Chaos i nadzieja?

Ukazały się ostatnio dwie wypowiedzi prof. Marcina Króla – pierwsza zatytułowana „Idzie chaos”, a druga „Mam nadzieję”. Z wielu powodów warto przemyśleć te teksty.

Dla przypomnienia: Autor jest filozofem polityki i historykiem idei, był działaczem opozycji demokratycznej w PRL, redaktorem naczelnym „Res Publica Nowa”, także bulwersującej książki „Byliśmy głupi”, w której pisał, że po 1989 roku w Polsce można było zrobić lepiej, „dużo lepiej gdybyśmy nie byli zaślepieni, niedoświadczeni, niewrażliwi”. Te myśli spotkały się z bardzo licznymi głosami protestu ze strony kół solidarnościowych, które, co zresztą powszechnie wiadome, nadzwyczaj są czułe na wszelką krytykę, a szczególnie na negatywną ocenę ze swoich kręgów.

Pierwszy tekst,

opublikowany w „Newsweek” z 23/2019 rozpoczyna się od stwierdzenia, że „Demokracja zwana liberalną się skończyła. A wraz z nią III RP…wyczerpała swoje możliwości. Trwała przez siedemdziesiąt lat. Dla Europy to były cudowne lata, najlepszy okres w historii Zachodu. I on się powoli kończy… Istotą demokracji liberalnej jest to, co swego czasu świetnie nazwał Tusk – ciepła woda w kranie. Przez wiele lat ludzie niczego innego nie chcieli. Ale dziś chcą gorącej.”
Z powyższych myśli wynika, że aktualny stan polskich spraw jest tylko częścią szerszego procesu, a więc czymś niejako nieuniknionym co nas spotkać musiało. Nie jest to prawdą, a specyficzne przykłady Wielkiej Brytanii (brexit) i Stanów Zjednoczonych (prezydentura Truma) nie wystarczają na tak daleko idące uogólnienie, bowiem w szeregu innych europejskich krajach jest normalnie, a więc sytuacja jest zasadniczo odmienna i daleko w niej także do naszego łamania prawa i demokracji, do polityki powszechnego przekupstwa, że nie wspomnę o upaństwowionym kłamstwie i nieodpowiedzialnych decyzjach. Wyjaśnianie tego upadku za pomocą tuskowego powiedzonka nie wytrzymuje krytyki, a potrzeba „gorącej wody” wynika nie tyle z ludzkich chęci, co z warunków ekonomicznych, i ich rozlicznych konsekwencji, podyktowanych przez neoliberalną politykę ekonomiczną.
Przyczyny i znamiona chaosu
wg Marcina Króla, kryją się w upadku:
• uprawianej polityki – „Wyczerpał się model, który i tak bardzo długo funkcjonował. Wyczerpał się seksapil polityki”;
• religii – „Nie Kościoła, bo to jest mniej istotne. Oczywiście to przygnębiające, jak się dziś patrzy na Kościół… dramatyczny upadek religii w Europie to jest wielka zmiana, moim zdaniem niekorzystna”;
• czytelnictwa – „Młodzi ludzie przestali czytać książki należące do kanonu kultury europejskiej. On dla nich nie istnieje. Więcej: przeszłość dla nich nie istnieje…Po raz pierwszy w historii kultury została zerwana ciągłość. Nie ma przeszłości, a więc nie ma przyszłości. Jest tylko teraz”;
• szansy – „Gdybyśmy mieli czas, żeby pewne wartości u nas zakorzenić, byłoby nam łatwiej… Zrobiono tak wiele niemądrych rzeczy [od początku III RP – Z.T.]…Lekceważenie wszystkich poglądów poza racjonalnymi poglądami demokratycznymi okazało się ciężkim błędem, ale to jest znów wiedza, którą mamy dziś.”
W tych rozważaniach zabrakło odpowiedzi na podstawowe pytanie: co jest przyczyną opisanego chaosu?
Na ten zły czas Marcin Król radzi: „Trzeba zachować pojęcie honoru. Czyli zachować Conrada. Trzeba zachować poczucie egzystencjalnego sensu jednostki” I jeszcze: „Jedno jest pewne: przyjdzie jeszcze nowy wspaniały świat. Tyle że trzeba na niego trochę poczekać.”

Problem w tym,

że już dawno miał nadejść ten nowy, lepszy świat. Mury wiele lat temu runęły, a my mamy ciągle czekać? Według Autora okazuje się, że pono z racji światowych trendów, i na pewno z powodu błędów solidarnościowych przywódców, nadal do niego daleko.

Drugi, dwukolumnowy tekst,

niejako sztandarowy, rozpoczynający się na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” (6-7.07.2019) nosi tytuł „Mam nadzieję” i tak się, też dwukrotnie, zapowiada: „Nie wchodźmy na terytorium zła. Nie bądźmy jak oni, bo się upodobnimy. Niech się biją z cieniem. Ufajmy wszystkim ludziom. Niektórzy zawiodą nasze zaufanie. Na razie, bo we wszystkich jest potencjał dobra. Spróbujmy wyleczyć nawet ciężko chorych na nienawiść” oraz „Nie polemizować, nie krytykować… Odnotowywać fakty, ale nie piętnować, nie rozpaczać, nie korygować. Ufać, że dzięki odwołaniu do dobrej strony ludzkiej natury każdy będzie widział, jaki jest stan rzeczy.”
Idealistyczna opinia o dobrej stronie ludzkiej natury kłóci się z powszechnym przekonaniem, że „Dobro i zło istnieją w życiu człowieka prawie od zawsze. Granica między nimi wydaje się być bardzo mocna, często jednak to, co dla jednych jest dobrem, inni traktują jako zło. Człowiek jest istotą niedoskonałą…”
Ale nie tylko, bowiem sam Autor w pierwszym przywołanym tekście zaprzecza sobie: „PiS wygrywa nie dlatego, że ma jakąś cudowną ideologię albo pomysł. Wygrało, bo miało pieniądze do dyspozycji i je dało. Nie wiadomo, czy to Polskę zawali. Nawet jeśli nie, to jest to najbardziej prymitywne zachowanie polityczne, jakie można sobie wyobrazić.” Zgoda z tą oceną, ale wypada zapytać jeszcze Profesora, gdzie w chwili wyborów podziewały się ta wiedza o stanie rzeczy i potencjał dobra u milionów Polaków, którzy bezkrytycznie przyjęli nachalną propagandę, a za większą wartość uznali dobro materialne, czyli kasę, niż prawdę i elementarne podstawy demokracji?

W dalszej części

wywodów czytamy, że „Pora skończyć z programami i całym tym banalnym i pustym językiem polityki, a skupić uwagę na sprawach duchowych, które mają doniosłe konsekwencje dla spraw praktycznych. Czas przywrócić odpowiednie miejsce nadziei na dobre czy chociaż znośne życie, a nie toczyć walkę polityczną o władzę”.
Nadto: „Zło dobrem trzeba zwyciężać, a nie kontragresją”, „Nasza opowieść powinna polegać na odnowieniu ducha, na przywróceniu jednostce nadziei, a nie na obszernym projekcie konkretnych działań, w których skuteczność nikt już nie wierzy”.
Marcin Król dla potwierdzenia wagi spraw duchowych i miejsca nadziei przywołuje romantyków z XIX wieku, którzy „posługując się najpiękniejszym polskim językiem, do odnowy ducha. Do stworzenia nowej opowieści o polskości i o jednostce”, a także „Solidarność”, która, „była przecież wielką opowieścią duchową, a nie programem. Owszem, przyszedł czas i na działania konkretne, ale oświetlone tym duchowym przewodnictwem. „Solidarność” nie dlatego uratowała Polaków, że była ruchem politycznym, że walczyła o władzę, ale dlatego, że „odnowiła oblicze ziemi”.

Z tych wywodów wypada
koniecznie uporządkować kilka kwestii:

• nie wiemy co Król rozumie konkretnie pod pojęciem spraw duchowych, ale przywrócenie nadziei na „chociaż znośne życie” zależy w przeważającej mierze niestety, czy się chce czy też nie, od wyniku walki politycznej;
• zło rzeczywiście najlepiej dobrem zwyciężać, acz istnieje zbyt wiele przykładów na brak skuteczności tej metody;
• przywrócenie nadziei zawsze jednak opiera się o jakiś projekt działań (mniejszy czy większy), które mają zaspokoić tę nadzieję; bez wskazania planu osiągnięcia określonego celu nie narodzi się powszechna nadzieja jego urzeczywistnienia;
• zgoda na to, że nie do przecenienia są idee, i ich twórcy, które stanowiły nie raz w historii zaczyn wielkich ruchów politycznych, społecznych i wszelkich innych, ale warunkiem sine qua non ich sukcesu były zawsze określone warunki i bardzo liczące się oczekiwanie społeczne. Nie wydaje się aby w dzisiejszej Polsce miały one wystarczające miejsce;
• dyskusyjną tezą jest stwierdzenie o uratowaniu przez „S” Polaków, bowiem uratował nas od kolejnej rzezi gen. Jaruzelski. Nie pomniejszając zasług „Solidarności” przypomnieć należy, że mimo formuły związku zawodowego, była niewątpliwie także ruchem politycznym, i jak się okazało, skutecznie walczącym o władzę.

„Nie program zatem,

ale wielki projekt odnowy Polski, – pisze dalej Autor – który zaczyna się od ducha, ale naturalnie ma znacznie szerszy charakter. Program nadziei, która jest jedynym dobrem, jakim dysponujemy, ale też dobrem całkowicie wystarczającym. Nadziei na co? Na to, że pojedynczy ludzie przejrzą na oczy i pójdą za horyzont, wiedząc, że niewiele jesteśmy w stanie osiągnąć na tym łez padole, ale jednak nieco potrafimy… każdy z nas może zmierzać do horyzontu dobra i przyzwoitości”.
Należy wyjaśnić kilka spraw:
• przyczyną główną chaosu, który przedstawia Marcin Król – tego w polityce, religii i Kościele, w czytelnictwie książki i błędach „Solidarności” – była i jest zasadnicza zmiana w hierarchii społecznie akceptowanych wartości, w której na pierwszym miejscu usadowił się pieniądz (zysk, dywidenda i inne podobne) mający wszechpotężny wpływ na prawie wszystkie dziedziny życia człowieka i brutalnie wyznaczający jego położenie nie tylko społeczne;
• w naszych warunkach, poza realizowaną neoliberalną doktryną o niewidzialnej ręce rynku, który wszelkie problemy rozwiąże, nowa monopartia jaką stała się „Solidarność” i jej różne kontynuacje, urządzała i urządzają nam taką Polskę, jaką właśnie dziś mamy;
• kapitalizm w swym dążeniu do maksymalizacji zysku sięgnął do wyżyn, ale trzeba wiedzieć, że w wielu krajach wielokrotnie w tych swoich zapędach był poważnie i skutecznie ograniczany – m. in. poprzez aktywną działalność partii socjaldemokratycznych, z obawy przed społecznym protestem, a nawet rewolucją, z uwagi na konkurencyjność ZSRR (pisała o tym niedawno Agnieszka Holland), także poprzez niejako samoświadomość pracodawców, co skutkowało tzw. kapitalizmem ludowym oraz realizowaną koncepcją państwa opiekuńczego. Analogicznie niejako było, i ma się, z przestrzeganiem prawa i pewnych wolności obywatelskich.
• W polskich warunkach kapitalizm okazał swoje najgorsze XIX-wieczne oblicze, a państwo spełniało rolę, może nie nocnego stróża, ale popołudniowego dozorcy, co w sumie na jedno wyszlo. Nawet od samego początku III RP do dziś nie zdołał przypilnować przestrzegania podstawowych zasad prawa i demokracji, nie mówiąc już o ich zakorzenieniu.• Wielki projekt odnowy Polski jest oczywiście bardzo na czasie, rodzi tylko dwa podstawowe pytania: jakiej to Polski ma dotyczyć, bowiem już jedną, z ograniczonym skutkiem odnowiliśmy po 1989 roku, oraz jakimi siłami i metodami ma się dokonać to , każdego z nas, zmierzenie się z horyzontem dobra i przyzwoitości ?

Jest rzeczą zrozumiałą i naturalną,

że w obliczu szansy PiS na reelekcję w nadchodzących wyborach parlamentarnych, rodzą się różne rozważania i pomysły jak temu zapobiec, bądź co dalej robić. Niestety nie zawsze realne i trafione.

Co dalej lewico?

Wszystko wiadomo. Suweren przemówił. Mandaty rozdane. SLD może być zadowolony z udziału w Koalicji Europejskiej. Wywalczył 5 mandatów w europarlamencie. KE przegrała, ale gdyby skupione w niej partie poszły osobno byłoby jeszcze gorzej. To było najlepsze rozwiązanie jakie antypisowska opozycja mogą wymyśleć na te wybory. Jak to bywa w koalicji były potknięcia, różne opinie, niezgranie w kampanii. Związek partii nigdy nie będzie tak sprawny w kampanii jak partia o wodzowskim charakterze, wspierana państwowym groszem i propagandą. I te wybory są właśnie tego dowodem.
Główne skrzypce w koalicji grała PO. Wtórował SLD. PSL nie potrafił się odnaleźć do końca w zespole. Nowoczesna i Zieloni jedynie podtrzymywali rytm i to cichutko.
Co dalej? PO chciałaby koalicję kontynuować w wyborach parlamentarnych. PSL stoi w rozkroku. W SLD koalicja się raczej podoba. Co z tego może wyniknąć? SLD pewnie pójdzie do wyborów parlamentarnych w koalicji z PO Nowoczesną (o ile ta partia dotrwa do wyborów) i Zielonymi, uzyska ileś tam mandatów i utworzy własny klub lub koło w Sejmie. …Będzie skromna reprezentacja, a potem się zobaczy…. To jest myślenie pragmatyczne obliczone na dzisiejszy stan sceny politycznej. Taka sytuacja będzie powoli rugować lewicę z życia. Samodzielny start SLD byłby jednak obarczony sporym ryzykiem.
Zarazem widać, że bez SLD niemożliwe jest skonstruowanie zjednoczonej lewicy. Politycy z lewicy wiedzą o tym, ale ich osobiste ambicje nie pozwalają na podjęcie rozmów. Kłótnia na lewicy trwa znacznie dłużej niż swego czasu na prawicy i wynika z tego, że polska swarliwość to aktualna cecha lewicy.
Gdyby jednak SLD, Wiosna, Zieloni, Razem i ruchy feministyczne potrafiły się dogadać i stworzyć partię, nie koalicję, byłaby to siła, która mogłaby na początek liczyć na kilkanaście procent poparcia wyborców. Po eurowyborach widać, że Wiosna, bardziej liczyła na błyskotliwy sukces niż długi marsz. Wydaje mi się, że te skromne 6 procent poparcia to wszystko, co Wiosna mogła osiągnąć. Lewica Razem poległa w ciszy. Gdyby spontaniczność i żywiołowość Wiosny połączyć z doświadczeniem SLD, pryncypializmem Razem, zieloną rewolucją Zielonych i ruchami feministycznymi mogłaby powstać ciekawa mieszanka, strawna dla szerszych kręgów lewicy. Oczywiście zaraz pojawią się utyskiwania i narzekania elektoratu, że nigdy z tymi czy tamtymi, że to nie lewica, sługusy kościoła, itp. Elektorat lewicy jest dzisiaj równie kłótliwy i podzielony jak jej politycy. Innej sensownej alternatywy dla uratowania lewicy jednak nie ma.
Jest jeszcze problem przywództwa. I tutaj jest jeszcze większy problem, ale go celowo nie rozwinę, bo moje dywagacje są czysto życzeniowe, a tak bardzo chciałbym się mylić. Politycy lewicy i prawicy zresztą też, żyją zawsze najbliższymi wyborami i pod nie tworzą zespoły wyborcze. Po wyborach obietnice i programy idą w zapomnienie. PiS te zasady trochę zmienił i dlatego odnosi sukcesy.
Zdaje sobie sprawę, że w politycznej dwubiegunowości antypisowska koalicja jest konieczna. Jednak taka koalicja spowoduje wypłukanie lewicy z polityki. Może nie ma innego wyjścia, może to mniejsze zło, może w przyszłości powstaną formacje polityczne, o których nam się dzisiaj nawet nie śni. Jedno jest jednak pewne. Lewica w koalicji, będąc w mniejszości, będzie się pozbywać własnej tożsamości. Skoro jednak wyborcy jakoś na nami nie tęsknią i nie tylko w Polsce to też trzeba jakieś z tego wyciągać wnioski.

Lekcja eurowyborów

Zacząć muszę te niewesołe refleksje od wyznania, że źle oceniłem perspektywę proeuropejskiej opozycji w tych wyborach. Nie spodziewałem się tak wysokiej frekwencji, zwłaszcza w sprzyjających Prawu i Sprawiedliwości obwodach wiejskich i we wschodniej części kraju Biję się więc w piersi i postaram się w przyszłości wyciągnąć wnioski z tego doświadczenia.

Jak wielu moich przyjaciół i znajomych jestem tymi wyborami rozczarowany. Trzeba jednak patrzeć w przyszłość. To w jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu rozstrzygną się losy Polski na następne lata. Mamy pięć miesięcy, by się do tych wyborów przygotować. Stawka jest bardzo wysoka. Tu idzie o umocnienie lub odwrócenie procesu przekształcania polskiego systemu politycznego w kierunku nowego autorytaryzmu. Jak wielokrotnie pisałem, cechą nowego autorytaryzmu – w odróżnieniu od klasycznego – jest to, że władza pochodzi nie z nagiej przemocy, lecz z woli wyborców: opiera się nie na bagnetach, lecz na kartkach wyborczych. Oznacza to szansę, ale także wyzwanie.
Wyniki wyborów pokazują, że istnieje równowaga między Zjednoczoną Prawicą (PiS i jego mniejsi sojusznicy) i demokratyczną opozycją (Koalicja Europejska, Wiosna i Lewica Razem). Na trzy listy demokratycznej opozycji padło łacznien45.8% głosów ważnych, czyli nieznacznie więcej niż na Prawo i Sprawiedliwość (45.4%). W pewnym sensie sukces partii władzy jest powtórzeniem jej sukcesu w wyborach z 2015 roku, gdy tylko dzięki temu, że koalicyjna lista Zjednoczonej Lewicy nie przekroczyła progu wyborczego prawica zdobyła ona bezwzględną większość mandatów sejmowych.
Powtarzam więc raz jeszcze: jeśli na serio chcemy odsunąć PiS od władzy i zapewnić Polsce demokratyczną przyszłość, powinniśmy na bok odłożyć nawet najbardziej uzasadnione wzajemne anse i zbudować możliwie szeroką – szerszą niż Koalicja Europejska – koalicję sił demokratycznych. Robert Biedroń ma powody, by cieszyć się z tego, że Wiosna znalazła się na trzecim miejscu, ale powinien pamiętać, że przy ordynacji obowiązującej w wyborach sejmowych kilka procent poparcia tej partii przełożyłoby się na znacznie więcej mandatów, gdyby Wiosna weszła w skład koalicji demokratycznej.
Jeszcze bardziej oczywista jest sytuacja Lewicy Razem. Szanuje i cenię ideowość działaczy tej formacji, ale raz jeszcze przestrzegam przed marnowaniem głosów. Nic nie wskazuje na to, że za pięć miesięcy Lewica Razem będzie w stanie pokonać próg wyborczy. Głosy oddane na tę listę znowu się zmarnują. Czy nie lepiej więc odłożyć na bok urazy z przeszłości i tym razem iść rzeczywiście razem?
Sojusz Lewicy Demokratycznej ma powody, by uznać swoją decyzję o wejściu w skład Koalicji Europejskiej za trafną. Ze wspólnych list wprowadziliśmy do Parlamentu Europejskiego tylu posłów, ilu mieliśmy w poprzedniej kadencji. Przekonany jestem, że gdyby SLD szedł do wyborów osobno, takiego wyniku nie zdobyłby. Tak się składa, że dobrze znam (także ze wspólnej pracy w rządzie) i bardzo cenię wszystkich teraz wybranych SLD-owskich deputowanych, więc przekonany jestem, że Polska i Unia Europejska dobrze wyjdą na tym, że zdobyli oni mandaty.
Musimy teraz zakasać rękawy i tak pracować nad przygotowaniem następnej kampanii wyborczej, by nie skończyła się ona nową przegraną.
Oznacza to przede wszystkim przełamanie fatalnego podziału na miasta i wieś, Polskę wschodnią i zachodnią. Poważny – realistyczny a zarazem ambitny – program dla wsi i dla regionów mniej rozwiniętych to obecnie warunek sine qua non jesiennego zwycięstwa.
Musimy zrobić poważny wysiłek dla odzyskania poparcia najmłodszych wyborców. To ich przyszłość jest szczególnie zagrożona przedłużaniem się rządów PiS.
Zarazem konieczny jest poważny program uporządkowania stosunków miedzy państwem i kościołem. Koalicja sil demokratycznych nie jest i nie będzie ugrupowaniem antykościelnym. Powinna jednak bardzo wyraźnie określić swe zamiary w takich sprawach jak dalsze losy ustawy antyaborcyjnej, nauczania religii w szkołach publicznych i jej finansowanie ze środków budżetowych, a przede wszystkim zasady wynagradzania takich – dotąd wyraźnie dyskryminowanych – kategorii pracowników państwowych jak nauczyciele, służba zdrowia czy personel administracyjny sadów.
Musimy też silniej niż dotychczas wyeksponować nasze stanowisko w sprawie polityki zagranicznej. Prawo i Sprawiedliwość doprowadziło do dramatycznego osłabienia pozycji międzynarodowej naszego państwa. Awanturnicza rusofobia w połączeniu z boczeniem się na główne państwa Unii Europejskiej niszczy tę pozycję, jaką dla Polski wywalczyliśmy przez pierwsze ćwierćwiecze Trzecie Rzeczypospolitej.
Tak więc jest nad czym dyskutować i jest wiele do zrobienia, byśmy za pięć miesięcy mieli prawo do otwierania szampana. Jest to w zasięgu możliwości, ale łatwo nie przyjdzie.

Nijaki fiolecik

Krótko o sytuacji powyborczej lewicy:

1)
SLD postawił jak widać na dobrą kartę, bo zachował swoje mandaty.
Wejście do KE było taktycznie niezłą decyzją. Kierownictwo może być z siebie zadowolone, bo partia jest w mainstreamie opozycji, a przed nami raczej walka z PiS-em niż walka o jakiekolwiek głębiej lewicowe cele. Obecność takich osób jak Bogusław Liberadzki w Europarlamencie to na ten moment najbardziej realnie lewicowy akcent całych wyborów i duży sukces.
2)
Lewica Razem może być z siebie bardzo niezadowolona. Ale bardziej z siebie niż wyniku, bo wynik jest pochodną kilku czynników.
Po pierwsze 1,5-3 procent na pewno im uciekło by taktycznie zagłosować na KE, nie ma wątpliwości.
Po drugie ich kampania była bardzo kiepska, bez żadnych silnych haseł, radykalizmu, a zamiast wyrazistości, która powinna płynąć z RSS i od Piotra Ikonowicza na pierwszym planie były jakieś enigmatyczne hasełka o płacach jak na Zachodzie, które były po prostu żadne. Nijaki fiolecik jest zbyt nijaki, skandynawskie-postsolidarnościowe robienie lewicy jest zaorane i skończone.
I trzeci najważniejszy czynnik: gdzie się podziały środki z subwencji? Jak lewica chce uzyskać dobry wynik wyborczy skoro przez całe cztery lata za te pieniądze nie zrobiono nic widocznego dla społeczeństwa?
Od trzech lat w całej Polsce powinny być kluby Razem w każdym województwie, gdzie powinno tętnić życiem od życia kulturalnego, wydarzeń, inicjatyw oddolnych i nie tylko wspierania najbiedniejszych itd…
Razem gra w politykę na zasadach partii kapitalistycznych, a już billboardy z samymi twarzami, czy wysyłanie jedynek-spadochroniarzy bez regionalnej rozpoznawalności/zasług do najbardziej lewicowych okręgów otwiera każdemu lewicowcowi nóż w kieszeni.
3)
Moja prognoza jest taka, że SLD czyni w tym momencie słusznie. Widząc, co się święci w tym nacjonalistycznym kraju uczynienie z SLD lewego skrzydła KE i popychanie PO na lewo jest chwilowo dobrym rozwiązaniem. Trzeba tylko umiejętnie ingerować w program KE by pchać ją w silny socjal i większy radykalizm, co samej KE może wyjść tylko na dobre.
Razem
powinno natomiast ulec gruntownej przebudowie wewnętrznej. I struktury, i wizerunek są do głębokiej naprawy. Zakon MS, który ewoluował w miękką socjaldemokrację i grupę o studenckim wizerunku to w Polsce za mało na dużą partię polityczną.
Główne wyzwanie to NOWE kadry, zarówno z samej klasy pracującej, ludzi starszych, jak i silniej lewicowego aktywu, który umożliwi tej partii realne przetrwanie nawet bez dotacji w trakcie chudych i niezbyt rokujących lat poniżej progu 3 procent.
Bo aktyw głodny sukcesu przy ofensywie PiS-u i tak wam już odleciał/odleci, tak samo jak poparcie ze strony GW i okolic.

Szansa Ważny Tunajt

Rozmawiałem dziś z kolegą, który od wielu lat mieszka i pracuje w Hiszpanii, na Teneryfie. Pytał mnie, co słychać w starym kraju. Opowiedziałem mu o powyborczej gorączce i o tym, jak jedni się cieszą i wieszczą rychły koniec drugich, a drudzy bagatelizują porażkę, którą próbują sprzedać jako mały wypadek przy pracy.

Znajomy z Hiszpanii nie głosował. Nawet nie wie, gdzie był najbliższy punkt wyborczy. Pewnie w konsulacie w Sewilli, ale kto by tam jechał na jeden raz. Lud pracujący na Wyspie zajmuje się meczami a po seansach-kolacjami w tawernach, żeby następnego dnia pójść do roboty. O polityce, zwłaszcza tej wielkiej, mało kto mówi. Bo i po co? Trzeba orać, żeby przeżyć, a politycy niech lepiej nie przeszkadzają, zwykł mawiać nigeryjski kolega mojego znajomego z Teneryfy, który razem z nim kładzie gładzie i podwiesza sufity w apartamentach.
Mój inny kolega, muzyk, zapytał mnie dziś, czemu nie załamuję rąk i nie krzyczę, że wygrał kto wygrał-przecież, my, ludzie kultury i artystycznego rzemiosła, powinniśmy najgłośniej protestować, że kraj nam idzie na zmarnowanie, bo jeszcze rok, dwa i urządzi nam PiS drugą Berezę Kartuską, i wszystkich na prawo od ściany powsadza na lata. Próbowałem go jakoś uspokoić, że na razie jeszcze nie wsadzają i nie zamykają. Mało tego, mówią dość otwartym tekstem, że nie zamierzają wyprowadzać Polski z UE, a cała reszta to kwestia umiejętności uprawiania miękkiej polityki dialogu i odpowiednio mocnych kadr, z czym rzeczywiście może być kłopot. A tak zupełnie po prawdzie, to my, ludzie sceny, lub szerzej, kultury i sztuki, najbardziej dostaliśmy po kieszeni od rządów Platformy i PSL-u. PiS jak dotąd głównie daje. Uwalone 50 proc. uzysku. Podwyżka VAT-u na bilety na imprezy masowe. Zgadnijcie Państwo, kto to tym pięknoduchom zafundował prawie dekadę temu?
W zwycięstwie PiS-u jest jednak cień szansy dla Polski. A przynajmniej być może. Wystarczy przyjrzeć się, nie nazbyt uważnie nawet, kto wygrał europejskie rozdanie w innych państwach. Zaznaczam od razu, to nie jest kompletnie moja polityczna bajka, ale ludzie wybrali tak a nie inaczej, i trzeba spróbować nauczyć się z tym żyć. Skoro już mamy w wielu europejskich państwach progres myśli prawicowo-konserwatywnej, której PiS jest również wyznawcą, istnieje szansa, że na poziomie europejskim, Kaczyński szybciej dogada się z sobie podobnymi w innych państwach niż z Timmermansem i Tuskiem. A z tego dogadania dla Polski mogą, choć nie muszą, wyniknąć konkretne, wymierne skutki. Najlepiej finansowe. Innymi słowy, ma dziś PiS szansę jak nigdy dotąd pokazać, jak potrafi skutecznie walczyć o pieniądze dla Polek i Polaków. I bardzo bym chciał ten wyczyn zobaczyć, a nawet więcej napiszę, bardzo towarzystwu kibicuję, żeby się im udało, choć na wódkę bym z nimi nie poszedł. Bo jak im się uda, to i mi też coś skapnie. Nowy chodnik, most, autostrada, po której będę jeździł i słuchał sobie na słuchawkach lewackich kapel i czytał Prousta.
Zawiść i żółć na wątrobie tak strasznie toczą ten kraj, że w dwugłosie polaryzacyjnym wszystkie podobne do moich opinie są kwitowane jako bajdurzenie symetrysty A mi idzie jedynie o swój własny komfort i dobrobyt, który egoistycznie łączę z dobrodziejstwem mojego kraju, urządzanego chwilowo przez PiS. I czy to się komuś podoba czy nie, tak właśnie jest, i mam wrażenie, jeszcze trochę będzie, więc oczywiście, można zżymać się dalej psując sobie nerwy, ale można też zacząć w końcu spokojnie żyć.
Wychodzę zaraz z domu i idę na rower. Bo mogę. Wam też radzę. Wy też nadal możecie.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Bigos tygodniowy

PiS – 45,4 procent, Koalicja Europejska – 38,5 procent, Wiosna – 6,1 procent. Wszyscy, którzy nie chcą władzy PiS muszą, jeśli nie lubią robić dobrej miny do złej gry, uznać ten wynik za porażkę obozu demokratycznego, liberalno-lewicowego w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie dlatego, że PiS wygrało te wybory, bo z niewielką przewagą tej siły należało się liczyć, ale dlatego, że okazało się, iż wbrew krążącym od blisko czterech lat przypuszczeniom (które i ja żywiłem) elektorat PiS nie jest zabetonowany na poziomie z wyborów 2015, lecz ma rezerwę, która właśnie została zmobilizowana i która jest teflonowo odporna na pisowskie kompromitacje, za to łasa na korupcyjne datki. PiS uzyskało wynik lepszy o 8 procent od tego sprzed prawie czterech lat. W tej sytuacji czarno widzę przyszły wynik jesiennych wyborów do Sejmu i Senatu. Co gorsza, nawet suma potencjałów sił demokratycznych (Koalicja Europejska plus Wiosna) jest minimalnie (ale jednak) mniejszy niż potencjał PiS, czyli także wbrew temu co wielu sądziło. Na dodatek przetrwanie Koalicji, przynajmniej w obecnym kształcie nie jest pewne, więc może być jeszcze gorzej.
*****
Człowiek jest istotą seksualną, większość z nas doświadczało, doświadcza i doświadczy pożądliwości. Jednak świat na tym się nie kończy, tymczasem oglądając film Sekielskich i czytając w mediach liczne teksty o kościelnej pedofilii można odnieść wrażenie, że dla tych „DUCHOWNYCH” właśnie na tym się kończy. Boże Przedwieczny, żeby „DUCHOWNI” byli aż tak chutliwi!!! Można odnieść wrażenie, że tych „DUCHOWNYCH” nic innego niż genitalia dziecka nie interesuje. Żadnych zainteresowań, żadnych aspiracji natury wyższej, tylko fizjologiczne chucie, horyzont umysłowy na poziomie krocza małoletniej ofiary. W jednym z materiałów telewizyjnych mowa była o „palcu wkładanym do pupy”, który ma uzdrowić. Palec Księdza jako Palec Boży?
*****
Prawolstwo pieni się ze złości z powodu antyklerykalnej i antykościelnej satyry na sobotnim Marszu Równości w Gdańsku, Krzysztof Wyszkowski nazwał ekipę Aleksandry Dulkiewicz „szaloną” (czy nie zapomniał wziąć leków?), a na Jasnej Górze Tadeusz Rydzyk w histerycznej przemowie wołał w niedzielę: „Widzimy to w mediach, widzimy w tym ataku na kościół katolicki – z tymi strasznymi sprawami, o których słyszymy codziennie wśród polityków, wśród tak zwanych dziennikarzy, ale raczej nazwać: manipulatorów. Widzimy, że to jest atak, to jest potop. Chcą utopić naszą wiarę, chcą utopić zaufanie do kościoła”. Potop, oblężenie Jasnej Góry, Rydzyk jako przeor Kordecki? A ja zwrócę uwagę na jeden tylko aspekt tej fali ostrej krytyki Kościoła kat. z jej nie spotykaną dotąd w Polsce jaskrawą – rzekłbym – ekspresjonistyczną stylistyką, znaną dotąd n.p. z Holandii czy Hiszpanii. Otóż – paradoksalnie – nie występowała ona w czasach laickiej PRL, natomiast dziś jej wyrazicielami jest pokolenie absolwentów katechezy szkolnej od 1990 roku. Kościół chciał sobie wychować pokolenie prawowiernych owieczek, a wychował sobie pokolenie szyderców, czyli osiągnął skutek odwrotny o zamierzonego. Co się stało? To pytanie do socjologów.

****
Kto nie lubi „zachodniego” poziomu życia? Większość ludzi o tym marzy, cokolwiek by to znaczyło. Ujmując rzecz w daleko idącym uproszeniu można by rzec, że większość obywateli Polski chciałaby zarabiać tyle, co dobrze zarabiający Niemiec. Z wyjątkiem tych, którzy już zarabiają znacznie więcej. I dlatego też większość z nas, pewnie zauroczona „zachodnim poziomem życia”, nie zwróciła uwagi na narrację Kaczyńskiego i Młodego Morawieckiego. Otóż orzekli oni, przy okazji dyskusji wokół sprawy waluty euro, że chcą „zachodniego poziomu życia”, „zachodniego poziomu zarobków”, ale nie chcą zachodnich „nowinek obyczajowych” (Morawiecki). Czy te „nowinki”, to wolność, w tym wolność słowa, demokracja, praworządność, rozdział kościoła od państwa i tym podobne?
*****
Notoryczny Kłamca, Pinokio, który już musiał w trybie wyborczym publicznie przepraszać za kłamstwa znów przyłapany na jakichś skomplikowanych matactwach i przecherstwach majątkowych z arcybiskupem wrocławskim i jakimiś szemranymi osobami w tle. Jak dotąd, choć uwielbia upajać się własnym głosem podczas przemówień i sypać czerstwymi żartami, nie miał odwagi wytłumaczyć się przed opinią publiczną. Jeśli porównać to z aferą zegarka ministra Nowaka z PO, aferą opiewającą na kwotę całych 17 bodaj tysiąca złotych, to boki bolą od śmiechu
*****
Radna warszawska PiS Olga Semeniuk, domaga się rozbiórki pomnika Żołnierzy I Armii Wojska Polskiego, autorstwa wielkiego Xawerego Dunikowskiego. W miejsce usytuowanego na Muranowie monumentu przedstawiającego figurę żołnierza w hełmie i z pistoletem maszynowym w dłoniach, chciałaby wzniesienia pomnika generała Władysława Andersa. Moja propozycja jest inna: ustawić figurę Andersa obok figury żołnierza, w geście obejmowania go, na podobieństwo socrealistycznej rzeźby Aliny Szapocznikow „Przyjaciele”. Byłaby to metafora pojednania narodu. Perypetie z usunięciem przed laty tego pomnika przez hunwejbina z Pałacu Kultury powinny być memento dla wszystkich opętanych chorymi emocjami burzy murków i burzypomników. Pomnik Juliusza Słowackiego na placu Bankowym odpowiada mi ze wszechmiar, ale gdyby obok niego zrekonstruowano pomnik Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego, byłbym jeszcze bardziej usatysfakcjonowany.

„Chodzi mi o to …”

„A ja myślałem, że będą strajkować w wakacje. Powinni…” w taki sposób Marszałek Senatu Stanisław Karczewski skomentował w rozmowie z redaktor wyborcza.pl fakt zawieszenia strajku nauczycieli.
Wydawać by się mogło, że Stanisław Karczewski to człowiek wykształcony, kulturalny i taktowny. Niestety okazało się, że stać go na aroganckie a wręcz bezczelne zachowane. Momentami zupełnie zapomina, że jest on trzecią osobą w Państwie.
Marszałek Senatu nie po raz pierwszy w tej kadencji wykazał się brakiem wyczucia sytuacji a Jego wypowiedzi bez najmniejszej przesady można uznać za głupie. Już wcześniej nawoływaliśmy Marszałka Stanisława Karczewskiego by wypowiadając się publicznie starał się aby Jego wypowiedzi nie wyprzedzały aż tak drastycznie myśli. Jak się jednak okazuje ma on problem z okiełzaniem języka. W dalszym ciągu zdarzają Mu się sytuacje, w których jego wypowiedzi radykalne wyprzedzają myśli. I tak oto lęgną się bezmyślne i głupie wypowiedzi, które trafiające do obiegu publicznego. Na zakończenie dedykujemy Marszałkowi Stanisławowi Karczewskiemu myśl Juliusza Słowackiego „Chodzi mi o to, aby język giętki, powiedział wszystko, co pomyśli głowa”. Warto jeszcze raz podkreślić „… co pomyśli głowa…”.

Miś na miarę

27 grudnia obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Modlitwy o Szybszą Przemianę Materii. W tym roku również zmarnowaliśmy szansę na nawrócenie.

***

Media podają informację o radnym PiS Rafale Szymańskim z Jeleniej Góry, który opublikował na swoim profilu post na temat aborcji. Jego odpowiedź na komentarz jednej z internautek wywołała spore oburzenie. Poradził kobiecie, aby „macicę wyrzuciła do kibla”. Radny Szymański to ponoć przewodniczący Komisji Kultury.

***

To zapewne w ramach wolności do wrzucania do kibla macic oraz innych części ciała minister kultury Piotr Gliński otrzymał prestiżowy tytuł „Człowieka Wolności” tygodnika „Sieci”.

***

Ryszard Petru przed Galerią Mokotów wezwał opozycję do zjednoczenia.
Przemawiał sam. Obecności pozostałych pięciu króli pod galerią nie stwierdzono.

Głos lewicy

Znak zapytania

Publicysta Piotr Nowak ocenia zarys programu Biedronia:

Miał przyjść nowy Balcerowicz, wolnorynkowa bestia w owczej skórze uśmiechniętego lowelasa. Media zwiastowały nadejście „polskiego Macrona”, a wiadomo co to oznacza w kontekście najnowszych obrazków znad Sekwany. Powiedziałbym, że dawno nikt tak nie przestraszył polskiej lewicy. Ale to nieprawda, bo polska lewica boi się czegoś nieustannie. Ostatnio jednak boi się Roberta Biedronia. Dlaczego? A bo nie dość, że podobno udaje kogoś kim nie jest, to na dodatek chce lewicę pożreć – zabrać jej poparcie. Były prezydent Słupska co prawda w żadnej wypowiedzi lewicowych aspiracji nie zgłaszał, jednak w optyce wielu wyborców za polityka lewicy uchodzi, co jest zjawiskiem wynikającym zapewne z dramatycznej posuchy, jeśli chodzi o rozpoznawalnych i charyzmatycznych liderów.
Tuż przed świętami ekipa Biedronia postanowiła uchylić rąbka tajemnicy. Termin pewnie nieprzypadkowy, bo przy świątecznych spotkaniach temat zapewne nieźle zawirował. Z dziennikarką „GW” Adrianą Rozwadowską porozmawiał Dariusz Standerski, numer dwa w biedroniowej ekipie. Bez zgody tego faceta nie zostanie klepnięty żaden element programu nowej formacji. Standerski to ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego, a także członek zarządu Fundacji Kaleckiego – organizacji, która od kilku lat z powodzeniem rozbija w Polsce neoliberalny beton.
Oczywiście, trudno się z nimi zgadzać we wszystkim. Ich podejście do transformacji energetycznej jest dla mnie nie do zaakceptowania.

Bigos tygodniowy

Młody Morawiecki zadebiutował jako komik stand-upowy. Z trybuny sejmowej perlił się dowcipem, kpił, ironizował, szydził. Pewien aktor, który postanowił wyjątkowo zabłysnąć w pewnej roli, więc dwoił się i troił na scenie, zapytał po spektaklu o opinię reżysera Kazimierza Dejmka. Ten mu odpowiedział: „Był taki bułgarski cyrkowiec. Jeździł na jednokołowym rowerze, jednocześnie lewą ręką żonglując piłeczkami a prawą wirował talerzykiem na czubku kija. Pan był lepszy”. Z rzeczy poważniejszych, które poruszył MM, to deklaracja wycofania się z podwyżki cen prądu. Pisiory przelękły się paryskiej lekcji „żółtych kamizelek”? Tylko jak to zbilansują finansowo? Zaczyna być pod górkę?

 

***

„Jest pan wybitnym mężem stanu i wielkim historykiem, w związku z tym chciałbym zapytać, czy do pana już dotarło, że w czasie II wojny światowej Węgry były sojusznikiem Hitlera, a nie koalicji antyhitlerowskiej. Jak słyszę wasze ujadania, jak widzę wasze narodowe twarze, to chciałbym sparafrazować wielkiego Wojciecha Młynarskiego, „bom ja już nie pachole, żebym ja bym taki zdrowy, jak ja was… szanuję” – powiedział w Sejmie Stefan Niesiołowski do Młodego Morawieckiego. I pomyśleć, że ja kiedyś, w zamierzchłych czasach nie cierpiałem „Niesioła” za ZChN i za klerykalizm. Tempora mutantur…

 

***

Po długotrwałym okresie martwego milczenia (spokój panował w Budapeszcie), w stolicy Węgier niepodziewanie wybuchła fala protestów społecznych przeciw posunięciom rządu Wiktora Orbana. W kilkudniowych już zamieszkach ulicznych, w których biorą udział tysiące ludzi, zatrzymano kilkadziesiąt osób, a kilkunastu policjantów odniosło rany. Doszło też do wtargnięcia protestujących do gmachu rządowej telewizji i do brutalnego potraktowania ich przez siły porządkowe. Impulsem, który sprowokował protesty była ustawa zwiększająca limit obowiązkowych nadgodzin i znacznie opóźniająca wypłatę za ich odpracowanie, nazwana ustawą „niewolniczą”. Wielu protestujących uważa jednak, że ten protest nie dotyczy tylko jednej konkretnej sprawy, lecz jest iskrą antyorbanowskiego przebudzenia na Węgrzech. Orban wydał oświadczenie, że za protestami stoi Soros i jacyś przestępcy i że nie jest to słuszny protest klasy robotniczej. Czyżby ci, którzy przewidywali, że rządy Orbana trwać będą tysiąc lat, jak III Rzesza, jednak się pomylili się i właśnie zaczął się początek końca węgierskiego dyktatora?

 

***

Powtórka serialu „Czarne chmury”. Doskonały humor i optymizm w propisowskich mediach (z wyjątkiem TVPiS) gdzieś prysnął. Zastąpiło je zwątpienie i jeremiada. W „Gazecie Polskiej” Jerzy Targalski: „W styczniu biegliśmy do centrum po większość konstytucyjną. Nic z tego. Pytania prejudycjalne podporządkowują polskie ustawodawstwo bezpośrednio TSUE. Hasło stabilizacji oznacza, że żadnych reform nie będzie. Remont Republiki Okrągłego Stołu okazał się jej cienkim przypudrowaniem. Mieszkańcy miast nie chcą głosować na PiS. Posłanka PiS Joanna Lichocka: „Warto napisać to wprost – istnieje realne prawdopodobieństwo, że ludzie systemu III RP mogą wrócić do władzy. Pokazał to niebezpiecznie wynik wyborczy do samorządów”. Nad „czarnymi chmurami” płacze też Robert Tekieli: „Coraz trudniej pisze mi się te felietony. Coraz ciemniejsze barwy mają te zdjęcia kolejnych tygodni” (…) „do tego wróg wewnętrzny, gdy rodzice w pewnym przedszkolu w Poznaniu dowiedzieli się, że ich dzieci mają wziąć udział w jasełkach, zaprotestowali. Zamiast tego chcą bałwankowo-snieżnego przedstawienia”. Trudno się dziwić rodzicom, że mają po uszy tej klerykalizacji szkół i dyktatury religianctwa. Także niektórzy radni warszawscy i Fundacja Wolność od Religii upominają się o przestrzeganie w końcu neutralności światopoglądowej państwa przez władze publiczne. Miejmy nadzieję, że przekształci się to w areligijny ruch „me to”, walczący o wolność od złego dotyku religijnego. A co do minorowych nastrojów w pisowskich szczujniach, to więcej wiary jest u Pawła Lisickiego w „Do rzeczy”, a w „Sieciach pisentuzjastów Karnowskich to niemal całkiem wesoło, alleluja i do przodu. Dobra mina do gorszej gry?

 

***

To, co odważni rodzice uskubali w szkole, PiS odrobiło na stanowisku Rzecznika Praw Dziecka, którym został jakiś koszmarny klerykał o powierzchowności kleryka, niejaki Mikołaj Pawlak, prawnik jakichś sądów biskupich (czyżby zajmował się dziewicami konsystorskimi?). Ten jegomość jest oczywiście gorliwym zwolennikiem zakazu aborcji, a metodę in vitro określił jako „niegodziwą”. Wygląda na psychicznie przecwelonego wychowanka klechów. Oj, nie przysłuży się ten Mikołaj dzieciom, oj nie przysłuży.

 

***

Siedmioro sędziów Trybunału Konstytucyjnego zbuntowało się przeciw sposobowi zarządzania firmą i napisało list protestacyjny do Przyłębskiej. Wśród nich jest Piotr Pszczółkowski, niegdyś pisowski kandydat, który był albo czyimś koniem trojańskim albo zbiesił się dopiero po objęciu stanowiska w TK. Tak czy owak PiS ma kolejny punkt zapalny w kolejnym organie sądownictwa. A Niezłomny musiał ukorzyć się przed TSUE i podpisać ustawę o SN. Uginanie się to jednak dla niego, Niezłomnego, chleb powszedni.

 

***

Po policjantach, także pracownicy administracyjni sądów i nauczyciele postanowili zastosować formułę strajku typu L4. To genialny sposób na strajki płacowe. I do tego uczciwy, uczciwszy niż typowy strajk stacjonarny. W końcu, kto z nas jest aż tak zdrowy, żeby nie zasługiwać na zwolnienie lekarskie w każdej chwili?

 

***

PiS pieni się z powodu dwóch spraw warszawskich. Po pierwsze, unosi się oburzeniem na perspektywę przywrócenia dawnych, „komunistycznych” nazw ulic, co oznacza pożegnanie się z patronami klerykalno-nacjonalistycznej reakcji w rodzaju nieszczęsnej „Inki”. W drugiej sprawie, nowe władze Warszawy zachowały się kompletnie niepolitycznie, dając PiS gotową amunicję przeciw sobie. Zmniejszenie bonifikaty mieszkaniowej z 98 procent do 60 procent było strzałem w stopę, a i tak prawdopodobnie będzie trzeba się z tego wycofać i zaproponować jakieś salomonowe rozwiązanie. A co do patronów ulic, to ja się pytam: dlaczego w przestrzeni publicznej ma nadal panować dyktat strony prawicowo-klerykalno-nacjonalistycznej? Z jakiej racji? Jeśli chcą mianować ulice swoimi „Inkami”, Wojtyłami itd., to niech szukają nowych, wolnych miejsc, a odczepią się od lewicowych patronów. Nie wszyscy z nich byli bez skazy, ale patroni nacjonalistyczno-klerykalni także nie, więc o co chodzi?