Stada jaguarów, wilków i bawołów, czyli Modrzejewska mknie przez Amerykę

130 lat temu trwał triumfalny objazd Heleny Modrzejewskiej i Edwina Bootha przez Amerykę. Polska aktorka i najwybitniejszy aktor szekspirowski wędrowali od sukcesu do sukcesu, wszędzie przyjmowani z niebywałym entuzjazmem.

Polska artystka znalazła się u szczytu, kiedy w sezonie 1889/90 odbywała to wielkie tournée. Przemierzyli pociągiem całą Amerykę. To było już po jej sukcesach w Londynie, gdzie jako jedyna aktorka spoza Albionu zyskała chwałę artystki szekspirowskiej. Modrzejewska dochodziła wtedy pięćdziesiątego roku życia, Booth nieledwie sześćdziesiątki. Partnerowała Boothowi jako Lady Macbeth, Beatriice z „Wiele hałasu o nic”, Porcja z „Kupca weneckiego” i młodziutka Ofelia z „Hamleta”. Nie trzeba dodawać, że Booth grał Hamleta. Do swojego stałego repertuaru amerykańskiego włączyła rolę Ofelii dopiero w roku 1888 (miała wówczas 47 lat!). To właśnie wtedy odbył się w Metropolitan Opera wielki benefis Lestera Wallacka, nestora teatru amerykańskiego, na którego cześć wystawiano „Hamleta”. Schorowany Lester po raz ostatni pojawił się na scenie, a zagrali wszyscy najwięksi, w tym, oczywiście, Booth jako Hamlet. Ten wieczór benefisowy przeszedł do historii jako „Hamlet stulecia” i wspominany był dosłownie latami. Wtedy też uznano Ofelię Modrzejewskiej za objawienie.
Jak to się stało, że zawładnęła sercami i umysłami widzów w Ameryce? Połączyła najwybitniejszych ludzi epoki w nie budzącym wątpliwości podziwie. Tę tajemnicę próbowała zgłębić Susan Sontag w swojej powieści „W Ameryce” (2000, polskie wydanie 2003, tłum. Jarosław Anders).
Wprawdzie Sontag uprzedza, że to nie jest książka o Helenie Modrzejewskiej, ale powieść zainspirowana jej losami, to niczym śledcza docieka, dlaczego artystka podbiła Amerykę. Sontag celowo zmieniła rozmaite realia, aby zachować swobodę w powoływaniu do życia krwistych bohaterów tej opowieści o Ameryce, Polsce, o teatrze, aktorstwie i Szekspirze, poecie teatru, który przeniknął do głębi tajniki ludzkiej natury. Głębokie rozeznanie pisarki w polskiej kulturze, zwłaszcza literaturze i teatrze, budzi podziw. To pasjonująca opowieść, nie tylko dlatego, że pozwala śledzić losy wybitnej aktorki, ale także dlatego, że tak wnikliwie analizuje naturę teatru.
Rzecz zaczyna Sontag od swego rodzaju gry. Jako narratorka obserwuje spotkanie polskiej elity, salonowego przyjęcia z nieprawdopodobnym a wyrafinowanym menu, podczas którego krystalizuje się zamysł wyjazdu do Ameryki hrabiostwa Bogdana i Maryny Dembowskich, primo voto Załężowska (tak nazywa pisarka bohaterkę wzorowaną na Modrzejewskiej; dla kariery scenicznej za radą menadżera stanie się Marylą Zalenską, tak jak Modrzejewska stała się Modjewską). Zamierzają założyć polską kolonię na wzór sławnej polskiej Brook Farm modelowanej wg wskazań Fouriera. Narratorka nie zna języka polskiego, domyśla się, że to polski, domyśla treści rozmów i nadaje postaciom imiona, rozdaje role – odgaduje, kim są lub mogliby być. Nie kryje też dystansu czasu między sobą, współczesną narratorką a bohaterami powieści sprzed półtora wieku.
Tak to się zaczyna, ale potem, już bez tej zasłony toczy się opowieść o przygotowaniach do wyprawy, o wątpliwościach, ostatniej wycieczce letniej do wsi Zakopane, i wreszcie o wyjeździe i pierwszych tygodniach w Ameryce. Wreszcie o Kalifornii i jej fascynujących pejzażach, gdzie przodem jako forpocztę wysłano pisarza Ryszarda (wzorowanego na Henryku Sienkiewiczu).
Kiedy grupa polska się osiedla, przychodzi jej wdrażać się do życia wiejskiego, aktorka jest duszą przedsięwzięcia.. W rzeczywistości to mąż aktorki, Karol Chłapowski marzył o uzyskaniu samodzielności finansowej dzięki wydajnej farmie. Miało to być coś na kształt polisy ubezpieczeniowej na wypadek, gdyby kariera aktorska Modrzejewskiej się nie ziściła. Wkrótce farma okaże się mrzonką. Bohaterka postanawia wrócić na scenę, choć pisarka każe nam wierzyć, że Maryna i Bogdan przybywają do Ameryki z zamiarem radykalnej odmiany swego życia. Jest coś na rzeczy, bo Modrzejewska i jej mąż ukrywali marzenie artystki o podboju Ameryki – ogłaszano, że udaje się do Nowego Świata dla poratowania zdrowia.
Bohaterka Sontag przenikliwie dostrzega różnice mentalności polskiej i amerykańskiej. Rozsiane w powieści spostrzeżenia na ten temat mogłyby być przedmiotem odrębnego studium. Tylko dla smaku jeden cytat z listu Maryli: „Polska jest pełna pomników. Czcimy przeszłość, ponieważ przeszłość to nasze przeznaczenie. Jesteśmy urodzonymi pesymistami; wierzymy, że to, co zdarzyło się kiedyś, zdarzy się znowu. Człowiek, który odrzuca władzę przeszłości – może to jest właśnie definicja optymisty. Tutaj przeszłość tak bardzo się nie liczy. Tutaj teraźniejszość nie potwierdza przeszłości, lecz ją zastępuje i przekreśla. Słabość wszelkiego przywiązania do przeszłości jest może najbardziej uderzającą cechą Amerykanów”.
Teraz dopiero zaczyna być ciekawie. Kiedy gospodarka w kalifornijskim Anaheim rozczarowuje, a część kolonistów odpływa do Polski, trzeba jednak na scenę wrócić, choćby dla podratowania majątku. Jeszcze przed opuszczeniem Anaheim pogłębi się związek Maryny i Ryszarda, z platonicznej fascynacji coraz bliższy fizycznego spełnienia, a Bogdan ulega swoim mrocznym marzeniom homoerotycznym. To jednak tylko przyprawy, bo Sontag koncentruje uwagę na walce Maryny najpierw o powrót, a potem o triumf w teatrze i na jej katorżniczej pracy. Jej zmaganiach z językiem angielskim, którego opanowanie było prawdziwym wyzwaniem, a wreszcie zabiegach o amerykański debiut, ktore zwieńczone zostały niebywałym sukcesem. Sontag opisuje ten triumf sugestywnie, podobnie o debiucie Modrzejewskiej donosił korespondent Henryk Sienkiewicz w swoim niedoścignionym reportażu. Entuzjastyczny ton jego relacji nie odbiegał ani na jotę od rzeczywistości. Amerykanów po występie aktorki ogarnęło uniesienie: „Sądziłem, że słyszę stada jaguarów, wilków i bawołów, dających razem piekielny koncert – pisał Sienkiewicz. – Niesłychanym wypadkiem w Ameryce nikt po skończonym spektaklu nie opuścił swego miejsca. Wywoływano przeciw zwyczajowi jedenaście razy artystkę. Gdy się ukazywała, mężczyźni wstawali i odkrywali głowy. Mówiono mi potem, że w czasie tej burzy przechodnie na ulicy stawali i pytali, co się stało? Słowem, piszę wam wprost i otwarcie, że podobnego sukcesu nie tylko nigdy nie widziałem, ale i nie czytałem o takim nigdy, było to po prostu wzięcie szturmem Ameryki”.
Od tej chwili powieść Sontag toczy się po ścieżkach triumfalnych objazdów gwiazdy po Ameryce, odbywanych wielokrotnie specjalnym pociągiem z całą trupą. Objazdów, przerywanych tylko kilkoma wypadami od ojczyzny i Anglii, którą również miała u stóp, choć wróciła do objazdów amerykańskich, wśród których ten wspólny z Edwinem Boothem należał do jej szczytowych osiągnięć.
To właśnie objazdy będą dla Sontag znakomitym tłem do snucia refleksji o fenomenie aktorstwa. Wiele zaskakujących uwag Maryny, potwierdza jej smak i znajomość reguł reżyserii, wiele określeń wciąż zaskakuje świeżością. Radzi więc swoim aktorom: „Gra nigdy nie powinna być łatwa”.
I tym razem czerpie pisarka ze źródła – Modrzejewska bowiem nie stroniła od autoanaliz swoich kreacji, a nadto doczekała się wnikliwych szkiców o swoich rolach, pisanych przez wytrawnych znawców teatru i Szekspira. Powieść kończy rozdział, będący spowiedzią Edwina Bootha, który opowiada o swoim życiu w sztuce, ale i niełatwych kolejach losu znaczonych zbrodnią jego starszego brata, także aktora, zabójcy prezydenta Lincolna. Booth przeprowadza – adresowane do scenicznej partnerki subtelne analizy ról, z bodaj najbardziej zaskakującą interpretacją postaci Hamleta. Monolog Bootha, który pod sam koniec przerywa krótka wymiana zdań z Maryną, to gotowy monodram, którego jeszcze nikt nie zagrał. Ale mógłby zagrać z powodzeniem prawdziwy szekspirysta – mam tu na myśli Piotra Kondrata, który ma za sobą poważne osiągnięcia w monodramie szekspirowskim. Kto wie, może podejmie się tego zadania.
Powieść Sontag przenika pytanie o istotę niezwykłego miejsca Maryny Zalenskiej, a tak naprawdę Heleny Modrzejewskiej w historii teatru amerykańskiego, a zwłaszcza historii kreacji szekspirowskich. Mierzył się z tym pytaniem także Andrzej Żurowski jako autor wnikliwej analizy dokonań największej „Shakespearestar”. Po ukazaniu się jego książki „Modrzejewska. Shakespearestar” (2010) zapytałem go, czy chciałby oglądać dzisiaj sceniczne kreacje swojej bohaterki. Odpowiedział, że za nic w świecie. Zdziwiony drążyłem temat, dopytując, czy wobec tego była aktorką przecenianą. Żurowski odpowiedział: „A skądże! Była aktorką wielką i właśnie dlatego jej artyzm odpowiadał wrażliwości jej odbiorców, tych sprzed stu lat i więcej. Tym także była wielka, że szła przed nimi o krok czy dwa, ale tylko o krok czy dwa; gdyby nadmiernie wyprzedziła swój czas, jej sztuka rozminęłaby się z oczekiwaniami widzów – nie trafiałaby w ich skalę wrażliwości, ich sposób myślenia i przeżywania”. Jak tego dokonywała, próbuje opisywać Sontag.