Bez „i”

Artykuł Anny Grodzkiej „O mediach i demokracji” opublikowany na łamach Strajk.eu i Dziennika Trybuna zasługuje więcej niż na uwagę. Temat podniesiony przez Grodzką powinien być kontynuowany w dyskusjach, zwłaszcza w środowiskach demokratycznych. Analiza stanu polskiej demokracji, problemów (lub precyzyjniej: braku problemów) znacznej liczby wyborców, dyktat mediów, aktualna rola mediów publicznych przeprowadzona przez Grodzką jest jak najbardziej właściwa, celna. Niestety, na tym pozytywy tego ważnego artykułu moim zdaniem się kończą. Analiza sytuacji właściwa, ale wnioski i postulaty chudziutkie. Brakło nie tylko przysłowiowej kropki nad „i”, ale również samego „i”.

Proponowane rozwiązania niewiele wnoszą nowego, a nawet umacniają wręcz obecny, wynaturzony system. Przecież finalna propozycja autorki obciążania reklamodawców pokrywania kosztów medialnych kampanii społecznych to właśnie umocnienie wpływu biznesu reklamowego. Dodatkowe koszty pokryją sobie z cen towarów, za które zapłacimy, a proponowany Fundusz Medialny będzie bardzo zainteresowany tym, aby rynek reklam – a więc usług masowego ogłupiania ludzi – był jak największy. Myślę, że nie tędy droga.

Demokratyczna lewica powinna podjąć trud opracowania własnej koncepcji kampanii kreowania przedstawicieli społeczeństwa w instytucjach państwa demokratycznego. Streścić ją można w dwóch słowach: dekapitalizacja i sekularyzacja społecznych kampanii wyborczych.

Zdaję sobie sprawę z tego, że 98% czytelników, którzy dotarli do tego miejsca mruknie pod nosem coś na kształt: „To przecież niemożliwe! Uczkiewicz zwariował!” i przejdzie do innej lektury. Ale ja chciałbym zwrócić się do tych dwóch procent, do tych ludzi lewicy, którzy nie boją się formułowania celów przez otoczenie uznawanych za szalone, a w każdym razie niemożliwe. Przypomnę tylko nieśmiało, że cały nasz postęp cywilizacyjny, z którego tak jesteśmy dumni, swoje początki zawsze miał w przełamywaniu stereotypów, w sięganiu po niemożliwe.

Problem pierwszy: władza czy odpowiedzialność.

Aby skonstruować nowy, wartościowy model kampanii wyborczej zacząć należ od sedna wyborów. Postawię więc pytanie: dlaczego ciągle, w kółko, mówimy o wyborze WŁADZ. Władz krajowych, wszelkich szczebli władz samorządu terytorialnego, samorządów zawodowych. Jeżeli nawet nasz piękny polski język jest w tym obszarze zbyt ubogi, to jednak cała narracja wokół wyborów dotyczyć powinna ODPOWIEDZIALNOŚCI. Celem wyborów w społeczeństwie demokratycznym powinno być wyłanianie ludzi, naszych przedstawicieli, którym powierzamy ODPOWIEDZIALNOŚĆ za kierowanie biegiem wspólnych spraw, na których cedujemy część własnej odpowiedzialności, abyśmy mogli zająć się na co dzień innym i sprawami a także kontrolowaniem tego, jak nasz mandat zaufanie jest wykonywany. Nie chodzi tylko o to, że w naszej, głęboko zakorzenionej historycznie tradycji, WŁADZA, jest z założenia ciałem obcym, zewnętrznym, wręcz wrogim. Bardziej kojarzy się nam z przywilejami, mechanizmami przymusu. Nie chodzi też o to, że do „władzy” wielu idzie po zaszczyty, wpływy, apanaże. Chodzi też o to, że taki wyścig do władzy jest z gruntu ademokratyczny, aspołeczny.

Z pojęciem „władzy” ściśle związane jest inne pojęcie: „walka”. Każde wybory to u nas jedno wielkie pole bitwy, w której są wygrani i przegrani. Wygrani chodzą w chwale, a przegrani… w niechwale. Statystycznie mandaty w różnego rodzaju organach publicznych uzyskuje około 10% kandydatów. Jeżeli do tego dodać, że każda kampania wiąże się z koniecznością kapitałowego zaangażowania kandydata, to nasze kampanie wyborcze są jedną, wielką machiną produkującą obywateli – frustratów. I do tego frustratów wśród najbardziej wartościowej części społeczeństwa, gotowej czas swój i zdolności poświęcić dla dobra publicznego. Ciekawy jestem czy chociaż w jednej gminnej szkole podstawowej w Polsce przeprowadzono lekcję na temat wyborów do Rady Gminy, w czasie której wszystkich kandydatów prezentowano jako osoby, które publicznie zgłosiły gotowość podjęcia ODPOWIEDZIALNOŚCI za wspólnotę, jako wzór postaw obywatelskich, wzór do naśladowania.

Problem drugi: forsa

Wielokrotnie zdarzyło mi się słuchać jednego z wojewódzkich liderów SLD, który prosto z mostu przekonywał, że „na pierwsze miejsce na liście bez 100 tysięcy złotych nie ma co startować”. Nie wiem: sto czy dziesięć tysięcy. Ale już sam fakt, że wybory do obywatelskich organów przedstawicielskich kandydat musi traktować jako inwestycję kapitałową jest aberracją. Przecież nieodłącznym elementem każdej inwestycji jest „stopa zwrotu kosztów”. Cały więc system wyborczy petryfikuje wybory jako wyścig o władzę i wpływy. Ale jest jeszcze jedno oblicze tej kwestii: wybory w Polsce są właściwie tylko dla bogatych. Nie mogę pojąć jak lewica może przechodzić do porządku dziennego nad tym, że wybory są w Polsce tylko dla lepiej sytuowanych materialnie, jak może nie reagować na to, że konstytucyjna równość obywateli w czynnym prawie wyborczym jest fikcją.

Wyborami do organów przedstawicielskich w Polsce rządzi pieniądz. Partie polityczne szukają jawnych i skrytych sponsorów (zobowiązania!), zaciągają – podobnie jak wielu kandydatów – kredyty bankowe. Gdzie płynie ta rzeka pieniędzy? Płynie do wszelkiego rodzaju komercyjnych agencji reklamowych i mediów, które kandydatów sprzedają nie przymierzając jak „Najlepszy płyn do higieny intymnej”. Medialne kampanie komercyjne oparte są przecież na doświadczeniach kampanii reklamowych, której podstawowa dewiza, wypracowana jeszcze w początkach minionego stulecia w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej głosi: „Pamiętaj! Jeżeli w reklamie odwołujesz się do racjonalizmu, zdrowego rozsądku, to de facto odwołujesz się do 10% odbiorców”. Dlatego słynne „czarne teczki” Tymińskiego pokonały ikonę polskiej demokracji: Premiera Tadeusza Mazowieckiego. Dlatego czarny PR jest tak skuteczny. Dlatego komitety wyborcze zabiegają, aby na ich listach znaleźli się aktorzy popularnych programów telewizyjnych, znani sportowcy, celebryci. Oczywiście w żaden sposób nie można ograniczać ich czynnych praw wyborczych, ale nie powinni służyć za przynętę na wyborcę w demokracji obywatelskiej. Powyższe praktyki doprowadziły przecież do tego, że poziom merytoryczny, etyczny i kulturalny polskiego Sejmu z kadencji na kadencję spada na łeb na szyję.

Podporządkowanie kampanii wyborczych do organów przedstawicielskich regułom właściwym dla komercyjnej reklamy, oddanie ich w ręce komercyjnych mediów ma jednak jeszcze jeden, o wiele groźniejszy dla demokracji skutek. Każdy z nas niejednokrotnie słyszał slogan, że „kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami”, że „w kampanii wyborczej mówi się różne rzeczy” lub wręcz, że „w kampanii wyborczej kłamanie jest dozwolone”. Medialni komentatorzy często oczekują wręcz „uwodzenia elektoratu przez kandydatów”. Krótko mówiąc przez ostatnie 30 lat demokracji w Polsce kłamstwo wyborcze stało się normą nie tylko polityczną, ale i społeczną. Czy demokratyczna lewica może się z tym godzić?

Kler

Porządkując polski system wyborczy, szukając jego lepszych, społecznie wydajniejszych formuł, postawić należy też tezę o koniecznej sekularyzacji kampanii wyborczych. Sekularyzacji rozumianej jako maksymalne ograniczenie ingerencji kościołów w proces wyborczy. Rozdział kościoła od państwa w tej najważniejszej dla państwa kwestii musi być jasny, jednoznaczny. Również w imię naszej suwerenności zwłaszcza w przypadku Kościoła Katolickiego jego funkcjonariusze i struktury reprezentują interesy państwa obcego. Nie chodzi tu tylko o kwestie kazań głoszonych w kościołach, ale również o odejście od złej tradycji organizowania wyborów w niedziele. Po mszy, w trakcie której często w sposób mniej lub bardziej zawoalowany przekazane zostały instrukcje, wierni gromadnie zmierzają do lokali wyborczych, co razem tworzy określoną zbiorową presję.

Lewica

Lewica w Polsce staje – podobnie jak na całym świecie – wobec podstawowego dylematu: czy być, jak przez minione 30 lat, ruchem politycznym adaptacyjnym czy kreatywnym. Adaptacyjnym, czyli takim, który przystosowuje się do reguł gry ustanawianych przez kapitał, starając się „socjalizować” jego rozwiązania i tam gdzie chcą dodać 10 to domagać się 12, a gdzie chcą zabrać 10 to domagać się 8. Kreatywnym natomiast to takim, który tworzyć będzie własną, nowoczesną wizję demokratycznego społeczeństwa i państwa, który proponować będzie własne, lewicowe rozwiązania systemowe. Stosunek lewicy do fundamentalnej społecznie i politycznie kwestii reguł kreowania ciał ponoszących odpowiedzialność za kraj i ludzi będzie jednym z poważniejszych dla niej sprawdzianem w tym względzie.

Celowo nie przedstawiam tu propozycji własnych założeń do nowego podejścia do kwestii wyborczych – pomieściłem je we wpisie „Kogo i jak wybierać” z lutego 2017 r. Jestem jednak przekonany, że temat „Wybory w społeczeństwie obywatelskim” wart jest pracy grupy lewicowych intelektualistów, idealistów, niebojących się budowania maszyn latających cięższych od powietrza.

Dla dobra Polski i Polaków.

O mediach i demokracji

Jestem wściekła z bezsilności, kiedy widzę, jak ludzkimi emocjami i decyzjami steruje płynąca z mediów rzeka kłamstw, półprawd i nachalnej propagandy. A także wtedy, kiedy toniemy w rozkręcanym przez nie wirze bzdetu, incydentu i banału. Ale najbardziej czuję się bezsilna, kiedy zdaję sobie sprawę, że jesteśmy sterowani w niedostrzegalny sposób – w ciszy i mroku skrzętnie pomijanych informacji i wątków, w jednostronnie naświetlanych zjawiskach. 

A przecież, jeśli obraz rzeczywistości społecznej w naszych oczach jest wypaczony, zaciemniony i zniekształcony, to demokracja jest fikcją.

Aby uczestniczyć w demokracji, to znaczy, aby głosować świadomie i zgodnie ze swoim dobrze i szeroko rozumianym interesem, wyborcy potrzebują nie tylko odpowiedniego, uczciwego systemu wyborczego i sposobów kontroli wybranej władzy, ale także prawdziwej, wszechstronnej bieżącej informacji i wiedzy o społecznej rzeczywistości. Przede wszystkim jednak, we współczesnym skomplikowanym świecie potrzebują poznać ZASADY SYSTEMU, jaki rządzi naszym życiem. Zanim zacznie się grać w jakąś grę, niezbędne jest poznać jej reguły. Aby głosować świadomie, trzeba mieć wiedzę o mechanizmach regulujących gospodarkę oraz o jej skutkach, mieć pojęcie o procesach globalizacji, rozumieć zależności między systemem społeczno-ekonomicznym a lokalnym, indywidualnym życiem. Bez tego każda atrakcyjnie sformułowana oferta politycznych hochsztaplerów może stawać się polityczną rzeczywistością, a demokracja fikcją.

Pokazywać i objaśniać świat – to zadanie komunikacji społecznej – czyli edukacji i mediów. Niestety to nie działa! Jedno i drugie zawodzi.

To odpowiadając odważnie zapytam: jak często w głównych mediach słyszeliście poważną dyskusję o kardynalnie ważnych dla każdego obywatela sprawach? Na przykład wyjaśniających, jak działa system monetarny świata? Spróbujcie zapytać przypadkowych osób, „skąd biorą się pieniądze?”, „czym różni się NBP od PKO?” albo „czego dowiadujemy się, gdy informują nas o stanie PKB?”. Prawie na pewno usłyszycie błędne lub bardzo niekompletne odpowiedzi.

Podobnie będzie, gdy spytacie, na czym polegał kryzys 2008 roku i skąd biorą się podobne kryzysy? Nie usłyszycie również satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie, jakie są główne cechy ustrojów politycznych – komunizmu, socjalizmu, a nawet kapitalizmu, w którym żyjemy. Nieczęsto usłyszycie odpowiedź na pytanie, czym jest neoliberalizm i dlaczego w tym systemie lawinowo powstają nierówności społeczne.Stwierdzicie powszechny brak dostatecznej wiedzy obywateli na temat systemu podatków i ich skutków dla budżetu. Jak okazało się w trakcie poprzednich wyborów do Sejmu, ludzie nie rozumieli politycznych konsekwencji wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych, a obecnie w znacznej liczbie (jak sądzę) nie rozumieją związku między uzależnieniem sądów od polityków a zagrożeniem totalitaryzmem, który w każdej chwili może zacząć działać przeciwko nim. Czy bez tej kardynalnie ważnej wiedzy zdecydowanej większości obywateli możliwy jest racjonalny, zgodny z obiektywnym interesem większości, demokratyczny wybór?!

Ale i w bardziej konkretnych sprawach, które są lub były w Polsce przedmiotem „politycznej” debaty, trudno liczyć na dostateczną wiedzę wyborców. Z treści zaprezentowanych przez liberalne prywatne mainstreamowe media, w debacie na temat wejścia Polski do strefy „euro”, dowiecie się wyłącznie o zaletach tego rozwiązania. Bardzo trudno natomiast będzie wyłowić informacje, jakie negatywne skutki mogłyby wynikać z wprowadzenia euro w Polsce. Ciekawa też jestem, jaki procent obywateli rozumie skutki, które byłyby konsekwencją podpisania umowy typu TTIP z mechanizmem ISDS i co to w ogóle jest? Chyba też nie warto pytać, jeśli oczekujemy właściwej odpowiedzi, o różnicę między Radą Europy a Radą Europejską albo o kompetencje poszczególnych instytucji Unii Europejskiej. Gdyby do tego dodać jeszcze bzdury, które udało się wtłoczyć obywatelom przez rządowe media, zwane publicznymi, to obraz polskiego wyborcy będzie jeszcze bardziej ponury. No, to kiedy przyjdzie do ważnych referendów lub wyborów, co i kto ukształtuje ich wynik?

To tylko mała część bardzo istotnych dla obywatela demokratycznego państwa pytań, które można zadać, aby w świetle odpowiedzi zobaczyć, że z powodu słabości komunikacji społecznej doświadczamy zderzenia demokracji ze ścianą.

Tymczasem przedwyborcza manipulacja „patriotycznym obowiązkiem głosowania” i medialnymi portretami polityków – „wybitnych liderów” trwa.

Powiedzmy to sobie odważnie i uczciwie: obecny stan świadomości (obraz społeczno-ekonomicznej rzeczywistości) przeciętnego wyborcy został ukształtowany przede wszystkim przez media – telewizje, prasę, radio, agencje informacyjne i główne portale internetowe. W takiej rzeczywistości demokracja jest fikcją. Kalectwo społecznej funkcji mediów dotyczy nie tylko Polski, ale w Polsce jest dla nas szczególnie widoczne. Z jednej strony mamy media zawłaszczane (bardziej czy mniej) przez polityków. I nie chodzi tu tylko o media „tzw. publiczne”, ale także te prywatne media, które „żyją” ze zleceń reklamowych firm zależnych od polityków i są „systemowo” na ich usługach. Nie ma sensu, bym tu opowiadała, jakim sposobem zawłaszczane są media publiczne przez polityków. To wiecie. Ciekawsze może być to, jak działają wcale niewiele bardziej obiektywne media prywatne, które jeśli są dostatecznie duże, to są zależne od polityków w mniejszym stopniu. Ale fakt, że są to „prywatne przedsiębiorstwa medialne”, powoduje, że działają na rzecz inwestorów kapitałowych, mając za za cel wytworzenie zysku i zwiększenie wartości firmy.

Dochody tzw. „niezależnych” mediów prywatnych mają w istniejących warunkach z grubsza dwa źródła: sprzedaż swojego produktu odbiorcom w postaci egzemplarzy albo praw dostępu (abonamenty) oraz sprzedaż swojego pola medialnego na rynku reklam. Oba te mechanizmy zatrute są pogonią za oglądalnością, popularnością, klikalnością i innymi „ościami”. Tam, gdzie chodzi o wyrwanie kasy z korporacyjnych portfeli (a tak to działa), nie ma mowy o niezbędnym poziomie rzetelności, obiektywności, nastawienia na działania w interesie komunikacji publicznej, czy po prostu o wysokim poziomie intelektualnym przekazu. Wyłowienie z gąszczu incydentalnych informacji, nastawionych na rozgrzewanie emocji, wiedzy ważnej dla budowy prawdziwego, szerokiego obrazu rzeczywistości (także ekonomicznej czy politycznej), staje się dla większości obywateli mission impossible.

Nastawienie na realizację misji komunikacji publicznej, w pełnym słowa tego znaczeniu, czy troska o kondycję demokracji obywatelskiej nie jest oczywiście na liście priorytetów prywatnych mediów. To nie przynosi zysku. Za to „klikalność”, „oglądalność”, itp. przyciąga reklamodawców. Zysk komercyjnego medium pojawia się, jeśli sprzyja ono reklamodawcom, nie ujawnia tajemnic i ciemnych interesów korporacji będących zleceniodawcami reklam, nie krytykuje rozwiązań systemowych, w jakich dobrze czują się korporacje. Tak działając, prywatne duże media są mistrzami w pomijaniu trudnych tematów niosących wiedzę o systemie, w jakim żyjemy. Jako prywatne, szczególnie nie lubią krytyki kapitalizmu, bo któż lubi, jak się go krytykuje.

A przecież bez konstruktywnej i skutecznej krytyki systemu, w którym żyjemy (obojętne jaki jest!), nie jest możliwa realizacja demokratycznej władzy obywateli.

Medialna komunikacja społeczna na wysokim poziomie nie jest domeną ani prywatnych przedsiębiorstw medialnych (medialnego biznesu) ani mediów w służbie bieżącej polityki. Ale media nie muszą być w dyspozycji polityki ani w dyspozycji kapitału. Media mogą być NASZE – publiczne.

Żeby media były nasze, to:

  • konieczne jest finansowanie ich ze środków publicznych;
  • to my musimy powoływać i odwoływać władze;
  • to my musimy wyznaczać zadania i określać standardy;
  • to my musimy je kontrolować i dbać o ich rozwój;
  • media publiczne nie mogą zależeć od interesów reklamodawców, dlatego nie powinny przyjmować komercyjnych reklam biznesowych.

Skąd w takim razie pieniądze? Jeśli nie od korporacji i właścicieli kapitału, to są tylko dwie możliwości: z powszechnego celowego abonamentu albo z wyodrębnionego funduszu budżetowego, zabezpieczonego konstytucyjnie.

My – to znaczy kto? Ano konkretnie nasi przedstawiciele. Przedstawiciele, ale nie politycy, bo w przypadku mediów politycy muszą być ich klientami, a nie dysponentami.

Istnieje idea, znana od czasu starożytnej demokracji ateńskiej (uważana za najważniejszą cechę demokracji) wybierania przedstawicieli poprzez losowanie. Zażądajmy reformy prawa, które pozwoli na podejmowanie decyzji przez wybierane w procedurze losowania grupy obywateli. Niech wylosowani przedstawiciele wyłonią władze reformowanych przedsiębiorstw medialnych, niech wyznaczają im cele i kontrolują je.

Taki sposób działania (wyboru przez losowanie) jest znany nie tylko w demokracji ateńskiej. Izby Obywatelskie (IO) są powoływane we współczesnych systemach demokratycznych dla realizacji celów, które powinny charakteryzować się niezależnością od bieżącej polityki i prywatnego kapitału oraz kierować się perspektywą dobra wspólnego. Założeniem IO jest podejmowanie decyzji w oparciu o jak najpełniejszą wiedzę po zapoznaniu się ze stanowiskami wszystkich zainteresowanych stron. Jednym z podstawowych sposobów działania IO jest deliberacja, czyli rozważanie różnych rozwiązań, racji i stanowisk. Skład IO jest losowany, ale z uwzględnieniem kryteriów demograficznych, takich jak wiek, płeć, miejsce zamieszkania i poziom lub nawet kierunek wykształcenia czy doświadczenia zawodowego. Celem IO może być rozstrzygnięcie jakiegoś problemu społecznego, wyłonienie władz instytucji, a jeśli IO działa permanentnie, to także nadzór i kontrola wybranych władz. W systemach prawnych opartych na „common law” wybiera się tą drogą składy ławy przysięgłych. W Polsce istnieje działający podobnie do IO „Panel Obywatelski”, związany z samorządem Gdańska. I nie są to jedyne przykłady funkcjonowania wybieranych w drodze losowania grup, pełniących określone funkcje w demokracji na świecie.

Ale chcę zaproponować jeszcze jedną koncepcję naprawy mediów. To idea stworzenia Funduszu Medialnego.

Niezależnie od reformy mediów publicznych wielkie znaczenie dla poprawy medialnej komunikacji społecznej mogłoby mieć stworzenie specjalnego funduszu, wspierającego misję informacyjną i kulturalną w medialnej przestrzeni publicznej. Myślę tu o takim rozwiązaniu, które finansowane byłoby nie ze środków publicznych, a z pieniędzy prywatnych firm i korporacji. Wyobraźmy sobie takie rozwiązanie prawne, które zmusza reklamodawców biznesowych do odprowadzenia (powiedzmy) 20% wartości każdej faktury, wystawianej im za reklamę w mediach, na specjalny Fundusz Medialny (FM).

Rynek reklamy w Polsce to ponad 9,5 mld złotych rocznie. Fundusz Medialny dysponowałby zatem kwotą prawie 2 mld zł rocznie. Realizowałby konkursy grantowe i oferował granty na przedsięwzięcia medialne (programy, teksty, filmy itd), które najlepiej realizowałyby misję poprawiającą poziom komunikacji społecznej i kultury. Instytucje medialne, tak prywatne jak publiczne, a nawet osoby działające w internecie, mogłyby występować do FM o sfinansowanie ich projektów. Pieniądze te trafiałyby oczywiście do tych podmiotów, które najlepiej realizowałyby misję. Nie muszę dodawać, że w moim przekonaniu, Fundusz Medialny powinien być podporządkowany i kontrolowany przez Izbę Obywatelską, stworzoną właśnie do tego celu.

Ten, kto zarabia na rynku demokratycznego państwa, a w tym przypadku będą to przede wszystkim duże korporacje, powinien ponosić koszty demokracji. Dodam, że nie sądzę, iż globalna skala dochodów przedsiębiorstw medialnych z reklam radykalnie by się zmniejszyła. Nie sądzę również, że znacznie obniżyłaby się skłonność biznesu do wydatkowania środków na reklamę.

Należy zatem w ten sposób „opodatkować” transakcje reklamowe i stworzyć fundusz grantowy dla realizacji misji informacyjnej i kulturalnej.

Mam nadzieję, że Polacy będą wywierać presję na polityków w celu zrealizowania reformy medialnej. Należy domagać się także, aby projekt Funduszu Medialnego zrealizowały struktury Unii Europejskiej.

Niestety! Politycy, realizując powyższe projekty, oddawaliby społeczeństwu znaczną część swoich prerogatyw. Zatem ich opór jest do przewidzenia. Ale cóż on znaczy wobec obywatelskiej siły i determinacji. Zatem nie rezygnujmy z domagania się dobrych rozwiązań. Wszak nie ma alternatywy. Jeśli nie uda się w Polsce i w Unii Europejskiej zreformować prodemokratycznych mechanizmów, w tym przypadku systemu komunikacji społecznej, to skazani będziemy na dalsze lawinowe umacnianie się autorytaryzmu, populizmu, nacjonalizmu i faszyzmu.

Porozmawiajmy o mediach

W państwach demokratycznych siła mediów jest tak wielka, że mogą one kształtować społeczeństwo i politykę. Poza tym spełniają funkcję kontrolną pozostałych trzech władz, aby nie dochodziło do nadużyć i korupcji. Tak sądzono do tej pory.

Jednak im dłużej obserwować sytuację w przestrzeni masowej komunikacji, tym bardziej rzuca się w oczy uzależnienie mediów od wielkiego kapitału, zblatowanie świata żurnalistyki i polityki, uzależnienie dziennikarstwa od interesów możnych tego świata. Powiązania polityki, biznesu i masowej komunikacji medialnej sprawiły, że zasada „otwartych drzwi” między biznesem i polityką działa dziś też w wymiarze medialnym. Media stały się nie tyle czwartą władzą w formie kontrolnej, a władzą stojącą na straży interesów właścicieli najszerzej pojętego kapitału.

Kolejnym niebezpiecznym aspektem działań dzisiejszych mediów są nachalne próby narzucania jednolitej wizji złożonej, rzeczywistości pełnej konfliktów, sprzecznych interesów, przeciwstawnych dążeń. Zgodnie z kanonami wolności, demokracji i swobody słowa ta cała złożona rzeczywistość powinna być prezentowana jak najdokładniej. Czy dziś tak jest? Naszym zdaniem nie. Zamiast tego współczesne środki przekazywania informacji, przy użyciu najnowszych technologii, pozwalają na urabiania mentalności pojedynczych ludzi i całych zbiorowości na skalę nieosiągalną dla XX-wiecznych totalitaryzmów, przy użyciu dużo subtelniejszych środków. Różni aktorzy nie ustają dziś w staraniach, by wdrukowywać w ludzkie umysły określone klisze, które decydują o ich spojrzeniu na świat, manipulują ich wyborami i przekonaniami. Na to nakłada się kult rozrywki i zabawy jako sposobu na życie. Biznes rozrywkowy to przecież bardzo ważna część przedsiębiorczości. Infantylizacja i banalizacja rzeczywistości pomagają sprawować rząd dusz.

O tych problemach chcemy dyskutować 29 stycznia w ramach comiesięcznej dyskusji. Zapraszamy na debatę we Wrocławiu (będzie również transmisja na profilu Strajk.eu na Facebooku). To jest esencja demokracji i wolności.

Rządowa propaganda niszczy społeczeństwo

Jesteśmy kompletnie nieodporni na fake newsy, tego się w ogóle nie uczy w szkole, starsze osoby z kolei wierzą we wszystko, co zobaczą w telewizji czy przeczytają w gazecie. Odporność na propagandę tak zmalała, że nie mając żadnych dowodów, można skazać człowieka – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

51 proc. wierzy, że marszałek Grodzki jako lekarz brał łapówki – pokazuje ostatni sondaż i abstrahując od jakości tego badania, to coś mówi o Polakach. Czy dzisiaj, posiadając wiedzę i umiejętności, można wykreować wszystko?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Wręcz przeciwnie, można to zrobić nie posiadając żadnych umiejętność i wiedzy. Jesteśmy świadkami bardzo przykrej rekonstrukcji historycznej – gdyby ktoś nie wiedział, jak można było zaszczuć dowolną osobę w czasach słusznie minionych, to ma najlepszy przykład. Sądzę, że nawet Jerzy Urban mógłby się paru rzeczy nauczyć od obecnej ekipy, bo powiedzieć, że te działania to tzw. czarny PR, to nic nie powiedzieć. To przypomina włamanie z łomem chuliganerii.
Okazuje się, że jesteśmy kompletnie nieodporni na fake newsy, tego się w ogóle nie uczy w szkole, starsze osoby z kolei wierzą we wszystko, co zobaczą w telewizji czy przeczytają w gazecie. W efekcie odporność na propagandę tak zmalała, że nie mając żadnych dowodów, można skazać człowieka.

Co jest najbardziej przerażające w tym wszystkim, to fakt, że politycy muszą mieć twardą skórę i liczyć się z nieczystymi zagraniami. To nie jest w porządku, ale taki jest świat polityki. Proszę sobie jednak wyobrazić, co będzie, gdy w takiej sytuacji znajdzie się obywatel, który jest lekarzem, kominiarzem, kierowcą, nauczycielem czy adwokatem, skoro można w ten sposób potraktować trzecią osobę w państwie. W ten sposób można doprowadzić do śmierci cywilnej, samobójstwa politycznego, nie chcę mówić o gorszych rzeczach. Przez ostatni rok analizowaliśmy z kolegami i koleżankami z marketingu politycznego i socjologii sytuację Pawła Adamowicza. On był poddawany dokładnie takim samym zabiegom jak dzisiaj marszałek Senatu Tomasz Grodzki.

To nie tylko oskarżenia o łapówki, ale też o donoszenie na Polskę za granicą. Prezydentowi Gdańska zarzucano to samo, regularnie oskarża się też o to Donalda Tuska, opozycję.

Bo doszliśmy do etapu, kiedy w niewinnych “rekonstrukcjach historycznych” dzieci odgrywając sceny z Oświęcimia, udają gazowanie. Myślę, że politycy muszą się w końcu zastanowić, bo to nigdy nie działa w jedną stronę.Coś, co teraz jest pałką w naszych rękach, może być kiedyś w innych i sami odczujemy to na własnej skórze ze zdwojoną siłą. To jak bumerang.

Widać to we współczesnym świecie, nie tylko w Polsce, chociaż trzeba przyznać, że obecna ekipa rządząca przekracza wszelkie bariery, łącznie z tym, że posługuje się jawnym kłamstwem. Już nie silą się na mijanie się z prawdą czy gdybanie. Premier mówi, że sędziowie zostali wykształceni przez komunistów i przejęli ich poglądy. To już nie jest donoszenie na Polskę w “Die Welt”, tylko analiza sytuacji. Nie ma żadnego poczucia wstydu, ani co gorsze, nie ma przewidywania przyszłości – do czego to może doprowadzić.

Do czego?

Do wykańczania przeciwnika politycznego. Pytanie, ile wytrzyma marszałek Grodzki i jego otoczenie, ale ten czarny marketing polityczny przekłada się też na osoby, które na co dzień nie zajmują się polityką. Takiej wersji jeszcze nie mieliśmy.

Niszczy się wszystkie struktury społeczne, niszczy autorytety, jasne widzenie świata, co powoduje zaburzenie relacji i komunikacji, które są fałszywie odczytywane, co prowadzi do bezradności.Dzieje się tak, bo ludzie nie mają narzędzi, żeby to nazwać i sprawdzić, zaczną więc udawać się na emigrację wewnętrzną. Pozostali bliżej władzy, np. obsadzeni w spółkach Skarbu Państwa, zaczną się urządzać w przysłowiowej d… o której mówił Kisielewski. Zatem znowu zaczynamy produkować na skalę państwową ludzi, którzy dla świętego spokoju będą konformistami.
Marszałek Grodzki jest jaskrawym przykładem, jak działa ta machina – to szukanie haków, apele CBA o donosy. Wobec sędziów od dawna prowadzona jest ta sama działalność, tylko w wersji trochę bardziej soft?
Sędziów jest po prostu więcej. Jesteśmy świadkami kuriozalnych sytuacji, kiedy funkcjonariusze państwowi, jak ministrowie, obrażają publicznie sędziego za to, że przeszedł się w naszej sprawie – wszystkich obywateli – w marszu. Za to jest postponowany przez urzędników państwowych i dziennikarzy usłużnych władzy, którzy opowiadają steki bzdur. U sędziów ma to jeszcze jedną konsekwencję – sprawy dyscyplinarne. To są tzw. miękkie represje, które będą się sprowadzały do tego, że ludzie będą tracić pracę albo będą musieli się naginać do systemu. To jest bardzo niebezpieczne, bo jeśli zostanie złamany kręgosłup młodych sędziów, to konsekwencje będą długofalowe i marnie nam to jako krajowi wróży.

Do tej pory marketing polityczny kojarzył się ze słynną debatą Kennedy-Nixon, z niebieską koszulą u polityka czy ze sprawnym spotem wyborczym. Czy dziś pojęcie “marketing polityczny” nabiera innego znaczenia?

To jest ciągle marketing polityczny, bo ciągle są wywieszane billboardy, a politycy chodzą do mediów, są hasła i slogany. Natomiast warto popatrzeć na to, co czeka nas w najbliższych miesiącach. Władza doskonale zdaje sobie sprawę, że wybory prezydenckie w maju są kluczowe. Spodziewam się niestety bardzo brutalnej kampanii. W zasadzie będą panować reguły uliczne, czyli bardziej brak reguł. Pan prezes Kaczyński napisał do działaczy w Rzeszowie, że domaga się, aby Andrzej Duda wygrał w I turze, zatem cały ogień pójdzie już od samego początku. Na dziś wszystko wskazuje na to, że dojdzie do II tury i wejdzie do niej oprócz obecnego prezydenta kandydatka KO Małgorzata Kidawa-Błońska.

To będzie oznaczać, że w II turze odbędzie się plebiscyt: opozycja kontra siły ciemności czy demokracja kontra autorytaryzm. Tu wkracza nam marketing polityczny, który podpowiada, że lepiej jeżeli uda się wygrać w I turze PiS-owi, bo opozycja będzie w niej rozproszona.

Gdzie jest granica miedzy marketingiem politycznym a manipulacją?

Marketing polityczny kończy się wtedy, kiedy z wywierania wpływu przechodzimy do propagandy. Propaganda jest nastawiona na niszczenie ludzi, a nie na idee, myśli, programy. To nie jest wyśmiewanie tego, co drugi uważa, tylko tego, jaki jest: za gruby, za chudy, za wysoki, jąka się, a w ogóle to nie jest prawdziwym Polakiem, bo donosi na Polskę i bierze łapówki. To atak personalny na człowieka, a nie na wartości, poglądy. Wtedy jesteśmy obiema nogami w autorytaryzmie albo w totalitaryzmie, w zależności, jak daleko to będzie posunięte.

Warto zwrócić uwagę w tym kontekście na 2 mld złotych dotacji na telewizję partyjną, kiedy przez 28 lat WOŚP zebrał 1,2 mld. To pokazuje dobrze skalę i determinację. To też pokazuje, jak bardzo władza musi się bać, że prezydentem nie zostanie Andrzej Duda i jak daleko się posunie, aby mu reelekcję zapewnić. Cały aparat państwa, spółki skarbu państwa plus media będą o to walczyć.

Jest szansa na “normalną” debatę w tzw. mainstreamowych mediach czy nawet tam to będzie wypaczane przez speców od marketingu politycznego?

Dziś media mainstreamowe oznaczają zupełnie coś innego, niż jeszcze 5 lat temu. Media mainstreamowe to dziś TVP, TVP Info, wszystkie kanały Polskiego Radia, a nawet Polsat. Zresztą ten ostatni to bardzo przykry obrazek. Powiem szczerze, że smutno patrzeć, jak nieźli dziennikarze zostają odsuwani od anteny albo łamani. Zostaje zatem internet, TVN, parę stacji radiowych, ale widać dokładnie, że siła przesunęła się na druga stronę.

5 lat temu widzieliśmy w wykonaniu PiS-u bardzo dobry marketing polityczny. Andrzeja Dudę wyciągnięto z trzeciego szeregu, skalkulowano, co trzeba zrobić, gdzie pojechać, co opowiadać, co prawda mijając się z prawdą, bo jeszcze nie kłamiąc, ale to był marketing polityczny. Dziś skoro władza stoi przed dylematem “albo ty albo ja” i wszyscy czekają na to, co pokaże Cezar z Nowogrodzkiej – czy uniesie kciuk do góry, czy skieruje w dół w geście “dobij” – to przestaje już mieć znamiona marketingu politycznego, a robi się z tego walka gangów.

Jak można się bronić przed manipulacją polityczną?

Niestety jest to trudne. Przez ostatnie 30 lat nie wypracowaliśmy większości społeczeństwa obywatelskiego, które rozumie pewne procesy. Oczywiście można ponarzekać, że mamy za dużo kanałów komunikacji, ale z drugiej strony to może być też paradoksalnie ratunkiem. Wielość źródeł daje możliwość sprawdzania i warto z tego korzystać. Polecam też rozmowę z kimś, komu ufamy, kto się, być może, lepiej zna. Zadawajmy ludziom pytania otwarte, nie pozostawajmy w swojej bańce. Weryfikujmy informacje.

Rozumiem, że można mieć poczucie beznadziei, szczególnie kiedy dochodzi do naszego domu tylko TVP Info, gdzie “Dziennik telewizyjny” leci niemal 24 godziny na dobę, ale można i warto poszukać w Internecie, posłuchać różnych stacji radiowych. I zachowajmy zdrowy rozsądek. Jeżeli kogoś znamy od 20 lat, to nie wierzmy, że zrobił coś złego, bo ktoś tak powiedział, bo za nim świadczy całe jego życie. Warto o tym pamiętać.

Sposób na sprawę marszałka Grodzkiego?

Zasianie wątpliwości to cel propagandy. Przypominam, że sprawa marszałka Grodzkiego zaczęła się od pana Karola Guzikiewicza, który jest radnym PiS-u i który powiedział, że “słyszał do kogoś o łapówkach”, potem się z tego wycofał, pewnie dlatego, że się przestraszył, ale oskarżenie poszło, machina ruszyła i w efekcie PiS domaga się, aby marszałek Grodzki odszedł. To, co się wokół niego dzieje, pokazuje też, jak bardzo PiS się go boi, że to pierwszy człowiek, który przeciwstawił się rządzącym, także dlatego, że oprócz osobowości ma też narzędzia do tego. W epoce głupiego prawa i pogardy stoi kością w gardle rządowi.

Przemówienie noworoczne prezesa China Media Group  dla zagranicznych odbiorców

Drodzy przyjaciele!

2020 to szczęśliwa i piękna liczba, chińscy internauci zinterpretowali brzmienie homofoniczne tej liczby jako „kocham cię kocham cię”. Z okazji zbliżającego się Nowego Roku, chciałbym w imieniu Chińskiej Grupy Mediów przekazać Państwu najlepsze życzenia!
Historia ludzkości to zapis momentów, jeden po drugim. Wiele momentów, które miały miejsce w 2019 roku, to ważne wspomnienia, jak na przykład 1 października, kiedy to świętowaliśmy 70. urodziny Chińskiej Republiki Ludowej. Dzięki produkcjom CMG: filmowi dokumentalnemu „Jesteśmy w drodze”, który został przetłumaczony na wiele języków, oraz bezpośredniej relacji z wielkiej defilady wojskowej w ultrawysokiej rozdzielczości 4K „W tym momencie, parada wojskowa 2019”, mieliście Państwo okazję uczestniczyć w audiowizualnej uczcie dzieląc z nami niezwykłą historię 70 lat Nowych Chin. Z tej okazji otrzymałem serdeczne życzenia od wielu przyjaciół. Włoski ekspert do spraw chińskich Francesco Maringio napisał w swym emailu: „Chciałbym pochwalić wielkie osiągnięcia Chińskiej Republiki Ludowej w ciągu 70 lat od powstania Nowych Chin. Myślę, że Chińczycy mają wszelkie powody do dumy”.
W ubiegłym roku ciężko pracowaliśmy, aby uchwycić każdą wspaniałą chwilę na drodze postępu Chin i pokazać światu prawdziwą, trójwymiarową i kompleksową Nową Erę Chin. Korzystając z technologii 5G + 4K / 8K + AI oraz innych metod komunikacyjnych, z powodzeniem relacjonowaliśmy Forum Współpracy Międzynarodowej „Pasa i Szlaku”, Konferencję Dialogu Cywilizacji Azjatyckiej i obchody 20. rocznicy powrotu Makao do Chin oraz inne ważne wydarzenia. Wyprodukowaliśmy między innymi filmy tematyczne „Ulubione cytaty Xi Jinpinga” i „Jeśli narodowe skarby mogą mówić”, także tłumaczone na inne języki, co otworzyło okno dla naszych przyjaciół, aby mogli głęboko zrozumieć chińskie wartości w Nowej Erze oraz długą historię i kulturę Chin.
Do dziś minęły dopiero 2 lata od powstania Chińskiej Grupy Mediów, ale jesteśmy świadomi, że w obecnej epoce internetu, jeśli nie posuniemy się naprzód lub będziemy robić to wolno, to nie dogonimy epoki. W 2019 roku rozpoczęliśmy budowę jedynego w Chinach kluczowego laboratorium produkcji i emisji audiowizualnej w systemie ultrawysokiej jakości HD. Stworzyliśmy nową platformę medialną 5G „CCTV Video”. Rozpoczęliśmy zmianę ramówki opartej o rozwój wysokiej jakości, a także opracowaliśmy ponad 200 programów.
Wszechstronna, obiektywna i uczciwa relacja gorących problemów na świecie to zasada, której zawsze przestrzegamy. Przyjmujemy postawę otwarcia i współpracy, prowadzimy równoprawną wymianę z naszymi kolegami w kraju i za granicą. W 2019 przeprowadziłem rozmowy z przedstawicielami ponad 150 międzynarodowych mediów, w tym z Associated Press, Reuters, AFP i BBC. Dzięki temu doszło do wymiany naszych poglądów, a kręg naszych przyjaciół powiększył się.
Jednocześnie żałuję, że z nieznanego powodu, w niektórych zachodnich mediach pojawiła się „selektywna ślepota”, dotycząca ważnych doniesień z Chin. Dochodziło do publikacji wiadomości opartych o pogłoski lub plotki, co spowodowało zniekształcenie faktów, a także pojawiały się doniesienia prasowe, które nie różniły się niczym od powieści literackich. Wszyscy uważamy, że fakty są sednem informacji prasowych. Jeśli publikujesz depesze, które oparte są na wyobraźni, to traktujesz informacje prasowe jako fikcję, co szkodzi wiarygodności jakichkolwiek mediów.
Niezwykle cenne jest dążenie do prawdy i eliminowanie uprzedzeń. CGM będzie nadal utrzymywać obiektywne i uczciwe stanowisko, aby rozpowszechniać prawdę i głos sprawiedliwości wśród społeczności międzynarodowej.
Od zawsze uważam, że wymiana między mediami może wyeliminować bariery i uprzedzenia, a także sprawić, aby więcej ludzi zostało przyjaciółmi.
Rok 2020 jest decydującym rokiem dla Chin we wszechstronnej budowie średnio-zamożnego społeczeństwa, a także wyjścia ze skrajnego ubóstwa w kraju, gdzie populacja sięga 1,4 miliarda ludzi. Chińska Grupa Mediów będzie przekazywać informacje o wydarzeniach, które będą miały miejsce w Chinach i na świecie, aby wprowadzić więcej pozytywnej energii w promocję budowy wspólnoty ludzkich losów.
Niech 2020 będzie pełen miłości.
Życzymy szczęścia Chinom, życzymy szczęścia światu, życzymy szczęścia Państwu.

Księga wyjścia (33)

Ballada o samotności i dziwnym przypadku redaktora Lisa

Panie redaktorze, jak często i na ile chętnie Pan kłamie? Bo przecież kłamie Pan. Prawda? Uważa się Pan za inteligentnego, słyszałem z Pańskich ust. W związku z tym musi Pan i chcieć i to robić. No więc, jak często okłamuje Pan czytelników, chociaż pewnie używa Pan określenia „barany”?

W gazecie prowadzonej przez wspomnianego, pojawił się artykuł pod tytułem: „ludzie inteligentni kłamią częściej i chętniej”. Na swoim profilu FB odniosłem się do tych słów konkludując, że zgodnie z postawioną tezą, dziennikarze „Newsweeka” albo są głupkami, albo kłamią. W obronie T. Lisa i prowadzonej przez niego gazety, natychmiast rzuciła się na mnie cała masa zwolenników pierwszego i przeciwników PiS. Nie będę pisał o megalomanii Lisa, ani o tym jak traktuje widzów i czytelników, ale według jego własnych słów ludzie, którzy go bronili to barany, których nie wolno traktować poważnie. Odsyłam do panelu na „UW”, z którego wkleiłem ten fragment wypowiedzi. Ludzie odporni na argumenty zamykają się w bańkach. W takiej bańce są zwolennicy PO, PiS-u i sióstr Godlewskich. Nie jest ważne, co lider bańki – nazwijmy go bańkowym powie lub napisze, jego zwolennicy rzucą się do gardeł temu, kto śmie go krytykować. Często narażając się przy tym na śmieszność.
Lis jest kiepskim dziennikarzem, ale początek lat dziewięćdziesiątych był świetną trampoliną dla wszystkich miernot. Załapywali się do telewizji i tam dopiero zaczynali się uczyć zawodu. Lis z tej trampoliny skorzystał, nie dlatego, że jest wyjątkowy, ale znalazł się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej godzinie. Wygrał jakiś konkurs i wsiąkł, a potem w ekipie pampersów Walendziaka zasiedlił się na dobre, wyleciał USA. Zaczęli uprawiać dziennikarstwo na własnych zasadach i według własnych standardów. Chociaż trzeba przyznać, że teraz to już akademicka klasyka przy obecnym stanie TVP, pod przewodnictwem J. Kurskiego. Choć i on pracował w tamtej telewizji, przyszedł razem z Walendziakiem. Nazwa „pampersy” wzięła się stąd, że nowi szefowie i przychodzący z nimi dziennikarze nie mieli pojęcia o pracy w TV.
Zagrożeniem dla telewizji jest Internet, dlatego jej jedyną bronią jest/powinna być wiarygodność. Wydawało się, że owszem prasę osłabił, ale tego kolosa nie ruszy. A jednak, tym bardziej, że realizatorzy wcale temu nie chcą zapobiec. We wszystkich stacjach partykularne interesy biorą górę i kłamstwo pogania manipulację. Geobbelsowska teza o wielokrotnie powtórzonym kłamstwie jest już nieaktualna, nie przy tej ilości różnych mediów i przekazów, każda nawet tysiąc razy powielana informacja ginie. Chyba, że ktoś ogląda tylko TVTrwam. A większość mediów i tak powiela pasujące im politycznie bzdury, ale główna batalia idzie o krajową politykę. Bo co do międzynarodowej, a zwłaszcza natowskiej, to prawie wszystkie redakcje powtarzają ten sam, często nieprawdziwy obraz. W dodatku z pozycji kolan. A to podobno PRL był taki zniewolony…
No nic, przypomniało mi się, gdy byłem w Kosowskiej Mitrowicy. Pojechałem tam bez akredytacji NATO i mieszkałem gdzie się da. Siedziałem na murku naprzeciwko rzeki Ibar – dzieliła ona cześć albańską i serbską. Jeśli coś się działo, to zwykle tam. W pewnym momencie podeszła do mnie grupa kilkunastu żołnierzy, z karabinami wymierzonymi we wszystkie strony, łącznie ze mną – przynajmniej pięć M-16 we mnie skierowali, ze środka wyłoniła się dłoń z mikrofonem i dziennikarka nie wychodząc zza pleców żołnierzy w kamizelkach, zaczęła mnie wypytywać jak mi się tu teraz żyje jako Serbowi. Już nie pamiętam, czy powiedziałem jej, że też jestem dziennikarzem, czy że czekam na jakiegoś trupa bo poluję na albańskie skalpy, za które płaci mi Karadżić.
Byłem w szoku i chyba wtedy zrozumiałem na czym polega perfidia. Dziennikarze ci nie kłamali, podłączeni do wariografu powtórzą to samo, a maszyna potwierdzi wiarygodność. Ci reporterzy są przekonani, że wiernie i rzetelnie wykonuje swój zawód, nie biorą jedynie pod uwagę tego, że jeżdżą i oglądają jedynie to, co pozwoli im zobaczyć sztab. Sami nie mogą ruszyć się z miejsca zakwaterowania, bo albo jest na terenie strzeżonym, albo jak w Belgradzie mieli wdrukowane, że opuszczenie hotelu grozi śmiercią. Hotelu Intercontinental. Gdy zaczynałem pracę w „Trybunie”, tej pierwszej po przełomie, naczelnym był wtedy redaktor Janusz Rolicki. Jeśli kiedykolwiek wplotłem komentarz do informacji, dostawałem po łapach, mimo że gazeta miała jasno określony, jaskrawo czerwony odcień ideologiczny, to swój komentarz mogłem dopisać pod tekstem i kursywą, tak by wyraźnie go oddzielić. To à propos Lisa i gazety, której przewodzi niczym pasterz stadu owiec płci męskiej.
Nadeszła jesień, okres wzmożonego ryzyka nawrotów depresji. Chciałbym chwilę się przy tym zatrzymać. Sporo moich znajomych z FB boryka się z tą paskudną chorobą. Ja też. Większość prowadzi fantastyczny, samotny tryb życia. Nie ma nic lepszego, można wyjść z bloku, skręcić w lewo, albo w prawo, pilot do telewizora na własność. Cudnie. Kolejnego dnia też można wyjść i skręcić w lewo, albo w prawo, pilot się zapodział, ale to nic. W telewizji wciąż to samo i nie ma co oglądać. Chociaż ostatnio zaczął mnie pasjonować francuski Canal Plus, ale od północy do końca, czyli mniej więcej do trzeciej, potem przełączam na polsatowski Vivasat History i oglądam o zbrodniach w powojennym Londynie, by poczekać na „Muzeum pełne tajemnic”, program to i głupi i mądry jednocześnie. Pretekstem jest zwykle najbardziej niepozorny, najbardziej nijaki i niepasujący do gabloty przedmiot – na przykład zardzewiała śruba z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Autorzy zatrzymują się i przedstawiają w fabularyzowanej formie jego historię. Pod tym względem bywa bardzo ciekawy i często przypomina nie tak dawne dzieje. Mam z nim jedynie ten problem, że bardzo spłyca fakty.
Powierzchownie prześlizguje się po jakimś wydarzeniu, najbardziej się wściekam gdy rzecz dotyczy Tesli. Niejednokrotnie sprowadza się jego postać jedynie do konfliktu z Edisonem. To zbyt płytkie przedstawienie geniusza, a konflikt był czymś tak naprawdę marginalnym.
Około piątej kończy się również i ta seria, wiec zaczynam dzień. Teraz jest jeszcze dobrze, pilota nie zgubiłem, pogoda ładna, ale tsunami nadchodzi. Podczas depresji najgorsze są poranki, które trwają do wieczora, nie ma przedpołudnia, południa popołudnia. Jest rano i wieczór, wieczorem przychodzi lekka ulga. Może dlatego lubię nie spać od północy do rana. Wtedy zwykle ta depresja najmniej dokucza. No dobra, pora znowu wyjść z domu – może teraz prosto? Po jakimś czasie orientujemy się, że wychodząc z domu, chwilę myślimy – w lewo, w prawo czy prosto? W końcu niezdecydowani wracamy, tak może być przez kilka dni. Później jest ten sam dylemat w wersji mini. Wstajemy z łóżka i się ubieramy, ale po co, jeśli nie wiemy gdzie skręcić, po kilku dniach przestajemy wstawać i wtedy zaczyna się koszmar, o którym niejednokrotnie już pisałem. Samotność jest fantastyczna, ale z kimś bliskim. Inaczej może i najczęściej nas łamie.
Nie dajmy nabrać się na uśmiechnięte miny znajomych. Maska chorego na depresję jest proporcjonalna do bólu, który go drąży. Tacy ludzie nie proszą o pomoc, nie wprost. Trzeba umieć czytać z oczu, mowy, gestów. Jeśli oczywiście nie mamy tego w dupie, zachłyśnięci amerykańskim stylem życia, że wszystko „it’s all right”. Często jest bardzo nie „all right”, bywa że nieświadomie uratujecie komuś życie prostym i banalnym pytaniem, nie ma uniwersalnego, trzeba tego kogoś znać by dobrać odpowiednie słowa. Zaproszenia nie przyjmie, niechętnie też zaprosi do siebie, więc nawet nie próbujcie się usprawiedliwiać, że zrobiliście wszystko co w ludzkiej mocy, gdy pewnego dnia, ktoś zadzwoni, że ów znajomy się powiesił.
Depresja ma coś wspólnego z Downem i autyzmem. Chory chciałby, by ktoś bliski okazał mu czułość, przytulił, ukoił. Ale tylko osoby wybrane przez niego. Inaczej tylko pogorszy to stan chorego i jego poczucie samotności. W sumie nie wiem czemu o tym piszę, jesień to pretekst, drugim jest to, że sam się z tym zmagam podobnie jak wielu z Was. Wiem, bo niemalże każdego dnia z kimś o tym rozmawiam na messengerze. Pierwsze objawy to brak wiary w jakikolwiek sukces, brak celu, zadaniowanie już nie działa, litość irytuje. A dalej nie pamiętam, bo czas staje i budzą się wszystkie demony. Naciąganym celem tego, że o tym piszę, może być przestroga, ale ona nic nie da, bo chory i tak zapadnie, a zdrowy za cholerę nie zrozumie, więc ten cel to lipa. Już bardziej prawdopodobne jest to, że nie mam innego pomysłu. Zaraz muszę wstać, wyjsć z domu i zastanowić się czy skręcić w lewo, prawo.
A wracając do Tomasza Lisa, tylko od uczciwości i kręgosłupa zależy czy kłamiemy, czy też mówimy prawdę. Mądry, kłamie inteligentnie, a głupi głupio. Po zamieszczeniu przez Pana tego tekstu śmiem twierdzić, że należy Pan do tej drugiej grupy. Ale mogę się mylić, jak Pan zauważył, nie wolno widza, w tym wypadku czytelnika traktować poważnie, bo tego nigdy nie wybaczy. A ja głupi zawsze poważnie i z szacunkiem podchodziłem do czytelników. Pewnie dlatego nie jestem naczelnym „Nesweeka”, a skromnym publicystą „DT”.

Dwaj panowie Kali

Dwoma panami, reprezentującymi moralność Kalego w najczystszym wydaniu, są Stanisław Karczewski i Mateusz Morawiecki.

Pierwszy z nich stwierdził, że ataki na rodzinę Beaty Szydło to: „Podłość i nikczemność w najgorszym wydaniu. Każde uderzenie w naszych bliskich to cios poniżej pasa”. Drugi dodał zaś, że jest to „haniebne i absolutnie niedopuszczalne. Rodzina jest i pozostanie w Polsce świętością, wykorzystywanie jej do walki politycznej budzi odrazę”.
Trzeba tu stwierdzić, że chodzi oczywiście o rodziny prominentów PiS, bo tylko te rodziny są świętością – i jedynie uderzenie w PiS-owskich bliskich stanowi podłość i cios poniżej pasa. Jeśli bowiem PiS atakuje czyjeś rodziny, dzieci, rodziców, czy rodzeństwo, to naturalnie wszystko jest w porządku. Wtedy już się nie mówi, że to hańba, nikczemność, coś odrażającego itd.
Dodajmy, że te kwieciste wystąpienia panów Karczewskiego i Morawieckiego są reakcją na medialne rozważania dotyczące przyczyn bezterminowego urlopu od kapłaństwa, wziętego przez księdza Tymoteusza Szydło, który niedawno opuścił swą parafię. Niespełna 2,5 roku temu rozpoczął on tzw. posługę przy wielkim zainteresowaniu dziennikarzy, które naturalnie wtedy nie przeszkadzało pani Beacie Szydło i jej bliskim. Tym samym pan Tymoteusz Szydło stał się osobą publiczną, nie tyle z powodu bycia dzieckiem niedawnej premier, lecz przede wszystkim z racji swego powołania – gdyż każdy ksiądz jest osobą publiczną. Jak widać, w przypadku księdza Szydło, to powołanie było jakby niewystarczające.
Na prorodzinną filipikę premiera Morawieckiego bardzo rozumnie zareagowała prezydent Gdańska, Aleksandra Dulkiewicz pisząc: „Panie Premierze Morawiecki cieszę się, że od dziś każda polska rodzina jest świętością dla Pana, Pana formacji politycznej i podległych Wam mediów. Dziękuję w imieniu rodzin M. Adamowicz, A. Bodnara, K. Brejzy, Rzeplińskich, swojej własnej i wielu innych!”.
Teraz zaś pozostaje czekać z napięciem, jak rządowe, tzw. „publiczne” media będą w swej propagandzie realizować politykę traktowania rodziny jako świętości, której nie wolno wykorzystywać do walki politycznej.

Widmo cenzury w australijskich mediach

Australijskie gazety – zarówno ogólnokrajowe, jak i regionalne – w swoich dzisiejszych wydaniach zaciemniły tekst na pierwszej stronie, opatrując go czerwoną pieczęcią z napisem „Tajne”.

W ten sposób najważniejsze dzienniki protestują przeciwko ograniczaniu wolności słowa. Australijskie media domagają się w ten sposób, by coraz to nowe i surowsze przepisy dotyczące bezpieczeństwa narodowego nie obejmowały dziennikarzy. Argumentują, że jest to obstrukcja pracy dziennikarskiej i tworzenie nowej kultury informacyjnej legitymizującej faktycznie tajność prac władz centralnych. Środowisko medialne domaga się również lepszej ochrony sygnalistów oraz reform przepisów dotyczących zniesławienia, które w Australii są jednymi z najsurowszych na świecie. Jak zaznaczają agencje, wolność słowa nie jest zagwarantowana w australijskiej konstytucji.
Bezpośrednią inspiracją do protestu były przeprowadzone w czerwcu policyjne rewizje w siedzibie publicznego nadawcy ABC oraz w domu dziennikarki australijskiego oddziału koncernu prasowego News Corp Anniki Smethurst. Wcześniej media te podały informacje, które szkodziły wizerunkowi rządu. Chodziło o ujawnienie planów rozszerzenia kontroli australijskich tajnych służb nad komunikacją elektroniczną i kontami bankowymi oraz publikację informacji z tajnego raportu o działalności australijskich sił specjalnych w Afganistanie. Raport podaje m.in. szczegóły zabicia trojga afgańskich cywilów.

Policyjny rajd z czerwca wywołał bardzo negatywny oddźwięk w środowisku australijskich i międzynarodowych mediów. Wczoraj zaś (niedziela, 20 października) rząd podtrzymał deklarację, z której wynika, że w następstwie rewizji możliwe jest postawienie zarzutów trzem dziennikarzom, podejrzewanym o naruszenie przepisów ustawy o ochronie tajemnic państwowych.

PiS bierze media

Z wypowiedzi wicepremiera i mocnego człowieka w partii rządzącej Jacka Sasina, udzielonej TVP Info, jednego z najbardziej propisowskich mediów, wynika, że tuż po ukonstytuowaniu się rządu, PiS planuje wziąć media za twarz.

Jednak tytuł wywiadu jest nieco mylący „Musimy jeszcze bardziej zagwarantować pluralizm”. Jakby do tej pory pluralizm był na rynku mediów publicznych czymś oczywistym.
Zdaniem wicepremiera na rynku medialnym w Polsce panuje nierównowaga medialna, nie wyjaśnia jednak, jak by chciał ja obliczać – arytmetycznie, czy liczbą nazwisk dziennikarzy wyznających poglądy prorządowe. Sasin jest zdania, że jego partia w ostatnim okresie zbudowała „pewien pluralizm medialny”, którego nie było za rządów ich poprzedników. „W tej chwili mamy rzeczywiście telewizję publiczną” dodaje z rozbrajającą szczerością i martwi się, że znaczna część mediów komercyjnych wspiera bardzo mocno opozycję, co, jak można mniemać Jackowi Sasinowi się nie podoba.
Niebezpiecznym jest watek, w którym Sasin mówi, o tym, że pluralizm mediów PiS musi „zagwarantować” by „też z naszymi przekazami, prawdziwą informacją o polityce, którą prowadzimy, trafiać też do mieszkańców dużych miast”, obiecuje wicepremier. Tutaj oczekiwania propagandowe są zrozumiałe – właśnie wielkich miastach PiS dostał lanie i teraz trzeba wyprać mózgi wyborcom, by następnym razem wiedzieli jak mają głosować.
Sasin obiecał też rozmowy o tym, co zrobić, by media były obiektywne i rzetelne. W jaki sposób chciałby to zagwarantować i z kim chciałby rozmawiać, nie wyjaśnił. Uważa, że bolączką polskich mediów jest nierzetelna informacja. Obiecał też regulacje prawne dotyczące stosunku kapitału krajowego do obcego w mediach, co jest zapowiedzią doprowadzenia do sytuacji, w której media będące własnością obcego kapitału musza liczyć się z utrudnieniami w swojej działalności.
Wicepremier Jacek Sasin udowodnił, że nie rozumie istoty mediów. Odgórne wpływanie na media prywatne będzie krępowaniem wolności wypowiedzi. Wartości, o których z utęsknieniem wspomina jak obiektywizm i rzetelność, dotyczyć musza przede wszystkim mediów publicznych, które nie mogą być własnością żadnej partii.

PiS definiuje dziennikarstwo

Kolejny pomysł PiS na podporządkowanie sobie grupy zawodowej, która potencjalnie może zagrozić władzy tej partii już wywołuje protesty.

Jako jeden z pierwszych zareagował Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza. Związkowa komisja dziennikarzy i dziennikarzem wydała Oświadczenie, w którym wyraża swój jednoznaczny protest przeciwko pomysłowi Prawa i Sprawiedliwości. W Oświadczeniu czytamy:
„Przez ostatnie cztery lata rządzący wielokrotnie dawali dowody wrogiego nastawienia wobec niezależnych mediów. Zjednoczona Prawica dokonała błyskawicznej i sprzecznej ze standardami zachodnioeuropejskimi nowelizacji ustawy medialnej, przeprowadziła czystkę w mediach publicznych i zamieniła je w narzędzie ordynarnej propagandy. Politycy PiS, na czele z odpowiedzialnym za media ministrem kultury, publicznie piętnowali krytycznych wobec ich działań dziennikarzy, odmawiali im wywiadów i nie odpowiadali na pytania. Z kolei spółki skarbu państwa hojnie sponsorowały prywatne media ściśle powiązane z rządem. (…)
Nauczeni doświadczeniem, stanowczo sprzeciwiamy się propozycjom zmian dotyczących zawodu dziennikarza, traktując je jako zapowiedź radykalnego ograniczenia wolności słowa”.
Stanowisko wyrażone przez związek zawodowy należy odczytywać jako pierwsza próbę zorganizowanego sprzeciwu ze strony środowisk lewicowych, skoro do tej pory nie zareagowały ani opozycja, ani organizacje dziennikarskie, co świadczy o uwiądzie woli walki z ich strony.