Mój dziennik politycznie niepoprawny

22 luty 2012
Zaciekawiło mnie telewizyjne wspomnienie o Leopoldzie Tyrmandzie, postaci ożywiającej naraz kilka nurtów życia intelektualnego w powojennej Polsce. Egocentryczny, niepokorny, zwaśniony z władzą, uosabiał trwały typ intelektualnego oporu wobec panującego systemu, którego, wpędzając się w stan buntu o konsystencji wrzenia, totalnie nie akceptował. Giedroyć wspomina o nim niezbyt rozlegle w swej „Autobiografii na Cztery Ręce”: Tyrmand, po wyjeździe z Polski, nie zabawił długo w podparyskiej siedzibie „Kultury”, gdzie zdeponował rękopis „Dziennika 1954”. Książka jest jedyną tego autora przeczytaną przeze mnie w całości – niektóre fragmenty kilkukrotnie.
Nie mam zasadniczo cierpliwości do beletrystyki, co nie znaczy, że jej unikam. Zaledwie pobieżnie pochyliłem się przed laty nad „Złym”, który w swoim czasie został uznany za wydarzenie literackie. Książkę wypadało przeczytać, zwłaszcza że wyszła spod ręki niestrudzonego kontestatora powojennych porządków. Pierwsze wydanie rozeszło się jak przysłowiowe ciepłe bułeczki; było tryumfem osobistym pisarza. Do dzisiaj uchodzi za koronne, obok „Dziennika 1954”, dzieło tego literata. Chociaż spod pióra Tyrmanda wyszło wiele innych pozycji, czytelniczą popularnością nie zdystansowały „Złego”.
„Dziennik 1954” został zaliczony do kanonu polskiej literatury. Jest pełnym pasji kronikarskim zapisem i opisem społecznych i politycznych realiów oraz postaw kręgów intelektualnych i twórczych Warszawy czasu apogeum polskiej wersji stalinizmu. Tyrmand świat ten znał znakomicie. Przez lata pozostawał jego świadkiem i bywalcem. Portretował ze zjadliwym krytycyzmem. Książka jest lekturą pasjonującą. Mimo iż dotyczy spraw w czasie odległych, wciąga i fascynuje, również za przyczyną znakomitego języka, którym autor posługiwał się z godną pozazdroszczenia lekkością. „Dziennik” nie jest – nie tylko mym zdaniem – pozbawiony słabości wypływających zapewne z osobistego, niełatwego w kontaktach z ludźmi charakteru pisarza. Odczytuję go również jako owoc nadwrażliwego egocentryzmu Tyrmanda. Emanuje przerysowaną, mym zdaniem, ostrością. Wydaje się, że należy odczytać dzieło jako intelektualną erupcję buntu, zwyczajnej złości wobec sposobu, w jaki traktuje go władza w odpowiedzi na otwarcie manifestowaną niezależność. Oryginalny styl bycia twórcy „Dziennika 1954” stanowił wartość samą w sobie: irytujący i podziwiany zarazem. Był niewątpliwie kłopotliwy dla rządzących. Opis świata wpisany w stronice „Dziennika” jest w wątku ludzkim nazbyt przejaskrawiony – dychotomiczny. Zapewne innym być nie mógł, gdyż, jak sądzę, ta właśnie cecha przesądza o wartości książki – decyduje zapewne o czytelniczej atrakcyjności. Jakkolwiek nie budzi zawodu, studzi w pewnym stopniu me czytelnicze rozpalenie oraz wiarę, iż oddaje prawdę i tylko prawdę. Z wyjątkami, nie w pełni ufam bytom czarno-białym, w czym Tyrmand najwyraźniej czuł się jak ryba w wodzie.
Tyrmandowe portrety współczesnych mu luminarzy kultury i polityki są w większości przejaskrawione: przesadnie zogniskowane na negatywach, tyle zasadnych, co po wielokroć wyolbrzymionych, lub wprost nietrafionych. Autor najwyraźniej nie posiadł zdolności zauważania pośrednich odcieni ludzkiej galerii, którą gniewnie portretował – w pisaniu Tyrmanda nie ma miejsca na kompromis polityczny i intelektualny. Zdaje się twierdzić i dowodzić, że otaczają go – z niewielkimi wyjątkami – wyłącznie koniunkturalni tchórze i twórczy oportuniści. Jakkolwiek niektórzy na taki opis zasłużyli, ten pozostaje po wielokroć demonizowanym. Na tak szkicowanym tle ludzkiej marności, pisarz – siłą rzeczy – kreuje się na herosa intelektu i tytana moralności zbrzydzonego światem, który go otacza. Nie szczędzi nikogo i niczego – nie przeczę, że niejednokrotnie zasadnie – z wyłączeniem paru osób, w tym w szczególności Kisielewskiego, z którym był w bliskiej przyjaźni i którego ogromnie cenił jako człowieka, dziennikarza i literata. Tak ostry opis sporego kręgu znanych Tyrmandowi ludzi, jakkolwiek na swój sposób pasjonujący, odchyla się często od realności; wydaje się, że nie o obiektywizm tu chodziło. Swoją drogą trudno uwierzyć, aby owa ludzka galeria nosiła w sobie wyłącznie zło, samo zło i tylko zło. Ja w każdym razie w coś takiego nie wierzę. I nie jest to tylko kwestia wiary. Nie akceptujący półcieni radykalizm Tyrmanda stworzył, w symbiozie ze znakomitym piórem, dzieło niewątpliwie ciekawe i ważne, wciągające w czytaniu.
Pomimo uwag, nie sposób odmówić pisarzowi trafności w diagnozowaniu epoki – tego jej skrawka, który wpisuje się 1954 rok. W ocenie systemu, wieszcząc jego wypalenie się – przyszły upadek – był na swój sposób proroczy.
Warto odnotować, że był Tyrmand żywym przykładem wojennego antybohatera: nigdy i nigdzie nie walczył, nie uczestniczył też w wojennej konspiracji. Całą wojnę przeczekał względnie spokojnie poza krajem. Na tle obowiązujących wzorców wojennego patriotyzmu chciałoby się rzez, że spokojnie „przepękał” te koszmarne lata. Do Polski powrócił w 1946 roku. Jest swoistą ciekawostką, że w ponurej epoce stalinizmu po polsku, zasadnicza dotkliwością, którą boleśnie odczuwał, były kolejne odmowy wydania mu paszportu – otrzymanie owego dokumentu było w tamtym czasie dla większości niemożliwym. Znał osobiście niezliczoną liczbę ludzi: sławnych, ważnych i znaczących, oraz tych bez znaczenia. Grono to często mu pomagało i wyciągało z kłopotów. Prowokował i drażnił. Był głośny i donośny. Swych poglądów publicznie nie skrywał, za co, o dziwo, nigdy nie trafił za stalinowskie kratki, co zdarzało się podobnym mu buntownikom. Trudno w związku z tym uznać Tyrmanda za kombatanta walki z „komuną” w klasycznym rozumieniu tego słowa. Zasadnym jest zauważyć, że wojenne i powojenne losy pisarza nie zostały naznaczone jakąś szczególną postacią osobistej „martyrologii”, jakże dziś modnej i pożądanej przez co niektórych. Właściwość ta kreuje swoisty dysonans pomiędzy tym, jak żył, tym, co zawarł w „Dzienniku”, a realnie zaznanymi ze strony władzy dolegliwościami osobistymi. Z pasją walczył o lepszą pozycje towarzyską i materialną, na którą, o czym był głęboko przekonany, zasłużył sobie pisarskim talentem. To co materialnie osiągał nie zadawalało pisarza, za co winił marności wypływające z panującego systemu politycznego.
Kupiłem swego czasu oryginalną, wydaną w 1995 roku wersję „Dziennika 1954” ze znakomitym wstępem zredagowanym przez nieżyjącego już Henryka Dasko – niegdyś czytywałem w „Polityce” artykuły poświęcone literaturze anglojęzycznej, której był znawcą i krytykiem. Był Dasko, zapewne na swój sposób dowcipnym, lub śmiertelnie poważnym. Cytuję kawałek wstępu do „Dziennika” pióra pana Henryka: „Tyrmand przeciwstawił samego siebie – europejskiego epikurejczyka – sprawnie posługującego się sztućcami i zadumanego nad eschatologicznymi meandrami mounierowskiego personalizmu. …dychotomia Tyrmand – komunista.” Po przeczytaniu tego kawałka pomyślałem sobie, że Dasko robi sobie jaja z „prostego” czytelnika.
„Dziennik 1954” jawi się w swym rozwarstwionym napięciu intelektualnym i moralnym jako wyłącznie dwubiegunowy: dobro i zło, a ściślej – powtórzę – czerń i biel bez najmniejszej próby zrozumienia i pobłażania temu, co poza nim: jakby ten inny świat był totalnym złem. Właściwość ta w jakiś sposób upodabnia „Dziennik” do „Zniewolonego umysłu”, paraboli literackiej (przypowieści) pióra Czesława Miłosza. Cenię obie, jednak w swej bezbrzeżnej megalomani ośmielam się mieć uwagi: otóż „winię” obie wybitności o ocierający się o łatwiznę łatwizną radykalizm, ustawiający piszących w pomnikowej roli nieomylnych, przy tym nieprzejednanych, jedynie słusznych arbitrów. Nie bez trudu akceptuję ten typ twórczego egocentryzmu oraz intelektualnej wyniosłości obojga. Nie odmawiam nikomu, kto pisze, świętego prawa do twórczej dowolności. Wiele dzieł światowej beletrystyki bazują na kontrapunkcie. Waham się jednak, czy obie książki nie noszą znamion pychy autorów. Odrzucam mogący się po ich przeczytaniu objawić pogląd, że każda inne zachowanie i postawy, odchylające się choćby o milimetr od wzorców, które kreślą, są a priori złe – nie do zaakceptowania na płaszczyźnie intelektualnej i moralnej. Mam taką naturę, przy tym pole, jak mi się wydaje, zdrowej tolerancji, że nie w pełni ufam tej kategorii nieomylności. Z trudem – z wyjątkami – przyswajam sobie dzieła o cechach przesadnie, wedle mnie, moralizujących. Te nierzadko wydają mi się być nadto nachalnymi. Jeśli sytuacje i osoby w nich opisane nie są w sposób oczywisty złe – o czym wiem, lub przypuszczam, że takimi są – zachowuję ostrożność. Z punktu widzenia dzisiejszego czytelnika nie uważam, aby rozważania i wnioski zawarte w obu książkach należały do bezdyskusyjnie słusznych. Stronią autorzy – świadomie – od pogłębionej refleksji, wszak nie o nią im w tamtym czasie chodziło. Oddalają od siebie zamysł nad uwikłaniem człowieka w historię, a także to, że nie zawsze jesteśmy podmiotem własnego losu. Ja uważam, że nikt nie rodzi się i umiera jako kryształ. Rzecz jasna granice tego rodzaju wyrozumiałości nie mogą być bezbrzeżne. Nie wolno nam jednak totalnie wykasować tolerancji w odniesieniu do inkryminowanych postaw i zachowań, uwzględniającej rozmaite okoliczności: historyczne np., także te zwyczajnie ludzkie, które determinują czyny „osądzanych”.
Tyrmand pisał swój „Dziennik 1954” do szuflady, Miłosz „Captive Mind” napisał poza Polską – właściwie na zamówienie „Kultury”, krótko po tym, kiedy wzmagając się z rozterkami, zdecydował pozostać na Zachodzie. Jerzy Giedroyć uznał książkę Miłosza za ważną, jednak, np. przeciwnie do Herlinga Grudzińskiego, który podkreślał, że ta przede wszystkim kreuje i ożywia negatywny mit „ketmana” ( patrz: „Nienasycenie” Witkacego) twierdził, iż gromiona przez autora postawa czwórki jej głównych postaci – antybohaterów: Alfa, Beta, Gamma i Delta to przede wszystkim owoc strachu i oportunizmu (patrz: „Autobiografia na cztery ręce”), przez co, jak mi się wydaje, spłycał przesłanie i symbolikę dzieła. Ta z punktu widzenia zaangażowanego czytelnika – tego na emigracji i w kraju – wydawała się być znaczącą. Zwłaszcza wtedy.

Potrzeba więcej rozumu

W polskim społeczeństwie rośnie zapotrzebowanie na merytoryczną i sprawdzoną wiedzę zwalczającą dezinformację i krążące mity dotyczące szczepień.
Dobre wyniki przynosi akcja „Nauka przeciw pandemii”, która w ciągu miesiąca od powstania była przywoływana przez największe polskie media. Inicjatywa zrzesza uznanych ekspertów ze środowiska naukowego, a jej działalność skupia się na szerzeniu rzetelnej informacji dotyczącej szczepień przeciw koronawirusowi oraz innowacyjnych technologii zastosowanych w szczepionkach.
Celem inicjatywy „Nauka przeciw pandemii” jest przekazywanie wiedzy popartej nauką – a to, jak olbrzymie wśród polskiego społeczeństwa jest zapotrzebowanie na rzetelne informacje dotyczące szczepień przeciw Covid-19 pokazują wyniki medialne projektu. Od startu inicjatywy informacje na temat „Nauki przeciw pandemii” pojawiły się w największych tytułach mediowych w Polsce, a eksperci wchodzący w skład Rady Programowej byli zapraszani do największych audycji i programów poruszających kwestię szczepień przeciw koronawirusowi.
Jak podaje Instytut Monitorowania Mediów IMM, w ciągu miesiąca temat prowadzonych przez organizację działań pojawił się w mediach 341 razy, co przełożyło się na dotarcie na poziomie ponad 22 mln kontaktów z przekazem. Co istotne, inicjatywa została także wsparta przez szereg instytucji, wśród których znalazła się m.in. międzynarodowa sieć naukowa USERN (Universal Scientific Education and Research Network).
Sieć ta, założona przez irańskiego immunologa Nima Rezaei, zrzesza obecnie tysiące naukowców z całego świata, w tym prominentnych badaczy ze świata medycyny. W skład rady USERN wchodzi obecnie 16 laureatów Nagrody Nobla. Pokazuje to, jak ważne i potrzebne z perspektywy społecznej było powstanie jednej organizacji mówiącej wspólnym głosem doświadczonych ekspertów.
„Nauka przeciw pandemii” to inicjatywa stanowiąca wsparcie dla środowiska lekarskiego i służb medycznych, którzy mają codzienny kontakt z pacjentami i są dla nich najczęściej pierwszym źródłem wiedzy. To także źródło wiedzy dla mediów oraz ogółu społeczeństwa, którzy popartej nauką wiedzy na temat szczepień przeciw COVID-19 i typów szczepionek. Inicjatywa powstała dzięki Polskiemu Towarzystwu Zdrowia Publicznego, a radę programową tworzy grono 14 profesorów i doktorów – ekspertów z różnych dziedzin: chorób zakaźnych, wakcynologii, wirusologii, chemii i biochemii, zdrowia publicznego i medycyny rodzinnej.

Liderzy mediów z krajów BRICS spotykają się, by planować współpracę po pandemii COVID-19

Piąte spotkanie prezydium organizacji BRICS Media Forum odbyło się w poniedziałek w formie wideokonferencji. Jego uczestnicy zapowiedzieli podjęcie wspólnych wysiłków na rzecz poprawy funkcjonowania forum oraz zintensyfikowania wymiany doświadczeń I współpracy po pandemii COVID-19.

  • W walce z pandemią COVID-19 media z państw BRICS aktywnie wykonywały swoje obowiązki społeczne, informując o wspólnej walce krajów BRICS z pandemią I ułatwiając wzajemne wsparcie I pomoc między narodami z tych krajów – powiedział He Ping, dyrektor wykonawczy BRICS Media Forum.
  • W obliczu bezprecedensowych zmian, niewidzianych od stu lat, media z krajów BRICS powinny zrozumieć historyczny trend I zadziałać jako podmioty ułatwiające pokojowy rozwój – powiedział He, który jest również przewodniczącym I redaktorem naczelnym agencji informacyjnej Xinhua.
    Wezwał media z krajów BRICS, by były świadome ogólnych trendów w globalnych rozwoju i występowały w roli “narratorów” historii o swoich państwach, nadążały za ewolucją mediów oraz stawały się „liderami” innowacyjnego rozwoju, w pełni wykorzystując możliwości wynikające ze współpracy w ramach BRICS. Wreszcie – by angażowały się w pragmatyczną współpracę.
    Xinhua zamierza zacieśnić współpracę z mediami z innym państw, aby dostarczać duchowej inspiracji do pokonania pandemii, ożywienia gospodarki i zbudowania społeczności, którą łączy wspólna przyszłość – dodał He.
    Pracom forum współprzewodniczyli Jose Juan Sanchez, przewodniczący brazylijskiej CMA Group, pierwszy zastępca redaktora naczelnego rosyjskiej agencji „Rossiya Segodnya” Siergiej Koczetkow, Narasimhan Ram – dyrektor indyjskiej The Hindu Publishing Group oraz Iqbal Surve, dyrektor wykonawczy grupy Independent Media of South Africa. W swoich przemówieniach wyrażali nadzieję na dalsze pogłębianie współpracy między mediami z krajów BRICS, ułatwienie rozwoju stosunków między tymi państwami i na to, że swoją działalnością pomogą budować lepszy świat.
    BRICS Media Forum zostało utworzone z inicjatywy agencji informacyjnej Xinhua, a jego działalność wspólnie z nią zapoczątkowały mainstreamowe media z Brazylii, Rosji, Indii oraz RPA. Prezydium forum jest głównym organem decyzyjnym organizacji.

Niepokojący urok smartfonów

Z jednej strony, nauczyciele w Polsce widzą wartość technologii cyfrowych, ale potrzebują praktycznej wiedzy, by pokazać uczniom ich użycie. Z drugiej strony, jak wskazuje Instytut Badań Edukacyjnych, uczniowie przyzwyczajeni do smartfona pod ręką, reagują agresją na próby odebrania urządzenia lecz służy im ono głównie do celów rozrywkowych.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat smartfony weszły do codziennego życia, na stałe zmieniając pejzaż społeczny. Szacuje się, że smartfon posiada ponad trzy czwarte Polek i Polaków powyżej 15. roku życia, przy czym wśród osób poniżej 44. roku życia odsetek ten rośnie do ponad 90 proc.
Gruntowna ewolucja smartfona trwa już od dekady. Stał się on powszechnym urządzeniem, bez którego trudno wyobrazić sobie codzienne funkcjonowanie. Już dawno przestał pełnić funkcję jedynie komunikacyjną. Ma różnorodne zastosowania zarówno w sferze zawodowej jak i prywatnej, w edukacji czy rozrywce.
Ten trend dotyczy także dzieci i młodzieży. Smartfony stały się podstawowym elementem wyposażenia uczniów i uczennic, co wiąże się z szeregiem wyzwań, szans i ryzyk. Jednocześnie jednak społeczności szkolne powoli adaptują się do tej zmiany. Uczniowie nisko oceniają swoje kompetencje cyfrowe, a smartfon służy im głównie do celów rozrywkowych.
Smartfon obecny jest niemal w każdym obszarze naszego życia, ale raczej z wyjątkiem szkoły. Większość dzieci i młodzieży w wieku 9-17 lat codziennie korzysta ze swojego smartfona, ale trudno im raczej przypomnieć sobie jakieś ciekawe lekcje, prowadzone z użyciem tego urządzenia. W związku z pandemią w poprzednim roku szkolnym wprowadzono lekcje zdalne, przy których smartfony były przydatne – ale też trudno mówić, by takie lekcje były interesujące.
Szkoły mają obowiązek ustalenia warunków korzystania z telefonów komórkowych, zapisując je w statucie . W praktyce jednak połowie badanych uczniów zasady te nie są znane. Brakuje też klarownych wytycznych co do stanowiska poszczególnych szkół wobec uczniowskich smartfonów.
Jaką rolę smartfony odgrywają w edukacji? Czy można w efektywny sposób wykorzystywać je na lekcjach? Jak wprowadzić i egzekwować jasne zasady korzystania z nich w szkołach? Jakiego wsparcia mogłyby potrzebować placówki edukacyjne? Odpowiedzi m.in. na te pytania poszukują uczestnicy projektu Instytutu Badań Edukacyjnych zatytułowanego “Smartfony w szkole. Ustalamy reguły gry” .
Jak wskazuje IBE, edukacja szkolna z wielu względów wciąż jest ,,odporna” na nowe technologie, a jeśli te już się pojawiają, to stanowią jedynie dodatek w procesie uczenia się, niżeli główną oś, wokół której ten proces się odbywa. Szkoła nie stwarza dzieciom okazji do korzystania ze smartfona w celach poznawczych – jako narzędzia dostępu do zasobów edukacyjnych, źródła wiedzy, narzędzia do porównywania wiadomości, krytycznego namysłu nad nimi, uczenia się języków obcych, współpracy z uczniami i nauczycielem.
Średni wiek rozpoczęcia systematycznego korzystania z internetu wynosi w Polsce 9 lat i 7 miesięcy, ale rozpoczęcie nieregularnego korzystania z internetu w smartfonach rozpoczyna się zazwyczaj już między 4 a 5 rokiem życia. W przypadku dzieci w wieku od 6 miesięcy do 6,5 lat: 79 proc. czasem ogląda filmy, a 62 proc. czasem gra na smartfonach lub tabletach.
Fakt, że do szkół trafiają osoby, które mają już częściowo wyrobione nawyki korzystania ze smartfonów, jest dodatkowym wyzwaniem, z którym mierzą się nauczyciele. 82 proc. dzieci w wieku 9–17 lat codziennie korzysta ze smartfona, łącząc się z internetem. Internetu mobilnego nastolatki używają pierwszy raz średnio już 30 minut po obudzeniu. 44 proc. nastolatków czuje się niekomfortowo, gdy nie ma stałego dostępu do informacji za pomocą sieci mobilnej.
Badani najbardziej dotkliwie odczuwali brak możliwości sprawdzania, co dzieje się w ich społecznym świecie, brak możliwości skontaktowania się bliskimi, rodziną, przyjaciółmi. Odpowiedzi na pytanie o kontekst korzystania ze smartfona pokazują, że respondenci najczęściej korzystają z niego, gdy się nudzą (86,1 proc.), są sami (72,0 proc.), czekają na kogoś lub coś (70,3 proc.) lub korzystają z komunikacji publicznej (52,6 proc.).
Uczniowie i uczennice rzadko korzystają za to ze smartfonów na lekcjach, ponieważ te urządzenia nie przyjęły się jeszcze jako narzędzia służące nauce. W połowie szkół technologii cyfrowych w ogóle nie stosuje się jako pomocy dydaktycznej, a w drugiej połowie zazwyczaj obsługiwane są przez nauczyciela, a nie przez uczniów – najczęściej służą do wyświetlania prezentacji multimedialnych.
Obecnie smartfony na lekcjach mają przede wszystkim zastosowanie techniczne – jako kalkulator, tłumacz oraz notatnik (zdjęcie tablicy zamiast zapisywania) oraz pojedyncze zastosowania merytoryczne (np. na niemieckim czy angielskim).
W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii, Francji, Australii czy niektórych stanów USA, w Polsce zasady korzystania ze smartfonów w szkołach nie są odgórnie uregulowane, tylko pozostają w gestii każdej placówki. Prawo oświatowe nakłada na szkołę obowiązek ustalenia reguł dotyczących korzystania z telefonów komórkowych i innych urządzeń elektronicznych na terenie szkoły. Na tej podstawie 60 proc. szkół w Polsce zdecydowało się na całkowity zakaz korzystania z telefonów komórkowych przez uczniów.
Jak jednak pokazują obserwacje Instytutu Badań Edukacyjnych, uczniowie w naszym kraju, przyzwyczajeni do smartfona pod ręką, reagują agresją na próby odebrania urządzenia. Brak konsekwencji ze strony nauczycielek i nauczycieli w stosowaniu zakazów to jedna z przyczyn, dla których uczniowie często uważają wdrożenie takich zakazów za fikcję.
Nie ulega wątpliwości, że regularne korzystanie ze smartfona może nieść ze sobą konsekwencje zdrowotne: co piąty nastolatek deklarował, że odczuwa bóle w nadgarstku; ponad co trzeci cierpi na bóle głowy i pogorszenie wzroku; co trzeci też odczuwa zmęczenie spowodowane używaniem smartfona. Należy pamiętać, że nie sama technologia jest problemem, ale powszechne przyzwolenie na zbyt intensywne korzystanie z niej i fakt, że maksymalizowanie intensywności użytkowania urządzeń lub aplikacji jest jednym z głównych priorytetów, którymi kierują się ich projektanci i producenci.
Tymczasem, wraz z bardzo intensywnym korzystaniem ze smartfonów pojawia się obniżona sprawność funkcji poznawczych, czyli takich jak zdolność koncentracji, planowania, przeskakiwania między zadaniami. Obniża się także poziom empatii. Badania sugerują, że negatywnie wpływa to na sprawność w wykonywaniu zadań zarówno na samym smartfonie, spowalniając je o 400 proc. jak i poza nim, szczególnie w przypadku zadań wymagających skupienia.
Wiele badań wskazuje na negatywne skutki zbyt częstego spędzania czasu w mediach społecznościowych, zwłaszcza w przypadku dziewcząt. Tymczasem współczesne media społecznościowe i internet w ogóle stają się areną manipulacji i walki światopoglądowej. Szczególnie ważne jest zatem prowadzenie stosownej edukacji medialnej, której celem jest nauczenie krytycznego myślenia oraz biegłości w korzystaniu z bogactwa informacji, zróżnicowanych ze względu na formę i treść – uważa IBE.
Generalnie, smartfon w szkole nie wydaje się taki groźny, jak go malują (na przykład we Francji). Uczniowie lubią lekcje, na których kreatywnie korzysta się ze smartfonów, i znają podstawowe zagrożenia związane z technologiami mobilnymi. Wbrew ogólnemu wyobrażeniu akceptują szkolne obostrzenia związane z ich używaniem, choć mają problem z ich konsekwentnym przestrzeganiem.
Uczniowie zdają także sobie sprawę z zagrożeń, które niosą ze sobą technologie mobilne – szczególnie z możliwości uzależnienia. Widzą, że niegdysiejszy entuzjazm zaczyna ustępować rozsądnej ostrożności. Dostrzegają również, że zagrożenia nie dotyczą każdego w tym samym stopniu. Duża część rozmówców i rozmówczyń deklarowała, że korzysta z telefonu zbyt dużo, ale nie czuje się uzależniona. Umiała za to wskazać osoby ze swojego otoczenia, które podejrzewa o uzależnienie. Młodzież wskazuje, że nawet rozrywkowe korzystanie ze smartfona może być ważnym źródłem zarówno nowej wiedzy, jak i nowych umiejętności
Z kolei nauczyciele, wprawdzie dostrzegają wartość nowych technologii, ale potrzebują wsparcia i praktycznej wiedzy, by pokazać uczniom ich użycie. Obraz wyzwań stojących przed szkołą w związku ze zmianami technologicznymi wykracza poza smartfony i reguły ich używania w szkole. Nie pomogą tu najlepiej nawet skonstruowane regulaminu używania smartfonów w szkole.
Warto zauważyć, że w Polsce stale rosną oczekiwania rodziców względem dostępności nauczycielek i nauczycieli rosną – normą stają się już m.in. wieczorne telefony od rodziców lub intensywna komunikacja na Librusie. W efekcie w pracy nauczycieli zatarciu ulega granica między czasem pracy i czasem wolnym, komunikacja z wykorzystaniem coraz liczniejszych kanałów staje się proporcjonalnie bardziej złożonym wyzwaniem i potencjalnie dezorganizuje pracę. Nauczycielki i nauczyciele tracą przy tym część narzędzi kontroli i budowania autorytetu, jakie posiadali wcześniej
Społeczność nauczycielska podkreśla, że kwestia smartfonów spleciona jest z wieloma innymi czynnikami, m.in. z pozycją czy autorytetem nauczyciela w społeczności szkolnej oraz z integracją tej społeczności. Co ważne, nauczycielki i nauczyciele wierzą w swoje możliwości w poradzeniu sobie z kłopotliwą obecnością smartfonów w szkole, o ile zostanie im zapewniona odpowiednia autonomia i wynikający z niej autorytet. – Nauczyciele wskazywali technologie mobilne jako wsparcie w codziennej pracy. Takie rozwiązania jak platforma do komunikacji między nauczycielami, system obiegu szkolnych dokumentów czy udział uczniów w tworzeniu wizerunku szkoły w sieci to przykłady najbardziej pożądanych rozwiązań – mówi dr Agnieszka Koterwas, ekspertka z Instytutu Badań Edukacyjnych.
Smartfony w pewnym zakresie są problemem szkolnego życia, ale nie jest to największa bolączka polskiej szkoły. Realne i trwałe zminimalizowanie tego problemu wymaga rozwiązań nakierowanych na źródła nieumiejętności szkoły w integrowaniu społeczności wokół niej skupionej (uczniów, nauczycieli, rodziców). A także zapewniających wsparcie nauczycielom w korzystaniu z nowych technologii.

Flaczki tygodnia

Cały Naród żyje zadaniami jakie jaśniepan prezes Kaczyński postawił przed Partia, Państwem i wspomnianym Narodem do rychłego wykonania. Repolonizacja mediów, czyli podporządkowanie ich sobie. Oraz PiSizacji samorządów. Też podporządkowanie ich.

Na wieść o tym krajowe media skupiły się na pierwszym zadaniu. Bo dziennikarze lepiej znają się na mediach niż samorządach. Bo już sam dźwięk słowa „repolonizacja” budzi strach wśród nich. Bo „repolonizować” znaczy, że będą wyrzucać z pracy.

A teraz pochylmy czoła przed wielkim językotwórcą, czyli jaśniepanem prezesem. Dzięki niemu słowo „repolonizacja” zyskało nowe znaczenie. Repolonizacja oznacza też bezrobocie polskich dziennikarzy.
Jaśnie pan prezes Kaczyński chce repolonizacji mediów aby było w IV PR jak w Republice Czeskiej. Żeby zagraniczni właściciele mediów wycofali się z Polski i sprzedali swe udziały krajowym oligarchom. Na przykład szwajcarscy właściciele „Faktu” opylili swe udziały rodzinie Szumowskich albo Morawieckich. Będzie to kolejny krok w dziele budowy polskiej, narodowo- katolickiej oligarchii. Kolejny krok wyprowadzający Polskę ze wspólnoty unio europejskiej w stronę systemu ukraińsko lub turecko podobnego.

Młodszym Czytelnikom trzeba przypomnieć czemu krajowe media trzeba „repolonizować”. Skąd ten niemiecki kapitał, porównywalny w mediach PiS do podstępnych Krzyżaków, znalazł się u nas. Kto sprowadził ich do Polski.
Dawno temu, jeszcze w 1989 roku polskie media, czyli prasa była w koncernie RSW „Prasa – Książka – Ruch”. Koncern był własnością Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Nie niemieckiej, amerykańskiej, rosyjskiej, czy chińskiej. Niestety na przełomie 1989/90 roku kierownictwo PZPR zlekceważyło rolę mediów i ich los pozostawiło nowemu rządowi Tadeusza Mazowieckiego. A kiedy PZPR rozwiązała się, nową „Solidarnościową” władza potraktowała mienie poPZPRowskie jak mienie pożydowskie w czasie okupacji niemieckiej.
Powołano Komisję Likwidacyjną RSW, która niczym dawni treuhanderzy zarządzali polską prasą. Ci „likwidatorzy” sprzedawali tytuły prasowe wraz z dziennikarzami, jak kiedyś sprzedawano wsie z chłopami pańszczyźnianymi. Rozdawali atrakcyjne tytuły nowym, prawicowym partiom politycznym, a pozostałe likwidowali. Dzielili to RSW arbitralnie, niczym państwa kolonialne terytorium Afryki podczas konferencji berlińskiej w latach 1884-85.

Własność większości gazet likwidatorzy dzielili wtedy na trzy cząstki. Jedną trzecią dostawał związek Zawodowy NSZZ ”Solidarność”. Aby nie protestował przeciwko anty pracowniczym skutkom transformacji gospodarczej dokonywanej przez ekipę Balcerowicza. Drugą jedną trzecią sprzedawano inwestorom zagranicznym, zwykle pochodzenia francuskiego. Wtedy polska prawica jeszcze kochała Francję. A trzeci jedną trzecią przekazywano zespołowi redakcyjnego jako akcje pracownicze. Aby osłodzić dziennikarzom udział w tym złodziejskim procederze.

Ponieważ dziennikarze byli najsłabsi ekonomicznie w tej ustawce, to zagraniczni właściciele proponowali im wykup ich akcji pracowniczych. I tak kapitał zagraniczny stawał się większościowym właścicielem, bo miał już dwie trzecie udziałów.
W 1997 roku elit związku zawodowego zwanego NSZZ Solidarność” potrzebowały pieniędzy na kampanię wyborczą do parlamentu. Najłatwiej było pozyskać je sprzedając udziały w polskich mediach. I tak solidarnościowi związkowcy sprzedali polskie media zagranicznym wydawcom.

Finałem tej depolonizacji, dokonywanej przez elit polskiej prawicy i związku używającego nazwy NSZZ „Solidarność”, była sprzedaż polskiej prasy niemieckim kapitalistom przez kapitał francuski. Następnie zagraniczni wydawcy „optymalizowali” posiadaną prasę, czyli stopniowo likwidowali ją. Ku zdumieniu polskich dziennikarzy, którzy z grupy uprzywilejowanej w Polsce Ludowej, zamienili się w pariasów ekonomicznych III RP. W biedny placek z wisienką na szczycie. Grupką gwiazdorów – celebrytów.

Pomimo groźnych pomruków jaśniepana prezesa, Flaczki mogą zapewnić, że wielkiej repolonizacji, czyli likwidacji opozycyjnych mediów nie będzie. Ofiarą gróźb i akcji zastraszania padną jedynie niektóre prywatne tytuły i pisma wydawane przez samorządy. Pozostałe przetrwają kiedy tylko zaprzestaną krytyki elit PiS.

Zapowiadana repolonizacja TVN i bulwarówki „Fakt” nie nastąpi. Należą one do obywateli USA. I kiedy tylko któryś z polityków PiS zamachnie się na TVN lub „Fakt”, to Jej Ekscelencja Ambasador USA Mosbacher publicznie wytarga go za uszy. Przypomni, że każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść ręką przeciwko kapitałowi USA, niech będzie pewny, że mu tę rękę kapitał USA odrąbie.

Jeśli wierzyć dziennikarzom związanym z Konfederacją to służby specjalne IV RP rozpoczęły operację „Sputnik”. Śledzenia, zakładania podsłuchów wszystkim obywatelom RP publikującym lub wypowiadającym się na łamach „Sputnika”. Rosyjskiego portalu internetowego i powiązanych z nim mediów. Konfederaci uważają, że akcja służb wymierzona jest przeciwko nim. By wykreować ich na „agenturę Putnina”. Skompromitować rosnącej poparciem Konfederacji. W tym przypadku „repolonizacja” rosyjskiego „Sputnika” może zakończyć się aresztami wydobywczymi dla działaczy i sympatyków tej partii.

Repolonizacja mediów zakończy się jak obiecane już miliardowe reparacje wojenne od Niemiec. Bardziej skutecznie rozprawi się PiS z opozycyjnymi samorządowcami. Użyje to tego pana premiera Morawieckiego. Najbardziej obiecującego premiera w czasie kampanii prezydenckiej. Po zaprzysiężeniu pana prezydenta Dudy, rząd PiS obetnie samorządom wpływy z podatków i narzuci im nowe, kosztowne zadania do wykonania. Swoich wesprze. Nieswoich weźmie głodem.

Bez „i”

Artykuł Anny Grodzkiej „O mediach i demokracji” opublikowany na łamach Strajk.eu i Dziennika Trybuna zasługuje więcej niż na uwagę. Temat podniesiony przez Grodzką powinien być kontynuowany w dyskusjach, zwłaszcza w środowiskach demokratycznych. Analiza stanu polskiej demokracji, problemów (lub precyzyjniej: braku problemów) znacznej liczby wyborców, dyktat mediów, aktualna rola mediów publicznych przeprowadzona przez Grodzką jest jak najbardziej właściwa, celna. Niestety, na tym pozytywy tego ważnego artykułu moim zdaniem się kończą. Analiza sytuacji właściwa, ale wnioski i postulaty chudziutkie. Brakło nie tylko przysłowiowej kropki nad „i”, ale również samego „i”.

Proponowane rozwiązania niewiele wnoszą nowego, a nawet umacniają wręcz obecny, wynaturzony system. Przecież finalna propozycja autorki obciążania reklamodawców pokrywania kosztów medialnych kampanii społecznych to właśnie umocnienie wpływu biznesu reklamowego. Dodatkowe koszty pokryją sobie z cen towarów, za które zapłacimy, a proponowany Fundusz Medialny będzie bardzo zainteresowany tym, aby rynek reklam – a więc usług masowego ogłupiania ludzi – był jak największy. Myślę, że nie tędy droga.

Demokratyczna lewica powinna podjąć trud opracowania własnej koncepcji kampanii kreowania przedstawicieli społeczeństwa w instytucjach państwa demokratycznego. Streścić ją można w dwóch słowach: dekapitalizacja i sekularyzacja społecznych kampanii wyborczych.

Zdaję sobie sprawę z tego, że 98% czytelników, którzy dotarli do tego miejsca mruknie pod nosem coś na kształt: „To przecież niemożliwe! Uczkiewicz zwariował!” i przejdzie do innej lektury. Ale ja chciałbym zwrócić się do tych dwóch procent, do tych ludzi lewicy, którzy nie boją się formułowania celów przez otoczenie uznawanych za szalone, a w każdym razie niemożliwe. Przypomnę tylko nieśmiało, że cały nasz postęp cywilizacyjny, z którego tak jesteśmy dumni, swoje początki zawsze miał w przełamywaniu stereotypów, w sięganiu po niemożliwe.

Problem pierwszy: władza czy odpowiedzialność.

Aby skonstruować nowy, wartościowy model kampanii wyborczej zacząć należ od sedna wyborów. Postawię więc pytanie: dlaczego ciągle, w kółko, mówimy o wyborze WŁADZ. Władz krajowych, wszelkich szczebli władz samorządu terytorialnego, samorządów zawodowych. Jeżeli nawet nasz piękny polski język jest w tym obszarze zbyt ubogi, to jednak cała narracja wokół wyborów dotyczyć powinna ODPOWIEDZIALNOŚCI. Celem wyborów w społeczeństwie demokratycznym powinno być wyłanianie ludzi, naszych przedstawicieli, którym powierzamy ODPOWIEDZIALNOŚĆ za kierowanie biegiem wspólnych spraw, na których cedujemy część własnej odpowiedzialności, abyśmy mogli zająć się na co dzień innym i sprawami a także kontrolowaniem tego, jak nasz mandat zaufanie jest wykonywany. Nie chodzi tylko o to, że w naszej, głęboko zakorzenionej historycznie tradycji, WŁADZA, jest z założenia ciałem obcym, zewnętrznym, wręcz wrogim. Bardziej kojarzy się nam z przywilejami, mechanizmami przymusu. Nie chodzi też o to, że do „władzy” wielu idzie po zaszczyty, wpływy, apanaże. Chodzi też o to, że taki wyścig do władzy jest z gruntu ademokratyczny, aspołeczny.

Z pojęciem „władzy” ściśle związane jest inne pojęcie: „walka”. Każde wybory to u nas jedno wielkie pole bitwy, w której są wygrani i przegrani. Wygrani chodzą w chwale, a przegrani… w niechwale. Statystycznie mandaty w różnego rodzaju organach publicznych uzyskuje około 10% kandydatów. Jeżeli do tego dodać, że każda kampania wiąże się z koniecznością kapitałowego zaangażowania kandydata, to nasze kampanie wyborcze są jedną, wielką machiną produkującą obywateli – frustratów. I do tego frustratów wśród najbardziej wartościowej części społeczeństwa, gotowej czas swój i zdolności poświęcić dla dobra publicznego. Ciekawy jestem czy chociaż w jednej gminnej szkole podstawowej w Polsce przeprowadzono lekcję na temat wyborów do Rady Gminy, w czasie której wszystkich kandydatów prezentowano jako osoby, które publicznie zgłosiły gotowość podjęcia ODPOWIEDZIALNOŚCI za wspólnotę, jako wzór postaw obywatelskich, wzór do naśladowania.

Problem drugi: forsa

Wielokrotnie zdarzyło mi się słuchać jednego z wojewódzkich liderów SLD, który prosto z mostu przekonywał, że „na pierwsze miejsce na liście bez 100 tysięcy złotych nie ma co startować”. Nie wiem: sto czy dziesięć tysięcy. Ale już sam fakt, że wybory do obywatelskich organów przedstawicielskich kandydat musi traktować jako inwestycję kapitałową jest aberracją. Przecież nieodłącznym elementem każdej inwestycji jest „stopa zwrotu kosztów”. Cały więc system wyborczy petryfikuje wybory jako wyścig o władzę i wpływy. Ale jest jeszcze jedno oblicze tej kwestii: wybory w Polsce są właściwie tylko dla bogatych. Nie mogę pojąć jak lewica może przechodzić do porządku dziennego nad tym, że wybory są w Polsce tylko dla lepiej sytuowanych materialnie, jak może nie reagować na to, że konstytucyjna równość obywateli w czynnym prawie wyborczym jest fikcją.

Wyborami do organów przedstawicielskich w Polsce rządzi pieniądz. Partie polityczne szukają jawnych i skrytych sponsorów (zobowiązania!), zaciągają – podobnie jak wielu kandydatów – kredyty bankowe. Gdzie płynie ta rzeka pieniędzy? Płynie do wszelkiego rodzaju komercyjnych agencji reklamowych i mediów, które kandydatów sprzedają nie przymierzając jak „Najlepszy płyn do higieny intymnej”. Medialne kampanie komercyjne oparte są przecież na doświadczeniach kampanii reklamowych, której podstawowa dewiza, wypracowana jeszcze w początkach minionego stulecia w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej głosi: „Pamiętaj! Jeżeli w reklamie odwołujesz się do racjonalizmu, zdrowego rozsądku, to de facto odwołujesz się do 10% odbiorców”. Dlatego słynne „czarne teczki” Tymińskiego pokonały ikonę polskiej demokracji: Premiera Tadeusza Mazowieckiego. Dlatego czarny PR jest tak skuteczny. Dlatego komitety wyborcze zabiegają, aby na ich listach znaleźli się aktorzy popularnych programów telewizyjnych, znani sportowcy, celebryci. Oczywiście w żaden sposób nie można ograniczać ich czynnych praw wyborczych, ale nie powinni służyć za przynętę na wyborcę w demokracji obywatelskiej. Powyższe praktyki doprowadziły przecież do tego, że poziom merytoryczny, etyczny i kulturalny polskiego Sejmu z kadencji na kadencję spada na łeb na szyję.

Podporządkowanie kampanii wyborczych do organów przedstawicielskich regułom właściwym dla komercyjnej reklamy, oddanie ich w ręce komercyjnych mediów ma jednak jeszcze jeden, o wiele groźniejszy dla demokracji skutek. Każdy z nas niejednokrotnie słyszał slogan, że „kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami”, że „w kampanii wyborczej mówi się różne rzeczy” lub wręcz, że „w kampanii wyborczej kłamanie jest dozwolone”. Medialni komentatorzy często oczekują wręcz „uwodzenia elektoratu przez kandydatów”. Krótko mówiąc przez ostatnie 30 lat demokracji w Polsce kłamstwo wyborcze stało się normą nie tylko polityczną, ale i społeczną. Czy demokratyczna lewica może się z tym godzić?

Kler

Porządkując polski system wyborczy, szukając jego lepszych, społecznie wydajniejszych formuł, postawić należy też tezę o koniecznej sekularyzacji kampanii wyborczych. Sekularyzacji rozumianej jako maksymalne ograniczenie ingerencji kościołów w proces wyborczy. Rozdział kościoła od państwa w tej najważniejszej dla państwa kwestii musi być jasny, jednoznaczny. Również w imię naszej suwerenności zwłaszcza w przypadku Kościoła Katolickiego jego funkcjonariusze i struktury reprezentują interesy państwa obcego. Nie chodzi tu tylko o kwestie kazań głoszonych w kościołach, ale również o odejście od złej tradycji organizowania wyborów w niedziele. Po mszy, w trakcie której często w sposób mniej lub bardziej zawoalowany przekazane zostały instrukcje, wierni gromadnie zmierzają do lokali wyborczych, co razem tworzy określoną zbiorową presję.

Lewica

Lewica w Polsce staje – podobnie jak na całym świecie – wobec podstawowego dylematu: czy być, jak przez minione 30 lat, ruchem politycznym adaptacyjnym czy kreatywnym. Adaptacyjnym, czyli takim, który przystosowuje się do reguł gry ustanawianych przez kapitał, starając się „socjalizować” jego rozwiązania i tam gdzie chcą dodać 10 to domagać się 12, a gdzie chcą zabrać 10 to domagać się 8. Kreatywnym natomiast to takim, który tworzyć będzie własną, nowoczesną wizję demokratycznego społeczeństwa i państwa, który proponować będzie własne, lewicowe rozwiązania systemowe. Stosunek lewicy do fundamentalnej społecznie i politycznie kwestii reguł kreowania ciał ponoszących odpowiedzialność za kraj i ludzi będzie jednym z poważniejszych dla niej sprawdzianem w tym względzie.

Celowo nie przedstawiam tu propozycji własnych założeń do nowego podejścia do kwestii wyborczych – pomieściłem je we wpisie „Kogo i jak wybierać” z lutego 2017 r. Jestem jednak przekonany, że temat „Wybory w społeczeństwie obywatelskim” wart jest pracy grupy lewicowych intelektualistów, idealistów, niebojących się budowania maszyn latających cięższych od powietrza.

Dla dobra Polski i Polaków.

O mediach i demokracji

Jestem wściekła z bezsilności, kiedy widzę, jak ludzkimi emocjami i decyzjami steruje płynąca z mediów rzeka kłamstw, półprawd i nachalnej propagandy. A także wtedy, kiedy toniemy w rozkręcanym przez nie wirze bzdetu, incydentu i banału. Ale najbardziej czuję się bezsilna, kiedy zdaję sobie sprawę, że jesteśmy sterowani w niedostrzegalny sposób – w ciszy i mroku skrzętnie pomijanych informacji i wątków, w jednostronnie naświetlanych zjawiskach. 

A przecież, jeśli obraz rzeczywistości społecznej w naszych oczach jest wypaczony, zaciemniony i zniekształcony, to demokracja jest fikcją.

Aby uczestniczyć w demokracji, to znaczy, aby głosować świadomie i zgodnie ze swoim dobrze i szeroko rozumianym interesem, wyborcy potrzebują nie tylko odpowiedniego, uczciwego systemu wyborczego i sposobów kontroli wybranej władzy, ale także prawdziwej, wszechstronnej bieżącej informacji i wiedzy o społecznej rzeczywistości. Przede wszystkim jednak, we współczesnym skomplikowanym świecie potrzebują poznać ZASADY SYSTEMU, jaki rządzi naszym życiem. Zanim zacznie się grać w jakąś grę, niezbędne jest poznać jej reguły. Aby głosować świadomie, trzeba mieć wiedzę o mechanizmach regulujących gospodarkę oraz o jej skutkach, mieć pojęcie o procesach globalizacji, rozumieć zależności między systemem społeczno-ekonomicznym a lokalnym, indywidualnym życiem. Bez tego każda atrakcyjnie sformułowana oferta politycznych hochsztaplerów może stawać się polityczną rzeczywistością, a demokracja fikcją.

Pokazywać i objaśniać świat – to zadanie komunikacji społecznej – czyli edukacji i mediów. Niestety to nie działa! Jedno i drugie zawodzi.

To odpowiadając odważnie zapytam: jak często w głównych mediach słyszeliście poważną dyskusję o kardynalnie ważnych dla każdego obywatela sprawach? Na przykład wyjaśniających, jak działa system monetarny świata? Spróbujcie zapytać przypadkowych osób, „skąd biorą się pieniądze?”, „czym różni się NBP od PKO?” albo „czego dowiadujemy się, gdy informują nas o stanie PKB?”. Prawie na pewno usłyszycie błędne lub bardzo niekompletne odpowiedzi.

Podobnie będzie, gdy spytacie, na czym polegał kryzys 2008 roku i skąd biorą się podobne kryzysy? Nie usłyszycie również satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie, jakie są główne cechy ustrojów politycznych – komunizmu, socjalizmu, a nawet kapitalizmu, w którym żyjemy. Nieczęsto usłyszycie odpowiedź na pytanie, czym jest neoliberalizm i dlaczego w tym systemie lawinowo powstają nierówności społeczne.Stwierdzicie powszechny brak dostatecznej wiedzy obywateli na temat systemu podatków i ich skutków dla budżetu. Jak okazało się w trakcie poprzednich wyborów do Sejmu, ludzie nie rozumieli politycznych konsekwencji wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych, a obecnie w znacznej liczbie (jak sądzę) nie rozumieją związku między uzależnieniem sądów od polityków a zagrożeniem totalitaryzmem, który w każdej chwili może zacząć działać przeciwko nim. Czy bez tej kardynalnie ważnej wiedzy zdecydowanej większości obywateli możliwy jest racjonalny, zgodny z obiektywnym interesem większości, demokratyczny wybór?!

Ale i w bardziej konkretnych sprawach, które są lub były w Polsce przedmiotem „politycznej” debaty, trudno liczyć na dostateczną wiedzę wyborców. Z treści zaprezentowanych przez liberalne prywatne mainstreamowe media, w debacie na temat wejścia Polski do strefy „euro”, dowiecie się wyłącznie o zaletach tego rozwiązania. Bardzo trudno natomiast będzie wyłowić informacje, jakie negatywne skutki mogłyby wynikać z wprowadzenia euro w Polsce. Ciekawa też jestem, jaki procent obywateli rozumie skutki, które byłyby konsekwencją podpisania umowy typu TTIP z mechanizmem ISDS i co to w ogóle jest? Chyba też nie warto pytać, jeśli oczekujemy właściwej odpowiedzi, o różnicę między Radą Europy a Radą Europejską albo o kompetencje poszczególnych instytucji Unii Europejskiej. Gdyby do tego dodać jeszcze bzdury, które udało się wtłoczyć obywatelom przez rządowe media, zwane publicznymi, to obraz polskiego wyborcy będzie jeszcze bardziej ponury. No, to kiedy przyjdzie do ważnych referendów lub wyborów, co i kto ukształtuje ich wynik?

To tylko mała część bardzo istotnych dla obywatela demokratycznego państwa pytań, które można zadać, aby w świetle odpowiedzi zobaczyć, że z powodu słabości komunikacji społecznej doświadczamy zderzenia demokracji ze ścianą.

Tymczasem przedwyborcza manipulacja „patriotycznym obowiązkiem głosowania” i medialnymi portretami polityków – „wybitnych liderów” trwa.

Powiedzmy to sobie odważnie i uczciwie: obecny stan świadomości (obraz społeczno-ekonomicznej rzeczywistości) przeciętnego wyborcy został ukształtowany przede wszystkim przez media – telewizje, prasę, radio, agencje informacyjne i główne portale internetowe. W takiej rzeczywistości demokracja jest fikcją. Kalectwo społecznej funkcji mediów dotyczy nie tylko Polski, ale w Polsce jest dla nas szczególnie widoczne. Z jednej strony mamy media zawłaszczane (bardziej czy mniej) przez polityków. I nie chodzi tu tylko o media „tzw. publiczne”, ale także te prywatne media, które „żyją” ze zleceń reklamowych firm zależnych od polityków i są „systemowo” na ich usługach. Nie ma sensu, bym tu opowiadała, jakim sposobem zawłaszczane są media publiczne przez polityków. To wiecie. Ciekawsze może być to, jak działają wcale niewiele bardziej obiektywne media prywatne, które jeśli są dostatecznie duże, to są zależne od polityków w mniejszym stopniu. Ale fakt, że są to „prywatne przedsiębiorstwa medialne”, powoduje, że działają na rzecz inwestorów kapitałowych, mając za za cel wytworzenie zysku i zwiększenie wartości firmy.

Dochody tzw. „niezależnych” mediów prywatnych mają w istniejących warunkach z grubsza dwa źródła: sprzedaż swojego produktu odbiorcom w postaci egzemplarzy albo praw dostępu (abonamenty) oraz sprzedaż swojego pola medialnego na rynku reklam. Oba te mechanizmy zatrute są pogonią za oglądalnością, popularnością, klikalnością i innymi „ościami”. Tam, gdzie chodzi o wyrwanie kasy z korporacyjnych portfeli (a tak to działa), nie ma mowy o niezbędnym poziomie rzetelności, obiektywności, nastawienia na działania w interesie komunikacji publicznej, czy po prostu o wysokim poziomie intelektualnym przekazu. Wyłowienie z gąszczu incydentalnych informacji, nastawionych na rozgrzewanie emocji, wiedzy ważnej dla budowy prawdziwego, szerokiego obrazu rzeczywistości (także ekonomicznej czy politycznej), staje się dla większości obywateli mission impossible.

Nastawienie na realizację misji komunikacji publicznej, w pełnym słowa tego znaczeniu, czy troska o kondycję demokracji obywatelskiej nie jest oczywiście na liście priorytetów prywatnych mediów. To nie przynosi zysku. Za to „klikalność”, „oglądalność”, itp. przyciąga reklamodawców. Zysk komercyjnego medium pojawia się, jeśli sprzyja ono reklamodawcom, nie ujawnia tajemnic i ciemnych interesów korporacji będących zleceniodawcami reklam, nie krytykuje rozwiązań systemowych, w jakich dobrze czują się korporacje. Tak działając, prywatne duże media są mistrzami w pomijaniu trudnych tematów niosących wiedzę o systemie, w jakim żyjemy. Jako prywatne, szczególnie nie lubią krytyki kapitalizmu, bo któż lubi, jak się go krytykuje.

A przecież bez konstruktywnej i skutecznej krytyki systemu, w którym żyjemy (obojętne jaki jest!), nie jest możliwa realizacja demokratycznej władzy obywateli.

Medialna komunikacja społeczna na wysokim poziomie nie jest domeną ani prywatnych przedsiębiorstw medialnych (medialnego biznesu) ani mediów w służbie bieżącej polityki. Ale media nie muszą być w dyspozycji polityki ani w dyspozycji kapitału. Media mogą być NASZE – publiczne.

Żeby media były nasze, to:

  • konieczne jest finansowanie ich ze środków publicznych;
  • to my musimy powoływać i odwoływać władze;
  • to my musimy wyznaczać zadania i określać standardy;
  • to my musimy je kontrolować i dbać o ich rozwój;
  • media publiczne nie mogą zależeć od interesów reklamodawców, dlatego nie powinny przyjmować komercyjnych reklam biznesowych.

Skąd w takim razie pieniądze? Jeśli nie od korporacji i właścicieli kapitału, to są tylko dwie możliwości: z powszechnego celowego abonamentu albo z wyodrębnionego funduszu budżetowego, zabezpieczonego konstytucyjnie.

My – to znaczy kto? Ano konkretnie nasi przedstawiciele. Przedstawiciele, ale nie politycy, bo w przypadku mediów politycy muszą być ich klientami, a nie dysponentami.

Istnieje idea, znana od czasu starożytnej demokracji ateńskiej (uważana za najważniejszą cechę demokracji) wybierania przedstawicieli poprzez losowanie. Zażądajmy reformy prawa, które pozwoli na podejmowanie decyzji przez wybierane w procedurze losowania grupy obywateli. Niech wylosowani przedstawiciele wyłonią władze reformowanych przedsiębiorstw medialnych, niech wyznaczają im cele i kontrolują je.

Taki sposób działania (wyboru przez losowanie) jest znany nie tylko w demokracji ateńskiej. Izby Obywatelskie (IO) są powoływane we współczesnych systemach demokratycznych dla realizacji celów, które powinny charakteryzować się niezależnością od bieżącej polityki i prywatnego kapitału oraz kierować się perspektywą dobra wspólnego. Założeniem IO jest podejmowanie decyzji w oparciu o jak najpełniejszą wiedzę po zapoznaniu się ze stanowiskami wszystkich zainteresowanych stron. Jednym z podstawowych sposobów działania IO jest deliberacja, czyli rozważanie różnych rozwiązań, racji i stanowisk. Skład IO jest losowany, ale z uwzględnieniem kryteriów demograficznych, takich jak wiek, płeć, miejsce zamieszkania i poziom lub nawet kierunek wykształcenia czy doświadczenia zawodowego. Celem IO może być rozstrzygnięcie jakiegoś problemu społecznego, wyłonienie władz instytucji, a jeśli IO działa permanentnie, to także nadzór i kontrola wybranych władz. W systemach prawnych opartych na „common law” wybiera się tą drogą składy ławy przysięgłych. W Polsce istnieje działający podobnie do IO „Panel Obywatelski”, związany z samorządem Gdańska. I nie są to jedyne przykłady funkcjonowania wybieranych w drodze losowania grup, pełniących określone funkcje w demokracji na świecie.

Ale chcę zaproponować jeszcze jedną koncepcję naprawy mediów. To idea stworzenia Funduszu Medialnego.

Niezależnie od reformy mediów publicznych wielkie znaczenie dla poprawy medialnej komunikacji społecznej mogłoby mieć stworzenie specjalnego funduszu, wspierającego misję informacyjną i kulturalną w medialnej przestrzeni publicznej. Myślę tu o takim rozwiązaniu, które finansowane byłoby nie ze środków publicznych, a z pieniędzy prywatnych firm i korporacji. Wyobraźmy sobie takie rozwiązanie prawne, które zmusza reklamodawców biznesowych do odprowadzenia (powiedzmy) 20% wartości każdej faktury, wystawianej im za reklamę w mediach, na specjalny Fundusz Medialny (FM).

Rynek reklamy w Polsce to ponad 9,5 mld złotych rocznie. Fundusz Medialny dysponowałby zatem kwotą prawie 2 mld zł rocznie. Realizowałby konkursy grantowe i oferował granty na przedsięwzięcia medialne (programy, teksty, filmy itd), które najlepiej realizowałyby misję poprawiającą poziom komunikacji społecznej i kultury. Instytucje medialne, tak prywatne jak publiczne, a nawet osoby działające w internecie, mogłyby występować do FM o sfinansowanie ich projektów. Pieniądze te trafiałyby oczywiście do tych podmiotów, które najlepiej realizowałyby misję. Nie muszę dodawać, że w moim przekonaniu, Fundusz Medialny powinien być podporządkowany i kontrolowany przez Izbę Obywatelską, stworzoną właśnie do tego celu.

Ten, kto zarabia na rynku demokratycznego państwa, a w tym przypadku będą to przede wszystkim duże korporacje, powinien ponosić koszty demokracji. Dodam, że nie sądzę, iż globalna skala dochodów przedsiębiorstw medialnych z reklam radykalnie by się zmniejszyła. Nie sądzę również, że znacznie obniżyłaby się skłonność biznesu do wydatkowania środków na reklamę.

Należy zatem w ten sposób „opodatkować” transakcje reklamowe i stworzyć fundusz grantowy dla realizacji misji informacyjnej i kulturalnej.

Mam nadzieję, że Polacy będą wywierać presję na polityków w celu zrealizowania reformy medialnej. Należy domagać się także, aby projekt Funduszu Medialnego zrealizowały struktury Unii Europejskiej.

Niestety! Politycy, realizując powyższe projekty, oddawaliby społeczeństwu znaczną część swoich prerogatyw. Zatem ich opór jest do przewidzenia. Ale cóż on znaczy wobec obywatelskiej siły i determinacji. Zatem nie rezygnujmy z domagania się dobrych rozwiązań. Wszak nie ma alternatywy. Jeśli nie uda się w Polsce i w Unii Europejskiej zreformować prodemokratycznych mechanizmów, w tym przypadku systemu komunikacji społecznej, to skazani będziemy na dalsze lawinowe umacnianie się autorytaryzmu, populizmu, nacjonalizmu i faszyzmu.

Porozmawiajmy o mediach

W państwach demokratycznych siła mediów jest tak wielka, że mogą one kształtować społeczeństwo i politykę. Poza tym spełniają funkcję kontrolną pozostałych trzech władz, aby nie dochodziło do nadużyć i korupcji. Tak sądzono do tej pory.

Jednak im dłużej obserwować sytuację w przestrzeni masowej komunikacji, tym bardziej rzuca się w oczy uzależnienie mediów od wielkiego kapitału, zblatowanie świata żurnalistyki i polityki, uzależnienie dziennikarstwa od interesów możnych tego świata. Powiązania polityki, biznesu i masowej komunikacji medialnej sprawiły, że zasada „otwartych drzwi” między biznesem i polityką działa dziś też w wymiarze medialnym. Media stały się nie tyle czwartą władzą w formie kontrolnej, a władzą stojącą na straży interesów właścicieli najszerzej pojętego kapitału.

Kolejnym niebezpiecznym aspektem działań dzisiejszych mediów są nachalne próby narzucania jednolitej wizji złożonej, rzeczywistości pełnej konfliktów, sprzecznych interesów, przeciwstawnych dążeń. Zgodnie z kanonami wolności, demokracji i swobody słowa ta cała złożona rzeczywistość powinna być prezentowana jak najdokładniej. Czy dziś tak jest? Naszym zdaniem nie. Zamiast tego współczesne środki przekazywania informacji, przy użyciu najnowszych technologii, pozwalają na urabiania mentalności pojedynczych ludzi i całych zbiorowości na skalę nieosiągalną dla XX-wiecznych totalitaryzmów, przy użyciu dużo subtelniejszych środków. Różni aktorzy nie ustają dziś w staraniach, by wdrukowywać w ludzkie umysły określone klisze, które decydują o ich spojrzeniu na świat, manipulują ich wyborami i przekonaniami. Na to nakłada się kult rozrywki i zabawy jako sposobu na życie. Biznes rozrywkowy to przecież bardzo ważna część przedsiębiorczości. Infantylizacja i banalizacja rzeczywistości pomagają sprawować rząd dusz.

O tych problemach chcemy dyskutować 29 stycznia w ramach comiesięcznej dyskusji. Zapraszamy na debatę we Wrocławiu (będzie również transmisja na profilu Strajk.eu na Facebooku). To jest esencja demokracji i wolności.

Rządowa propaganda niszczy społeczeństwo

Jesteśmy kompletnie nieodporni na fake newsy, tego się w ogóle nie uczy w szkole, starsze osoby z kolei wierzą we wszystko, co zobaczą w telewizji czy przeczytają w gazecie. Odporność na propagandę tak zmalała, że nie mając żadnych dowodów, można skazać człowieka – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

51 proc. wierzy, że marszałek Grodzki jako lekarz brał łapówki – pokazuje ostatni sondaż i abstrahując od jakości tego badania, to coś mówi o Polakach. Czy dzisiaj, posiadając wiedzę i umiejętności, można wykreować wszystko?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Wręcz przeciwnie, można to zrobić nie posiadając żadnych umiejętność i wiedzy. Jesteśmy świadkami bardzo przykrej rekonstrukcji historycznej – gdyby ktoś nie wiedział, jak można było zaszczuć dowolną osobę w czasach słusznie minionych, to ma najlepszy przykład. Sądzę, że nawet Jerzy Urban mógłby się paru rzeczy nauczyć od obecnej ekipy, bo powiedzieć, że te działania to tzw. czarny PR, to nic nie powiedzieć. To przypomina włamanie z łomem chuliganerii.
Okazuje się, że jesteśmy kompletnie nieodporni na fake newsy, tego się w ogóle nie uczy w szkole, starsze osoby z kolei wierzą we wszystko, co zobaczą w telewizji czy przeczytają w gazecie. W efekcie odporność na propagandę tak zmalała, że nie mając żadnych dowodów, można skazać człowieka.

Co jest najbardziej przerażające w tym wszystkim, to fakt, że politycy muszą mieć twardą skórę i liczyć się z nieczystymi zagraniami. To nie jest w porządku, ale taki jest świat polityki. Proszę sobie jednak wyobrazić, co będzie, gdy w takiej sytuacji znajdzie się obywatel, który jest lekarzem, kominiarzem, kierowcą, nauczycielem czy adwokatem, skoro można w ten sposób potraktować trzecią osobę w państwie. W ten sposób można doprowadzić do śmierci cywilnej, samobójstwa politycznego, nie chcę mówić o gorszych rzeczach. Przez ostatni rok analizowaliśmy z kolegami i koleżankami z marketingu politycznego i socjologii sytuację Pawła Adamowicza. On był poddawany dokładnie takim samym zabiegom jak dzisiaj marszałek Senatu Tomasz Grodzki.

To nie tylko oskarżenia o łapówki, ale też o donoszenie na Polskę za granicą. Prezydentowi Gdańska zarzucano to samo, regularnie oskarża się też o to Donalda Tuska, opozycję.

Bo doszliśmy do etapu, kiedy w niewinnych “rekonstrukcjach historycznych” dzieci odgrywając sceny z Oświęcimia, udają gazowanie. Myślę, że politycy muszą się w końcu zastanowić, bo to nigdy nie działa w jedną stronę.Coś, co teraz jest pałką w naszych rękach, może być kiedyś w innych i sami odczujemy to na własnej skórze ze zdwojoną siłą. To jak bumerang.

Widać to we współczesnym świecie, nie tylko w Polsce, chociaż trzeba przyznać, że obecna ekipa rządząca przekracza wszelkie bariery, łącznie z tym, że posługuje się jawnym kłamstwem. Już nie silą się na mijanie się z prawdą czy gdybanie. Premier mówi, że sędziowie zostali wykształceni przez komunistów i przejęli ich poglądy. To już nie jest donoszenie na Polskę w “Die Welt”, tylko analiza sytuacji. Nie ma żadnego poczucia wstydu, ani co gorsze, nie ma przewidywania przyszłości – do czego to może doprowadzić.

Do czego?

Do wykańczania przeciwnika politycznego. Pytanie, ile wytrzyma marszałek Grodzki i jego otoczenie, ale ten czarny marketing polityczny przekłada się też na osoby, które na co dzień nie zajmują się polityką. Takiej wersji jeszcze nie mieliśmy.

Niszczy się wszystkie struktury społeczne, niszczy autorytety, jasne widzenie świata, co powoduje zaburzenie relacji i komunikacji, które są fałszywie odczytywane, co prowadzi do bezradności.Dzieje się tak, bo ludzie nie mają narzędzi, żeby to nazwać i sprawdzić, zaczną więc udawać się na emigrację wewnętrzną. Pozostali bliżej władzy, np. obsadzeni w spółkach Skarbu Państwa, zaczną się urządzać w przysłowiowej d… o której mówił Kisielewski. Zatem znowu zaczynamy produkować na skalę państwową ludzi, którzy dla świętego spokoju będą konformistami.
Marszałek Grodzki jest jaskrawym przykładem, jak działa ta machina – to szukanie haków, apele CBA o donosy. Wobec sędziów od dawna prowadzona jest ta sama działalność, tylko w wersji trochę bardziej soft?
Sędziów jest po prostu więcej. Jesteśmy świadkami kuriozalnych sytuacji, kiedy funkcjonariusze państwowi, jak ministrowie, obrażają publicznie sędziego za to, że przeszedł się w naszej sprawie – wszystkich obywateli – w marszu. Za to jest postponowany przez urzędników państwowych i dziennikarzy usłużnych władzy, którzy opowiadają steki bzdur. U sędziów ma to jeszcze jedną konsekwencję – sprawy dyscyplinarne. To są tzw. miękkie represje, które będą się sprowadzały do tego, że ludzie będą tracić pracę albo będą musieli się naginać do systemu. To jest bardzo niebezpieczne, bo jeśli zostanie złamany kręgosłup młodych sędziów, to konsekwencje będą długofalowe i marnie nam to jako krajowi wróży.

Do tej pory marketing polityczny kojarzył się ze słynną debatą Kennedy-Nixon, z niebieską koszulą u polityka czy ze sprawnym spotem wyborczym. Czy dziś pojęcie “marketing polityczny” nabiera innego znaczenia?

To jest ciągle marketing polityczny, bo ciągle są wywieszane billboardy, a politycy chodzą do mediów, są hasła i slogany. Natomiast warto popatrzeć na to, co czeka nas w najbliższych miesiącach. Władza doskonale zdaje sobie sprawę, że wybory prezydenckie w maju są kluczowe. Spodziewam się niestety bardzo brutalnej kampanii. W zasadzie będą panować reguły uliczne, czyli bardziej brak reguł. Pan prezes Kaczyński napisał do działaczy w Rzeszowie, że domaga się, aby Andrzej Duda wygrał w I turze, zatem cały ogień pójdzie już od samego początku. Na dziś wszystko wskazuje na to, że dojdzie do II tury i wejdzie do niej oprócz obecnego prezydenta kandydatka KO Małgorzata Kidawa-Błońska.

To będzie oznaczać, że w II turze odbędzie się plebiscyt: opozycja kontra siły ciemności czy demokracja kontra autorytaryzm. Tu wkracza nam marketing polityczny, który podpowiada, że lepiej jeżeli uda się wygrać w I turze PiS-owi, bo opozycja będzie w niej rozproszona.

Gdzie jest granica miedzy marketingiem politycznym a manipulacją?

Marketing polityczny kończy się wtedy, kiedy z wywierania wpływu przechodzimy do propagandy. Propaganda jest nastawiona na niszczenie ludzi, a nie na idee, myśli, programy. To nie jest wyśmiewanie tego, co drugi uważa, tylko tego, jaki jest: za gruby, za chudy, za wysoki, jąka się, a w ogóle to nie jest prawdziwym Polakiem, bo donosi na Polskę i bierze łapówki. To atak personalny na człowieka, a nie na wartości, poglądy. Wtedy jesteśmy obiema nogami w autorytaryzmie albo w totalitaryzmie, w zależności, jak daleko to będzie posunięte.

Warto zwrócić uwagę w tym kontekście na 2 mld złotych dotacji na telewizję partyjną, kiedy przez 28 lat WOŚP zebrał 1,2 mld. To pokazuje dobrze skalę i determinację. To też pokazuje, jak bardzo władza musi się bać, że prezydentem nie zostanie Andrzej Duda i jak daleko się posunie, aby mu reelekcję zapewnić. Cały aparat państwa, spółki skarbu państwa plus media będą o to walczyć.

Jest szansa na “normalną” debatę w tzw. mainstreamowych mediach czy nawet tam to będzie wypaczane przez speców od marketingu politycznego?

Dziś media mainstreamowe oznaczają zupełnie coś innego, niż jeszcze 5 lat temu. Media mainstreamowe to dziś TVP, TVP Info, wszystkie kanały Polskiego Radia, a nawet Polsat. Zresztą ten ostatni to bardzo przykry obrazek. Powiem szczerze, że smutno patrzeć, jak nieźli dziennikarze zostają odsuwani od anteny albo łamani. Zostaje zatem internet, TVN, parę stacji radiowych, ale widać dokładnie, że siła przesunęła się na druga stronę.

5 lat temu widzieliśmy w wykonaniu PiS-u bardzo dobry marketing polityczny. Andrzeja Dudę wyciągnięto z trzeciego szeregu, skalkulowano, co trzeba zrobić, gdzie pojechać, co opowiadać, co prawda mijając się z prawdą, bo jeszcze nie kłamiąc, ale to był marketing polityczny. Dziś skoro władza stoi przed dylematem “albo ty albo ja” i wszyscy czekają na to, co pokaże Cezar z Nowogrodzkiej – czy uniesie kciuk do góry, czy skieruje w dół w geście “dobij” – to przestaje już mieć znamiona marketingu politycznego, a robi się z tego walka gangów.

Jak można się bronić przed manipulacją polityczną?

Niestety jest to trudne. Przez ostatnie 30 lat nie wypracowaliśmy większości społeczeństwa obywatelskiego, które rozumie pewne procesy. Oczywiście można ponarzekać, że mamy za dużo kanałów komunikacji, ale z drugiej strony to może być też paradoksalnie ratunkiem. Wielość źródeł daje możliwość sprawdzania i warto z tego korzystać. Polecam też rozmowę z kimś, komu ufamy, kto się, być może, lepiej zna. Zadawajmy ludziom pytania otwarte, nie pozostawajmy w swojej bańce. Weryfikujmy informacje.

Rozumiem, że można mieć poczucie beznadziei, szczególnie kiedy dochodzi do naszego domu tylko TVP Info, gdzie “Dziennik telewizyjny” leci niemal 24 godziny na dobę, ale można i warto poszukać w Internecie, posłuchać różnych stacji radiowych. I zachowajmy zdrowy rozsądek. Jeżeli kogoś znamy od 20 lat, to nie wierzmy, że zrobił coś złego, bo ktoś tak powiedział, bo za nim świadczy całe jego życie. Warto o tym pamiętać.

Sposób na sprawę marszałka Grodzkiego?

Zasianie wątpliwości to cel propagandy. Przypominam, że sprawa marszałka Grodzkiego zaczęła się od pana Karola Guzikiewicza, który jest radnym PiS-u i który powiedział, że “słyszał do kogoś o łapówkach”, potem się z tego wycofał, pewnie dlatego, że się przestraszył, ale oskarżenie poszło, machina ruszyła i w efekcie PiS domaga się, aby marszałek Grodzki odszedł. To, co się wokół niego dzieje, pokazuje też, jak bardzo PiS się go boi, że to pierwszy człowiek, który przeciwstawił się rządzącym, także dlatego, że oprócz osobowości ma też narzędzia do tego. W epoce głupiego prawa i pogardy stoi kością w gardle rządowi.

Przemówienie noworoczne prezesa China Media Group  dla zagranicznych odbiorców

Drodzy przyjaciele!

2020 to szczęśliwa i piękna liczba, chińscy internauci zinterpretowali brzmienie homofoniczne tej liczby jako „kocham cię kocham cię”. Z okazji zbliżającego się Nowego Roku, chciałbym w imieniu Chińskiej Grupy Mediów przekazać Państwu najlepsze życzenia!
Historia ludzkości to zapis momentów, jeden po drugim. Wiele momentów, które miały miejsce w 2019 roku, to ważne wspomnienia, jak na przykład 1 października, kiedy to świętowaliśmy 70. urodziny Chińskiej Republiki Ludowej. Dzięki produkcjom CMG: filmowi dokumentalnemu „Jesteśmy w drodze”, który został przetłumaczony na wiele języków, oraz bezpośredniej relacji z wielkiej defilady wojskowej w ultrawysokiej rozdzielczości 4K „W tym momencie, parada wojskowa 2019”, mieliście Państwo okazję uczestniczyć w audiowizualnej uczcie dzieląc z nami niezwykłą historię 70 lat Nowych Chin. Z tej okazji otrzymałem serdeczne życzenia od wielu przyjaciół. Włoski ekspert do spraw chińskich Francesco Maringio napisał w swym emailu: „Chciałbym pochwalić wielkie osiągnięcia Chińskiej Republiki Ludowej w ciągu 70 lat od powstania Nowych Chin. Myślę, że Chińczycy mają wszelkie powody do dumy”.
W ubiegłym roku ciężko pracowaliśmy, aby uchwycić każdą wspaniałą chwilę na drodze postępu Chin i pokazać światu prawdziwą, trójwymiarową i kompleksową Nową Erę Chin. Korzystając z technologii 5G + 4K / 8K + AI oraz innych metod komunikacyjnych, z powodzeniem relacjonowaliśmy Forum Współpracy Międzynarodowej „Pasa i Szlaku”, Konferencję Dialogu Cywilizacji Azjatyckiej i obchody 20. rocznicy powrotu Makao do Chin oraz inne ważne wydarzenia. Wyprodukowaliśmy między innymi filmy tematyczne „Ulubione cytaty Xi Jinpinga” i „Jeśli narodowe skarby mogą mówić”, także tłumaczone na inne języki, co otworzyło okno dla naszych przyjaciół, aby mogli głęboko zrozumieć chińskie wartości w Nowej Erze oraz długą historię i kulturę Chin.
Do dziś minęły dopiero 2 lata od powstania Chińskiej Grupy Mediów, ale jesteśmy świadomi, że w obecnej epoce internetu, jeśli nie posuniemy się naprzód lub będziemy robić to wolno, to nie dogonimy epoki. W 2019 roku rozpoczęliśmy budowę jedynego w Chinach kluczowego laboratorium produkcji i emisji audiowizualnej w systemie ultrawysokiej jakości HD. Stworzyliśmy nową platformę medialną 5G „CCTV Video”. Rozpoczęliśmy zmianę ramówki opartej o rozwój wysokiej jakości, a także opracowaliśmy ponad 200 programów.
Wszechstronna, obiektywna i uczciwa relacja gorących problemów na świecie to zasada, której zawsze przestrzegamy. Przyjmujemy postawę otwarcia i współpracy, prowadzimy równoprawną wymianę z naszymi kolegami w kraju i za granicą. W 2019 przeprowadziłem rozmowy z przedstawicielami ponad 150 międzynarodowych mediów, w tym z Associated Press, Reuters, AFP i BBC. Dzięki temu doszło do wymiany naszych poglądów, a kręg naszych przyjaciół powiększył się.
Jednocześnie żałuję, że z nieznanego powodu, w niektórych zachodnich mediach pojawiła się „selektywna ślepota”, dotycząca ważnych doniesień z Chin. Dochodziło do publikacji wiadomości opartych o pogłoski lub plotki, co spowodowało zniekształcenie faktów, a także pojawiały się doniesienia prasowe, które nie różniły się niczym od powieści literackich. Wszyscy uważamy, że fakty są sednem informacji prasowych. Jeśli publikujesz depesze, które oparte są na wyobraźni, to traktujesz informacje prasowe jako fikcję, co szkodzi wiarygodności jakichkolwiek mediów.
Niezwykle cenne jest dążenie do prawdy i eliminowanie uprzedzeń. CGM będzie nadal utrzymywać obiektywne i uczciwe stanowisko, aby rozpowszechniać prawdę i głos sprawiedliwości wśród społeczności międzynarodowej.
Od zawsze uważam, że wymiana między mediami może wyeliminować bariery i uprzedzenia, a także sprawić, aby więcej ludzi zostało przyjaciółmi.
Rok 2020 jest decydującym rokiem dla Chin we wszechstronnej budowie średnio-zamożnego społeczeństwa, a także wyjścia ze skrajnego ubóstwa w kraju, gdzie populacja sięga 1,4 miliarda ludzi. Chińska Grupa Mediów będzie przekazywać informacje o wydarzeniach, które będą miały miejsce w Chinach i na świecie, aby wprowadzić więcej pozytywnej energii w promocję budowy wspólnoty ludzkich losów.
Niech 2020 będzie pełen miłości.
Życzymy szczęścia Chinom, życzymy szczęścia światu, życzymy szczęścia Państwu.