Dno i dwa metry mułu

Początkowo wydawało się, że PiS mocno trzyma w rękach cugle kampanii wyborczej. „Piątka” za „piątką” spadały na publiczność niczym złoty deszcz.

Miliardy złotych – do tej pory nawet trudne do wyobrażenia – nagle znalazły się w zasięgu ręki „prostego człowieka”. Każdy we własnym portfelu poczuł dobroć pana prezesa i pana premiera. Reszta nie była ważna.
Pani Szydło mogła posługiwać się jedynie monosylabami wydobywanym spoza zaciśniętych warg, a i tak, co by nie powiedziała, to istne objawienie.
Pana premiera nie imały się nawet krzyczące nagłówki o jakichś „mieszkaniach na słupy”, jakiejś „odprawie, która czeka”, a seryjnie udowadniane mu kłamstwa grzęzły bez szkody niczym kule w kamizelce kuloodpornej.
Nad wszystkim czuwał zaś pan prezes, który rozsiewał „swoje” prawdy i wskazywał na „kłamstwa totalnej opozycji”.
Pośród nich najgorsze, najpodlejsze – kłamstwa oznaczające wojnę z kościołem w Polsce. A rola kościoła w Polsce jest niepodważalna i „każdy, kto podnosi rękę na kościół, podnosi rękę na Polskę”…
No i wypowiedział w złą godzinę! Znaleźli się bowiem śmiałkowie, którzy „podnieśli”. Zamiast nic nie mówić nikomu, żeby było jak dotąd, odwrócili pomnik tyłem do przodu i okazało się, że za fasadą ze spiżu jest pustka, jeśli nie liczyć zbutwiałych frazesów i robactwa zjadającego resztki zasad. Porażenie, oburzenie, wstyd, kompromitacja, przerażenie, zażenowanie – istne tsunami spadło na instytucję tak długo nietykalną. Nagle nie tylko przed rządem, przed PiS-em, ale też i przed wszystkimi jego wyborcami i zwolennikami, stanęło pytanie: kim oni właściwie są, czym jest ich wiara, jakiego kościoła są fundamentem?
No i, co teraz myśleć o tych ministrach, prezesach, urzędnikach wysokiej rangi, którzy trzymając za ręce biskupów, księży, i inne „sługi boże”, kolebiąc się na boki niczym górnicy na Barbórkę w „karczmie piwnej”, wyśpiewują pod niebiosa swą radość z bycia „wspólnotą”. Zaiste piękna to wspólnota…
I nagle, z dnia na dzień, „przestało żreć”! Film braci Sekielskich obejrzała cała Polska. Ciągle jeszcze niesie się przez kraj ten szlagwort: „kto podnosi rękę na kościół, podnosi rękę na Polskę”, tylko, że te same słowa znaczą coś zupełnie innego. Groźbę: kto zagląda do księżych sypialni, kto publicznie daje wyraz oburzeniu i niezgodzie na maltretowanie i deprawowanie dzieci, łamanie im życia u zarania, ten godzi w tysiącletnią tradycję pod karą niepolskości…
Geniusz pana prezesa legł w gruzach, a on sam zapewne, gdyby mógł, połknąłby własny język.
Niestety liczni dziennikarze i dziennikarscy halabardnicy, którzy porobili kariery dzięki dobrej zmianie, nie mogą języka połykać, bo z gadania żyją. Tylko, co mówić w takiej sytuacji? Jak bronić przegranej sprawy? Jakoś trzeba, bo żyć przecież z czegoś trzeba…
Jesteśmy więc świadkami kuriozalnych wypowiedzi, wygibasów słownych, gotowości do wypowiedzenia każdego idiotyzmu w służbie partii-karmicielki. Najwyżej mierzą oczywiście najbardziej znani, najgłośniejsi, wyniesieni na kominy. Taka praca – od nich przecież oczekuje się najwięcej, zwłaszcza w godzinie próby.
Rekord świata w kategorii „włazidupstwo ekstremalne” pobił bezapelacyjnie pan redaktor Piotr Semka, który na Twitterze napisał: „Zarzucacie kościołowi pedofilię, a jego biskupi cierpieli za komuny głód. Ja wiem, że to pozornie nie ma związku z filmem Sekielskiego, ale chciałbym to w tej chwili przypomnieć…”
Jasne! Pamiętam jak dziś – generał Jaruzelski osobiście zakluczył prymasa Glempa w ciemnicy i trzymał go tam o chlebie i wodzie. Do Klarysewa na rozmowy przywozili prymasa karetką i pod kroplówką, żeby nie zemdlał przed generałem z głodu. Biskup Orszulik natomiast tylko dlatego trzymał się prosto podczas obrad „okrągłego Stołu” i nie spadał pod stół w Magdalence, że go bezpieka, jak Birkuta przed biciem rekordu w układaniu cegieł, dokarmiała specjalną szynką zza „żółtych firanek”…
Za największymi podążają dziarsko kurs-galopkiem liczne zastępy redaktorów Semko-podobnych, pomniejszych, lokalnych. I oni robią wszystko, żeby zaznaczyć swoją obecność we wspólnym froncie obrony Polski przed ręką podniesioną na kościół i „dobrą zmianę” przy okazji też.
Miałem okazję wysłuchać jednej z tysięcy rozmów, które na finiszu kampanii wyborczej odbywają się w setkach rozgłośni. Ta akurat odbywała się w rozgłośni państwowej, w publicznym radiu szczecińskim. Audycję prowadził sam szef, niejaki Przemysław Szymańczyk. Chyba neofita pisizmu, gdyż nastał w roku 2016, a wcześniej pracował w TVN. Gościem był prof. Bogusław Liberadzki, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, lider listy KE w okręgu zachodniopomorskim i lubuskim, polityk SLD. Jest profesorem SGH, jego specjalnością jest transport i ekonomika transportu. Była więc na przykład okazja, żeby porozmawiać o zapowiedzianej przez rząd reaktywacji publicznego transportu – skąd na to pieniądze, czy zaplanowane przez rząd wystarczą, czy jest szansa na fundusze europejskie na ten cel, co profesor by zrobił, żeby je skierować do Polski, gdyby ponownie został europarlamentarzystą?… Furda tam!
Redaktor zaczął od cytatu z Manueli Gretkowskiej: „Katolicy są godni współczucia i ubolewania”.
Manuela Gretkowska reprezentuje Kongres Kobiet, który wchodzi w skład Koalicji Europejskiej.
Pan redaktor Szymańczyk nie mówi, dlaczego ona to powiedziała, w jakich okolicznościach, tylko wali na odlew: – Czy uważa pan, że ja, jako katolik, jestem godny współczucia i ubolewania?…
– Patrzę panu prosto w oczy, dodał, co znaczyło, że oczekuje absolutnej szczerości.
Co sobie profesor pomyślał, to jego, co odpowiedział, to drugie – znany jest przecież z tolerancji, skłonności koncyliacyjnych, gotowości do rozmowy i niechęci do kłótni. Poza tym był w gościach.
Redaktor jednak był jak zaprogramowany – rozmowa toczyła się, gdy film Sekielskich obejrzały już miliony:
– Skąd ten wątek antyreligijny u wielu polityków związanych z Koalicją Europejską lub podmiotami, które stanowią KE?
– Czym innym jest kościół hierarchiczny, czy innym kościół powszechny, a czym innym jeszcze religia jako taka, odpowiada grzecznie profesor, dodając, że on w filmie wątków antyreligijnych nie widzi. A hierarchowie… no cóż. Trzeba zrobić wszystko, żeby to się nie powtórzyło.
Redaktor jednak, jakby trzymając w ręku jakąś książeczkę ze złotymi myślami prezesa, nie ustępuje:
– Toczy się gra o korzenie. Mamy do czynienia z ofensywą antyreligijną…
Na dowód przytacza wypowiedź Tuska sprzed kilku lat, że nie będzie klękać przed biskupami, dodaje tęczę wokół Maryi…
– I tak w całej Europie!
Pada przykład Fryburga, gdzie katolicką procesję otaczały wrzeszczące lesbijki i geje, którzy dopuściliby się rękoczynów, gdyby nie policja…
– Czy tak ma wyglądać współczesny model tolerancji europejskiej, czy pan jako przedstawiciel frakcji socjalistycznej podziela tego rodzaju model? Za chwilę zgodnie z doktryną marksizmu-leninizmu będziemy musieli wyznawać wiarę wyłącznie w domu, krzyże i kościoły będą musiały być zamknięte, bądź zniknąć z przestrzeni publicznej, zresztą tak się dzieje w Francji i częściowo w Niemczech, kościoły są zamykane, zamieniane w magazyny… Słowo daję, tak ten Szymańczyk, redaktor, nadawał przez radio… Profesor długo wychodził ze zdumienia, choć nie ustawał w dobrotliwości, pytając uprzejmie na przykład: – a co wspólnego ma film Sekielskich z marksizmem-leninizmem?…
Redaktor się zreflektował i przeszedł do nawozów sztucznych osobliwie fosforanowych.
– Pani pośle, zaczął znienacka, 24 października 2017 roku głosowano w europarlamencie nad limitami kadmu w nawozach fosforanowych… Pan nie głosował, bo był w Emiratach Arabskich…
Jakby się kto pytał, te nawozy, to złoty interes Rosjan, w podtekście pytania czai się więc kolejna PiS-owska fobia o „nabijaniu kabzy Putinowi”…
Na końcu okazało się, że to nie było jedno głosowanie, tylko trzy, że PE osiągnął kompromis i że…
Redaktor skończył jednak audycję, bo już „wystarczająco nad panem posłem się pastwiłem”…
A nad słuchaczami? Słuchacze, to pies? Nic dziwnego, że publiczne radio szura antenami po dnie słuchalności, grzęznąc co chwilę w mule z bełkotu.

Przypadek Jażdżewskiego czyli uśmiech Fortuny

Dwa zdania redaktora Piotra Gadzinowskiego z ostatnich flaczków („Tusk mówił, a sławę zyskał Leszek Jażdżewski” oraz „Tusk przemówił, ale wszyscy usłyszeli Jażdżewskiego”) nasuwa mi hipotezę, że być może obu nas w nurtuje podobna kwestia.
Ja w każdym razie formułuję ją w formie pytania: jak to się stało, że już drugie pokolenie dziennikarzy, publicystów i polityków od roku 1989 począwszy trudni się krytyką Kościoła kat., a dopiero słowa młodego, dotąd szerzej nieznanego redaktora naczelnego „Liberté” Leszka Jażdżewskiego znalazło się w aż tak intensywnym ogniu furiackiej krytyki ze strony Kościoła kat. i prawicy, rządzącej i nierządzącej? Jego od kilku dni na okrągło powtarzane w mediach frazy o Kościele wyniosły go niczym potężna fala na desce surfingowej, przynosząc mu mołojecką sławę? Jażdżewski zrobił aż taką furorę, że reżyser i pisarz Andrzej Saramonowicz popadł w zachwyt i zobaczył Jażdżewskiego jako szefa wpływowego ruchu politycznego, a nawet… przyszłego premiera. Żywię szczerą sympatię dla Jażdżewskiego i dlatego nie życzę mu losu Wojciecha Fortuny, którego brawurowy skok na igrzyskach olimpijskich w Saporro w 1972 roku okazał się ostatnim w jego życiu dobrym skokiem.
Krótki kurs historii antyklerykalnego ruchu oporu
Delikatna jeszcze, nieśmiała krytyka Kościoła katolickiego (a ściślej jego hierarchii, kleru i ich fanatycznych zwolenników pośród polityków i „ludu bożego”) zaczęła się w momencie, gdy wiosną 1989, jeszcze w trakcie obrad Okrągłego Stołu, do opinii publicznej zaczęły dochodzić słuchy, że w katolickich kręgach związanych z opozycją krążą zamysły wprowadzenia w Polsce zakazu aborcji, określanego wtedy, wzorem Boya-Żeleńskiego, jako „piekło kobiet”. W reakcji na te pogłoski odbyły się pierwsze, rachityczne pikiety z bieda-transparencikami, jedną taka pamiętam z okolic dzisiejszego ronda de Gaulle’a w Warszawie. Istniała w wtedy jeszcze „Trybuna Ludu”, ale już bardzo minorowa i defensywna w nastroju. Klerykalna propaganda szalała na potęgę i nie było dla niej – dosłownie – żadnej przeciwwagi w przestrzeni publicznej. Szkoły zapełniali, bywało, że butni, księża-katecheci, szpitale, służby i instytucje obsiadali kapelani, emblematy religijne wciskano wszędzie, gdzie tylko się dało. Miarę panującej wtedy atmosfery może dać taki choćby fakt, że w szkole w której wówczas pracowałem, moja koleżanka, pełniąca jeszcze funkcję sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR i wicedyrektorki placówki, trudniła się jesienią 1989 roku dystrybucją krzyży do sal klasowych, czyniąc to z gorliwością, która wprawiła mnie w konsternację. Wielu kojarzyło się to z klerykalnym potopem. Ludzie o poglądach ateistycznych, laickich, agnostycznych, a nawet część katolików, w tym regularnie praktykujących, coraz bardziej dusiła się w tej coraz trudniejszej do zniesienia atmosferze. Pewnym pocieszeniem dla części z nich było powołanie dziennika „Trybuna”, następcy „Trybuny Ludu”, jednak formuła klasycznej, poważnej, politycznej gazety codziennej nie wystarczyła by dać wystarczający odpór triumfującym tendencjom. Dopiero niespełna rok później, jesienią 1990 roku pojawił się, nowatorski wtedy w formie i treści, tygodnik „Nie” założony przez Jerzego Urbana. Dla setek tysięcy ludzi, w tym dla piszącego te słowa, było to jak otwarcie lufcika w dusznym, smrodliwym pomieszczeniu. „Nie” uderzyło ostro i bez pardonu. Niezwykle atrakcyjnie redagowane, pełne różnorodnych form dziennikarskich, od felietonów do reportaży, z doskonałą, bardzo pomysłową, prześmiewczą grafiką, wystrzeliło jak armata pośród nocy, niczym czaadajewowski „Tielieskop” w mikołajewskiej Rosji. „Nie” był przede wszystkim antyklerykalny, natomiast dopiero w drugim rzędzie antykatolickie i antyreligijne. Fakty i opinie podawane przez „Nie” już w 1990 roku dokonały demaskacji, z którą Leszek Jażdżewski wystąpił 3 maja na Uniwersytecie Warszawskim. Już wtedy nieprzebrane szeregi czytelników „Nie” dowiadywały się każdego tygodnia, że Kościół kat. najbardziej zainteresowany jest pieniędzmi i wpływami, i że daremne jest szukanie w nim autorytetu, „transcendencji” oraz innych „niebieskich pokarmów”. Kto wie, czy gdyby nie powstało „Nie” – SLD dwa razy wygrałby wybory, a Aleksander Kwaśniewski dwa razy zostałby prezydentem. Kilkudziesięciu w sumie dziennikarzy i publicystów po raz pierwszy w historii polskiej prasy wprowadziło ostry dyskurs antyklerykalny i ateistyczny do głównego nurtu walki ideowo-politycznej. W II Rzeczpospolitej, ani tym bardziej wcześniej nie istniało masowo czytane, wielkonakładowe pismo o podobnym profilu. I choć totalna klerykalizacja na wszystkich frontach postępowała, to do zbiorowej świadomości dotarły fakty, emocje i pojęcia dotąd w Polsce elitarne i niszowe. Na początku lat 90-ych powstały dwa pisma „suportowe” w stosunku do „Nie” – w 1990 roku poważny lewicowy, społeczno-polityczny miesięcznik teoretyczny „Dziś” redagowany przez Mieczysława F. Rakowskiego, a w 1993 roku wolnomyślicielski miesięcznik (później kwartalnik) „Bez dogmatu”, kierowany przez lata przez Barbarę Stanosz. Oba pełniły rolę periodyków intelektualnych, w których wolne od obowiązku wykonywanie codziennej dziennikarskiej orki i bez stosowania „języka ulicy” jak „Nie” dopełniały swoich „braci większych” ofertą namysłu z dystansu, bez pośpiechu i ścigania się z codziennością. Z innej jeszcze perspektywy i w formule może aż nadto kulturalnej i koncyliacyjnej działało i działa pismo ruchu świeckiego „Res Humana”. W 2002 dołączyła do nich „Krytyka Polityczna”, periodyk, wydawnictwo oraz lewicowy ruch ideowy i intelektualny zainicjowany przez Sławomira Sierakowskiego. W 2000 roku powstał i zdobył szeroką popularność, założony przez Romana Kotlińskiego w Łodzi tygodnik „Fakty i mity” o generalnej linii pokrewnej tygodnikowi „Nie”. Z wyjątkiem „Nie”, z którym przydarzyła mi się jednorazowa współpraca, pisałem w zasadzie regularnie do wszystkich pozostałych pism, przy czym problematyka „kościelna”, „antyklerykalna” czy ateistyczna była najczęściej tematyczną dominantą mojego pisania. Będąc autorem, byłem jednocześnie czytelnikiem tych pism i z uwagą obserwowałem działalność publicystyczną takich autorów jak Jerzy Urban, Piotr Gadzinowski, Przemysław Ćwikliński, Andrzej Rozenek, Dariusz Cychol, Piotr Szumlewicz, Andrzej Dominiczak, Mariusz Agnosiewicz, Weronika Książek, Agnieszka Wołk-Łaniewska, Agata Diduszko-Zyglewska czy Mirosława Dołęgowska-Wysocka w dawnym wcieleniu i wielu, wielu innych. Ich „talent pióra” połączony z codzienną, usilną pracą była ową kroplą drążącą skałę, przygotowującą grunt pod przyszły laicki przełom – przełom, którego początku być może właśnie jesteśmy świadkami. Podawane przez nich fakty i formułowane oceny prawem osmozy przenikały niepostrzeżenie do krwioobiegu opinii publicznej i z wolna zmieniały świadomość społeczną. Nie można też nie wspomnieć mediów, które pojawiły się w miarę rozwoju i upowszechniania internetu, takich jak ateistyczne czy laickie portale – racjonalista.pl, apostazja.pl czy portal Krzysztofa Pieczyńskiego.
Nie tylko prasa
Rzecz jasna na rzecz tego przełomu działały nie tylko media prasowe, dziennikarze i publicyści, ale także organizacje laickie, kobiece, etc. których dziś jest w przestrzeni publicznej wiele, n.p. Fundacja im. Kazimierza Łyszczyńskiego, Fundacja Wolność od Religii, Stowarzyszenie Neutrum, Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów, czy Kongres Świeckości czy takie jak Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Swoje trzy grosze dodali tacy politycy jak n.p. Izabella Sierakowska, Joanna Senyszyn czy Janusz Palikot. Słowem, nad przełomem sekularnym w Polsce pracowały przez trzy dekady setki dziennikarzy, publicystów, działaczy, polityków. Nie dokonałby się on zapewne, gdyby nie samoistne procesy społeczne związane z przemianami cywilizacyjnymi, pokoleniowymi, z migracją i wynikającym z niej z przenikaniem do Polski postaw społecznych i światopoglądów, w tym powszechnego na Zachodzie sekularyzmu, a także z coraz powszechniejszą wiedzą o takich „grzechach pospolitych Kościoła”, jak choćby materialna chciwość. Istotne znaczenie miał też koniec pontyfikatu Jana Pawła II, a także kryzysy „sodomski” i „pedofilski” w instytucji Kościoła kat., kryzys, który szczególnie spektakularnie złamał jego wielowiekową potęgę w Irlandii. Jednak bez pracy medialnej nośność wspomnianych procesów i zjawisk na pewno byłaby mniejsza. Co znamienne i zastanawiające, przez wiele lat niemal żadnego udziału – poza nielicznymi epizodami z dziedziny kabaretowej – we wspomnianych procesach nie brał polski świat artystyczny, literatura, teatr, film, sztuki plastyczne. Głośne w ostatnim okresie przedstawienie teatralne „Klątwa” w warszawskim Teatrze Powszechnym, film Wojciecha Smarzowskiego „Kler”, który przyciągnął ponad pięć milionów widzów, głośne obrazoburcze wystawy plastyczne jak n.p. „Strachy”, czy ostatnio wystawiony na deskach teatru w Toruniu spektakl o Radiu Maryja „Wróg się rodzi”, to pieśń dopiero ostatnich kilku lat, ale lepiej późno niż wcale.
Jeszcze raz Jażdżewski. I wieprze
A jednak nikt, ani szyderstwa Jerzy Urbana, Janusza Palikota i innych, ani płomienny, prawie natchniony antyklerykalizm i antyreligiantyzm Krzysztofa Pieczyńskiego nigdy nie wywołały reakcji o takiej sile i tak wielkiego rezonansu jak wystąpienie Leszka Jażdżewskiego, młodego publicysty o nieco nieśmiałym, chłopięcym uśmiechu. Co było tego przyczyną? Po pierwsze, sprzyjała mu bezpośrednia okoliczność czyli przyjazd Donalda Tuska do Warszawy i wygłoszony przez niego wykład. Tusk zadziałał jak potężna oceaniczna fala na którą wskoczył młody surfer. Po drugie, Jażdżewski trafił w szczególnie trudny, kryzysowy dla Kościoła kat. okres, związany m.in. z ujawnieniem afer pedofilskich. Po trzecie, o ile prawie wszyscy wspomniani wcześniej personalnie i in gremio publicyści, działacze i politycy działali i działają z pozycji zewnętrznych wobec Kościoła kat., a n.p. Jerzy Urban i jego krąg wywodzi się wprost z poprzedniego ustroju, z PRL, retoryka wystąpienia Jażdżewskiego wyszła od wewnątrz. On mówił o tym, że Kościół „zaparł się Chrystusa”, „zaparł się Ewangelii” i że próżno szukać w nim „transcendencji” i „strawy duchowej”. To język katolika, a co najmniej chrześcijanina. A taka, wewnętrzna krytyka boli najbardziej i jest trudniejsza do odepchnięcia, do zlekceważenia niż krytyka zewnętrznych wrogów. Na koniec wracam do początkowego życzenia skierowanego do Leszka Jażdżewskiego. Życzę mu by nie okazał się efemerydą jak Wojciech Fortuna i by pomyślnie kontynuował swoją passę. Ponieważ jednak w swoim wystąpieniu wspomniał o świniach, to podsuwam mu do wykorzystania w przyszłości passus o wieprzach, pochodzący z Ewangelii Łukasza: „A pasło się tam na górze stado wielu wieprzów. I prosili go, by im dozwolił wejść w nie. I zezwolił im. Wyszły tedy duchy nieczyste z człowieka i weszły w wieprze. A stado pędem z urwistego brzegu wpadło do morza i potonęło”.

Poświąteczne pisanki

Wielkanocne jajka były, podobnie jak ikony, nie malowane, a mówiono, że pisane, i stąd ich nazwa. A w naszej prasie pisane słowa są często jak zgniłe, niemalowane jaja.

Zawiedzione jaja
Z wielu powodów nigdy nie byłem zwolennikiem prezydenta Trumpa, ale ze sporym zdziwieniem, a później z narastającymi wątpliwościami, przyjmowałem awanturę wkoło zarzucanej mu współpracy z Rosjanami w okresie jego kampanii wyborczej. Moje obiekcje pogłębiały się po każdej pozytywnej opinii Trumpa na temat Putina i szans na „dogadanie się” z Rosją, które zawsze wywoływały, także u nas, nadzwyczajną krytykę.
„Gazeta Wyborcza”, która w antyrosyjskiej szarpaninie propagandowej aktywnie uczestniczy od dawna, piórem Macieja Czarneckiego napisała: „Czwartkowa publikacja raportu o Russiagate przejdzie do historii. Nie tylko dlatego, że zakończyła niemal dwuletnie śledztwo specprokuratora Roberta Muellera, które dotyczyło jednej z najważniejszych spraw w amerykańskiej polityce, i pokazała, jak wiele za uszami ma Trump. Równie fascynujące było to, że stanowiła majstersztyk sztuki PR.”
Najważniejszą sprawą w raporcie prokuratora Muellera było stwierdzenie, że nie wykrył on dowodów na zmowę Trampa i Rosjan w celu wypaczenia kampanii, ale ten fakt, wkoło którego tyle było pisania i oszczerstw, okazuje się mało istotny dla autora. Natomiast prawdę niesie tytuł artykułu: „ O tym dniu będą pisać w podręcznikach” jako o klęsce propagandowych insynuacji i krętactw, także w wykonaniu „GW”.
Jaja paranaukowe
W świątecznym „Newsweeku” na temat tzw. szkodników prowadził Paweł Smoleński rozważania z bardzo utytułowanym prof. Włodzimierzem Borodziejem, który nie wiedzieć czemu, zapewne bez takiego zamiaru, zbliżył się w tej rozmowie do tytułowych bohaterów. Tekst zaczyna się od Lenina, który zdaniem Smoleńskiego nazywał pożytecznymi idiotami „zachodnich dziennikarzy którzy wychwalali bolszewicką Rosję, zamykając oczy na wszystko, co psuło wyidealizowany obraz ojczyzny proletariatu”.
W rzeczywistości Lenin napisał zupełnie coś innego: „Henderson [brytyjski polityk – Z.T.] jest tak głupi jak Kiereński i dlatego jest nam pomocny”, a więc była to opinia nie taka rzadka w świecie polityki. Nadto żaden z radzieckich przywódców nigdy nie używał określenia „pożyteczny idiota”, co nawet przyznaje Wikipedia, pisząc dalej: „Po II wojnie światowej określenie zostało przejęte przez antykomunistów – przede wszystkim amerykańskich – do określania osób i środowisk sympatyzujących z ZSRR i jego polityką”.
Profesor dopowiada: „To figura stara jak świat i polityka. Wszędzie łączą ich dwie cechy. W świetle kryteriów obiektywnych mówią i robią idiotyzmy. I nigdy się do tego nie przyznają.
Mamy wśród nich idealistów… Jest też gatunek idiotów, którzy myślą, że coś na tym ugrają… Bywają też cynicy, którzy realizują swoje interesy, ale udają idealistów… No i są ludzie na taką postawę skazani niejako profesjonalnie.”
Tak rzeczywiście było i jest, ale dlaczego w świetle tych wywodów, głównymi beneficjentami, według rozmówców, był tylko ZSRR a obecnie Rosja, był Stalin i na dokładkę Hitler, a dzisiaj jest nim Putin? Nikogo innego nigdy nie było, mimo, że ta „figura” jest stara jak świat ? Rozmówcom innych przykładów, poza Viktorem Orbánem, jako pożytecznym idiotą dla Putina, zabrakło ?
Otóż byli i są w nadmiarze, ale tak się ich obraźliwie nie nazywa, bo schlebiają i są ślepo zapatrzeni w politykę państw, polityków i wartości tzw. Zachodu, a ten z definicji niejako emanuje głównie dobrem, mądrością i wyjątkową szlachetnością.
Przychodzą na myśl politycy – pożyteczni idioci, którzy uwierzyli prezydentowi USA, że Saddam Hussein ma zdolną do użycia broń chemiczną, wyprawili się wspólnie na Irak i powiesili Saddama, chyba za karę, że znaleźli tylko bezużyteczne badziewie. Inni pożyteczni idioci, ale tylko dla jastrzębi z USA, twierdzą, że państwa bałtyckie są już frontowe – w stanie wojny z Rosją, a kolejni awanturę ze wschodnim sąsiadem uważają za polską rację stanu. Tłumaczyły w swoim czasie rodzime szkodniki, że amerykańska tarcza antyrakietowa w Redzikowie pod Słupskiem służyć ma wyłącznie zwalczaniu irańskiego zagrożenia, inni jeszcze wcześniej uznali neoliberalizm ekonomiczny za najlepszy wybór dla przyszłości Polski, a tłumy, także znanych naukowych, artystycznych i publicystycznych postaci twierdziły, że jak będziemy wolni, to jednocześnie bogaci, szczęśliwi i zdrowi. A dziś, kontynuują ten światły sposób widzenia naszych polskich spraw liczni, także często utytułowani, popierając m. in. PiS-owską naprawę sądownictwa.
Reasumując te paranaukowe ustalenia stwierdzić należy, że pożytecznym idiotą jest ten, który odważy się napisać lub mówić o Rosji cokolwiek dobrego, natomiast postacie wybitne i godne naśladowania piszą o tym kraju tylko źle, i to zapewne tylko z własnej woli. Należy jeszcze dołączyć Chiny, bo nie będą nam jakieś Huaweie lub Lenovy pod nos w galeriach handlowych podsuwać, sami komunizm kultywując.
Zaminowane kłamstwem jaja
Tym razem o rosyjskim podkładaniu miny w związku z II turą ukraińskich wyborów prezydenckich opowiada nieoceniony Wacław Radziwinowicz, ale i on sam ma wątpliwości, czy Kreml finansowo wspierał kontrkandydata Poroszenki (niedawno ta sama „Gazeta Wyborcza” donosiła, że kasa pochodziła od Kołomyjskiego, który ma porachunki z obecnym prezydentem). „Bo dla Moskwy – pisze autor – nie ma nic straszniejszego niż ewentualny sukces tej Ukrainy. Na Kremlu swego czasu bardzo się bano udanych reform, które przeprowadzał prezydent Micheil Saakaszwili. Putina i jego ludzi trwożyły wieści o tym, że w Gruzji udaje się walka z korupcją, podziemiem przestępczym, przebudowa policji”. Poczynania Saakaszwillego były tak doniosłe dla Gruzinów, że postawili go w stan oskarżenia za nadużycia władzy, także przy pomocy zreformowanej policji, i stąd biedak tuła się po dziś dzień po świecie poszukiwany międzynarodowym listem gończym. A samobójczą dla całego kraju minę, w walce o swoje interesy, podłożyli ukraińscy oligarchowie, naśladując, sprzed wieków, nasze rody magnackie nie tylko z Ukrainy.
Pisanki z nadzieją
Wśród licznych materiałów o minionej rocznicy Okrągłego Stołu, i nadchodzącej czerwcowych wyborów z 1989 roku, znalazły się także rozważania prof. Anny Wolff-Powęskiej („GW”. 13-14.04.2019), w których odnalazłem niespotykane gdzieś indziej treści. „Wolnościowe dążenia narodów środkowo-wschodnich były etapem w drodze „na Zachód”. Mimo że wszyscy liczyli na „normalizację”, jej rozumienie i to, jak do niej dojść, było przez różnych aktorów różnie postrzegane. Na końcowy efekt miały wpływ biografie opozycjonistów, ale też partyjnych reformatorów”. I dalej: „Poniewierane dziś hasło Gorbaczowa „Wspólny dom europejski” nie było wówczas czczym sloganem. Wyrażało tęsknoty umęczonych izolacją i życiem za drutami kolczastymi narodów… Większość ówczesnych głównych zachodnich aktorów wydarzeń jest dzisiaj zgodna: Polska potrzebowała i Wałęsy, i Jaruzelskiego. Rozmówcy tego drugiego, nazywanego przez Antoniego Macierewicza „komunistycznym katem Polski”, postrzegali w nim najpierw Polaka, potem komunistę.”
Odnajdują się wreszcie „partyjni reformatorzy” w miejsce komunistów tracących upragnioną władzę, Gorbaczow, którego nowe myślenie skierowane do świata zmieniło zasadniczo optykę widzenia zachodnich przywódców, i także Jaruzelski, pomiatany przez solidarnościowo-prawicowych polityków, który okazał się jednak Polakiem. I jak tu, po takich słowach z nadzieją nie spojrzeć w przyszłość, wierząc, że prawda wróci na tę ziemię, naszą ziemię.
Pisze dalej Pani Profesor: „mimo trwających wiele dekad i z rozmachem finansowanych badań sowietologicznych na Zachodzie nie wypracowano żadnego spójnego planu uwolnienia się od komunizmu. Żadne też rozliczenie z minionym systemem nie stworzyło modelu godnego naśladowania. Nauczyło jednak, że odsunięcie od uczestnictwa w budowie demokracji przegranych elit ustawiało je automatycznie na pozycji przeciwnika systemu”. Ta cała pseudonaukowa sowietologia przypominała wróżenie z fusów, co dowodnie okazało się w latach 1989-1990, ale myli się autorka w końcowej sentencji. Usilne, także ze sporym udziałem „Gazety Wyborczej”, odsunięcie polskiej lewicy od budowy demokracji wcale nie uczyniło jej wrogiem nowego ustroju, a jedynie przeciwnikiem tych, którzy ponownie chcą zostać jedynymi właścicielami Polski.
Pisanki optymistyczne?
Pisze prof. Jerzy Wiatr („Dziennik-Trybuna”, 12-14.04.2019) w tekście „Przezwyciężenie historycznych podziałów”: „Niczego nie wycofując ze swych dawnych wypowiedzi podkreślił on [Radosław Sikorski – Z. T.], że dziś Miller – jak i on – jest obrońcą miejsca Polski w Unii Europejskiej i że obecny spór polityczny dotyczy właśnie miejsca Polski w Europie.
Przypominam to wydarzenie, gdyż w ciekawy sposób prowadzi ono do rozważenia zasadniczej zmiany, jaka na naszych oczach dokonuje się w polskiej polityce. Zmiana ta polega na przezwyciężaniu tak zwanego „podziału postkomunistycznego”, który określał charakter tej polityki po 1989 roku”.
W dalszej części Profesor, w pogłębionej analizie, przedstawił narodziny tego podziału i różne próby jego przezwyciężenia, które niestety – głównie, co należy podkreślić, nie za sprawą lewicy – spaliły na panewce. Autor kończy swoje rozważania takimi oto słowami: „Powstanie wielkiej koalicji nie oznacza przekreślenia naszych życiorysów. My, ludzie ideowo i życiorysowo związani z PRL, nie mamy zamiaru wypierać się własnej drogi. Nieraz krytycznie ocenialiśmy własne błędy, ale mamy prawo do dumy z tego, że w trudnych warunkach podzielonego świata dobrze służyliśmy realizacji polskiego interesu narodowego. Nasi partnerzy – ludzie dawnej opozycji demokratycznej – mają oczywiste prawo do dumy ze swych życiorysów. Spotykając się dziś po tej samej stronie nowego wielkiego podziału politycznego nie zapominamy o historii, ale nie jesteśmy już jej niewolnikami. Na tym polega historyczne znaczenie dokonanego ostatnio wyboru.”
To wszystko prawda, acz rodzą się fundamentalne pytania: czy sukces Koalicji Europejskiej, bo jaki by nie był wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego, to osiągnięciem dla niej zawsze będzie, przełożyć się może na skuteczną i wspólną kampanię wyborczą do polskiego parlamentu, mającą za swój główny cel odsunięcie PiS od władzy? I jeszcze drugie, w perspektywie ważniejsze pytanie: czy to historyczne przezwyciężenie podziałów oznaczać może traktowanie lewicy, przynajmniej przez część postsolidarnościowego układu, na prawach równego i przyjaznego partnera w rozwiązywaniu najważniejszych polskich spraw?
Takie piękne pisanki to tylko w Krakowie
Pisał już Rafał Skąpski o prawdziwym krakowskim socjaliście Andrzeju Kurzu, i o uroczystości z okazji Jego 70-letniej społecznej służby. Andrzeja poznałem na początku lat 60., podczas spotkania na studenckim zimowisku ZMS w okolicach Zakopanego. Młody, dobrze wykształcony, otwarty na świat i problemy młodych, uwiódł nas wtedy I sekretarz Krakowskiego Komitetu Miejskiego PZPR. I takim pozostał ze swoją nadzwyczajną aktywnością, mądrością, ale i odwagą przez te następne dziesięciolecia wszędzie tam, gdzie zawodowo i społecznie przyszło mu pracować i działać. W Muzeum Miasta Krakowa, w którym odbyło się, pod patronatem prezydenta Krakowa prof. Jacka Majchrowskiego, to uroczyste spotkanie, kilka lat wcześniej miało miejsce równie ważne wydarzenie podczas którego wspominano postać też socjalisty, wieloletniego przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej w Krakowie, wyjątkowo zasłużonego dla rodzinnego miasta Zbigniewa Skolickiego. Co prawda, mimo wystąpień prof. Majchrowskiego nie przywrócono nazwy zabranej mu ulicy przez prawicowych oszołomów już na początku nowej, lepszej rzeczywistości, ale w dobrej pamięci pozostał.
Bo Kraków, mimo wszystko tak ma, że bliżej mu do prawdy i sprawiedliwszej oceny.

Fajterzy

Kuratorzy sądowi – jedna z niewielu grup zawodowych, która nie domaga się podwyżek, ale po prostu umożliwienia im efektywnego wykonywania pracy zgodnie z tym, co teoretycznie gwarantują im przepisy.

Postanowili pójść drogą nauczycieli i pracowników sądowych sekretariatów. Kuratorzy zawodowi chcą „wstać z kolan”, ale uświadomili sobie, że najpierw muszą się zorganizować od podstaw. Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych jeszcze nie zdążył sfinalizować rejestracji w KRS, a już przygotował m.in. pismo do Zbigniewa Ziobry, w którym domaga się, by Ministerstwo Sprawiedliwości konsultowało z nim wszelkie akty prawne dotyczące bezpośrednio pracy kuratorów. Są zdeterminowani, by głośno upominać się o swoje. Kiedy ze sceny zejdą nauczyciele, kuratorzy mogą sporo namieszać.
„Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych chce być odpowiedzialnym partnerem Ministra Sprawiedliwości w zakresie kształtowania spraw dotyczących kuratorów sądowych i dążyć do konstruktywnych rozwiązań w atmosferze dialogu i porozumienia. (…)” – czytamy w piśmie do Zbigniewa Ziobry. Pokój, miłość i zrozumienie. Ale dalej przestaje już być tak słodko. Związek informuje, że powstał na mocy uchwały i domaga się jasnej informacji, na jakim etapie prowadzone są w ministerstwie prace nad nowelizacją ustawy, żąda też konsultacji wszelkich aktów prawnych ze środowiskiem. To efekt wieloletnich praktyk, polegających na tym, że rzesza „pomysłowych Dobromirów” z Ministerstwa Sprawiedliwości kształtowała coraz to nowymi przepisami pracę kuratorów zza biurka, praktycznie bez znajomości codziennych realiów tej pracy. Zwłaszcza w aspekcie działań w terenie i skutecznej pracy resocjalizacyjnej z podopiecznymi.
Pod pismem do Zbigniewa Ziobry podpisała się przewodnicząca OZZ KS Magdalena Huzar. To kuratorka rodzinna z Kłodzka na Dolnym Śląsku. Na razie jest przewodniczącą in spe, bo do tej pory zarejestrowano Komitet Założycielski, kolejnym krokiem będzie powołanie Zarządu Krajowego i Prezydium.
Grupa założycielska liczyła 44 osoby z 17 okręgów sądowych z całej Polski. Kuratorzy są dumni, że wreszcie powołali do życia swój związek i jednocześnie mają trochę poczucia winy, że zdecydowali się na to tak późno. Ale ci, którzy podjęli się bycia funkcyjnymi, są pełni energii. Chcą mieć wpływ na to, co „góra” ustala na temat ich pracy, ale wiedzą, że bez związkowego szyldu w rozmowach z Ziobrą będą bezsilni. Powoli tworzą struktury, jeszcze bez pełnej tożsamości prawnej.
***
Kurator znajduje się gdzieś w połowie sądowej drabiny prestiżu. Musi skończyć aplikację jak „prawdziwy prawnik”, ale de facto jest hybrydą pracownika socjalnego, pracownika biurowego i adwokata. Kurator karny (dla dorosłych) zajmuje się podopiecznymi po wyrokach z Kk – ma pod opieką swoich osobistych dozorowanych, „obsługuje” przerwy w karze pozbawienia wolności, dozory elektroniczne czyli „bransoletki”, wykonuje wywiady środowiskowe, nadzoruje kuratorów społecznych sprawujących dozory w jego imieniu (kurator społeczny może mieć do 10 spraw. Pełniłam tę funkcję ponad 6 lat). Kuratorzy rodzinni mają podobne obowiązki, z tą różnicą, że mają pod nadzorem całe rodziny, uczestniczą też w tzw. widzeniach rodzica z dzieckiem. W listopadzie 2018 Polską wstrząsnęło wydarzenie z warszawskiego Bemowa, gdy podczas widzenia 35-letni mężczyzna udał się z 4-letnim synkiem do toalety, gdzie w akcie desperacji otruł siebie i dziecko.
Media były bezlitosne dla kuratorki. Czy słusznie? Nie ma bardziej niewdzięcznego „medialnie” zawodu. Kurator ma być jak Batman – na niebie powinien wyświetlać mu się sygnał alarmowy, kiedy Kowalski upije się bardziej niż zwykle i zamachnie się na żonę tasakiem. Wymaga się, aby kurator miał pod kontrolą każdą sekundę życia swoich podopiecznych – ich wydatki, ich nałogi, ich życie seksualne, ich potrzeby fizjologiczne. Ale tak, aby nie został oskarżony z drugiej mańki – że odebrał dzieci za biedę. A on ma tylko legitymację, kartkę papieru i autorytet, który musi sobie w relacji z podopiecznym wypracować. Zasłużyć na zaufanie, a nie tylko na łatkę upierdliwego sądowego dozorcy, jest trudno. Ale to władza i niedostosowane do rzeczywistości przepisy utrudniają kuratorom realizowanie ich misji. Podwyżki – jasne, przydałyby się. Ale głównym demonem pracy kuratora jest nadmiar obowiązków. To praca, która nie kończy się nigdy.
– Naszą zmorą jest podział etatów i nierówny podział obciążenia w okręgach – mówi przyszła przewodnicząca Magdalena Huzar. – Rozporządzenie mówi, że kurator, na przykład rodzinny, może mieć od 15 do 25 nadzorów. Nie znam takiego kuratora w Polsce, który ma 15 nadzorów. To jak jednorożec, kwiat paproci. Jesteśmy zawaleni wywiadami środowiskowymi (bezpłatnymi). Nie mamy czasu pracować z naszymi osobistymi podopiecznymi i ich rodzinami – czasami starcza go, żeby wpaść raz na miesiąc i policzyć dzieci. Nie ma limitu wywiadów do wykonania. U mnie w zespole jedna kuratorka wykonała w zeszłym miesiącu 50 wywiadów. To jest 50 wyjazdów w teren, gdzie trzeba zebrać szczegółowe informacje i je opisać. A przeciętny kurator zawodowy ma w referacie od 50 do 100 „stałych” spraw. Jego obowiązkiem jest czuwać nad tymi ludźmi. Proszę mi powiedzieć, jak to fizycznie zrobić? Rozciągnąć dobę? A kiedy iść z podopiecznymi na przykład do urzędu miasta żeby coś załatwić? Jak nawiązać z nimi jakąś więź? Jak zauważyć, że dzieje się coś niepokojącego?
***
Papierologia rośnie. O wszelkie wiążące decyzje dotyczące podopiecznych kurator musi występować do sądu. W przypadku na przykład kary ograniczenia wolności (to tzw. prace społeczne) lub dozoru elektronicznego (bransoletka), gdy podopieczny zachoruje i nie jest w stanie jakichś obowiązków wykonywać, na decyzję sędziego trzeba czekać tygodniami. Gdyby leżało to w gestii kuratora, wszystko mogłoby dziać się sprawniej. Dlatego związkowcy chcą rozszerzenia swoich uprawnień.
– Sędziowie nie rozumieją czasochłonności tej pracy – mówi Magdalena Huzar. – Czasem zdarzają się sytuacje, które są potencjalną tykającą bombą. Jedna pani dostała udział w kontaktach kuratorskich ojca z dzieckiem. On jest cudzoziemcem. Ona nie zna języka. Jak ma wykonać poprawnie swoje obowiązki? Jak ma czuwać nad bezpieczeństwem dziecka? Za udział w kontaktach płaci się nam 191 złotych brutto za wizytę, a liczba kontaktów, tak jak wywiadów, jest nielimitowana. W dodatku to wszystko jest poza naszym formalnym obciążeniem, ale ma opcji, żeby odmówić. Pracujemy w sobotę i niedzielę, jedna wizyta trwa od 2 do nawet 9 godzin. Nie mamy kiedy odpocząć, nie mamy za to oddanego żadnego wolnego dnia. Pracujemy w święta. Pracujemy praktycznie cały czas. Chcemy unormowania standardów naszego obciążenia, bo już robimy bokami.
***
Wśród kuratorów rodzi się bunt. Przyjeżdżają kontrolerzy, którzy muszą przekopać akta dozorów – tych osobistych, na które nie zostaje już czasu.
– Skoro kładą nacisk na to, jak pracujemy z dozorowanymi i chcą nas z tego rozliczać, to niech nam to do cholery umożliwią – wzdycha przewodnicząca OZZ KS. – Niech zdejmą z nas te dodatkowe czynności i dadzą w spokoju pomagać rodzinom. Wiadomo, jedni podopieczni wymagają intensywniejszej opieki, inni radzą sobie sami. Ale to powinno być nasze główne zadanie: praca ze środowiskiem osób skazanych i nadzorowanych, nieletnich. W tej chwili sprowadza się nas do kontrolerów, sprawdzających, czy oni żyją. Ale kiedy coś się stanie, winni jesteśmy my. „Gdzie był kurator?” – pytają wtedy media. Ale nie da się w ciągu 15- czy 20-minutowej rozmowy zdiagnozować i uzdrowić rodziny.
***
Bezpieczeństwo kuratorów – to kolejny problem. Część bogatszych sądów ma na wyposażeniu GPS-y, tak zwanego „bezpiecznego kuratora”. Znowu podział na lepszych i gorszych. Niektórym poszczęściło się nawet na tyle, że dostali gaz pieprzowy. No i zestaw „małego chemika” – testy na obecność narkotyków, a także alkomaty – po jednym na zespół. Ale to już wyższa szkoła absurdu.
– Na te testy poszło mnóstwo kasy. Ustawa daje mi prawo zbadać nieletniego. Ale co z tego, że ja go zbadam, jak rodzic zażąda powtórnego badania. I co ja mam wtedy zrobić? Wieźć go swoim autem? Gdzie? Na SOR? I czekać tam osiem godzin? Nie mamy podpisanych umów z laboratoriami. To martwy przepis. Dano nam narzędzie, z którego i tak nie możemy korzystać.
Wszędzie muszą dojeżdżać własnym autem. A jeśli go nie mają? Do niektórych miejsc dojeżdża jeden autobus dziennie. Nie ma możliwości odmowy, kiedy nie ma opcji dojazdu do podopiecznego. Owszem, otrzymują tzw. zwrot kosztów pracy – za benzynę – był naliczany, kiedy paliwo kosztowało dwa złote za litr. A nie pięć. Nie mają ubezpieczeń z tytułu ryzyka zawodowego – kontaktu z chorymi, z uzależnionymi od narkotyków.
***
System wynagrodzeń.
– Chciałabym mieć taką firmę jak sąd – wzdycha moja rozmówczyni. – W tej chwili u mnie w zespole nie ma trzech osób. Ktoś ich zadania musi przejąć. Grosza za to nie widzimy. Na swój awans czekałam pięć lat, ale rekordziści np. ci podlegający pod Katowice, czekają nawet 10 i więcej. Co z tego, że już dawno spełniają wszystkie wymogi z ustawy? Nie ma pieniędzy. Ale są też okręgi, gdzie do awansów nie ma kolejek. To zależy od sądów apelacyjnych. W tej chwili na emeryturę przechodzi u nas jedna kuratorka ze stopniem specjalisty. Te pieniądze przecież zostaną w puli, za to można awansować kolejną osobę z kolejki. Ale tak się nie dzieje i nikt nam nie tłumaczy, dlaczego. Nie jesteśmy w stanie tego sprawdzić. My nie chcemy podwyżek wprost, chcemy przejrzystego systemu nagród, chcemy przestrzegania ustawy.
W sądach nie funkcjonuje osobny budżet na funkcjonowanie kuratorskiej służby sądowej.
***
Nie wolno im strajkować. Nie mają jeszcze pomysłu na akcję ogólnopolską, ale rozważają odmowę wyjazdów w teren. Domagają się, żeby kierownicy zespołów i kuratorzy okręgowi byli kadencyjni.
Chcą, żeby urzędnicy z ministerstwa konsultowali z nimi wszystkie nowe przepisy – żeby nie dopuścić do sytuacji, że ich pracą zarządza ktoś, kto przez dwadzieścia lat nie wstawał zza biurka i nie wie, jak wygląda praca w terenie.
Mieli wielką nadzieję, że po raporcie NIK na temat kuratorów wstawi się za nimi Adam Bodnar. Ale on potraktował sprawę wybiórczo – zainteresował się wyłącznie brakiem kompetencji kierowników zespołów i kuratorów okręgowych do kontroli. Resztę zagadnień, które poruszyła NIK (m.in. przeciążenie pracą) pominął. Do niego też OZZ KS przygotowuje pismo.
Na razie na to pierwsze Zbigniew Ziobro nic im nie odpisał. Minister nie jest przecież od tego, żeby gadać z suwerenem.

Ręce precz!

Rosja, którą amerykański prezydent nawoływał do opuszczenia Wenezueli, dała mu do zrozumienia, by nie interweniował w kwestii jej stosunków z tym krajem. Umowę o współpracy wojskowej z Rosją Wenezuela podpisała w 2011 r. W jej ramach, w miniony weekend w Caracas wylądowały dwa rosyjskie samoloty z setką wojskowych i 35 tonami sprzętu, co zdenerwowało władze amerykańskie.

Już na początku tygodnia szef amerykańskiej dyplomacji Mike Pompeo zapowiadał, że „Stany Zjednoczone nie będą patrzeć z założonymi rękami na rosyjskie wtargnięcie do Wenezueli”, którą uważają za swego przyszłego satelitę. W styczniu administracja amerykańska wybrała nawet „prezydenta” tego kraju, uznanego przez część krajów satelickich USA, tj. ok. jednej czwartej państw świata.
Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powiedział, że „Rosja w żaden sposób nie ingeruje w wewnętrzne sprawy Wenezueli oczekuje, że inne kraje pójdą jej przykładem pozostawiając Wenezuelczykom decyzję o własnym losie”. „Stany Zjednoczone są obecne w licznych punktach naszego globu i nikt im nie mówi, gdzie mogą być lub nie” – dodał Pieskow wzywając do „wzajemnego szacunku”.
„Rosja nie naruszyła żadnej z umów międzynarodowych, ani prawa wenezuelskiego. Nie zmienia równowagi sił w regionie i nie wygraża nikomu” – mówiła z kolei Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiej dyplomacji. „Ani Rosja, ani Wenezuela nie są prowincjami USA” – wyjaśniła.
Rosjanie mają pomóc Wenezueli uporać się z atakami na krajową sieć elektryczną. Od trzech dni trwa kolejna mega-awaria wywołana amerykańskimi atakami hakerskimi na elektrownie i zamachami bombowymi, dokonanymi prawdopodobnie przez lokalną opozycję.

Komentarz: korporacyjne media o Wenezueli

Zabawnie jest obserwować, jak wraz ze słabnięciem Juana Guaido, umacnianiem się stanowiska Wenezueli w Radzie Praw Człowieka ONZ i histerycznym miotaniem się Waszyngtonu w tej sprawie, czołowe media, niezmordowanie agitujące za „wolnością i demokracją”, plączą się tylko bardziej we własne sznurowadła i potykają się o własne nogi.
Dwa tygodnie temu, pod naporem faktów, których filmowa dokumentacja już znacznie wcześniej zaczęła krążyć po social mediach, New York Times poczuł się w końcu zmuszony do przyznania, że „pomoc humanitarną”, z którą Guiado starał się przebić przez granicę, nie spalił prezydent Maduro, ani „bojówki Maduro”, jak ujęła to GW, a zrobili to stronnicy uzurpatora namaszczonego przez Waszyngton. NYT nie napisał tego, ponieważ zmienił poglądy, tylko już dłużej nie dało się zamiatać prawdy pod dywan bez ryzyka kompromitacji. Tytuł światowej rangi posiada jeszcze tego rodzaju wyczucie, brakiem którego mogą sobie nie zawracać głowy pomniejsze media, np. jego polskie klony.
Znamienne, że artykuł na ten temat, obok stwierdzenia bolesnych faktów, na osłodę oferował czytelnikowi jednocześnie parę sztampowych formułek: „hurr durr zły Maduro”, „socjalizm”, „kryzys”, „łamanie praw człowieka”, bez podania uznanego już przez społeczność międzynarodową faktu, że na kryzys w Wenezueli w równym stopniu składają się amerykańskie sankcje. Po przełknięciu gorzkiej pigułki prawdy, trzeba przecież dać coś pacjentowi na osłodę. Czemu nie kilka półprawd i kłamstewek? Trzeba korzystać z możliwości, dopóki jeszcze można je opowiadać.
Wielkie tytuły i najpopularniejsze kanały zwyczajowo milczały o pomocy dostarczanej przez Rosję i Chiny – taka pomoc się „nie liczy”. To „niedemokratyczna” pomoc. W piątek doszło natomiast do kolejnej ordynarnej manipulacji medialnych „obrońców wolności”, tym razem związanej ze stanowiskiem samego Czerwonego Krzyża. Przewodniczący Międzynarodowej Federacji Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca Francesco Rocca poinformował na konferencji prasowej, że organizacja dostarczy do Wenezueli pomoc humanitarną złożoną głównie z zaopatrzenia dla szpitali i ma to oficjalną zgodę rządu w Caracas, który CK zapewnił „nieskrępowany dostęp”.
Jak na to zareagowały wiodące media świata? Musi to być wszak dla nich fakt istotny, ponieważ narracja o tym, jak tyran Maduro nie chce wpuszczać żadnej pomocy, bo jest zły i woli izolować kraj nawet kosztem życia i zdrowia mieszkańców, stała się w pewnym momencie kluczowa dla podtrzymania stanowiska o konieczności “eksportu demokracji” z USA do Wenezueli. Oświadczenie Czerwonego Krzyża zostało więc zinterpretowane następująco: kryzys osiągnął już takie rozmiary, a Maduro poczuł się tak przyparty do muru, że nie miał innego wyjścia jak tylko ustąpić. Jasno wynika to z relacji NYT, który nawet wprost napisał, że Maduro w ten sposób „po raz pierwszy przyznał, że Wenezuelczycy cierpią na brak żywności i innych podstawowych produktów”. Czytaj: nareszcie wpuścił pomoc humanitarną. W podobnym tonie wypowiadały się też CNN i BBC.
Takie naginanie faktów wydaje się wyjątkowo odrażające, bo świadczy o narastającej arogancji „obrońców demokracji” wobec społeczności międzynarodowej. Rzeczywistość jest taka, że CK działa w Wenezueli nieprzerwanie od lat, tak jak zresztą w całej Ameryce Łacińskiej. Rzeczą, którą mainstream chce zaś za wszelką cenę przemilczeć jest to, że już na początku lutego CK poinformował, że negocjuje z rządem Wenezueli zwiększenie aktywności humanitarnej w tym karaibskim kraju. Zdecydowali się wówczas również na dwukrotne zwiększenie budżetu przewidzianego na niesienie pomocy Wenezueli. Nicolas Maduro nie robił im w tym żadnych problemów, bo wbrew bredniom rozpowszechnianym przez światowych zwolenników puczu w Caracas, prezydentowi w oczywisty sposób zależy na przychylności społeczności międzynarodowej. Sukces na forum ONZ jest tego wymownym dowodem.
W tym samym czasie, niedługo po rozpoczęciu przewrotu w Wenezueli, CK odciął się od „pomocy humanitarnej” Guaido, sprowadzonej z USA, uznając ją za działalność polityczną, nastawioną na wsparcie jednego ze stronnictw. NYT, podkreślając, że CK deklaruje bezstronność w niesieniu pomocy, nie potrafił się oczywiście zmusić do stwierdzenia prostego faktu, że na tym właśnie tle organizacja skrytykowała ich pupila. Nie przyznali też i pewnie już nigdy nie przyznają, że CK publicznie protestował kiedy ludzie Guaido, agresywnie forsując swoją „pomoc” przez granicę, podszywali się pod tę prestiżową organizację, bezprawnie zakładając kamizelki z ich emblematami.
Wraz z kruszeniem hegemonii USA na świecie ich mediom coraz bardziej zaczyna umykać rzeczywistość. Nieustannie zakładają, że świat ma obowiązek być po ich stronie, że ciągle mamy lata 90. i że jak one czegoś nie napiszą to nikt się nie dowie. Otóż dowie się – nawet w Polsce, gdzie prawie wszyscy posłusznie powtarzają mantrę Wielkiego Brata. Jest jeden podstawowy powód, by czytać ich „demokratyczno-wolnościową” twórczość – żeby raz za razem upewniać się, że nie przestają kłamać, a kłamstwo jest fundamentem ich systemu, w którym wszyscy żyjemy. Niby oczywistość, ale skoro dominuje medialny matriks, to i oczywistości warto sobie uparcie powtarzać, żeby nie tracić kontaktu z rzeczywistością.

Paweł Jaworski (strajk.eu)

Niewdzięczność

Poskarżył się we Wrocławiu prezes Kaczyński, że polskojęzyczne media są chętniej słuchane niż te prawdziwe, polskie, nadzorowane przez PiS. …Tych niedobrych i siejących nieprawdę jest więcej, choć jest z naszymi (rządowymi) coraz lepiej…. Jednak prezes często, tak i w tym przypadku, oszczędnie gospodaruje prawdą. Dawna telewizja publiczna dysponuje kilkoma, szeroko dostępnymi kanałami. Publiczne radio emituje kilka programów ogólnopolskich i do tego 17 programów regionalnych. Media te zasilane są miliardami z publicznej kasy, bo obywatele nie chcą płacić abonamentu. Przypomnę, że z abonamentu nie korzystają stacje prywatne.
Przed kamerami i mikrofonami zasiadają wyselekcjonowani dziennikarze i funkcjonariusze PiS-owskiej propagandy. Na zapleczu czujni cenzorzy decydują o czym ma być mowa. Mimo tych zabiegów słuchalność i oglądalność mediów publicznych bardzo spada, szczególnie stacji radiowych. TVP nadrabia te spadki transmisjami sportowymi i sylwestrami w Zakopanem.
Prawicowe gazety zasilane są setkami milionów złotych ze spółek skarbu państwa. Bez tego błyskawiczne zakończyłyby swój żywot. Zamieszczane tam reklamy to dla spółek wyrzucanie pieniędzy w błoto, ale z tego żyją redakcje. Owe gazety są mocno eksponowane w kioskach i sklepach lub stacjach benzynowych. Tymczasem odnotowują one gwałtowny spadek sprzedaży. Zatem media prezesa Kaczyńskiego mają zdecydowaną liczebną przewagę w eterze. Piszę oczywiście o programach produkowanych i emitowanych w kraju. Jednak niewdzięczni obywatele biorą swoje 500+, a oglądać i słuchać rządowych mediów nie chcą. Wolą te polskojęzyczne. I to bardzo boli prezesa.

Bigos tygodniowy

Przeżarty pedofilią katolicki kler polski nie skorzystał z okazji by pokornie zamknąć gębę na kłódkę i przyłączył się do szczucia na LGBT. Biskupi oświadczyli na konferencji Episkopatu, że „masturbacja to zachowanie samotniczo-ipsacyjne”. Nie sposób wątpić, że biskupi znają tę ipsację z autopsji. Episkopat utożsamił swoją religię z orientacją heteroseksualną. Można by użyć parafrazy, że Kościół kat. jest heteroseksualny w formie i pedofilny w treści.

W zeszłym tygodniu biskupi ogłosili jakieś niewiele mówiące statystyki, liczby, cyferki pokazujące praw dobnie zaledwie czubek góry lodowej. Do tego abepy Gądecki i Jędraszewski jak zwykle popisali się na konferencji klerykalną mową-trawą odwracającą kota ogonem. Nawet bez słowa „przepraszam”. Widać, że ciągle nie mogą pogodzić się z nadzieją, że uda się im wyjść z pedofilnej afery psim swędem. Lecz to próżny trud. Już nie da się tego ukryć pod korcem. Po tych występach szefa i wiceszefa Episkopatu, publicysta katolicki Szymon Hołownia napisał: „Nie trzeba gejów, wilczych oczu Tuska z Junckerem i Sorosem, kartkówek z masturbacji i islamistycznych kaznodziejów, laicyzację zrobimy sami”. Krążyło kiedyś takie powiedzenie: „Nam nie trzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery”.

Jednak ten kiks szefów Episkopatu został przysłonięty przez burzę anty-LGBT, którą wywołał Najwyższy Prezes swoim buńczucznym okrzykiem: „Wara od naszych dzieci!”. Dał tym okrzykiem hasło do boju całej katolickiej kołtunerii polskiej. Jej rozjuszony tłumek zebrał się nawet pod warszawskim Ratuszem.

„Do niedawna rozważania o Polsce, w której nie będzie już rządzić PiS, mogły uchodzić za mrzonki lub śmiałe, lecz naiwne marzenia. Ale już nie dzisiaj. Najnowsze sondaże wskazują, że, że Polacy zobaczyli, dokąd ich prowadzi polityka rządzących. A to oznacza – tak jak w komunizmie – utratę legitymizacji dla sprawowania władzy. To początek końca. Można zacząć realistycznie myśleć o odgruzowywaniu Polski z toksycznej spuścizny po rządach PiS i jego usłużnych akolitów”. (prof. Roman Kuźniar)

A dla kontrastu inna opinia. Robert Tekieli w Gapolu lewituje jak fakir: „Mamy prawo oczekiwać, że obóz rządzący jest w stanie obronić polską rodzinę, polski naród i Kościół przed falą lewicowej przemocy. Do tego potrzebna jest wygrana w wyborach parlamentarnych, pozwalająca na napisanie nowej konstytucji i powołanie Trzeciej Niepodległej. Jeśli Jarosław Kaczyński zabezpieczy nas takimi zapisami w ustawie zasadniczej, które uniemożliwią na przyszłość wprowadzenie lewicowej ideologii, pustoszącej Zachód, zapewni sobie spoczynek na Wawelu obok swego brata. I będzie wspominany przez następne stulecia, tak jak dziś wspominamy Marszałka”. Wieczne odpoczywanie swoją drogą, ale czy jest na sali lekarz?

Pisowscy politycy i pisowscy propagandyści uparcie twierdzą, że pisowska narracja TVP i Polskiego Radia to uprawniony element równowagi w sferze medialnej, zdominowanej przez media liberalno-lewicowe. Problem w tym, że media liberalno-lewicowe są prywatne. Otóż, podobnie prywatny jest znaczący sektor mediów prawicowo-nacjonalistyczno-klerykalnych i do nich nie mam pretensji. Natomiast TVP i PR są mediami
p u b l i c z n y m i czyli powinny odzwierciedlać pełne spektrum poglądów całego społeczeństwa, a nie służyć jednej, rządzącej dziś partii. Warto przy tym przypomnieć, że swoje „Warto rozmawiać” Pospieszalski zaczął za rządów SLD, w kwietniu 2004 i przetrwał cała pierwszą kadencję rządów PO-PSL, Czy można sobie wyobrazić jakąś audycje publicystyczną prowadzoną dziś w TVP przez jakiegoś lewicowego czy liberalnego publicystę. Nie. To science fiction.

À propos, w TVP nastąpiły roszady kadrowe. Wygląda na to, że Adrian upchnął w zarządzie TVP swoich protegowanych, „wściekłą” pisówkę Marzenę Paczuską i Piotra Pałkę. Nowym szefem TVP Info, głównej pisowskiej szczujni propagandowej został Krystian Kuczkowski. Podobno to ofensywa Adriana z Młodym Morawieckim przeciw Kurskiemu. Podobno chcą w TVP więcej pluralizmu, a mniej propagandy. Akurat. Zwyczajnie czują się tam niedopieszczeni, więc wepchali swoich ludzi, by to odwojować. Będzie to więc raczej nowa pałka na opozycję niż dobra zmiana bez cudzysłowu. Jednoczesnie Adrian klepnął 1,2 miliarda złotych na pisowskie szczujnie medialne, z TVPiS na czele.

Na łamach francuskiego dziennika „Le Monde” ukazał się tekst zatytułowany „Żądamy dekanonizacji Jana Pawła II”. Jego autorkami są dwie działaczki katolickie: pisarka i redaktorka „Témoignage chrétien” Christine Pedotti oraz publicystka i biblistka Anna Soupa. Mało dbam o jego świętość, ale że był to kabotyn pierwszej wody, to nie ulega wątpliwości.

Związek Nauczycielstwa Polskiego szykuje się do strajku i to jest poważane działanie. Tymczasem oświatowa „Solidarność” odstawia komiczny teatrzyk w postaci „okupacji” Małopolskiego Kuratorium. Sprzyja mu nawet tamtejsza kuratorka Barbara Nowak, jak powiedział Paweł Rabiej: „homofobka i dewotka”, która ich serdecznie ugościła. I tak sobie pisiorska kuratorka z pisiorską przybudówką współegzystują ku chwale pisowskiej ojczyzny.

Pojawiły się dwa wyniki sondażowe. W jednym Koalicja Europejska ma niewielką przewagę nad PiS, a w drugim odwrotnie. W sukurs PiS-owi w te pędy ruszył CBOS i ogłosił dziwaczny, nonsensowny wynik nie uwzględniający istnienia Koalicji Europejskiej i badający poparcie dla wyodrębnionych partii. PiS ma w tym sondażu 44 procent, PO – 20 procent, a Kukiz – 7 procent. Pozostałe partie łącznie z SLD i Wiosną są pod kreską. A przecież to sondaże przedwyborcze, w których nie ma pojedynczych partii, ale koalicja, która dostała premię za jedność ponad podziałami. Jasne, że do żadnego sondażu nie należy przywiązywać zbyt dużej wagi, ale CBOS mocno przegina ze swoimi manipulacjami. Cóż za bełtanie w głowach i partyjne manipulacje uprawia CBOS za pieniądze podatników!

Sąd wydał korzystny dla Jerzego Urbana wyrok w sprawie publikacji „karykaturalnego wizerunku nawiązującego do wizerunku Jezusa, z mało inteligentnym wyrazem twarzy”. Tymczasem pisowscy cenzorzy kultury przebudzili się w Lublinie. Po czterech latach od premiery, Katolickie Stowarzyszenie Emerytów i Rencistów w tym mieście (jak się bierze emeryturę po katolicku?) dopatrzyło się antypolskich i antykatolickich treści w inscenizacji mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” w lubelskim teatrze im. Osterwy. Z kolei radny PiS Ryba dopatrzył się w przedstawieniu opartym na baśniach braci Grimm „skandalicznej ironii z Matki Bożej i Pana Jezusa”. To naprawdę są obsesjonaci.

Pójdźmy wszyscy do jałmużny

Znów w naszym kraju historia się powtarza. I znów, to co kiedyś miało poważny charakter, teraz staje się farsą.

W I Rzeczpospolitej wybierany przez stan szlachecki monarcha musiał wpierw podpisać ze swym elektoratem „Pacta conventa”. Przysiąc spełnienie danych im obietnic wyborczych.
Pierwsze takie umowy ukształtowały nowoczesny i demokratyczny wtedy system polityczny I Rzeczpospolitej. Określiły prawa obywatelskie stanu szlacheckiego.
Następne ewoluowały już ku coraz większej korupcji politycznej. Hamowały też reformy państwa, bo stan szlachecki wolał przedkładać swój krótkotrwały stanowy egoizm ponad wymagające wyrzeczeń reformy państwa. I tak nowoczesna ustrojowo XVI-wieczna Rzeczpospolita stała się wiek później państwem anachronicznym. Aby w XVIII wieku zamienić się w skansen politycznej ciemnoty i jako „chory człowiek Europy” bezradnie patrzeć na swój upadek.
Dziś czas biegnie szybciej. Trzydzieści lat temu polska klasa polityczna dowiodła, że potrafi ograniczyć swe bieżące fobie i interesy aby kompromisowo pogodzić się ze zmianami ustrojowymi. Bezkrwawymi, bo ówcześni rządzący pogodzili się z utratą władzy. Ale jednocześnie też nowe grupy przejmujące władzę nie dążyły do krwawej zemsty, rewanżu, ostatecznego pognębienia niedawnych wrogów.
Trzydzieści lat temu związki zawodowe, zwłaszcza NSZZ „Solidarność”, prześcigały się w deklaracjach broniących praw pracowniczych ludu pracującego miast i wsi. Dzisiaj NZSS „Solidarność” zachowuje się jak polityczna przybudówka i bojówka ideologiczna rządzącego PiS. Częściej hamuje płacowe protesty pracowników niż je wspiera. Swą aktywność skupią na walce z liberalizmem obyczajowym. Co sprawia, że staje się obrońcą księży-pedofilów.
Rządzące Polską elity PiS odwołują się do tradycji antyrządowych, robotniczych strajków z czasów Polski Ludowej. Do wolnościowego etosu dawnej NSZZ „Solidarności”. Ale w swojej IV PR nie widzą już miejsca dla aktywnych, niezależnych i samorządnych związków zawodowych. Rada Dialogu Społecznego, niedawne miejsce negocjacji reprezentantów mas pracujących, właścicieli firm i polskiego rządu, stała się ciałem martwym. Nieliczne, aktywne jeszcze związki zawodowe prezentowane są i w narodowo-katolickich, rządowych media i w tych liberalnych, komercyjnych jako lewaccy awanturnicy.
Nic dziwnego, że zachęceni tym egoistyczni prezesi państwowych firm, jak teraz w PPL, walczą wszelkimi środkami ze strajkującymi pracownikami i nawet ze wspierającymi strajkujących mediami. A bierna postawa innych mediów zachęca panów prezesów do eskalacji przeróżnych anty pracowniczych działań.
W IV Rzeczpospolitej elity PiS powróciły do tradycji wolnych elekcji i oferowanych stanowi szlacheckiemu przedwyborczych obietnic. Przekaz ponownie kandydującego na króla pan prezesa Kaczyńskiego jest jasny. Jeśli mnie i mój dwór wybierzecie, to dam wam obiecane korzyści. Z dóbr państwowych, bo sam przecież nic nie ma, bo „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”.
Takie nowe „pacta conventa” są dzisiejszą wielką farsą i przyszłą tragedią jednocześnie.
Farsą, bo każdy rozsądny wie, że król Kaczyński kupuje nasze głosy za nasze pieniądze. Że obiecuje nam po pięćset miesięcznie, aby jego dworki i dworacy wypłacali sobie przez następne cztery lata po pięćdziesiąt tysięcy miesięcznie.
Farsę, bo taką polityka zamienia dumny naród Polski w ludzi żebraczej mentalności. Sprzedających swe głosy za chwile lepszego losu.
Chwile jedynie, bo przecież te czterdzieści rozdanych na potrzeby kampanii wyborczej miliardów złotych nie pójdzie na wydatki o długoterminowych skutkach. Na podwyżki płac dla nauczycieli. Na reformy służby zdrowia. Na naprawę Rzeczypospolitej.
Przeciwnie, przy tak słabych związkach zawodowych, przy kreujących jedynie indywidualistyczne postawy mediach, tworzy się w Polsce nowy system redystrybucji usług i pomocy socjalnej.
System kontraktów społecznych, umów zwieranych w czasie kampanii wyborczych przez liderów konkurujących partii politycznych z głosującym na nich ludem. Liderzy, niczym dawni elekcyjni królowie, prześcigają się w obietnicach kolejnych „Niderlandów”. Zaś lud już wie, że przedwyborcza eskalacja żądań jest najskuteczniejszym sposobem socjalnego transferu.
Bo jeśli związki zawodowe są słabe, jeśli milczą przeróżne rady dialogów, jeśli szkoły i media uczą jedynie indywidualnych karier i awansów społecznych, to te okresowe kampanie wyborcze są ostatnią, czasem już jedyną, szansą wyrównywania różnic społecznych.
Bierzcie, bierzcie póki dają!

Stracił stanowisko

Piotr Szumlewicz, wieloletni działacz związkowy, stracił stanowisko przewodniczącego Rady OPZZ województwa mazowieckiego.

Działacz pozostaje w konflikcie z kierownictwem konfederacji.
– Powyższa decyzja nie była poddana głosowaniu, nie było też żadnych podstaw merytorycznych do jej podjęcia. Dzieje się tak w sytuacji, gdy kierowana przeze mnie Rada intensywnie walczy o ludzi pracy w wielu branżach i przyjmuje w swoje szeregi nowe organizacje. Jednocześnie jako nowego przewodniczącego wskazano przewodniczącego Konfederacji Pracy, Michała Lewandowskiego – twierdzi Szumlewicz z żalem. Uważa, że jego zwolnienie nastąpiło nie z powodów proceduralnych, jak podało OPZZ, ale jako represja w odpowiedzi na aktywne wsparcie dla pracowników PLL LOT.
Redakcja „Trybuny” z żalem przyjmuje decyzję kierownictwa OPZZ – z Piotrem Szumlewiczem jako publicystą łączy nas długoletnia współpraca, jego publikacje nierzadko pomagały nagłośnić problemy ludzi pracy.
– Celem kierowanej przeze mnie Rady były i są działania na rzecz ludzi pracy i wzmocnienie OPZZ – zapewnia Szumlewicz w notce rozesłanej do mediów. – Teraz bez głosowania, bez możliwości odwołania się od decyzji ogłoszono, że utraciłem funkcję i zarazem pracę zarobkową. Gdy pracownik jest zwalniany dyscyplinarnie, jego związek ma 3 dni na odwołanie się od decyzji. Ja nie dostałem żadnej możliwości odwołania.

Bitwa o media My, socjaliści

W ramach wojny o zawładnięcie Polską, poza bitwą o sądy i Trybunał Konstytucyjny, toczy się bitwa o opinię publiczną, którą kształtują media.

 

To władza nad mediami i treściami medialnymi jest przedmiotem rozgrywki. Ma ona charakter międzynarodowy, bowiem polskie media w znaczącej części sprywatyzowane już w latach 90. są dziś w rękach kapitału międzynarodowego.
Praktyka wskazuje, że poza kwestami ekonomicznymi i walką o zysk, istotną sprawą jest charakter i treść przekazów medialnych.
Jednym z fundamentów demokracji liberalnej, którą uprawiamy, przynajmniej teoretycznie, są wolne media i komunikacja społeczna w mediach i poza nimi. Zasadne jest więc pytanie jaka demokracja, zarówno w sensie ideowym, jak i swoistych mechanizmów realizacji, jest potrzebna. Wielu autorów twierdzi, że od dłuższego czasu znajdujemy się w erze postdemokracji, czyli sytuacji, w której nasze instytucje polityczne są trwale niezdolne do umożliwienia ludziom wywarcia rzeczywistego wpływu na politykę.
W latach 80. XX wieku w obszarze naszej cywilizacji zaczęła dominować zarówno w ekonomi, stosunkach społecznych jak i w praktyce państwa wizja neoliberalna. W doktrynalnym ujęciu neoliberalnym decyzje dotyczące gospodarki i finansów nie podlegają publicznym rozstrzygnięciom. Jednocześnie neoliberalizm podporządkowuje politykę jednej podstawowej zasadzie – konkurencyjności. Tym samym podkopuje i pozbawia dotychczasowe procedury demokratyczne wszelkiej treści. Demokracja to możliwość wyboru pomiędzy różnymi i odmiennymi orientacjami oraz zasadami organizującymi społeczeństwo. Neoliberalizm ten wybór uniemożliwia, tym bardziej, że jako doktryna konstruktywistyczna aktywnie przekształca państwo i społeczeństwo, by dostosować je do swojej wizji. Państwo musi zachować się jak podmiot rynkowy i przy podejmowaniu wszelkich działań uwzględniać rachunek zysków i strat oraz podejmować kryterium efektywności ekonomicznej. Tymczasem do żadnej z podstawowych instytucji czy wartości demokracji liberalnej – wolne wybory, demokracja przedstawicielska, swobody obywatelskie, udział społeczeństwa w procesie demokratycznym i procesie rządzenia – nie można odnieść zasad konkurencyjności gospodarczej, bądź rachunku zysków i strat.
Stąd też od wielu już lat i w Polsce, ale też w skali naszej sfery cywilizacyjnej, mamy do czynienia z kryzysem systemowym, upadkiem zasad i ograniczeniem wielu funkcji demokracji. Sytuacja ta ma poważny wpływ na media. Stały się one bowiem podmiotami rynkowymi. Są też efektem porozumienia i kompromisu pomiędzy potężnymi siłami politycznymi i gospodarczymi. Zagadnienie wolności i niezależności mediów w systemie demokratycznym uznawane jest za kluczowe. Zasadniczą cechą demokracji liberalnej jest wolny dostęp do informacji, ich wymiana i upowszechnienie.
Do analizy związków mediów masowych i mechanizmów komunikacji społecznej z demokracją mają bezpośrednio znaczenie dwa z przedstawionych warunków, a mianowicie: warunek dotyczący wolności wypowiedzi oraz istnienie alternatywnych źródeł informacji.
Dziś większość świata polityki, biznesu i mediów zgadza się co do centralnej roli mediów w procesie politycznym, w przekazywaniu i interpretowaniu obiektywnych wydarzeń w sferze politycznej oraz ułatwianiu subiektywnego ich postrzegania w szerszej sferze publicznej. Z tego powodu stronniczość ma kluczowe znaczenie polityczne, choć wiadomo powszechnie, że jest ona dość powszechnym zjawiskiem. Obiektywnych, nieprzypisywanych do poszczególnych partii politycznych czy nurtów ideowych mediów można szukać długo. Wiadomo bowiem, że prowadzenie jakiejkolwiek polityki – demokratycznej, czy niedemokratycznej – na poziomie narodowym i międzynarodowym jest coraz bardziej uzależnione od mediów.
W Polsce trwa dziś debata i spór o rolę mediów w dzisiejszym kształcie polskiej demokracji. Wielu upatruje duże ich znaczenie dla kształtowania opinii publicznej, wielu widziałoby media jako jeden z kilku filarów władzy. Odpowiedź na pytanie, czy media są, czy nie są czwartą władzą, nie jest prosta i jednoznaczna. W sensie formalnym i prawnym media władzą nie są. Media mogą mieć władzę, kiedy są wolne od presji politycznej, czy ekonomicznej, także kiedy formułują niezależne sądy i opinie. Ta niezależność pozwala im także na kontrolę innych władz – ustawodawczej, wykonawczej, sądowniczej. Media są władzą jeszcze w jednym ważnym aspekcie. Wiąże się on z procesami kształtowania świadomości społecznej, z wpływem na umysły odbiorców, ich postawy, zachowania, preferencje, oczekiwania, gusty, życzenia i zainteresowania.
Można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że dziś w Polsce trwają trzy bitwy o media: pierwsza o formalną władzę nad mediami i wygaszenie niektórych funkcji demokracji, które dotyczą mediów m.in. swobody dostęp do informacji i wielość źródeł informacji alternatywnej. Na tym tle istotna jest orientacja społeczna wobec takich zjawisk jak lawina informacyjna, wykluczenie cyfrowe i postprawda. Druga – walka o cofnięcie procesów prywatyzacyjnych lat 90., które zachodziły z dużym udziałem kapitału zagranicznego. Dziś ponad 80 proc. instytucji medialnych jest w Polsce w rękach kapitału zagranicznego, przeważnie niemieckiego. Stan taki odnotowuje się wyłącznie w krajach postkolonialnych. Trzecia – to bitwa o podmiotowość środowiska dziennikarskiego i niezależność opinii, nastąpiło bowiem powszechne urynkowienie, co stawia interes kapitału i zysk ponad wartościami społecznymi.
Konstatując trzeba stwierdzić, że jednym z kanonów lewicy są wolne media i walka o ich demokratyczny kształt, dające społeczeństwu obiektywizm opinii.