Stale rozwijająca się chińska kultura „turystyki kwater prywatnych”

W ostatnich latach, w Chinach upowszechniła się „kultura wyjazdów na kwatery prywatne”. W odróżnieniu od hoteli, turyści przebywający u rodzin mogą żyć jak miejscowi, doświadczać lokalnej przyrody, kultury, produkcji i stylu życia oraz udziału gospodarza w recepcji i usługach. Ma to wiele zalet, których nie mogą zastąpić hotele, a rezerwacja online jest bardzo wygodna i cieszy się dużą popularnością wśród turystów.

Kwatery prywatne początkowo funkcjonowały tylko za granicą, ale po wprowadzeniu do Chin sektor kwater prywatnych szybko się rozwija. Kwatery są również typowym przykładem ekonomii współdzielenia. Osoby, które zapewniają zakwaterowanie, mogą zarabiać wynajmując swoje niewykorzystane zasoby. Osoby przebywające poza domem mogą tu nie tylko znaleźć miejsce na nocleg, ale także gotować i jeść tak, aby poczuć się jak w domu. Tego nie zapewnią w hotelu, to jest naprawdę układ win-win.
Kwatery prywatne w różnych krajach świata będą się nieco różnić ze względu na różne środowisko i życie kulturalne. Na przykład w Japonii występują pod nazwą „Minshuku” i dzieli się je głównie na dwa typy: Pension i Stay home on farm. Kraje europejskie zazwyczaj ofrują Accommodation in the Farm (agroturystyka), umożliwiającą turystom doświadczenie życia na wsi. Kanada przyjmuje model Vacation Farm, w której turyści mogą cieszyć się życiem na farmie podczas wakacji. W USA kwatery prywatne to głównie Homestay lub Hostel. Brytyjska rodzina nazywa to Bed and Breakfast (BNB), bo zapewnia miejsce do spania i proste śniadanie, a cena zależy od liczby gwiazdek. Obecnie, wśród entuzjastów podróży w wielu krajach popularność zyskuje Airbnb i inne znane na całym świecie aplikacje do rezerwowania kwater prywatnych. Kwatery prywatne od wielu lat rozwijają się też na Tajwanie, w Chinach. Początkowo, w latach 80 kwatery na dużą skalę wynajmowane były w Parku Narodowym Kenting. Jednak w tamtym czasie oferowano jedynie proste zakwaterowanie, na ogół bez przewodników wycieczek ani usług gastronomicznych.
W ostatnich latach, w moim kraju, branża kwater prywatnych w obszarze „delty rzeki Jangcy”, Shenzhen w Guangdong, Zatoka Guangxi Beibu, Panjin w Liaoning, Yanqing i Huairou w Pekinie, Chengdu w Syczuanie i innych miejscach radziła sobie stosunkowo dobrze. Na początku 2020 r., dotknięta epidemią, nagle wpadła w dołek. Jednak wraz z poprawą sytuacji w zakresie zapobiegania i kontroli epidemii oraz stopniową odbudową gospodarki krajowej, w połączeniu z wakacjami letnim i „Złotym Tygodniem” podczas Święta Narodowego, wskaźnik obłożenia kwater wiejskich sięgnął aż 80%, dzięki czemu, jako jedna z nielicznych branż „odbiła się” po epidemii. Z dużych danych na platformie Tujia wynika, że ​​podczas Święta Narodowego i Święta Środka Jesieni w 2020 r. odsetek transakcji w domach wiejskich wzrósł z 24% w 2019 r. do 41%. Ludzie zmieniają nawyki związane z podróżowaniem, popyt na wycieczki po okolicy i wycieczki z własnym kierowcą jest duży, a kwatery wiejskie stały się ważnym miejscem do spędzanie wolnego czasu.
Kwatery prywatne są charakterystycznym elementem transformacji turystyki. W porównaniu z hotelami, które stawiają na „standard”, kwatery prywatne kładą nacisk na „indywidualność”. Ogólnie rzecz biorąc, mogą zapewnić miłe zakwaterowanie, trzy posiłki regionalne, bary z książkami, lokale rozrywkowe (KTV), a w niektórych miejscach jest również dostęp do gorących źródeł. Można powiedzieć, że realizowane są założenia „życie + N”, gdzie „N” to zupełnie nowy i wyjątkowy styl życia oferowany przez kwatery, a sposobem na życie jest właśnie kultura. Ostatnio, prężnie rozwijają się kwatery luksusowe. W delcie rzeki Jangcy, gdzie branża kwater prywatnych jest najbardziej rozwinięta, wiele domów oferujących zakwaterowanie wzoruje się na „dzieło sztuki”. W niektórych miejscach kwatery są podzielone na dwa poziomy: złoty i srebrny, by zaspokoić różnorodne potrzeby turystów.
Coraz więcej osób wybiera kwatery prywatne, ponieważ zakwaterowanie u rodziny podczas podróży daje poczucie bliskości domu i rodziny: „Gdziekolwiek się udajesz, jest jak w domu”. Standaryzacja kwater może poprawić ich ogólny poziom, a także wydobyć ich spersonalizowane cechy. Pozwoli to również podróżnym doświadczyć różnic kulturowych u każdej rodziny goszczącej.
Wraz z popularyzacją kultury kwater prywatnych, komercjalizacja jest coraz bardziej wyczuwalna. Wyposażenie niektórych kwater prywatnych jest nadal poniżej standardów, problemem jest utrzymanie czystości.
Dostępność kwater prywatnych na wspólnych platformach, takich jak Airbnb i Tujia, znacznie zmniejszyła presję związaną z zakwaterowaniem w szczytowych okresach podróży, wzbogaciła wrażenia z podróży turystów i wzmocniła witalność lokalnej gospodarki turystycznej. Jednak ze względu na to, że rozwój krajowego rynku kwater prywatnych nie jest długi, rządowi i stowarzyszeniom branżowym brakuje jednolitych standardów w zakresie bezpieczeństwa i nadzoru. Ponadto, różnice poziomu kultury turystów i gospodarzy prowadzą do pogłębiania się problemów z bezpieczeństwem na rynku kwater prywatnych.
W przyszłości, aby zadowolić turystów, właściciele kwater prywatnych muszą regulować liczbę gwiazdek, chronić prywatność i bezpieczeństwo osobiste turystów, podkreślać cechy szczególne, budować markę i podnosić jakość. Platformy internetowe powinny rozszerzyć zakres swoich obowiązków, aby zwiększać poziom bezpieczeństwa, a rząd powinien wzmocnić nadzór. Jednocześnie, turyści muszą mieć większą świadomość dbałości o własne bezpieczeństwo. Umożliwi to zachowanie równowagi między sentymentem kulturowym a komercjalizacją branży, uczyni ofertę bardziej atrakcyjną na rynku, zapewni zrównoważony i zdrowy rozwój.
W perspektywie krótkoterminowej nadeszła wiosna, zbliża się Święto Pracy. Na dłuższą metę, Chiny weszły w okres „XIV planu pięcioletniego”. W kontekście promocji strategii rewitalizacji wsi i przy rządowym wsparciu przemysłu rodzinnego, branża kwater prywatnych rozpoczyna „lato”. Można się spodziewać, że przy bardziej aktywnym doradztwie ze strony rządu, kwatery prywatne będą również odgrywać większą rolę w rewitalizacji obszarów wiejskich, zaspokajać potrzeby turystów krajowych i zagranicznych w turystyce kulturalnej, sprzyjać wymianie kulturalnej między Chinami i zagranicą oraz ożywiać lokalną gospodarkę.

Nieruchomościami trzeba gospodarować odpowiedzialnie

Czy deweloperzy są w stanie skutecznie pomagać lokalnym społecznościom w zaspokajaniu ich potrzeb i oczekiwań?
Odpowiedzialną społecznie gospodarkę nieruchomościami można zdefiniować jako działania podejmowane w celu zmniejszenia negatywnego wpływu budynków i różnych konstrukcji na zdrowie ludzi i środowisko naturalne. Chodzi także o wspieranie społeczności lokalnych, poprzez inicjatywy mające na celu dbanie o samopoczucie mieszkańców. Działania te, zwłaszcza w obliczu ostatnich dyskusji o zmianach klimatycznych powinny stać się oczywistym elementem strategii sektora budowlanego.

– Od pewnego czasu obserwujemy, że społeczna odpowiedzialność biznesu nie stanowi tylko pustego hasła. Coraz więcej deweloperów rozumie, jak ważne są różne działania, w tym ekologiczne czy wolontariat pracowniczy na rzecz lokalnej społeczności. Każdy, kto chce zrealizować dobry projekt komercyjny, biurowiec, hotel czy osiedle mieszkaniowe zwraca coraz większą uwagę, jaki wpływ na środowisko będzie miała nowa inwestycja. Dlatego deweloperzy tak chętnie chwalą się różnymi rozwiązaniami proekologicznymi. Urządzają tereny zieleni, sadzą drzewa. Tak dobierają rośliny i kwiaty, by przyciągać ptaki i owady. Inwestują w pasieki. Przy budynkach lub pod nimi tworzą zbiorniki retencyjne, by gromadzić wodę opadową. Wykorzystują ją do podlewania. Zmiana klimatu i adaptacja miasta do coraz większych upałów i bardziej gwałtownych ulew stanowi wyzwanie dla wszystkich – władz miasta, mieszkańców i inwestorów – mówi Marlena Happach, architekt miasta i dyrektor Biura Architektury i Planowania Przestrzennego w Warszawie.
Pani dyrektor Happach sformułowała niezwykle optymistyczną opinię i widzi coś, czego nie dostrzega bardzo wielu Warszawiaków, mających zgoła odmienne zdanie na temat proekologicznych i służących lokalnym społecznościom, działań deweloperów. Przyjmijmy jednak za dobrą monetę, że być może jednak rzeczywiście mamy do czynienia z jakimiś pierwszymi jaskółkami zapowiadającymi wiosnę (mimo, że to już początek listopada).
Odpowiedzialna gospodarka nieruchomościami to element społecznej odpowiedzialności biznesu (corporate social responsibility – CSR) – koncepcji, według której przedsiębiorstwa w swych strategiach uwzględniają interesy społeczne i ochronę środowiska, a także relacje z różnymi grupami obywateli.
CSR w branży budowlanej teoretycznie pomaga budować szersze zaufanie do firm ze strony społeczeństwa, gdyż kładzie nacisk na ogólny wpływ na cały cykl życia obiektu, a nie tylko na proces budowy. Badania przeprowadzone w 2019 roku przez portal pracuj.pl, dowodzą, że 58 proc. respondentów chętniej podjęłoby pracę w firmie, która jest zaangażowana w działania społeczne. 51 proc. badanych Polaków uważa, że społeczną odpowiedzialność biznesu częściej wykazują firmy, które przykładają dużą wagę do dobrego samopoczucia pracowników, zaś 73 proc. ocenia je pozytywnie. Tak więc, CSR w praktyce znacząco wpływa na sposób postrzegania firmy.
Doświadczenia pokazują, że to, aby kolejne inwestycje budowlane w Polsce były bardziej zielone, jest dobrze widziane przez młodych nabywców lub nastolatków mających wpływ na decyzję zakupową rodziców. Starsze pokolenia, co naturalne, zwracały mniej uwagi na ekologię, bo wtedy chodziło o to, żeby odbudować kraj ze zniszczeń i stawiać jakiekolwiek mieszkania, na które czekały miliony Polaków.
Podejmowanie działań odpowiedzialnych społecznie wymaga świadomości, że jest to inwestycja długoterminowa, która powinna przynosić korzyści, także i przyszłym pokoleniom.
Prowadzona działalność nie może koncentrować się wyłącznie na wynikach ekonomicznych, dlatego w branży budowlanej istotne jest zintegrowanie aspektów ekonomicznych, społecznych i środowiskowych. Obszary działania to edukacja, kultura, sport, przestrzeń publiczna, zieleń miejska, pomoc społeczna, ekologia.

– Każda firma, która poważnie myśli o mocnej pozycji rynkowej i chce na nim odgrywać istotną rolę, musi CSR w swoich planach stawiać na równi z zyskiem, przychodami, badaniami i rozwojem – mówi na przykład Józef Wojciechowski, właściciel J.W. Construction.
Mimo, iż jeszcze do niedawna społeczna odpowiedzialność biznesu była domeną międzynarodowych korporacji, to obecnie odgrywa ona coraz ważniejszą rolę w polskiej gospodarce, również w sektorze budowlanym, mającym wpływ na nasze najbliższe otoczenie urbanistyczne i inwestycje deweloperskie.

– W ostatnich latach częściej pracujemy z projektami z zakresu CSR dla firm deweloperskich, które nie tylko chcą pozytywnie wyróżniać się na tle konkurencji, ale mają świadomość społeczno-ekologiczną. Współpraca z lokalnymi społecznościami może przynieść konkretne benefity, jak chociażby to, że bez protestów i konfliktów zyskamy na czasie, a to jeden z najważniejszych parametrów dających profity. Taka kooperacja pozwala również na rozwiązanie wieloletnich potrzeb infrastrukturalnych. Nowym przykładem są na przykład finansowane – również i przez mniejszych deweloperów – murale – wskazuje Adam Białas, ekspert rynku.
Na główne wyzwania i korzyści z wdrożenia działań wpisujących się w ideę społecznej odpowiedzialności biznesu, wskazuje raport KPMG w Polsce oraz Forum Odpowiedzialnego Biznesu pod tytułem: „Społeczna odpowiedzialność biznesu: fakty a opinie”.
Firmy, zapytane o konkretne działania, które są najważniejsze z ich punktu widzenia, najczęściej (50 proc.) wskazywały na ochronę środowiska naturalnego. Drugim wiodącym wyzwaniem z punktu widzenia badanych przedsiębiorstw jest rozwijanie społeczności lokalnych.
Należy wyrazić uznanie tym firmom deweloperskim, które rewitalizują parki i place zabaw, wyposażają przedszkola i szkoły, odnawiają zabytki, organizują zajęcia sportowe, wycieczki i rozmaite wydarzenia dla dzieci oraz seniorów (choć ten rodzaj aktywności został zahamowany przez pandemię), wspierają różnymi sposobami umacnianie więzi dobrosąsiedzkich.
Czasem jednak za przejawy społecznej odpowiedzialności biznesu uważa się działania, które zupełnie nie mają takiego charakteru. Jedna z dużych firm deweloperskich chwali się na przykład tym, że sponsoruje wyprawy himalaisty Andrzeja Bargiela, pierwszego człowieka, który zjechał na nartach z K2. Nie jest ona jednak jedyną firmą, sponsorującą Andrzeja Bargiela, a poza tym ten rodzaj aktywności promocyjno-reklamowej, choć służy ekstremalnemu wyczynowi sportowemu i pomaga naszemu himalaiście, trudno uznać za poprawianie jakości życia jakiejś, choćby niewielkiej, części społeczeństwa.
Z pewnością jednak wyrazem społecznej odpowiedzialności biznesu deweloperskiego są wszelkie poczynania służące ulepszaniu wspólnej przestrzeni miejskiej i poprawie jakości życia mieszkańców. Korzyść jest obustronna, bo służy to rozpoznawalności firm, poprawia ich wizerunek i przekłada się na zwiększenie zaufania potencjalnych klientów.

Bierność i nieudolność rządu PiS w walce z pandemią

Nie przygotowano żadnej strategii przygotowującej Polskę na drugą falę koronawirusa, choć był na to czas, pieniądze i możność skorzystania z doświadczeń państw wcześniej dotkniętych epidemią. System opieki zdrowotnej wali się na naszych oczach.

Liczba zakażeń koronawirusem i zgonów rośnie w Polsce lawinowo, coraz bardziej niepokojące stają się dane o zajętych łóżkach i niemożności korzystania z respiratorów.
Kolejne zmiany taktyki ogłaszane na rządowych konferencjach prasowych każą zadać pytanie o to, czy w ciągu ostatnich miesięcy udało się przygotować państwo do drugiej fali epidemii?. Pytanie retoryczne, bo doskonale widać, że to się nie udało – a zresztą rząd PiS nawet nie próbował podejmować takich przygotowań.
Zaniechaniami rządu PiS powinien zająć się wymiar sprawiedliwości, ale prominenci obecnej ekipy skutecznie zadbali o to, żeby przejąć prokuraturę i dzięki temu wymigać się od odpowiedzialności karnej. A przecież mamy tu do czynienia ze zdarzeniami mogącymi nosić znamiona przestępstwa, takimi jak świadome zaniedbania w odpowiednim doinwestowaniu Inspekcji Sanitarnej czy zapewnianie osób starszych przez premiera rządu, że nie trzeba się bać koronawirusa, co zagrażało ich życiu i zdrowiu.
Zdaniem ekspertów Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, brak jasnej strategii i skutecznych procedur pokazuje, że okres „wyciszenia” wirusa został przespany przez instytucje kierujące systemem opieki zdrowotnej w Polsce.
– Był czas, żeby przemyśleć sposób postępowania jesienią i doposażyć odpowiednie instytucje. Wiadomo było przecież, że druga fala epidemii nadejdzie – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP – Od kilku tygodni obserwujemy zupełny chaos i bezradność instytucji. Procedury albo nie istnieją, albo nie działają, testujemy wielokrotnie mniej osób niż powinniśmy, a zasób łóżek i respiratorów kurczy się. Minister Zdrowia nie zdążył przygotować realnej strategii walki z koronawirusem, bo trudno nazwać strategią opublikowany na stronie resortu dokument.
A tymczasem resort zdrowia, ustami swego rzecznika, twierdzi, że żaden z czterech jesiennych scenariuszy rozwoju sytuacji epidemicznej przygotowanych dla Ministerstwa Zdrowia przez naukowców, nie przewidywał aż takiego wzrostu liczby zakażeń.
Tak więc, wedle typowej taktyki Prawa i Sprawiedliwości, to nie rząd jest winien, ale zawsze wszyscy inni. Już jesteśmy świadkami szczucia na lekarzy, co dobitnie wyraził Jacek Sasin, a teraz przyszła pora na obrabianie naukowców, którzy jakoby dostarczyli rządowi błędnych informacji. Ciekawe jakim cudem, skoro o nadejściu drugiej, znacznie groźniejszej fali koronawirusa trąbiono powszechnie już od wiosny? Czyżby te fałszywe ekspertyzy przygotowywali dla resortu zdrowia pożal się Boże „naukowcy” rodem z PiS-u, tylko po to, żeby zainkasować możliwie dużo publicznych pieniędzy?
Wiadomo, że podstawowe cele racjonalnej strategii walki z COVID-19 to ograniczenie transmisji wirusa poprzez masowe testowanie, zapewnienie maksymalnej możliwej wydolności systemu opieki zdrowotnej i utrzymanie ciągłości prowadzenia działalności gospodarczej. Rząd PiS nawet nie próbuje realizować żadnego z tych celów. Odmawia zwiększenia liczby testów, żeby statystyki zakażeń nie poszybowały jeszcze bardziej w górę. Nie podejmuje żadnych działań dla poprawy wydolności systemu opieki zdrowotnej. Stopniowo ogranicza możliwości prowadzenia działań gospodarczych.
Zdaniem ekspertów ZPP, mimo deklaracji polityków PiS o braku możliwości ponownego zamknięcia gospodarki, wprowadzane konsekwentnie ograniczenia w gigantycznej mierze dotykają biznes – i oznaczają w praktyce ponowny, kroczący lockdown.
– Polska gospodarka poniosła gigantyczne koszty lockdownu – pierwszy raz od lat nie odnotowujemy wzrostu produktu krajowego brutto, deficyt budżetowy wzrósł do rekordowych rozmiarów, wydaliśmy dziesiątki miliardów złotych na konieczne programy pomocowe – podkreśla Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Wydaliśmy te pieniądze w określonym celu, żeby kupić czas potrzebny na przygotowanie systemu opieki zdrowotnej do walki z wirusem. Nie zrobiono tego i teraz ponownie koszty reżimu sanitarnego próbuje się przerzucić na biznes. To niemożliwe do zaakceptowania.
Trzeba więc realnych zmian organizacyjnych i przestrzegania restrykcji sanitarnych, bo nie możemy pozwolić sobie na ponowny lockdown
Zaprezentowana przez ZPP strategia zakłada daleko idące zmiany w modelu przeciwdziałania rozwojowi epidemii. Eksperci Związku postulują stworzenie wyspecjalizowanej, podległej bezpośrednio premierowi agencji, która przejęłaby zadania administracyjne i menadżerskie.
Pod kątem medycznym, strategia ta opiera się na rekomendacji możliwie masowego testowania (w tej chwili Polska zajmuje dopiero 84 miejsce na świecie pod względem liczby wykonywanych testów na milion mieszkańców) i ścisłej egzekucji kluczowych restrykcji sanitarnych, co do których panuje powszechny konsensus (dystans – dezynfekcja – maseczki). Jednocześnie, Związek sprzeciwia się jakimkolwiek ograniczeniom dla prowadzenia biznesu – konsekwentnie, uważa też za stosowne zlikwidowanie żółtej strefy na terenie całego kraju.
Integralną częścią strategii jest ocena metod walki z COVID-19 stosowanych w Szwecji i w Niemczech. Doświadczenia tych państw nie są jednoznaczne, jednak dostarczają przydatnej wiedzy dotyczącej ewentualnych skutków rozmaitych modeli strategicznych.
– Szwecja „poszła na żywioł” i, będąc w europejskiej awangardzie, nie wprowadzała szczególnych obostrzeń w trakcie pierwszej fali. Zapłaciła za to wysoką cenę gospodarczo, ale przede wszystkim zdrowotnie, odnotowując bardzo wysoką liczbę zakażeń i zgonów – stwierdza ekspertka ZPP Kamila Sotomska – Póki co, kraj ten przechodzi drugą falę epidemii łagodnie (w Szwecji już prawie nie ma zgonów na COVID-19), ale nie jest pewne, czy to rezultat podejścia przyjętego wcześniej w tym roku. Niemcy wydają się dobrze radzić sobie z wirusem – jest to oczywiście konsekwencja wysokich nakładów na opiekę zdrowotną, ale również bardzo masowego testowania. Jest to także podejście, które warto powielić w Polsce.
Ponadto, priorytetem Ministerstwa Zdrowia we współpracy z premierem, powinno być maksymalne ograniczanie bezpośrednich i pośrednich skutków pandemii. – Coraz bardziej widoczne i dotkliwe, pośrednie rezultaty pandemii – takie jak ograniczenie profilaktyki i terapii chorób onkologicznych, kardiologicznych, psychiatrycznych oraz pozostałej specjalistyki – będą swoistą bombą z opóźnionym zapłonem i powinny być jak najszybciej przedmiotem stosownych działań resortu zdrowia. Tylko z powodu raka umiera codziennie w Polsce około 270 osób, co jest liczbą większą niż w przypadku koronawirusa – podkreśla Anna Janczewska ekspertka do spraw zdrowia w Business Centre Club.
Zdaniem Anny Janczewskiej, konieczne jest dopracowanie strategii walki z pandemią koronawirusa, w ramach konsultacji z ekspertami ochrony zdrowia. – Strategia powinna m.in. zakładać odpowiednie zwiększanie liczby wykonywanych testów, jak również możliwość ich zlecania nie tylko przez lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, ale także przez lekarzy prywatnie praktykujących. Powinna ona uwzględniać nie tylko coraz większe zagrożenie koronawirusem, ale również zagrożenie grypą i smogiem, który będzie swoistym wytrychem, otwierającym drzwi do infekcji oraz środkiem do transportu koronawirusa – mówi ekspertka.
Wskazuje też, że nadal brakuje budżetu dla Narodowej Strategii Onkologicznej, która została ogłoszona przez prezydenta RP w lutym 2019 roku, czyli 19 miesięcy temu. Tymczasem 270 osób umierających dziennie w Polsce na raka powinno być wystarczającym argumentem, by uchwalić ten budżet już w ubiegłym roku. Nowelizacji wymaga również niedopracowana przez Kancelarię Prezydenta RP ustawa o Funduszu Medycznym, która została uchwalona przez Sejm 17 września. – Zakłada ona przeznaczenie dodatkowych pieniędzy na ochronę zdrowia, w tym profilaktykę i onkologię, ale jak twierdzą eksperci zawiera wiele błędów merytorycznych i legislacyjnych – zwraca uwagę Anna Janczewska.
– Trzeba powiedzieć wprost – strategia walki z COVID-19 na okres jesienny nie została przygotowana przez właściwe organy – dodaje Cezary Kaźmierczak – Wykonaliśmy więc tę pracę za rząd i liczymy na to, że podejście do walki z epidemią zostanie zmodyfikowane bardzo szybko. Mamy coraz mniej czasu, by zareagować na narastającą liczbę zakażeń i uchronić system opieki zdrowotnej przed całkowitą utratą wydolności.

Dobrze, dobrze być przedsiębiorcą?

Wraz ze zmianami pokoleniowymi zmieniają się również motywacje rozpoczynania własnego biznesu. Nie jest to już tylko chęć zarobienia dużych pieniędzy

Jakie są w Polsce najbardziej uciążliwe wady bycia przedsiębiorcą i bariery w prowadzeniu biznesu? Ankietowani przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wymieniali między innymi: wysokie koszty pracy i składki ZUS – 53 proc. badanych, nieregularne zarobki – 41 proc., odpowiedzialność finansowa i prawna – 40 proc., wysokie podatki – też 40 proc., duży poziom stresu – 37 proc., nadmiar obowiązków biurokratycznych – 23 proc., niestabilność prawa –22 proc.
Zdaniem Cezarego Kaźmierczaka, prezesa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, możemy być dumni z polskich przedsiębiorców, że w tak trudnych okolicznościach radzą sobie dobrze – a polskie firmy idą do przodu, mimo braków kapitału i gorszych warunków do prowadzenia biznesu w porównaniu do większości krajów Unii. Jak mówi, aż strach pomyśleć o ile szybciej moglibyśmy się rozwijać, gdyby udało się uruchomić całą energię i przedsiębiorczość blokowaną przez obsesyjną chęć polityków do ciągłego zmieniania prawa, kontroli wszystkiego oraz chroniczny brak zaufania do prowadzących interesy.
Oczywiście bycie przedsiębiorcą ma i rozliczne pozytywy. 37 proc. badanych stwierdziło, że głównym powodem założenia firmy była chęć zrealizowania swojej pasji, 25 proc. przedsiębiorców nigdy nie chciało pracować na etacie i szukało pomysłu na własny biznes. Dla 23 proc. o założeniu firmy zdecydował przymus ekonomiczny, a dla 10 proc. – nakaz ze strony byłego pracodawcy. Takie wyniki przyniosło badanie ZPP „Portret Przedsiębiorcy” przeprowadzone w tym roku na reprezentatywnej próbie polskich przedsiębiorców.
Prof. Dominika Maison tak komentuje te rezultaty: „Obserwując od lat zmiany zachodzące wśród polskich przedsiębiorców widzimy, że wraz ze zmianami pokoleniowymi zmieniają się również motywacje rozpoczynania własnego biznesu. Nie jest to już tylko chęć zarobienia dużych pieniędzy lub bycia wielkim przedsiębiorcą zatrudniającym setki pracowników. Szczególnie wśród młodych ludzi tym co skłania ich do odejścia z bezpiecznej pracy na etacie i rozpoczęcie własnej działalności coraz częściej jest chęć samorealizacji i wolności oraz decydowania o własnym losie nawet kosztem czasami niższych zarobków czy niepewności i ryzyka związanego z prowadzeniem własnego, czasami małego i niszowego biznesu”.

Uciekanie przed złodziejem

Proste recepty i rozwiązania lubię. Uważam, że to nie tyle świat jest skomplikowany, co ludzie go niepotrzebnie komplikują. Robią to zazwyczaj dlatego, że tylko nieliczna grupa posiądzie umiejętność objaśniania skomplikowanego świata maluczkim, dzięki czemu będzie mogła robić co jej się żywnie podoba-w imieniu prawa. Jak w przypadku systemu podatkowego; im bardziej skomplikowany, tym państwo bardziej skorumpowane i niewydolne.

Adrian Zandberg, mówiąc o przedsiębiorcach którzy uciekali do rajów podatkowych a teraz chcą pomocy polskiego państwa w obliczu zarazy ma rację i jej nie ma jednocześnie. Bo sprawa z pozoru jedynie wydaje się prosta w obsłudze. Powiedział niedawno lider Razem, że ten kto płacił podatki poza Polską, a dziś chce, żeby polski rząd zwolnił go z danin na rzecz ZUS-u itp. powinien raczej zwrócić się o pomoc do rządu kraju, w którym odprowadzał podatek dochodowy. I to jest rzeczywiście, proste i jasne postawienie sprawy, które ja szanuję i doceniam. Żadne tam, wicie-rozumicie, ogrodziwszy, w innych okolicznościach, to i może. Nic z tych rzeczy. Jasny, prosty i brutalny przekaz. Nie wspierałeś Państwa podatkami, teraz ono nie będzie wspierać Ciebie. Giń. Jest jednak jedno ale.
Ludzie mają w naturze asekuranctwo. Boją się niepotrzebnego ryzyka i starają się unikać niepewnych sytuacji. Zwłaszcza, jeśli idzie o własne pieniądze. Są oczywiście oszuści i nałogowi hazardziści, uzależnieni od giełdy i przekrętu, ale w większości, ludzie nie lubią ryzykować utraty tego, na co ciężko pracowali. Przedsiębiorca zakłada firmę. Pracuje na jej dobrostan pół życia. Kiedy zaczyna wychodzić na prostą, bo miał to szczęście, że nie zbankrutował w początkach jej działalności, do gry wkracza państwo z maszynką fiskalną, żeby ogolić człowieka, tak jak baca goli owce na hali. Przedsiębiorca może zacisnąć zęby i dać się strzyc pod włos, licząc, że może tym razem nie będzie za bardzo bolało. Ale boli zawsze. Co miesiąc. Na początku bolało bardzo, a teraz już tylko boli. Państwo strzyże równo z trawą. Gdyby był mikroprzedsiębiorcą albo wielkim molochem, miałby to gdzieś. Ale że jest średniej wielkości graczem z ambicjami, to musi coś zrobić. Inaczej go zjedzą. Postanawia, że nie będzie się dawał więcej golić. Rejestruje działalność na Antylach Holenderskich. Płaci tam śmieszny podatek w stosunku do tego, co musiałby zapłacić u nas. Zarabia, bo, do ciężkiego wała, od tego jest. Daje ludziom robotę. A że nie daje do aparatu administracyjno-urzędniczego tyle, ile aparat chciałby przeżreć, choć i tak nigdy nie będzie nasycony-to, w moim odczuciu, czyn ze wszech miar patriotyczny. Im szybciej bowiem ta hydra fiskusowa padnie, tym ludziom więcej pieniędzy zostanie w kieszeni.

Nie jest więc do końca tak, w moim odczuciu, że przedsiębiorca ucieka z podatkami dlatego, że chce stawiać dla siebie kolejne pałace, a ludziom płacić miską ryżu. Oczywiście, nie ma się co czarować, są u nas i tacy. Dzieje się tak dlatego, że to Państwo wypycha człowieka z rynku swoimi półmafijnymi działaniami. Każe żyłować się i płacić wysokie daniny-z roku na rok wyższe. Nie dziwota, że ludzie płacić nie chcą. Przekonywanie ich argumentem, że z tego co zapłacą, sfinansuje się żłobki, przedszkola i nowe drogi to pustosłowie. Ludzie, jeśli mają oczy, widzą, na co idą ich podatki. Na kolejne urzędy, urzędników, na pensje dla nich i roczne nagrody. Nic więc w tym dziwnego, że nie chcą płacić na darmozjadów. Sam, rok w rok, dokładam do interesu. Co roku więcej. Nie kombinuję z odliczeniami, ale zaczynam się nad tym zwolna zastanawiać, bo żeby nakapać do skarbca tyle, ile poborca wyliczy, muszę w roku zagrać kilka-kilkanaście koncertów za darmo. A jakbym miał taki malutki interes na Barbadosie…

Sama procedura wyrejestrowania i jej czasochłonność mnie przeraża. Państwo mam akurat w głębokim poważaniu. Jeśli jednak moje dochody byłyby o jedno zero większe, poważnie bym się zastanowił nad zmianą kraju w którym płacę podatek.

Trudno mieć pretensję do człowieka, że nie chce się dawać okradać złodziejowi. Trzeba raczej robić tak, żeby złodzieja zresocjalizować i uczynić z niego sumiennego buchaltera, co to zabiera tyle, żeby starczyło na szkoły, drogi i posiłki dla biednych, ale nie więcej. To już robota dla polityków. A granie na państwowym, patriotycznym bębenku nie jest akuratnie dobrą melodią do tej zmiany.

Niech biznes wesprze państwo

Mocne słowa padły podczas spotkania posła Adriana Zandberga z wyborcami w Kielcach.

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych socjaldemokratycznych posłów kontynuuje spotkania z wyborcami w całym kraju. Pod koniec lutego był w Białymstoku, w minionym tygodniu – w Kielcach.

Na spotkanie przybyło kilkadziesiąt osób. Adrian Zandberg poruszał w rozmowie z nimi zarówno sprawy ogólne, jak i bieżące. Tłumaczył, dlaczego jego formacja jest prawdziwym trzecim wyborem dla tych, którzy nie aprobują ani programu PiS, ani nie wspominają dobrze rządów PO. Opowiadał o najnowszych pomysłach swojego klubu sejmowego oraz podjętych przezeń inicjatywach.

Skąd pieniądze?

Najmocniejsze słowa padły, gdy Zandberg opowiadał o podatku, jaki Lewica chce nałożyć na najpotężniejsze platformy cyfrowe (projekt ten omawialiśmy szczegółowo na łamach „Dziennika Trybuna”). – Uważamy, że ciężar utrzymania państwa należy przenieść na korporacje, wielki biznes i najbogatszych, a ulżyć uboższym – powiedział polityk.

Zandberg przypomniał, że w projekcie jego partii podatek płacony przez największe cyfrowe spółki wyniósłby 7 proc. przychodu uzyskanego w Polsce. Podkreślił, że podobne rozwiązanie już zaaprobował rząd czeski, pracuje nad nim również parlament w Wiedniu.

Projekty socjalne

Zandberg mówił również o projektach emerytury minimalnej w wysokości 1600 zł netto, z którego to postulatu Lewica się nie wycofuje, chociaż już wie, że i PiS, i PO są przeciwko.

– Możemy mieć państwo, które nie zagląda pod kołdrę, które szanuje kobiety, które dba o usługi publiczne, które nie wpycha ludzi do kościoła, które nie niszczy sądownictwa. Korekta w postaci podniesienia płacy minimalnej i 500 plus była potrzebna, ale nie było potrzeby skłócenia społeczeństwa. Polska może być socjalna i demokratyczna. My wiemy, jakiej Polski chcemy, a tego nie da się powiedzieć o liberałach i zużytym Prawie i Sprawiedliwości – podsumował Zandberg.

Ech raz, jeszcze raz

Czy w ramach walki z jednorazowym plastikiem wrócimy do wielokrotnego używania szklanych strzykawek?

W Polsce trwają prace nad projektem nowelizacji ustawy o wyrobach medycznych. Projekt zawiera przepisy budzące pewne zaskoczenie – ale zgodne z rekomendacjami unijnymi.
Art. 15 nowelizacji stanowi: 1. Wyroby jednorazowego użytku mogą być poddawane regeneracji. 2. Zakazuje się wprowadzania do obrotu, wprowadzania do używania, dystrybuowania, dostarczania, udostępniania i używania na terytorium RP wyrobów jednorazowego użytku poddanych regeneracji. Można zapytać, po co regenerować wyroby jednorazowego użytku, zwłaszcza jeśli nie wolno ich używać? Odpowiedź jest jednak prosta: Takie wyroby, poddane regeneracji, mogą być zbywane poza terytorium Polski, zgodnie z wymogami rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady UE. W założeniu – w krajach uboższych i słabiej rozwiniętych od naszego. Ten zapis nie podoba się przedsiębiorcom w Polsce, którzy wskazują, jak Business Centre Club, że budzi on etyczne wątpliwości oraz: „nie minimalizuje ryzyka oraz nie zapobiega incydentom związanym z wyrobami jednorazowego użytku, które – poddane regeneracji – mogą teoretycznie stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia użytkownika, pomimo stosowania w świetle dostępnej wiedzy naukowej, metod pozwalających na skuteczną regenerację”. W rzeczywistości jednak chodzi nie tyle o etykę, lecz o interes polskich producentów wyrobów jednorazowego użytku – którzy będą musieli zmniejszyć obroty, gdy wyroby jednorazowe staną się wyrobami wielokrotnego użytku.
Niezależnie od tego, czy ważniejsza jest tu etyka czy biznes, trudno nie zgodzić się z poglądem, iż żaden regenerowany wyrób medyczny nie osiągnie parametrów produktu jednorazowego, nowego i przeznaczonego właśnie do jednorazowego stosowania. BCC wskazuje, że zrozumiałe są względy ekonomiczne, ale chodzi też o ewentualne narażenia naszych producentów na ewentualną odpowiedzialność prawną, czego nie można wykluczyć w takich przypadkach.

Nie tylko kasa

Warto stale przypominać o tym, że biznes to nie tylko pomnażanie pieniędzy i możliwości.

Biznes to również wykorzystywanie tychże pieniędzy i możliwości w dobrym celu. Na przykład po to, by tworzyć jak najlepsze warunki pracy.
Za parę tygodni, w pierwszej połowie października, poznamy laureatów IX edycji konkursu o tytuł „Pracodawca Godny Zaufania”, współorganizowanego przez Fundację „Teraz Polska” i Krajową Izbę Gospodarczą.
W konkursie nagradzane są firmy i instytucje, sięgające po niebanalne i skuteczne rozwiązania w zakresie polityki pracowniczej – uwzględniające rozwój zawodowy pracowników i ochronę ich praw. Laureatów wyłania Kapituła, złożona z przedstawicieli uczelni wyższych, organizacji przedsiębiorców i think tanków. Są w niej reprezentowane m.in.: Instytut Staszica, Instytut Libertatis, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Wyższa Szkoła Ekologii i Zarządzania, Stowarzyszenie Integracja i Współpraca.
W tym roku konkursowi stuknie dziesięć lat, bo pierwsza edycja została rozstrzygnięta dokładnie 20 października 2009 roku. Przez tę dekadę dokonały się bardzo duże zmiany w zakresie zrozumienia celów polityki pracowniczej. Widać to również w podejściu do konkursu i zainteresowaniu firm.
Na początku chęć pochwalenia się stosowanymi rozwiązaniami mieszała się z obawą: po co się wychylać, po co budzić zawiść konkurencji, narażać się na oskarżenia, że coś można było zrobić lepiej… Wiele firm, zanim zdecydowało się wypełnić ankietę, musiało rozwiać wątpliwości. Teraz te obawy zniknęły. Nie tylko dlatego, że mamy dobrą sytuację gospodarczą i firmy zabiegają o pracowników. Po prostu prowadzenie polityki partnerstwa wobec pracowników stało się normą. Dobrą normą.