
Nie wystarczy mówić o polskim interesie. Trzeba jeszcze umieć zbudować państwo sprawne, uczciwe i skuteczne. PiS przez osiem lat miał pełnię możliwości, by to udowodnić. Nie udowodnił. Ale kompromitacja PiS nie sprawiła, że odpowiedzią stała się Koalicja Obywatelska. Polska nadal tkwi w jałowej i wyniszczającej wojnie polsko-polskiej między dwoma obozami, które różnią się językiem, lecz zbyt często okazują się równie bezradne wobec najważniejszych wyzwań.
Sama opowieść o silnej i podmiotowej Polsce niczego nie załatwia, jeśli nie stoi za nią zdolność do podejmowania decyzji, realizowania planów i rozliczania efektów. Nowoczesne państwo nie może opierać się na odruchach, doraźnych hasłach i politycznym spektaklu. Musi działać serio — w administracji, gospodarce, inwestycjach, energetyce i bezpieczeństwie.
I właśnie tu zaczyna się problem polskiej polityki ostatnich lat. PiS najgłośniej mówił o polskim interesie, ale w praktyce urządzał państwo pod swoich. Koalicja Obywatelska z kolei najchętniej przedstawia się jako rozsądna alternatywa, lecz zbyt często opiera się wyłącznie na ślepej antypisowskiej mobilizacji, nie oferując w zamian żadnej poważnej wizji państwa. Jedni roztrwonili państwo, drudzy nadal nie pokazali, że potrafią je odbudować.
Państwo jako łup partyjny
PiS bardzo chętnie przedstawiał się jako jedyny obóz zdolny bronić państwowości i suwerenności decyzyjnej. Problem w tym, że gdy przyszło do sprawdzianu, za tymi hasłami zbyt często nie szły ani kompetencje, ani skuteczność. Państwo miało być narzędziem działania, a stało się maszyną do obsadzania stołków swoimi i pompowania wpływów tam, gdzie partia miała własny interes.
Równie kompromitująca jak klientelizm była jednak zwykła nieudolność. Formacja, która miała uchodzić za obóz sprawczości, raz po raz produkowała chaos tam, gdzie obiecywała porządek. Zamiast efektów były poprawki, cofki, opóźnienia i gaszenie własnych pożarów. Do tego dochodziło rozdawnictwo pieniędzy, przywilejów i parasola ochronnego dla swoich środowisk, także tych kościelnych. PiS mówił o silnym państwie, a w praktyce budował układ wzajemnych zależności. Dlatego także afery i kryzysy kończyły się żenującą farsą zamiast poważnego rozliczenia.
Było to widać również w podejściu do spraw strategicznych. Zamiast poważnej rozmowy o modernizacji gospodarki, energetyce czy bezpieczeństwie państwa zbyt często dostawaliśmy uproszczenia i granie pod najniższe emocje własnego elektoratu. Tak nie buduje się silnego państwa. Tak kompromituje się własną retorykę państwowości.
Antypisizm to nie projekt państwowy
Klęska PiS nie oznacza automatycznie, że Koalicja Obywatelska stała się odpowiedzią na polskie problemy. KO bardzo chętnie buduje swoją pozycję na kompromitacji przeciwników, lecz samo wytykanie cudzych błędów nie jest jeszcze projektem państwowym. Antypisizm może być skuteczną metodą mobilizacji. Nie jest jednak strategią rozwoju państwa.
I właśnie to jest podstawowa słabość tego obozu. Koalicja Obywatelska zbyt często zachowuje się tak, jakby polityka była przede wszystkim sztuką zarządzania nastrojami społecznymi i bieżącym przekazem. Zamiast jasnej wizji dostajemy komunikacyjne manewry, a zamiast realnej odbudowy instytucji — politykę dekoracji, zapowiedzi i bezpiecznych ruchów wykonywanych tak, by sprawiały wrażenie zmiany, ale realnie nie zmieniały nic i nie naruszały czyichś interesów.
W sprawach zasadniczych widać to jeszcze mocniej. Bezpieczeństwo, obronność, suwerenność decyzyjna i miejsce Polski w Europie nie mogą być traktowane jak scenografia pod konferencję prasową. Tu nie wystarcza lepszy ton i sprawniejsze opakowanie przekazu. Tu trzeba naprawdę rozumieć, o czym się mówi. A z tym obecna władza zbyt często ma kłopot.
Za często można też odnieść wrażenie, że w najważniejszych sprawach to środowisko bardziej ogląda się na Berlin i dominujący klimat polityczny w Brukseli, niż twardo formułuje własny punkt widzenia. Za mało tu myślenia z perspektywy polskiego interesu, za dużo odruchu naśladowczego i wiary, że sama zgodność z zachodnim centrum opiniotwórczym jest oznaką dojrzałości. Nie jest.
Polska potrzebuje czegoś więcej
Dlatego jałowe jest dziś sprowadzanie wszystkiego do prostego podziału na PiS i anty-PiS. Ten schemat coraz mniej wyjaśnia, a coraz bardziej zaciemnia. Prawdziwa linia podziału biegnie gdzie indziej — między polityką opartą na fachowości a polityką opartą na lojalnościach, między odpowiedzialnością a partyjnym interesem, między wspólnotowym myśleniem o państwie a traktowaniem go jak łupu.
Polacy mają dość tego układu. Mają dość sytuacji, w której jedna strona nieustannie straszy drugą, a obie czerpią korzyść z podsycania konfliktu. Mają dość kraju, który w przemówieniach bywa mocarstwem, a w praktyce grzęźnie w bylejakości. Mają dość polityki, która mobilizuje emocje, ale nie potrafi dowozić rezultatów.
Dlatego potrzebna jest dziś nie kolejna mutacja PiS i nie kolejna wersja KO opakowana w nowocześniejszy przekaz, lecz prawdziwa zmiana reguł gry. Polska potrzebuje państwa, w którym o stanowiskach, wpływie i odpowiedzialności decydują kompetencje, doświadczenie i skuteczność, a nie układ, partyjna przynależność czy środowiskowy odruch. Potrzebuje merytokracji — nie jako modnego słowa, lecz jako elementarnej zasady zdrowego państwa.
Bo nie wystarczy już mówić, że chce się dobrze dla Polski. Trzeba jeszcze umieć Polskę dobrze urządzić.









