ich (trzęsień) około 500 000 corocznie, z czego tylko 100 000 można odczuć. Najsilniejsze trzęsienia (ostatnie z tej serii w Japonii w 2011 r.) osiągają 9 stopni w skali Richtera – ale skala ta nie jest ograniczona. Ponadto mogą zdarzyć się burze trzęsień ziemi (earthquake storms), czyli kilka lub kilkanaście trzęsień jednocześnie. Wedle „The US Geological Survey”, od 1900 r. było 18 bardzo silnych trzęsień (7,0–7,9 stopni w skali Richtera). Jedna „8-ka” zdarza się corocznie z niespotykaną regularnością. Przyczyny trzęsień są głównie naturalne: ruchy i przesunięcia mas tektonicznych, wybuchy wulkanów i in. Ale mogą być również powody wywołane przez człowieka: eksplozje nuklearne, wydobycie węgla i innych surowców, głębokie wiercenia (ropa naftowa i gaz), wielkie zbiorniki wodne ograniczone tamami itp. Konsekwencje trzęsień są znane: liczne ofiary ludzkie i straty materialne, tsunami, lawiny kamieniste i obsunięcia ziemi. Łatwo wyobrazić sobie skutki silnego trzęsienia ziemi w miastach tak wielkich, jak np. Mexico City, Tokio, Teheran, Szanghaj czy nawet Nowy Jork: minimum 3–5 mln ofiar w ludziach w każdym przypadku;

– ekstremalne zjawiska pogodowe – szczególnie: powodzie i susze, huragany, tajfuny i tornada, zakłócenia prądów oceanicznych (el Nino, la Nina, Golfstream itp.) oraz związane z tym perturbacje pogodowe i klimatyczne, fale wysokich i niskich temperatur na tych samych obszarach, pożary lasów i burze piaskowe i in. Zjawiska te są po części konsekwencją naturalnych procesów w przyrodzie, ale w coraz większym stopniu rezultatem zmian klimatycznych spowodowanych przez człowieka. Stąd też wynika bezprecedensowa gwałtowność, częstotliwość, a także skala ekstremalnych zjawisk pogodowych oraz fakt, iż występują one na obszarach, na których nie pojawiały się do niedawna (np. ulewy tropikalne w PL i w UE). Wprowadzono pojęcie nagłych powodzi (flash floods), które następują szybko i nieoczekiwanie. Z każdym rokiem zwiększa się współczynnik czasu trwania tych ekstremalnych zjawisk pogodowych – jeszcze niedawno zajmowały one 5% okresu rocznego, a teraz już ponad 10%! Systematycznie wzrastają też globalne straty z tego powodu – od kilku mld USD w roku 1980 do obecnych kilkuset mld USD rocznie;

– zlodowacenie – w znanej historii świata było już 12 epok lodowcowych (ice ages). Zdarzają się one co 40 000–100 000 lat. Zlodowacenie następuje w wyniku obniżenia się temperatury powierzchni i atmosfery Ziemi. Powłoki lodowe tworzą się wówczas na obydwu półkulach. Można uznać, że nadal żyjemy w wielkiej epoce lodowcowej, która zaczęła się 2,6 mln lat temu – bowiem pokrywy lodowe utrzymują się w Arktyce, w Antarktyce i na Grenlandii, podobnie jak lodowce, szczególnie tybetańskie, himalajskie, andyjskie i alpejskie. Jednakże pod wpływem efektu cieplarnianego (ocieplenia klimatu – global warming) ziemska powierzchnia pokrywy lodowej ulega systematycznej erozji i zmniejszeniu. Niektórzy glacjolodzy twierdzą wszakże, iż następna epoka lodowcowa może rozpocząć się już za 20 000 lat! Jeszcze inni specjaliści, np. pani dr Shannon Goessling z USA, uważają, iż Ziemia zbliża się do końca okresu międzylodowcowego, trwającego już (bagatela) ponad 11 500 lat, oraz że wkroczymy w małą epokę lodowcową (zamiast ocieplenia?!);

– zamiana położenia biegunów i pól magnetycznych (geomagnetic reversal) – jest to niezwykle ciekawe zjawisko, choć relatywnie niegroźne dla życia na Ziemi. Literatura na ten temat jest bardzo bogata; polecam zwłaszcza pracę Roberta W. Felixa pt. „Magnetic Reversals and Evolutionary Leaps”. W ciągu ostatnich 100 mln lat magnetyczne bieguny Ziemi zamieniły się miejscami 170 razy. Ziemskie pole magnetyczne tworzone jest na zasadach dynama – obroty płynnych metali wewnątrz planety + szybsze obroty całej planety wokół własnej osi generują energię elektryczną wytwarzającą pole magnetyczne. Spełnia ono ważną rolę ochronną – osłaniając Ziemię przed szkodliwym wpływem promieniowania słonecznego (szczególnie tzw. wiatrów słonecznych). Czasokres pomiędzy kolejnymi zamianami biegunów magnetycznych nosi miano chronu. Plasuje się on w granicach od 0,1–1,0 mln lat (średnio: co 450 000 lat). Dla porównania – chron na Słońcu wynosi zaledwie 9–12 lat. Ostatnia zamiana biegunów na Ziemi miała miejsce 780 000 lat temu, choć z najnowszych badań wynika, iż dokonała się ona tylko 41 000 lat temu, czyli jeszcze w ostatniej epoce lodowcowej. Powszechnie oczekiwano, zgodnie z kalendarzem Majów, iż bieguny odwrócą się w 2012 r., ale to nie nastąpiło i nie wiadomo teraz, kiedy nastąpi. Generalnie na Ziemi bieguny magnetyczne odwracają się w okresie słabnięcia pola magnetycznego, zaś na Słońcu – wręcz przeciwnie – w okresie intensyfikacji tamtejszego pola magnetycznego. Proces odwracania się biegunów ziemskich dokonuje się niejako automatycznie – pod wpływem mechaniki dynama – i jest bardzo powolny, trwa około 250–450 lat. Zaobserwowano odchylenie ziemskiego bieguna magnetycznego w kierunku północnym o 1100 km, od początku XIX wieku do dziś. Obecnie przesuwa się on o 40 mil rocznie (10 mil na początku XX wieku; 1 mila = 1,6 km). Tak więc określone przesunięcia biegunów magnetycznych jednak już występują.

Istnieją diametralnie odmienne opinie fachowców nt. wpływu przestawienia pól magnetycznych i biegunów na życie i na ewolucję Ziemi – od najbardziej katastroficznych (masowa zagłada) do braku dramatycznych efektów (no dramatic effects), jak twierdzi NASA. Bowiem przesuwanie się biegunów następuje powoli, w związku z czym człowiek, poszczególne gatunki fauny i flory miałyby dość dużo czasu na przystosowanie się do nowych warunków. Poważne ryzyko polega wszakże na tym, iż ewentualne znacznie silniejsze promieniowanie słoneczne mogłoby zniszczyć magnetyczną tarczę osłonną Ziemi i wtedy też życie na niej by zamarło;

– megatsunami może zostać spowodowane w wyniku prawdopodobnego zawalenia się (obsunięcia) pokrywy lodowej Zachodniej Antarktydy, potężnej lawiny mas ziemskich, dużego wybuchu wulkanicznego, silnego trzęsienia ziemi lub też uderzenia asteroidy w wody oceaniczne. Megatsunami odróżnia się od tsunami dużo większą wysokością i siłą czołowej fali uderzeniowej. Może ona dotrzeć aż na 30 km w głąb lądu. Badania wskazują, że megatsunami, jakie powstało po uderzeniu asteroidy w Półwysep Yukatan, wytworzyło fale o wysokości około 3 km. To by wystarczyło na zatopienie wyspy wielkości Madagaskaru. Obecnie i w przyszłości najpoważniejsze zagrożenie megatsunami występuje w stosunku do następujących regionów świata: Kolumbia Brytyjska (Kanada), Wyspy Kanaryjskie, Hawaje i Wyspy Zielonego Przylądka (w Afryce).

Man-made risks

Za tym anglojęzycznym pojęciem kryją się kolosalne zagrożenia już spowodowane i powodowane nadal na Ziemi lub wokół niej przez bezmyślnego „średniego człowieka”, szczególnie przez pazernych, krótkowzrocznych i egocentrycznych decydentów w skali makro. To oni właśnie wymyślali i urzeczywistniali nieżyciowe, wręcz niszczycielskie (dla ogółu) systemy i ustroje, które – w sumie – doprowadziły do obecnej degrengolady i do degeneracji światowej pod każdym ważnym względem (np. niewolnictwo, kolonializm, dziki kapitalizm, tzw. komunizm, rasizm, nacjonalizm, faszyzm, stalinizm, sowietyzm, skrajny neoliberalizm i in.). Prawie wszyscy uczeni na świecie są zgodni, iż coraz gwałtowniejsze perturbacje i zmiany klimatyczne (climate change) stanowią obecnie (i w przyszłości) najpoważniejsze zagrożenie dla przetrwania i dla życia na Ziemi.

Poczynając od XIX wieku, tzn. od I rewolucji przemysłowej, gospodarka światowa pompuje do atmosfery ziemskiej coraz więcej gazów przemysłowych, szczególnie dwutlenku węgla i dwutlenku siarki. Przed I rewolucją przemysłową zawartość CO2 w atmosferze wynosiła 280 cząsteczek na milion (ppm = parts per million). W maju 2013 roku osiągnęła ona już 400 ppm. Jest to najwyższy wskaźnik za ostatnie 800 000, a może nawet za 20 mln lat! Dochodzą do tego gazy wytwarzane przez naturę, zwłaszcza metan (np. wydalany przez termity oraz w wyniku rozmrażania wiecznej zmarzliny). Już na setki miliardów ton rocznie szacowane są ilości gazów przemysłowych emitowanych do atmosfery ziemskiej. W jej górnych warstwach utworzyły one coś w rodzaju gęstniejącej „folii cieplarnianej”. Ona zaś powoduje tzw. efekt cieplarniany (greenhouse effect). W wyniku tego systematycznie podwyższa się (i to znacznie szybciej, niż zakładano) średnia temperatura atmosfery ziemskiej (global warming). Mechanizm tego jest prosty i zabójczy: kiedy „folii” gazowej (poza ozonową) nie było, promienie słoneczne docierały do powierzchni Ziemi, ogrzewały ją, odbijały się i – z częścią energii cieplnej – powracały w kosmos. Teraz jednak w drodze powrotnej napotykają na ową „folię”. Część przebija się jeszcze przez nią i leci dalej, ale większość odbija się od „folii” i powraca na Ziemię, podnosząc temperaturę jej atmosfery oraz powierzchni lądów i oceanów.

Z najnowszych badań wynika, iż przeważająca część tak „pozyskanej” energii cieplnej gromadzi się pod powierzchnią mórz i oceanów. W związku z tym są one coraz cieplejsze i produkują znacznie więcej pary wodnej niż kiedykolwiek; ta następnie powraca na Ziemię w postaci coraz silniejszych opadów śniegu (zimą) oraz deszczu i gradu (latem). Nasilają się „ekstremalne zjawiska pogodowe”: powodzie, susze, tornada, tajfuny, burze piaskowe, śnieżne i tropikalne (także w Polsce) i in. Zjawiska te występują ze stale rosnącą częstotliwością, gwałtownością i natężeniem. Działa już z całą mocą ów mechanizm „błędnego koła”, stymulowany przez nieustanne pompowanie do atmosfery wielkiej masy gazów przemysłowych. Bowiem coraz większa liczba ludności (= rosnący popyt konsumencki) wymaga coraz większej produkcji towarów i usług oraz eksploatacji zasobów – niestety, głównie przy pomocy „tradycyjnych” źródeł energii – z wiadomymi tego konsekwencjami. Tak więc głupota ludzka oraz greenhouse effect i global warming – to główne przyczyny wielkiego nieszczęścia, jakie zawisło nad nami w postaci bulwersujących zmian klimatycznych (climate change). Niestety, jak wspomniałem powyżej, jest już zdecydowanie za późno na powstrzymanie i na odwrócenie tych zmian! Można jedynie starać się ograniczać ich skutki i przedłużać agonię rodzaju ludzkiego oraz fauny i flory na Ziemi.

Inne główne zagrożenia z grupy man-made risks:

– wojna nuklearna (tzw. syndrom Hiroszimy i Nagasaki), bakteriologiczna lub chemiczna bądź też z zastosowaniem jeszcze nowocześniejszych broni masowej zagłady (laserowej, neutronowej, psychotropowej, tzw. logicznej – paraliżującej sieci i urządzenia elektryczne i elektroniczne etc.). W naszych czasach szybko wzrasta współczynnik wybuchu takich wojen, co byłoby równoznaczne z zagładą rodzaju ludzkiego i życia na Ziemi lub na określonych jej połaciach. Bronie masowej zagłady i środki ich przenoszenia uległy ostatnio bezprecedensowemu unowocześnieniu, nasila się terroryzm. Cele naziemne można atakować z kosmosu – z niebywałą precyzją i „skutecznością”. Szczególnie niebezpieczna dla życia byłaby tzw. zima nuklearna (nuclear winter), czyli gwałtowny spadek temperatury powierzchni i atmosfery ziemskiej z powodu gęstej warstwy dymów i pyłów powstałych w wyniku wybuchów nuklearnych.

Poniżej sygnalizuję jedynie pozostałe man-made risks:

– internetowa wojna światowa (global cyber war) – toczy się ona de facto, szczególnie między niektórymi supermocarstwami, już od czasu, kiedy sieć internetowa ogarnęła cały świat. W ten to sposób cudowny wynalazek internetu, przez głupotę, egoizm i pazerność ludzką, staje się swoim zaprzeczeniem. Zamiast służyć rozwojowi naszej cywilizacji, co zresztą dzieje się jeszcze w znacznej mierze, również Internet (komputery) może służyć zaprogramowaniu i doprowadzeniu do unicestwienia życia na Ziemi. Państwa zachodnie używają już coraz częściej kategorii cyberterror, uważając, iż jest on groźniejszy od zwykłego terroryzmu. Obiektem ataków ze strony cyberterrorists (szpiegostwa, sabotażu itp.) mogą być instytucje cywilne i wojskowe, poszczególne osoby oraz – przede wszystkim – sieci elektryczne i elektroniczne, systemy kosmiczne, transport, energia, bankowość oraz inne newralgiczne elementy życia gospodarczego i politycznego (dyplomacja i in.), a także ośrodki dowodzenia i jednostki wojskowe, szczególnie wyposażone w broń masowej zagłady, rakiety, drony etc.;

– pandemie – stale zwiększa się, jak widać, prawdopodobieństwo kolejnej masowej epidemii na skalę globalną, np. COVID-19, ptasiej grypy, eboli, wąglika i in. Pandemia może zostać spowodowana przez klasyczne wirusy oraz przez jakościowo nowe, np. powstałe w wyniku eksperymentów biotechnologicznych (cywilnych i wojskowych) oraz pochodzące z kosmosu (za pośrednictwem meteorów, meteorytów, istot pozaziemskich itp.);

– silne zatrucie powietrza, gleby i wody (żywności) – to mówi samo za siebie. Zatrucie może nastąpić w wyniku obłędnej intensyfikacji działalności produkcyjnej i przemysłowej człowieka oraz pod wpływem katastrof naturalnych czy kosmicznych;

– zmniejszenie płodności i rozrodczości ludzkiej oraz starzenie się społeczeństw – na wielu obszarach Ziemi, szczególnie rozwiniętych, pod wpływem postępującej degeneracji psychicznej i fizycznej rodzaju ludzkiego, niechęci moralnej oraz materialnej niemożności posiadania dzieci, dehumanizacji polityki i irracjonalnych poczynań demograficznych władz itp. Zjawiska takie zauważalne są już wyraźnie w wielu krajach świata, także w Polsce;

– przeludnienie – to odwrotność ww. zjawisk, głównie w krajach rozwijających się i biednych. Wytrzymałość egzystencjalną Ziemi, jej potencjału wytwórczego i zasobów naturalnych szacuje się na 10–11 mld ludzi. Po przekroczeniu tej granicy bezpieczeństwa działyby się dantejskie sceny – zabraknie żywności, wody, opału, lekarstw, czystego powietrza i wszelkich innych środków niezbędnych do życia i do rozwoju. Dopiero wtedy spełniłoby się proroctwo: człowiek człowiekowi jest wilkiem. Już obecnie pojawiają się teorie neomalthusiańskie, zgodnie z którymi obecna liczebność ludności świata powinna być zmniejszona o 2/3! Jakim sposobem? Zaś liczba ludności USA – do poniżej 200 mln (z obecnych ponad 300 mln). Armagedon ma nastąpić około roku 2400? Co więcej, David Pimentel i Mario Giampietro prognozują, iż w okresie po roku 2020 dokona się wielki krach rolnictwa światowego, gwałtowny wzrost cen żywności, głód i śmierć głodowa? (vide: „Food, Land, Population and the US Economy”).

Konkluzje i wnioski

Odpowiedź na kluczowe pytanie zawarte w tytule niniejszego opracowania jest niezwykle trudna. Teoretycznie uratowanie planety Ziemia i życia na niej jest jeszcze możliwe. Ale w realnej praktyce jest ono już prawie niemożliwe w obecnych uwarunkowaniach. Przekształcenie niemożności w możliwość mogłoby jednak dokonać się pod prawdziwie rewolucyjnym warunkiem, że decydenci preferujący dotąd poczynania destruktywne zaczęliby stosować rozwiązania konstruktywne. Cenny przykład Chin (oraz sojuszników) w dążeniu do zbudowania nowego ładu międzynarodowego budzi nadzieję w sercach i w umysłach ludzi. Ponadto pierwszy konkretny i nader oczywisty wniosek wynikający z powyższej analizy – to fakt, iż w naszych czasach nagromadziła się w rozwoju cywilizacji bezprecedensowa ogromna masa zagrożeń oraz niebezpieczeństw, ziemskich i kosmicznych. Jest to wielki „potencjał wybuchowy”: chyba już nie do opanowania przez człowieka? Radykalne i efektywne poczynania profilaktyczne i sanacyjne (naprawcze) należało podejmować zaraz po I rewolucji przemysłowej oraz, minimum, 50 lat temu. Teraz jest już o owe 50+ lat za późno! Po drugie, ludzkość nie ma oczywiście żadnego wpływu na zagrożenia kosmiczne i na większość klęsk naturalnych (wulkany, trzęsienia ziemi, tajfuny, tsunami, inne klęski żywiołowe itp.). Ale przy odrobinie wyobraźni, instynktu samozachowawczego i troski o dobro obecnego oraz przyszłych pokoleń mogła ona nie dopuścić do powstania głównych niebezpieczeństw spowodowanych przez człowieka (zmiany klimatyczne, degrengolada gospodarczo-społeczna, niszczycielskie odwrotne skutki postępu naukowo-technicznego, np. nanoboty, zbrojenia, wojny i in.). Bez najmniejszej wątpliwości i za wszelką cenę nie należało dopuścić do zmian klimatycznych oraz do perspektywy zimy nuklearnej. W tym rozumieniu sam człowiek może okazać się nie tyle kowalem swego losu, ile architektem własnego śmiertelnego nieszczęścia. To wielki paradoks cywilizacyjny. Jego szokującym przykładem może być wizja tzw. grey goo – hipotetycznego scenariusza końca świata spowodowanego, nawet przypadkowo, przez wytwory nanotechnologii molekularnych oraz przez komputery i roboty mądrzejsze od ludzi. Dla własnego rozwoju wytwory te pożarłyby materię stworzoną przez przyrodę i przez człowieka, który pozostałby bez środków do życia.

Po trzecie, prognozowanie rozwoju sytuacji w zakresie walki z zagrożeniami i o przetrwanie Ziemi i życia na niej (survival) jest niezwykle trudne i – czasem – wręcz niemożliwe. Wynika to przede wszystkim z niebywałego mętliku i bałaganu merytoryczno-analitycznego w tej mierze, jaki występuje w nauce, w gospodarce i w polityce światowej. Zresztą prognozy – a nawet symulacje komputerowe – są mało precyzyjne i o dużym marginesie dowolności interpretacyjnej. Z reguły obejmują one okres następnych 100 lat. Uczeni są zgodni, iż – w takim okresie, tzn. za 4–5 pokoleń – nastąpi załamanie ekosystemów ziemskich. Jeśli chodzi o wszechświat, to najpopularniejszą teorią jest jego „śmierć z powodu gorąca” („heat death of the Universe”). Prof. Stephen Hawking, wybitny brytyjski kosmolog i astrofizyk, stwierdził wiosną 2013 r. (w California Institute of Technology), iż życie na Ziemi nie przetrwa dłużej niż 1000 lat!

Tak czy inaczej, zbliżamy się do swoiście krytycznej fazy (critical phase) w rozwoju naszej cywilizacji. Przeważa pogląd, że zginie tylko określona część ludzkości. Homo sapiens może przekształcić się w inny gatunek istot żywych. Przechodzimy od społeczeństwa ludzkiego do post-ludzkiego. Za początek tej fazy uważa się połowę XX wieku, kiedy – do zagrożeń powodowanych przez rabunkową gospodarkę surowcową i niszczenie środowiska naturalnego człowieka – doszedł aspekt nuklearny i innych broni masowego rażenia (chemicznych i bakteriologicznych); a więc pierwsze próby z bronią tego rodzaju, jej zastosowanie w Hiroszimie i w Nagasaki + obecne pandemie oraz rozbudowanie arsenałów nuklearnych przez USA i ZSRR, katastrofy w elektrowniach atomowych w Czarnobylu, w USA, w Fukushimie itp. Stale zwiększa się „klub państw nuklearnych”. Liczba posiadanych przez nie aktywnych ładunków nuklearnych już dość dawno temu przekroczyła 7000 sztuk. Wystarczyłoby to do wielokrotnego zniszczenia życia na Ziemi. Ciągle wzrasta produkcja plutonu (przeszło 2000 ton – obecnie) i ryzyko wybuchu regionalnej lub globalnej wojny nuklearnej. Stowarzyszenie „Earth (Ziemia) 2100” prognozuje, że wkroczyliśmy w ostatnie stulecie istnienia naszej cywilizacji?!

Nadal wielką niewiadomą dla uczonych są konsekwencje ewentualnej zgubnej roli sztucznej inteligencji, przewyższającej mądrość człowieka, autonomicznych komputerów i robotów oraz rozwoju inżynierii genetycznej, nanotechnologii i biotechnologii, mogących spowodować skutki dramatycznie odwrotne w stosunku do początkowo zamierzonych (np. bioterroryzm, wywołanie pandemii globalnej przez nowe wirusy – ziemskie czy też kosmiczne itp.); nota bene: we współczesnych warunkach rozprzestrzenianie się takiej pandemii byłoby znacznie ułatwione w wyniku urbanizacji, globalnej produkcji żywności, szybkich i masowych środków transportu, przekazu, turystyki i gremialnego przemieszczania się ludzi na świecie itp.; wcześniejsze doświadczenia z ospą, z cholerą, z AIDS, z ebolą, z ptasią grypą, z COVID-19 i z innymi epidemiami są niezwykle wymowne w tym względzie. Jak widać, pandemie – to bardzo realne i niebezpieczne zagrożenie. Wiele wątpliwości i niejasności w środowiskach fachowych budzą koncepcje ratowania naszej cywilizacji poprzez kolonizowanie kosmosu. Na dobrą sprawę nie wiadomo, dokąd uciekać? Chociaż dość powszechnie ocenia się, że Ziemia stanowi jedną z części składowych „kosmicznego zoo” (tzw. paradoks Fermiego).

W niniejszym opracowaniu przedstawiłem jedynie najważniejsze spośród najważniejszych zagrożeń dla życia na Ziemi, dla środowiska naturalnego naszej planety oraz dla całego systemu słonecznego i wszechświata sensu largo. Oczywiście zagrożeń tych jest znacznie więcej. O niektórych spośród nich możemy się nie dowiedzieć już nigdy! Ale i tak „średni człowiek” oraz wszystkie istoty rozumne i wytwory sztucznej inteligencji dysponują – jak do tej pory – ogromnym materiałem do przemyśleń i do racjonalnych działań – celem przetrwania (survival). Pilnie potrzebne jest przeto wielkie przebudzenie oraz otrzeźwienie wszystkich zainteresowanych. Żeby stało się to możliwe, niezbędna jest przede wszystkim gruntowna zmiana systemowa, świadomościowa, psychologiczna i mentalnościowa całej ludzkości. Opracowanie moje jest też jednym wielkim wołaniem o odstąpienie od egoizmu i od samolubstwa indywidualnego i zbiorowego, od dbałości tylko o własne i grupowe interesy oraz o przejście na tory nowego solidaryzmu zbiorowego i globalnego oraz troski o wspólny interes wszystkich ludzi i całej planety Ziemia. Bez rewolucji w umysłach i w praktyce oraz bez zmiany trybu myślenia o Ziemi i o życiu nic nie dałoby się zrobić dla przetrwania.

Odwołajmy się w końcu do klasyka: „co robić?” w przedstawionej sytuacji. Trzeba robić – i to pilnie, „lepiej późno niż wcale” („better late than never”) – jak głosi starodawne i dziś absurdalne porzekadło. Ale – kompleksowo – co robić, jak, kto i kiedy, aby nie zemrzeć! Tego nie wie i nie chce wiedzieć nikt. To największy dylemat i dramat naszych czasów. Za nowym myśleniem, za nową teorią powinna pójść niezwłocznie nowa praktyka i nowa polityka (krajowa, regionalna, kontynentalna, globalna i kosmiczna) w analizowanej materii; należy przyjąć nowatorskie, radykalne i solidarne programy działania oraz zapewnić środki ich realizacji. Chodzi głównie o przeciwdziałanie wobec man-made risks oraz o nietworzenie nowych zagrożeń. Istniejące dotąd systemy, programy i instytucje wykazują, iż nic albo niewiele mogą i potrafią robić w tej materii. Pierwszorzędne znaczenie ma także skuteczne przeciwdziałanie, na miarę sił i możliwości człowieka, wobec zagrożeń kosmicznych (szczególnie: ochrona warstwy ozonowej i pola magnetycznego, znalezienie skutecznego „lekarstwa” na asteroidy, meteory i meteoryty oraz systemu profilaktyki i ostrzegania przed nimi). Słowem, trzeba zejść z drogi prowadzącej donikąd, a ściślej – wiodącej do samozagłady ludzkości oraz do zniszczenia Ziemi! Czy taki miałby być ostateczny efekt naturalnej inteligencji ludzkiej, wspomaganej już przez sztuczną inteligencję komputerów i robotów? Raczej nie taki!

Odnośniki

[1]: W niektórych przypadkach podaję w niniejszym opracowaniu terminologię angielską, obok polskiej, w stosunku do różnych zjawisk, wydarzeń, instytucji itp. Ma to na celu zwiększenie precyzji wywodu oraz ułatwienie orientowania się w tej skomplikowanej materii na niwie światowej literatury fachowej, w której przeważa właśnie nazewnictwo angielskie;

[2]: Kategoria „średniego człowieka”, wprowadzona w niniejszym opracowaniu, jest pojęciem umownym, które stanowi syntezę cech i właściwości wszystkich mieszkańców (obywateli) Ziemi – z ich podobieństwami, przeciwieństwami i skrajnościami oraz z całą różnorodnością typów, poglądów, postaw, zachowań i działalności. W pewnym sensie kategoria „średniego człowieka” może być traktowana jako odpowiednik (synonim) mniej precyzyjnego pojęcia: „ludzkość”, „rodzaj ludzki” i in. W niniejszym opracowaniu pochodną pojęcia „średniego człowieka” jest też kategoria „średniego rządzącego”, „średniego rządzonego” i in.;

[3]: Gwałtownie wzrasta napięcie (na tle dostępu do wody) np. między 11 państwami położonymi w dorzeczu Nilu, szczególnie między Etiopią, Sudanem i Egiptem. Jest to związane ze zbudowaniem wielkiej zapory i elektrowni wodnej przez Etiopię, co może ograniczyć ilości wody dostępnej innym zainteresowanym państwom i społeczeństwom z tego regionu;

[4]: Początek tytułu tej książki: „The Upside of Down” jest dość trudno przetłumaczalny na polski. Stanowi on bowiem parafrazę znanego angielskiego powiedzenia: „upside down” = „do góry nogami”. Aby zrozumieć w miarę dokładnie znaczenie tej parafrazy, przetłumaczmy ją więc tak: „na wierzchu spodniej części”.


Najnowsze

Sprawdź również

Ukraina, cierń prawicy

Ukraina, cierń prawicy

Antyukraińskość Nawrockiego nie jest niespodzianką. Sygnały o tym wysyłał już w trakcie kampanii prezydenckiej. To, do czego obecnie doprowadził swą polityką, choć słowo „polityka” jest tu najmniej właściwe, jest w sprzeczności z polską racją stanu. Warto przypomnieć...

Polska ochrona zdrowia znajduje się na rozdrożu

Polska ochrona zdrowia znajduje się na rozdrożu

W planie finansowym Narodowego Funduszu Zdrowia zieje dziura na ok. 23 mld zł. Szpitale publiczne są zadłużone na ok. 34 mld zł. Minister Zdrowia, szukając oszczędności, ścięła limity NFZ na szereg procedur, zwiększając w istotny sposób kolejki do lekarzy...

Wang Yi odbył rozmowę telefoniczną z sekretarzem stanu USA

Wang Yi odbył rozmowę telefoniczną z sekretarzem stanu USA

Wang Yi, członek Biura Politycznego Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin i minister spraw zagranicznych, przeprowadził 30 czerwca rozmowę telefoniczną z sekretarzem stanu USA, Marco Rubio. Wang Yi przypomniał, że w maju bieżącego roku przewodniczący Xi...

Gdy menedżer nie rozumie pracy, którą zarządza

Gdy menedżer nie rozumie pracy, którą zarządza

Instytucji opartej na wiedzy nie da się prowadzić samym językiem zarządzania. Strategie, audyty, wskaźniki i prezentacje mogą porządkować pracę, ale nie zastąpią jej rozumienia. W takim miejscu wartość powstaje w diagnozie, badaniu, projekcie, kodzie, decyzji...

Ameryka włącza klimę. Sieć energetyczna włącza alarm

Ameryka włącza klimę. Sieć energetyczna włącza alarm

Niektórzy prawicowi Amerykanie pouczali Europejczyków w Internecie, że są „lewicowymi ekodziwakami”, bo nie instalują, tak jak oni masowo klimatyzacji w obliczu „większego ciepełka” (bo przecież kryzys klimatyczny nie przejdzie im przez gardło). Pisałem o tym w...