Wolne media Ważny tunajt

Przeczytałem wczoraj, że Polska w rankingu wolności mediów tworzonym przez organizację międzynarodową Reporterzy bez Granic, spadła z miejsca 19. w 2014 roku i 18. w 2015 roku na 58. miejsce w 2018 roku. Wcześniej Polska tak złe notowania miała w latach 2005–2007, zajmując kolejno 53., 60. i 56. miejsce. W związku z tym, coś Państwu opowiem…

Półtora roku temu prowadziłem na antenie telewizji Superstacja program pt. „Radiokomitet”. Współprowadziłem. Od 2014 roku. Wraz z zakupem przez Solorza Zygmunta pełnego pakietu akcji telewizji Superstacja, program przestał być nadawany. Poinformowano nas o tym za pomocą mejla z nową ramówką, w którym Radiokomitetu już nie było. I tyle. To akurat mnie szczególnie nie zdziwiło. Taki sposób komunikacji wertykalnej kierownictwa z pracownikami praktykowany był w tej firmie chyba od zawsze.
Przez cztery lata naszej, radiokomitetowej, bytności na antenie, wyczynialiśmy tam przeróżne hece. Naśmiewaliśmy się z rządzących jak się patrzy; na biurku trzymaliśmy portret pana prezydenta Andrzeja w okularach zdartych za pomocą painta z generała. Tekturową figurę Beaty Szydło ubieraliśmy w koszulkę z napisem Refugees welcome. Zapraszaliśmy do audycji m.in. rabina, muftiego i satanistę. Nikt, ani żadna Rada Przyzwoitości ani poseł PiS-u, ani ksiądz tego czy innego obrządku, nie złożył na nas nigdzie skargi, bo przy dystansie i autoironii, nikogo nie lżyliśmy ani nie obrażaliśmy, co poniektórym na tej samej antenie już się udawało. My jednak mieliśmy ambicję, aby robić program, który będzie patrzył na ręce każdej władzy-szarej, burej, pstrokatej; każdy kto ma władzę, niech zawsze budzi w Tobie odrazę, powtarzaliśmy za wieszczem. Aż tu nagle, po czterech latach niesforności i wolności słowa, przyszła kryska i wyrzucili. Chwilę po nas, wyrzucili, z własnej albo i przymuszonej woli, Kubę Wątłego. A na sam koniec, kiedy reformy nowego zarządu zatoczyły coraz ciaśniejszy krąg, stacja zrezygnowała całkiem z polityki. Na bruk poszedł Żakowski, Czyż, Zimnik, Łaguna, wcześniej zrezygnowała Eliza Michalik. Parę dni temu większość pracujących jeszcze w Superstacji dziennikarzy i pracowników technicznych skończyły się umowy na czas określony. Część znalazła zatrudnienie w Polsacie, część jeszcze gdzie indziej, część-nigdzie.
Przez te kilka lat pracy w Superstacji, już pod rządami PiS-u, dostawaliśmy od czasu do czasu sygnały, że rządzący mogą towarzystwo niebawem wziąć za pysk i przepędzić. Ale jakoś to nie następowało. Dalej robiliśmy swoje. Nikt nas nie cenzurował ani nie napominał. Płacili marnie, za to nie było w firmie atmosfery znanej z korpo; podkopywania, podkładania świń. Było naprawdę fajnie. Jak mawiano na korytarzach: ch…owo, ale stabilnie. Aż po swoje przyszedł kolega S. i na raz sprawy nabrały przyspieszenia. Dyrektorem programowym został Grzegorz Jankowski, były naczelny „Faktu”, który na wizji w rozmowach z politykami nie krył ani na jotę tego, że aborcja, to dla niego zabijanie nienarodzonych dzieci, i w ten sposób właśnie kazał o niej mówić zaproszonemu do programu Zandbergowi. To, że Radiokomitet nie był jego ulubieńcem specjalnie mnie nie dziwiło. Ale żeby w trymiga rozpieprzyć i rozpędzić jedyną realnie opozycyjną stację, w której inna niż prawicowa myśl miała szansę dojść do głosu? Nie spodziewałem się, że tak szybko im pójdzie.
W Polsce nie ma cenzury. Jest wolność słowa. Można mówić co się chce i jak się chce, w granicach prawa. W mediach publicznych i prywatnych jest pluralizm poglądów i opinii. Nikt nikogo nie wsadza się do więzienia za krytykę poczynań rządu. Media są wolne i niezależne. To wszystko można usłyszeć od polityków partii i rządzącej i ich apologetów. Prywatnych i publicznych. Dużych i małych.
Polska w rankingu wolności mediów spadła z miejsca 19. w 2014 roku i 18. w 2015 roku na 58. miejsce w 2018 roku. Wcześniej Polska tak złe notowania miała w latach 2005–2007…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Klepanie nieprawdy

Nawet poważni naukowcy od polityki i znani dziennikarze z uporem powtarzają, że SLD, w sprawach obyczajowych jest konserwatywne.

Nie popierają tego żadnymi badaniami. Zresztą, badań jak prezentuje się elektorat SLD w tych sprawach, na tle innych elektoratów, jest niewiele, ale są. Zapoznałem się z kilkoma badaniami i mogę stwierdzić, że wyborcy SLD, w sprawach obyczajowych , stosunku do kościoła, spraw aborcyjnych itp. stoją zdecydowanie na lewo do elektoratów PO, PiS, PSL nie wymieniając prawicowego planktonu. Mogę to potwierdzić własnymi doświadczeniami, a trochę wyborców SLD znam. Być może nie są awangardą w tych sprawach, ale czy muszą? Jeżeli elektorat SLD jest konserwatywny to jaki jest elektorat PO, o PiS nie wspominając. Superkonserwatywny, megakonserwatywny czy ultrakonserwatywny? O tym komentatorzy wolą nie mówić.
Oni, niczym mantrę klepią, że SLD to konserwatyści. I tak bez końca. Oznacza to, że komentatorzy są leniwi i opowiadają rzeczy zasłyszane od innych. Ci inni też nie raczyli zastanowić się nad tym co mówią. I tak zamyka się błędne kółko klepiących zasłyszane opinie. Można powiedzieć – szanowni komentatorzy przestańcie być konserwatywni i leniwi na umyśle. Włączcie myślenie, to nic nie kosztuje.

Ola w worze

Aleksandra Jakubowska, zwana kiedyś „Lwicą lewicy”, niegdyś moja koleżanka z klubu parlamentarnego SLD, moja przewodnicząca SLD, moja minister kultury, rzeczniczka moich rządów i towarzyszka z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej przeszła do obozu „Dobrej Zmiany”. Została gwiazdą telewizji braci Karnowskich i publicystką najbardziej prorządowego, wręcz lizusowskiego tygodnika „Sieci”.

Cóż, nie jedyna to medialna działaczka SLD, która postanowiła realizować się w PiS. Czasy nielekkie, ceny pietruszki rosną, a media lewicowe nieliczne są i bidne jak przysłowiowa mysz kościelna. Nie płacą tak tłusto jak prokaczystowskie.
Niestety praca dla kaczystowskich mediów wymaga nie tylko stałego podlizywania się władzy. Ona zmusza do regularnego ogłupienia. Nietrudno to zauważyć. Wystarczy posłuchać co ma do powiedzenia w TVP pani doktor Magdalena Ogórek. Niedawno można było przeczytać w „Sieci” pryncypialny atak pani magister Aleksandry Jakubowskiej na dorobek umysłowy nieżyjącego już Karla Rajmunda Poppera. Dowodzący, że pani redaktor Jakubowska nie przeczytała żadnej z książek Poppera. Nawet ich omówienia ze zrozumieniem. Ale zamówienie polityczne zapewne brzmiące: „Skopać Sorosa i Poppera” zostało wykonane. Czym zawinił kaczystom Soros można się domyśleć – to znajomy Adama Michnika. Ale znajomość dorobku umysłowego Poppera jest w Polsce jeszcze mniejsza niż „ideologii LGBT”.
Ale nawet ten atak na nieboszczka Poppera nie umywa się do opublikowanego w 32 numerze „Sieci” wywiadu pani redaktor Jakubowskiej z aktorem i reżyserem Redbadem Klynstrą- Komarnickim. Zatytułowanym „Robienie ze mnie homofoba jest śmieszne.”
Cel wywiadu jest jasny. Trzeba zrobić z głoszącego pro PiS- owskie poglądy aktora aktualnego męczennika. Zaszczuwanego przez „lewackie” środowisko producencko-aktorskie. Ot, kolejny fragment mozaiki kaczystowskiego frontu propagandowego. Kolejny wywiad z serii „Męczeństwo Polaków Lepszego Sorta”.
Ale kiedy Klynstra-Komarnicki mówi: „Moim zdaniem z tego, że cały system kultury nie został nawet tknięty najmniejszą reformą i nadal jest peerelowski, osoby o poglądach lewicowych świetnie się tam czują. Państwowy Instytut Sztuki Filmowej jest jedyną instytucją kultur działającą w nowoczesny sposób, instytucją dzięki której kinematografia po pierwsze, się rozwija, a po drugie, daje możliwość zrobienia filmów twórcom o różnym światopoglądzie. Według tego modelu powinny funkcjonować także inne dziedziny sztuki.”
To pani redaktor Jakubowska milczy.
Wymownie.
Pan Redbad Klynstra-Komarnicki nie musi wiedzieć, że Polski Instytut Sztuki Filmowej, nie Państwowy jak jest w wywiadzie, to efekt pracy lewicowych posłów, także mojej, oraz ministrów kultury lewicowego rządu. Choć warto by wiedział, że to właśnie lewica stworzyła taką instytucję, która w założeniu miała doprowadzić do rozwoju polskiej kinematografii i dać „możliwość zrobienia filmów twórcom o różnym światopoglądzie”.
Takich możliwości obecnie w przejętych przez kaczystów mediach publicznych polscy twórcy nie mają.
Pan Redbad Klynstara-Komarnicki nie musi wiedzieć, że w czasie rządów lewicy przeróżne instytucje kultury zostały zreformowane. Czasem lepiej, czasem gorzej. Ani, że jego rozmówczyni była w latach 2001-2003 sekretarzem stanu, czyli ministrem i konserwatorem generalnym zabytków w ministerstwie kultury i sztuki. Że jego rozmówczyni była przez osiem lat prominentnym członkiem sejmowej Komisji Kultury i Środków przekazu.
Ale pani redaktor Aleksandra Jakubowska powinna jednak to wiedzieć, bo to część jej życia. Jej działalności. Powinna nie tylko napisać poprawną nazwę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, ale też dać świadectwo prawdzie. Powinna przypomnieć swemu rozmówcy i Czytelnikom, ile dobrego lewica zrobiła dla polskiej kultury.
Bo inaczej wyglądałoby na to, że pani minister kultury Jakubowska brała publiczne pieniędzy za nicnierobienie.
W naszym kraju można przejść z lewicy na prawicę. Być lewicowy, a potem prawicowym dziennikarzem.
Ale, jak widać na przykładzie pani redaktor Jakubowskiej, po przejściu na prawicę, nie może napisać prawdy. Prawdy niezgodnej jest z aktualnymi wytycznymi pisowskiego frontu propagandowego.
Przechodząc do obozu kaczystowskiego Aleksandra Jakubowska, jak widać, musiała wdziać wór pokutny. Tylko czemu założyli go jej na głowę?

Nie tylko Jedynki!

Czytajcie listy wyborcze do końca!

Jeszcze się oficjalnie kampania wyborcza nie zaczęła, a już mamy spory o miejsca na listach wyborczych. Zwłaszcza o „Jedynki”.
Polski system demokracji parlamentarnej jest systematycznie psuty przez ingerencje mediów. Manipulujących opinią publiczną, czyli wyborcami. Traktowanymi jak przysłowiowy „ciemny lud” przez sprzedajnych dziennikarzy i komercyjne firmy „pijarowskie”. Doradzających politykom jak zmienić kampanię wyborczą w medialne igrzyska. W wyścigi szczurów do politycznego koryta.
Dziennikarze i „pijarowcy” od lat przekonują polskich wyborców, że o sukcesie wyborczym kandydatów decydują ich miejsca na listach wyborczych. Zwłaszcza pierwsze, zwane „Jedynką”.
Argumentują, że przynajmniej 30- 40 procent wyborców głosuje jak psy Pawłowa. Reagują na logo komitetu wyborczego i potem odruchowo, często bezmyślnie, stawiają krzyżyk przy pierwszym nazwisku kandydata umieszczonym na liście wybranego komitetu.
W Polsce każdy wyborca podczas wyborów do Sejmu RP oddaje jeden głos. Jednocześnie na komitet wyborczy i na kandydata. Dzięki temu wyborcy mogą decydować nie tylko o tym które ugrupowania wejdą do Sejmu, ale też którzy kandydaci będą tam pracować.
Niestety polscy dziennikarze i „pijarowcy” robią wszystko aby wybór polskim obywatelom taki ograniczyć. Relacjonując kampanię wyborczą, prezentując kandydujących do parlamentu skupiają się jedynie na Jedynkach z list wyborczych.
Czasem wspominają też o miejscach drugich i trzecich. Ale dalej wzrok ich już nie sięga. Jakby polscy dziennikarze nie byli w stanie doczytać list wyborczych do końca.
Redukowanie kandydatów do Jedynek bez wątpienia ułatwia pracę mediów. I napędza im zyski. Zwłaszcza kiedy robią one kolejne oszustwo wyborcze – debaty „liderów list”. Czyli tychże Jedynek.
Zauważcie, że nie ma Polsce w czasie kampanii wyborczej debat merytorycznych. Tematycznych. W czasie których moglibyście się dowiedzieć o programach naprawy służby zdrowia, budownictwa mieszkaniowego, o polskiej polityce zagranicznej konkurujących w wyborach partii.
Bo zamiast merytorycznych debat media podsuwają wam jedynie starcia personalne kandydujących. Odwołując się do ich wyglądu, szybkości wysławiania się, umiejętności robienia dobrego wrażenia. Do waszych emocji, odczuć, ale nie do waszej wiedzy.
Przygotują wam mecze medialne. Podzielone na krótkie starcia. W czasie tych rund każda z Jedynek będzie miała aż 10 sekund na zaprezentowanie naprawy służby zdrowia, budownictwa mieszkaniowego, polityki zagranicznej, obrony narodowej. Najlepiej w trzech pięciosekundowych hasłach.
Dłużej już nie, bo zdaniem polskich dziennikarzy i pijarowców polski wyborca nie jest w stanie więcej informacji na jeden raz przyjąć. Bo polski wyborca to miś „o bardzo małym rozumku”.
Taki styl prowadzenia kampanii wyborczej jedynie ogłupia i oszukuje potencjalnych wyborców. Ale znakomicie rozkręca ich emocje. Potem emocje napędzają frekwencję wyborczą. Ale też widzów medialnych pojedynków. Klikających, komentujących, bluzgających. Im więcej emocji, zwłaszcza złych, tym zyski mediów i pijarowców będą większe.

Inna polityka możliwa?

Nakręcana emocjami kampania wyborcza opiera się też na wciskaniu przekonania, że są na listach wyborczych elitarne „miejsca biorące” i pozostałe, te pospolite, te „niebiorące”.
Biorące to oczywiście Jedynki, ale też Dwójki i Trójki. W ten sposób skupia się uwagę i zainteresowanie wyborców jedynie tymi pierwszymi miejscami. Pozostali kandydaci traktowani są jak „mięso wyborcze”. Frajerzy, którzy jedynie pracują na czołówkę listy.
Nakręcając tak emocje wyborców, media i pijarowcy, podgrzewają też emocje kandydatów do parlamentu. Wszyscy oni chcieliby mieć właśnie te „miejsca biorące”. Tak nakręcane są spory personalne, kłótnie wewnątrz partyjne w czasie układania list.
Zauważcie, że media chętnie informują o nich, podobnie jak o lokalnych intrygach, transferach międzypartyjnych. Bo to też budzi emocje, nabija popularność, czyli zyski.
W najbliższej kampanii wyborczej polskie media zapewne zechcą ponownie zamienić kampanię wyborczą w polityczny plebiscyt. Pojedynek pomiędzy rządzącym PiS i opozycyjnym anty PiS- em.
Do roli anty PiS- u została już wyznaczona Koalicja Obywatelska Grzegorza Schetyny. Jej lider już teraz stara się osłabić polityczną konkurencję, czyli PSL i blok lewicowy. Bo obowiązujący w wyborach do Sejmu RP system D’Hondta preferuje najbardziej popularne ugrupowania. W wielomandatowych okręgach wyborczych, przy poparciu powyżej 10 procent, czasem kolejne 1-2 procenta dają przynajmniej jeden dodatkowy mandat poselski.
Liderzy polskich, lewicowych ugrupowań jeszcze przed wyborami zapowiadali „inną politykę”. Rozbicie prawicowego duopolu politycznego. Odtwarzanego właśnie przy wielkim wsparciu polskich mediów i pijarowców.
Zapowiadali merytoryczną, a nie opartą na negatywnych emocjach kampanię wyborczą.
Aby mogli oni uprawiać taką „inną politykę”, teraz apeluje do polskich wyborców, zwłaszcza tych lewicowych.
Nie dajcie się manipulować przez polską „mediokrację”.
Przeczytajcie listy wyborcze do końca. Zwłaszcza te lewicowe. Abyście przy urnach wyborczych kierowali się rozumem, a nie zaszczepianymi przez media emocjami.
Wybierajcie kandydatów kompetentnych, a nie kolejnych, sezonowych, medialnych „charyzmatycznych” cudotwórców.
Nie dajcie się traktować jak ten „ciemny lud”.
„Trybuna” postara się pomóc wam w takich merytorycznych wyborach.

PS. Informuję, że zamierzam kandydować do Sejmu RP z listy lewicy w okręgu warszawskim. Poprosiłem o ostatnie miejsce na liście wyborczej.
Tak jak w poprzednich wyborach nie będę miał billboardów, bo uważam je za niepotrzebną część „mediokracji”.

Balon

Od wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon.

Wydaje mi się, że balon napełniany jest czterema strumieniami – kłamstwami lub negatywnym koloryzowaniem dotyczącymi naszej przeszłości, wiadomościami i fantazjami o nieustannych sukcesach osiąganych przez aktualną władzę, zapewnieniami o własnej uczciwości i bezinteresowności i bezwzględnej walce z przestępczością, oraz obietnicami dalszych wielkich zmian i realizacji niespotykanych dotychczas koncepcji inwestycyjnych, połączonych z planami podnoszenia stopy życiowej narodu do niespotykanych w historii granic.

Nie było nas

Pierwszy strumień napełniających balon informacji i opowiadań ma dwie niewzruszone podstawy – pierwszą, że po wojnie i aż do lat 80-tych ubiegłego wieku w ogóle nie było polskiego państwa. I drugą, że również później, a zwłaszcza „przez ostatnie 8 lat” przed wyborczym zwycięstwem obecnej władzy, rządzono Polską tak nieudolnie, że „kraj popadał w ruinę”, naród się nie bogacił, a „za to” rosła przestępczość i powstawały „afery” niszczące dorobek wielu ludzi. Te dwie polityczne fantazje są tak wielokrotnie powtarzane, że zwłaszcza w umysłach młodzieży i słuchającego tylko jednej opcji politycznej i dwóch stacji telewizyjnych „twardego” elektoratu, tworzą lukę, pozwalająca na łatwiejsze pranie mózgów.
Głównie na tym tle tworzy się patriotyczne legendy, gloryfikujące jednych i oczerniające innych. Hurtowo stawia się na piedestał „żołnierzy wyklętych”, mimo, że zOd wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon. naczna ich część zupełnie na to nie zasłużyła. Niemal wykreśla się z pamięci żołnierzy I i II Armii Polskiej idących ze wschodu, oraz partyzantkę Batalionów Chłopskich i Armii Ludowej – nawet tych, którzy walczyli i ginęli w Powstaniu Warszawskim. Oczernia się w czambuł działaczy i polityków okresu PRLu, mimo, że niektórzy z nich – jak Gierek, Ziętek, Rapacki, a nawet Świerczewski, są pozytywnie zapisani w pamięci wielu ludzi i całych miast lub województw. Tłumaczy się młodym ludziom, którzy nie pamiętają ani PRLu, ani stanu wojennego, że wtedy „prawdziwi Polacy”, którzy byli sędziami – nie sądzili, a jak byli w wojsku – nie wykonywali rozkazów. Patriotyczni tramwajarze nie wozili doi pracy zniewolonych robotników, a lekarze nie leczyli członków partii „komunistycznej”, czyli PZPR.
W tej ofensywie bezmyślnej nienawiści do przeszłości wpada się w ipułapki zapominając, że część starszych działaczy prawicy kończyła właśnie w PRLu dobre szkoły i uczelnie, robiła doktoraty, chodziła do kabaretów znacznie odważniejszych niż obecne, i że 50% „suwerena” mieszka w masowo oddawanych wówczas mieszkaniach,. Nawet polską niepodległość w portach świata rozsławia żaglowiec, który też został wybudowany w ostatnich latach „starego” ustroju.
Same sukcesy
Drugi strumień zasilający balon to nieustanne sukcesy. Teraz wszystko jest sukcesem. „Zwycięstwo” w głosowaniu w Unii 27 do 1, rozdawanie nagród, „które się należały” a także ich późniejsze odbieranie, przyjęcie ustawy chroniącej dobre imię Polski zredagowanej w sposób obrażający innych i godzącej w wolność słowa i przekonań, a potem jej łagodzenie, wprowadzanie „dobrych zmian” w sądownictwie, które są niezgodne z konstytucją i także częściowe wycofywanie się z tych zmian. Dobre zmiany, niepokojąco podobne do wprowadzanych w niektórych krajach Europy w międzywojennym dwudziestoleciu, mają też wprowadzać inwigilację obywateli w trosce o innych obywateli, rozbudowę sił policyjnych chroniących szeroko rozumianą „władzę”, tworzenie sądów sądzących niegrzecznych sędziów, usuwanie dziennikarzy, którzy nie piszą lub mówią tego, co trzeba.
Ten strumień zasilający balon opiera się niezmiennie na fundamencie 500+. W każdej informacji o sukcesach nawiązuje się do tego, rzeczywiście dobrego rozwiązania i osładza się nim inne, socjalne osiągnięcia, które już nie są tak wyraźne. Przykładowo – coraz mniej mówi się o darmowych lekach dla emerytów. Bo też trudno znaleźć takich, którzy na tym skorzystali. Owszem – mają takie pozycje, które są za darmo, ale kilka innych znacznie im zdrożało. Saldo jest dla nich niekorzystne, płacą za leki obecnie więcej, niż poprzednio. Podobnym „sukcesem” są „mieszkania +”. Czynsze w tych mieszkaniach są podobne jak na „wolnym rynku” wynajmu mieszkań, a późniejsze „przejmowanie na własność” niepewne i prawnie skomplikowane.

Czysta, uczciwa, aryjska krew

Trzeci strumień składa się z intensywnie wpompowywanej w balon zapowiedzi, że PIS będzie bezlitośnie ścigał wszelakiej maści przestępców, że nikomu nic nie daruje, bo „wszyscy są równi wobec prawa”. Codziennie słyszymy, że komuś rano zakłada się kajdanki, wzywa do prokuratury, stawia zarzuty, grozi procesami. Skutki są słabe, bo jeszcze w miarę niezależne sądy nie są skłonne do wydawania bezpodstawnych wyroków. Nawet całkowicie apolityczna część suwerena ma też wątpliwości, dlaczego w bójce skrajnego prawicowca z demokratą winny – zdaniem prokuratora – jest zawsze ten ostatni, dlaczego lekceważy się wszelkie publiczne oskarżenia dotyczące członków lub zwolenników PISu, a za to podnieca się elektorat każdym przypadkiem pretensji o naruszenie prawa kierowanym do zwolenników „totalnej” opozycji. Policja wprowadza przy tym nowe standardy – ubieranie posągów w koszulki z nadrukiem „konstytucja” albo okrzyki „Wałęsa” są co najmniej wykroczeniem, ale maskowanie twarzy, chóralne grożenie śmiercią, nawoływanie do zachowania „czystej, białej krwi” i publiczne odpalanie rac i świec dymnych, jest tylko skutkiem nudnego i niewinnego oczekiwania w kolejce do pubu. Odnosi się wrażenie, że ogoleni na łyso młodzi ludzie, wykrzykujący obraźliwe albo całkiem bzdurne hasła, są teraz wzorcem praworządnego obywatela.
Suweren zaczyna się też dziwić, że mimo buńczucznych haseł idola prawicy, że „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”, – co chwila wyciekają informacje o zbyt licznych i zbyt dużych nagrodach, o gigantycznych zarobkach i odprawach członków rządzącej partii, pracujących w spółkach skarbu państwa i różnego rodzaju propagandowych przybudówkach, o zajmowaniu się szefa partii interesami ważnej dla niej spółki. Mimo prób politycznego uzasadniania może też budzić zdziwienie exodus działaczy zajmujących eksponowane, ale słabo płatne, stanowiska rządowe, do parlamentu europejskiego.

Wielkie plany

Czwartym strumieniem pompowanym w balon są obietnice. W części bardzo ogólne i znane z historii od czasów cesarstwa rzymskiego, a może nawet z początków państwowości Egiptu i Mezopotamii. Kraj będzie rozkwitał, wszystkim będzie lepiej, wstajemy z kolan, więc świat będzie nas szanował i podziwiał, nikt nam nie będzie „podskakiwał”, bo będziemy potęgą militarną wspieraną przez inne potęgi. Ta największa potęga potraktuje nas niemal jak jeden ze swoich stanów, będziemy mieli ich stałe garnizony, wybudujemy im „Fort Trump”. A wszystko po to, aby wprowadzić w stan permanentnego przerażenia pewne państwo na wschodzie, które zawsze nam zagrażało, więc i teraz może mieć złe zamiary.
Te znane slogany i nowe pomysły przeznaczone głównie dla najmniej wykształconej części elektoratu, wspierane są pozornymi konkretami o nieokreślonych lub odległych terminach realizacji. Mamy więc obiecany szybki przekop mierzei wiślanej, budowę promu towarowo – pasażerskiego, który ma być nowym początkiem świetlanej przyszłości naszych stoczni, budowę tunelu podmorskiego w Szczecinie, produkowanie okrętów podwodnych, nadzwyczajnych helikopterów do spółki z Ukrainą, budowę największego portu lotniczego Europy. Radośnie też wydamy ogromne pieniądze na zakup od przyjaciół nowoczesnych wyrzutni rakiet, samolotów bojowych i innych urządzeń do zabijania. „Oglądacz” telewizji publicznej na polskiej wsi, – bo do innej najczęściej nie ma dostępu – serwującej mu takie wiadomości, wpada w euforię. Nawet nie zauważa, że balon propagandowy nad jego domem rośnie tak bardzo, że przysłania mu widok na resztę świata.

Niebezpieczny wybuch

Mam pecha. Mój nadmiernie zaawansowany wiek pozwala na historyczne porównania balonów propagandowych tworzonych w naszej najnowszej historii. Bo – bądźmy sprawiedliwi – każdy rząd i w każdym ustroju ma takie tendencje. Przed II wojną palmę pierwszeństwa miało przekonywanie społeczeństwa, że Niemców nie stać na prawdziwe czołgi i samochody pancerne, że te, które widzimy na kronikach filmowych są z dykty i z tektury. Nasza kawaleria rozniesie je w pył szablami i lancami.
W latach powojennych wmawiano nam, że gospodarka rynkowa to przeżytek, że świetlaną przyszłość zapewni nam tylko centralne sterowanie „gospodarką planową” i inwestowanie przede wszystkim w ciężki przemysł. Nie wszyscy się z tym zgodzą, ale – moim zdaniem – relatywnie najbardziej wiarygodny balon pompowano w tzw. dekadzie gierkowskiej. Mało mówiono o konieczności poprawy komunikacji Śląska z Warszawą, i względnie szybko wybudowano drogę szybkiego ruchu do dzisiaj zwaną „gierkówką”. Pokazano na wystawach małego Fiata 126p i też szybko zaczęto go produkować. Obiecywano poprawę sytuacji mieszkaniowej i rzeczywiście budowano wprawdzie małe mieszkania, – ale budowano ich dużo, w szczytowym roku 1978 – 283 tysiące. W czasach rządów PO – PSL balon był napełniany umiarkowanie i hamowany hasłem oszczędnego gospodarowania pozwalającego na utrzymanie „zielonej wyspy” na powierzchni światowego kryzysu. Ale takie dmuchanie balonu, jakiego dzisiaj jesteśmy świadkami, za mojej pamięci się nie zdarzało.
Każdy balon nadmiernie napełniany musi kiedyś pęknąć. Także balon propagandowy. Kłamstwa i kłamstewka wyjdą na jaw, znaczna część obietnic nie zostanie spełniona. Niezadowolenie obywateli będzie tłumione różnymi sposobami zapożyczonymi z doświadczeń rządów autokratycznych. Wykształcona część elektoratu rządzącej partii i tzw. milcząca większość zdają sobie z tego sprawę. Twardy elektorat wierzy we wszystko, ale i on w jakimś momencie zacznie się upominać o to, co wdmuchano do balonu. Wtedy rządzący mogą wybrać tylko jeden z dwóch scenariuszy:
– albo dostatecznie wcześnie zaczną się sami wycofywać „na z góry upatrzone pozycje”, przepraszać, łagodnieć, obiecywać poprawę,
– albo ryzykować i czekać na wybuch. Ale ryzyko jest duże. Pęknięty balon wybuchnie głośno, cały świat go usłyszy. Można stracić władzę. Perspektywa jej odzyskania oddali się na wiele lat.
Obserwacja dotychczasowych zachowań dość wąskiej intelektualnej czołówki PISu skłania raczej do przypuszczenia, że, wierząc w nieustanne poparcie i siłę twardego elektoratu oraz w widoczny sposób rozkoszując się zdobytą władzą – wybiorą świadomie, lub podświadomie, drugi wariant.
Czy jednak, mimo to, PIS może wygrać następne wybory parlamentarne? Może, bo znaczna część naszych obywateli przejmuje się tylko tym, czy zarabia lub dostaje o kilka złotych więcej i wierzy, że nasze państwo „wstaje z kolan i rośnie w siłę”.
A czy może je przegrać?. Również może, choć jeszcze w to nie wierzy. Balon propagandowy podtrzymujący władzę może też pęknąć wcześniej i spowodować trudne do przewidzenia i opanowania reakcje „suwerena” i Europy.
Proces osłabiania pozycji zjednoczonej prawicy może też przyspieszyć nie tylko w związku nadmiernym zadłużaniem państwa i utratą stabilności ekonomiczne, ale także w reakcji na trzy immanentne cechy radzącej ekipy, które też coraz mniej podobają się pozostałej części społeczeństwa. Te trzy cechy, to zupełny brak poczucia humoru i nadmiernie nerwowe przyjmowanie śmiechu otoczenia, wewnętrzna dyscyplina i posłuszeństwo procentująca zanikiem własnych poglądów, w historii cywilizacji zawsze prowadząca do jakiejś formy dyktatury, i żenująco pierwotny, irytujący hurrapatriotyzm.

Wieść gminna Ważny tunajt

Kiedy nie gram, albo nie jestem na próbie, piszę pracę doktorską na temat lokalnych tygodników i historii ich powstania. Niezwykle mnie ten temat zajmuje. W zasadzie nie wiem skąd u mnie ta fascynacja, może za krótko byłem w wojsku, albo z jakiegoś innego powodu. Grunt, że bardzo mi się ta robota podoba. Bo lokalna prasa i to co w niej czytam, podobała mi się od zawsze dużo bardziej, niż to, co czytam w gazetach warszawskich. Z małymi wyjątkami.

Z uwagą pochyliłem się nad niusem dotyczącym Anny Wilk, dziennikarki „Gazety Powiatowej”, która od lat opisuje sytuację we wronieckiej spółce Amica, tej od kuchenek i pralek i dawniej, od drużyny piłkarskiej. Sąd w Poznaniu skazał panią Annę w pierwszej instancji na 3 lata banicji zawodowej oraz kary grzywny na łączną sumę 7 tys. PLN, za pomówienia względem firmy od lodówek. Proces trwał od 2017 r. Pani Anna w jednym ze swoich artykułów napisała, że w otoczeniu firmy na A. „nie brak bandziorów” i że zamiast spółką akcyjną Amika powinna się nazywać raczej „przestępczą grupą zorganizowaną”. I z te właśnie słowa poznański sąd wymierzył karę. Pani redaktor będzie się odwoływać. Tłumaczy, że sąd nie wziął pod uwagę wielu przedstawianych przez nią dowodów, jak również odmówił jej składania wyjaśnień. I rzeczywiście-zakazywanie pracy w mediach, zwłaszcza komuś, kto patrzy na ręce prywaciarzowi i pisze o przewinach dużych wobec małych, to w mojej ocenie zbyt daleko idąca penalizacja. Ale to, że dziennikarka z wieloletnim stażem pozwala sobie na wypisywanie takich a nie innych słów o spółce, to mnie co najmniej zastanawia. Bo, choćby przez wzgląd na gen samozachowawczy, pisanie czegoś podobnego o kimkolwiek lub czymkolwiek, jest wysoce ryzykowne, jeśli się nie ma mocnych dowodów w ręku na działalność mafijną i przestępczą. Nazywanie kogoś bandziorem, lub usadawianie w jego otoczeniu bandytów, jest bardzo ryzykownym zabiegiem, chyba że obliczonym na medialny szum, możliwy do okupienia grzywną finansowaną z nadsprzedaży numeru. Tego raczej nie zakładam, bo wiem jak się sprzedają gazety, zwłaszcza lokalne i ile na tym można zarobić. Dlatego też nie okażę zawodowej solidarności z panią redaktor do końca, bo, wychodząc z pryncypialnych pobudek, uważam że nazywanie kogoś publicznie złodziejem, bandytą, mafiosem albo nawet idiotą jest po prostu słabe, i nawet jeśli ma się na to mocne kwity, można to zrobić z klasą i z fasonem a nie walić obuchem między oczy, bo to ten nieszczęsny dyskurs publiczny nad stanem którego załamujemy ręce, przez takie a nie inne operowanie słowem, popada w jeszcze większy dołek. To właśnie takie pisanie, na granicy obrażania, lub tę granicę przekraczające, każe powątpiewać w jakość dziennikarstwa lokalnego i regionalnego, a szkoda, bo ludzie wszędzie potrzebują rzetelnej informacji. To ważne, zwłaszcza wobec planów które otwartym tekstem głosił swego czasu Paweł Kukiz i jego ludzie, a które tyczyły się zakazu finansowania lokalnych gazet przez samorządy. Gdyby tylko zapytali kukizowcy medioznawców albo choćby mnie, czy rzeczywiście tak jest, że lokalna prasa, finansowana bezpośrednio z samorządu, to dobrze czy kiepsko, usłyszeliby, że w dużej mierze jest tak jak sądzą, że te gazety to słupy ogłoszeniowe władzy, ale choćby dla tych parunastu procent wydawców z towarzystw regionalnych ziemi i powiatu czy z domów kultury, nie warto tych tytułów utrącać, bo częstokroć są one, lokalne gazety, jedynym źródłem informacji o regionie i to właśnie one budują małe ojczyznę i coś, co się nazywa społeczeństwo obywatelskie, a chyba o to nam wszystkim idzie. Inna rzecz, że przy okazji rozprawy z gazetami samorządowymi, chciał Kukiz zakazać finansowania bilbordów z pieniędzy podatników, na okoliczność dzielenia się burmistrza czy wójta z ludem podziękowaniami za udane dożynki albo pozyskane inwestycje. I to było dobre. Ale że wrzucone do jednego wora, umarło jako projekt pozbawiony szansy powodzenia, bo która partia pozwoliłaby sobie na obcięcie dotacji na darmową reklamę?
Liczę na to, że sąd drugiej instancji przywróci panią redaktor Wilk możliwość pracy w zawodzie i że jej teksty będą nie raz jeszcze dawać ludziom nadzieję, że w starciu z firmą i jej prawnikami nie są pozostawieni sami sobie. A ci bandyci i grupa przestępcza to tylko chwilowe semantyczne nadużycie.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Dno i dwa metry mułu

Początkowo wydawało się, że PiS mocno trzyma w rękach cugle kampanii wyborczej. „Piątka” za „piątką” spadały na publiczność niczym złoty deszcz.

Miliardy złotych – do tej pory nawet trudne do wyobrażenia – nagle znalazły się w zasięgu ręki „prostego człowieka”. Każdy we własnym portfelu poczuł dobroć pana prezesa i pana premiera. Reszta nie była ważna.
Pani Szydło mogła posługiwać się jedynie monosylabami wydobywanym spoza zaciśniętych warg, a i tak, co by nie powiedziała, to istne objawienie.
Pana premiera nie imały się nawet krzyczące nagłówki o jakichś „mieszkaniach na słupy”, jakiejś „odprawie, która czeka”, a seryjnie udowadniane mu kłamstwa grzęzły bez szkody niczym kule w kamizelce kuloodpornej.
Nad wszystkim czuwał zaś pan prezes, który rozsiewał „swoje” prawdy i wskazywał na „kłamstwa totalnej opozycji”.
Pośród nich najgorsze, najpodlejsze – kłamstwa oznaczające wojnę z kościołem w Polsce. A rola kościoła w Polsce jest niepodważalna i „każdy, kto podnosi rękę na kościół, podnosi rękę na Polskę”…
No i wypowiedział w złą godzinę! Znaleźli się bowiem śmiałkowie, którzy „podnieśli”. Zamiast nic nie mówić nikomu, żeby było jak dotąd, odwrócili pomnik tyłem do przodu i okazało się, że za fasadą ze spiżu jest pustka, jeśli nie liczyć zbutwiałych frazesów i robactwa zjadającego resztki zasad. Porażenie, oburzenie, wstyd, kompromitacja, przerażenie, zażenowanie – istne tsunami spadło na instytucję tak długo nietykalną. Nagle nie tylko przed rządem, przed PiS-em, ale też i przed wszystkimi jego wyborcami i zwolennikami, stanęło pytanie: kim oni właściwie są, czym jest ich wiara, jakiego kościoła są fundamentem?
No i, co teraz myśleć o tych ministrach, prezesach, urzędnikach wysokiej rangi, którzy trzymając za ręce biskupów, księży, i inne „sługi boże”, kolebiąc się na boki niczym górnicy na Barbórkę w „karczmie piwnej”, wyśpiewują pod niebiosa swą radość z bycia „wspólnotą”. Zaiste piękna to wspólnota…
I nagle, z dnia na dzień, „przestało żreć”! Film braci Sekielskich obejrzała cała Polska. Ciągle jeszcze niesie się przez kraj ten szlagwort: „kto podnosi rękę na kościół, podnosi rękę na Polskę”, tylko, że te same słowa znaczą coś zupełnie innego. Groźbę: kto zagląda do księżych sypialni, kto publicznie daje wyraz oburzeniu i niezgodzie na maltretowanie i deprawowanie dzieci, łamanie im życia u zarania, ten godzi w tysiącletnią tradycję pod karą niepolskości…
Geniusz pana prezesa legł w gruzach, a on sam zapewne, gdyby mógł, połknąłby własny język.
Niestety liczni dziennikarze i dziennikarscy halabardnicy, którzy porobili kariery dzięki dobrej zmianie, nie mogą języka połykać, bo z gadania żyją. Tylko, co mówić w takiej sytuacji? Jak bronić przegranej sprawy? Jakoś trzeba, bo żyć przecież z czegoś trzeba…
Jesteśmy więc świadkami kuriozalnych wypowiedzi, wygibasów słownych, gotowości do wypowiedzenia każdego idiotyzmu w służbie partii-karmicielki. Najwyżej mierzą oczywiście najbardziej znani, najgłośniejsi, wyniesieni na kominy. Taka praca – od nich przecież oczekuje się najwięcej, zwłaszcza w godzinie próby.
Rekord świata w kategorii „włazidupstwo ekstremalne” pobił bezapelacyjnie pan redaktor Piotr Semka, który na Twitterze napisał: „Zarzucacie kościołowi pedofilię, a jego biskupi cierpieli za komuny głód. Ja wiem, że to pozornie nie ma związku z filmem Sekielskiego, ale chciałbym to w tej chwili przypomnieć…”
Jasne! Pamiętam jak dziś – generał Jaruzelski osobiście zakluczył prymasa Glempa w ciemnicy i trzymał go tam o chlebie i wodzie. Do Klarysewa na rozmowy przywozili prymasa karetką i pod kroplówką, żeby nie zemdlał przed generałem z głodu. Biskup Orszulik natomiast tylko dlatego trzymał się prosto podczas obrad „okrągłego Stołu” i nie spadał pod stół w Magdalence, że go bezpieka, jak Birkuta przed biciem rekordu w układaniu cegieł, dokarmiała specjalną szynką zza „żółtych firanek”…
Za największymi podążają dziarsko kurs-galopkiem liczne zastępy redaktorów Semko-podobnych, pomniejszych, lokalnych. I oni robią wszystko, żeby zaznaczyć swoją obecność we wspólnym froncie obrony Polski przed ręką podniesioną na kościół i „dobrą zmianę” przy okazji też.
Miałem okazję wysłuchać jednej z tysięcy rozmów, które na finiszu kampanii wyborczej odbywają się w setkach rozgłośni. Ta akurat odbywała się w rozgłośni państwowej, w publicznym radiu szczecińskim. Audycję prowadził sam szef, niejaki Przemysław Szymańczyk. Chyba neofita pisizmu, gdyż nastał w roku 2016, a wcześniej pracował w TVN. Gościem był prof. Bogusław Liberadzki, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, lider listy KE w okręgu zachodniopomorskim i lubuskim, polityk SLD. Jest profesorem SGH, jego specjalnością jest transport i ekonomika transportu. Była więc na przykład okazja, żeby porozmawiać o zapowiedzianej przez rząd reaktywacji publicznego transportu – skąd na to pieniądze, czy zaplanowane przez rząd wystarczą, czy jest szansa na fundusze europejskie na ten cel, co profesor by zrobił, żeby je skierować do Polski, gdyby ponownie został europarlamentarzystą?… Furda tam!
Redaktor zaczął od cytatu z Manueli Gretkowskiej: „Katolicy są godni współczucia i ubolewania”.
Manuela Gretkowska reprezentuje Kongres Kobiet, który wchodzi w skład Koalicji Europejskiej.
Pan redaktor Szymańczyk nie mówi, dlaczego ona to powiedziała, w jakich okolicznościach, tylko wali na odlew: – Czy uważa pan, że ja, jako katolik, jestem godny współczucia i ubolewania?…
– Patrzę panu prosto w oczy, dodał, co znaczyło, że oczekuje absolutnej szczerości.
Co sobie profesor pomyślał, to jego, co odpowiedział, to drugie – znany jest przecież z tolerancji, skłonności koncyliacyjnych, gotowości do rozmowy i niechęci do kłótni. Poza tym był w gościach.
Redaktor jednak był jak zaprogramowany – rozmowa toczyła się, gdy film Sekielskich obejrzały już miliony:
– Skąd ten wątek antyreligijny u wielu polityków związanych z Koalicją Europejską lub podmiotami, które stanowią KE?
– Czym innym jest kościół hierarchiczny, czy innym kościół powszechny, a czym innym jeszcze religia jako taka, odpowiada grzecznie profesor, dodając, że on w filmie wątków antyreligijnych nie widzi. A hierarchowie… no cóż. Trzeba zrobić wszystko, żeby to się nie powtórzyło.
Redaktor jednak, jakby trzymając w ręku jakąś książeczkę ze złotymi myślami prezesa, nie ustępuje:
– Toczy się gra o korzenie. Mamy do czynienia z ofensywą antyreligijną…
Na dowód przytacza wypowiedź Tuska sprzed kilku lat, że nie będzie klękać przed biskupami, dodaje tęczę wokół Maryi…
– I tak w całej Europie!
Pada przykład Fryburga, gdzie katolicką procesję otaczały wrzeszczące lesbijki i geje, którzy dopuściliby się rękoczynów, gdyby nie policja…
– Czy tak ma wyglądać współczesny model tolerancji europejskiej, czy pan jako przedstawiciel frakcji socjalistycznej podziela tego rodzaju model? Za chwilę zgodnie z doktryną marksizmu-leninizmu będziemy musieli wyznawać wiarę wyłącznie w domu, krzyże i kościoły będą musiały być zamknięte, bądź zniknąć z przestrzeni publicznej, zresztą tak się dzieje w Francji i częściowo w Niemczech, kościoły są zamykane, zamieniane w magazyny… Słowo daję, tak ten Szymańczyk, redaktor, nadawał przez radio… Profesor długo wychodził ze zdumienia, choć nie ustawał w dobrotliwości, pytając uprzejmie na przykład: – a co wspólnego ma film Sekielskich z marksizmem-leninizmem?…
Redaktor się zreflektował i przeszedł do nawozów sztucznych osobliwie fosforanowych.
– Pani pośle, zaczął znienacka, 24 października 2017 roku głosowano w europarlamencie nad limitami kadmu w nawozach fosforanowych… Pan nie głosował, bo był w Emiratach Arabskich…
Jakby się kto pytał, te nawozy, to złoty interes Rosjan, w podtekście pytania czai się więc kolejna PiS-owska fobia o „nabijaniu kabzy Putinowi”…
Na końcu okazało się, że to nie było jedno głosowanie, tylko trzy, że PE osiągnął kompromis i że…
Redaktor skończył jednak audycję, bo już „wystarczająco nad panem posłem się pastwiłem”…
A nad słuchaczami? Słuchacze, to pies? Nic dziwnego, że publiczne radio szura antenami po dnie słuchalności, grzęznąc co chwilę w mule z bełkotu.

Przypadek Jażdżewskiego czyli uśmiech Fortuny

Dwa zdania redaktora Piotra Gadzinowskiego z ostatnich flaczków („Tusk mówił, a sławę zyskał Leszek Jażdżewski” oraz „Tusk przemówił, ale wszyscy usłyszeli Jażdżewskiego”) nasuwa mi hipotezę, że być może obu nas w nurtuje podobna kwestia.
Ja w każdym razie formułuję ją w formie pytania: jak to się stało, że już drugie pokolenie dziennikarzy, publicystów i polityków od roku 1989 począwszy trudni się krytyką Kościoła kat., a dopiero słowa młodego, dotąd szerzej nieznanego redaktora naczelnego „Liberté” Leszka Jażdżewskiego znalazło się w aż tak intensywnym ogniu furiackiej krytyki ze strony Kościoła kat. i prawicy, rządzącej i nierządzącej? Jego od kilku dni na okrągło powtarzane w mediach frazy o Kościele wyniosły go niczym potężna fala na desce surfingowej, przynosząc mu mołojecką sławę? Jażdżewski zrobił aż taką furorę, że reżyser i pisarz Andrzej Saramonowicz popadł w zachwyt i zobaczył Jażdżewskiego jako szefa wpływowego ruchu politycznego, a nawet… przyszłego premiera. Żywię szczerą sympatię dla Jażdżewskiego i dlatego nie życzę mu losu Wojciecha Fortuny, którego brawurowy skok na igrzyskach olimpijskich w Saporro w 1972 roku okazał się ostatnim w jego życiu dobrym skokiem.
Krótki kurs historii antyklerykalnego ruchu oporu
Delikatna jeszcze, nieśmiała krytyka Kościoła katolickiego (a ściślej jego hierarchii, kleru i ich fanatycznych zwolenników pośród polityków i „ludu bożego”) zaczęła się w momencie, gdy wiosną 1989, jeszcze w trakcie obrad Okrągłego Stołu, do opinii publicznej zaczęły dochodzić słuchy, że w katolickich kręgach związanych z opozycją krążą zamysły wprowadzenia w Polsce zakazu aborcji, określanego wtedy, wzorem Boya-Żeleńskiego, jako „piekło kobiet”. W reakcji na te pogłoski odbyły się pierwsze, rachityczne pikiety z bieda-transparencikami, jedną taka pamiętam z okolic dzisiejszego ronda de Gaulle’a w Warszawie. Istniała w wtedy jeszcze „Trybuna Ludu”, ale już bardzo minorowa i defensywna w nastroju. Klerykalna propaganda szalała na potęgę i nie było dla niej – dosłownie – żadnej przeciwwagi w przestrzeni publicznej. Szkoły zapełniali, bywało, że butni, księża-katecheci, szpitale, służby i instytucje obsiadali kapelani, emblematy religijne wciskano wszędzie, gdzie tylko się dało. Miarę panującej wtedy atmosfery może dać taki choćby fakt, że w szkole w której wówczas pracowałem, moja koleżanka, pełniąca jeszcze funkcję sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR i wicedyrektorki placówki, trudniła się jesienią 1989 roku dystrybucją krzyży do sal klasowych, czyniąc to z gorliwością, która wprawiła mnie w konsternację. Wielu kojarzyło się to z klerykalnym potopem. Ludzie o poglądach ateistycznych, laickich, agnostycznych, a nawet część katolików, w tym regularnie praktykujących, coraz bardziej dusiła się w tej coraz trudniejszej do zniesienia atmosferze. Pewnym pocieszeniem dla części z nich było powołanie dziennika „Trybuna”, następcy „Trybuny Ludu”, jednak formuła klasycznej, poważnej, politycznej gazety codziennej nie wystarczyła by dać wystarczający odpór triumfującym tendencjom. Dopiero niespełna rok później, jesienią 1990 roku pojawił się, nowatorski wtedy w formie i treści, tygodnik „Nie” założony przez Jerzego Urbana. Dla setek tysięcy ludzi, w tym dla piszącego te słowa, było to jak otwarcie lufcika w dusznym, smrodliwym pomieszczeniu. „Nie” uderzyło ostro i bez pardonu. Niezwykle atrakcyjnie redagowane, pełne różnorodnych form dziennikarskich, od felietonów do reportaży, z doskonałą, bardzo pomysłową, prześmiewczą grafiką, wystrzeliło jak armata pośród nocy, niczym czaadajewowski „Tielieskop” w mikołajewskiej Rosji. „Nie” był przede wszystkim antyklerykalny, natomiast dopiero w drugim rzędzie antykatolickie i antyreligijne. Fakty i opinie podawane przez „Nie” już w 1990 roku dokonały demaskacji, z którą Leszek Jażdżewski wystąpił 3 maja na Uniwersytecie Warszawskim. Już wtedy nieprzebrane szeregi czytelników „Nie” dowiadywały się każdego tygodnia, że Kościół kat. najbardziej zainteresowany jest pieniędzmi i wpływami, i że daremne jest szukanie w nim autorytetu, „transcendencji” oraz innych „niebieskich pokarmów”. Kto wie, czy gdyby nie powstało „Nie” – SLD dwa razy wygrałby wybory, a Aleksander Kwaśniewski dwa razy zostałby prezydentem. Kilkudziesięciu w sumie dziennikarzy i publicystów po raz pierwszy w historii polskiej prasy wprowadziło ostry dyskurs antyklerykalny i ateistyczny do głównego nurtu walki ideowo-politycznej. W II Rzeczpospolitej, ani tym bardziej wcześniej nie istniało masowo czytane, wielkonakładowe pismo o podobnym profilu. I choć totalna klerykalizacja na wszystkich frontach postępowała, to do zbiorowej świadomości dotarły fakty, emocje i pojęcia dotąd w Polsce elitarne i niszowe. Na początku lat 90-ych powstały dwa pisma „suportowe” w stosunku do „Nie” – w 1990 roku poważny lewicowy, społeczno-polityczny miesięcznik teoretyczny „Dziś” redagowany przez Mieczysława F. Rakowskiego, a w 1993 roku wolnomyślicielski miesięcznik (później kwartalnik) „Bez dogmatu”, kierowany przez lata przez Barbarę Stanosz. Oba pełniły rolę periodyków intelektualnych, w których wolne od obowiązku wykonywanie codziennej dziennikarskiej orki i bez stosowania „języka ulicy” jak „Nie” dopełniały swoich „braci większych” ofertą namysłu z dystansu, bez pośpiechu i ścigania się z codziennością. Z innej jeszcze perspektywy i w formule może aż nadto kulturalnej i koncyliacyjnej działało i działa pismo ruchu świeckiego „Res Humana”. W 2002 dołączyła do nich „Krytyka Polityczna”, periodyk, wydawnictwo oraz lewicowy ruch ideowy i intelektualny zainicjowany przez Sławomira Sierakowskiego. W 2000 roku powstał i zdobył szeroką popularność, założony przez Romana Kotlińskiego w Łodzi tygodnik „Fakty i mity” o generalnej linii pokrewnej tygodnikowi „Nie”. Z wyjątkiem „Nie”, z którym przydarzyła mi się jednorazowa współpraca, pisałem w zasadzie regularnie do wszystkich pozostałych pism, przy czym problematyka „kościelna”, „antyklerykalna” czy ateistyczna była najczęściej tematyczną dominantą mojego pisania. Będąc autorem, byłem jednocześnie czytelnikiem tych pism i z uwagą obserwowałem działalność publicystyczną takich autorów jak Jerzy Urban, Piotr Gadzinowski, Przemysław Ćwikliński, Andrzej Rozenek, Dariusz Cychol, Piotr Szumlewicz, Andrzej Dominiczak, Mariusz Agnosiewicz, Weronika Książek, Agnieszka Wołk-Łaniewska, Agata Diduszko-Zyglewska czy Mirosława Dołęgowska-Wysocka w dawnym wcieleniu i wielu, wielu innych. Ich „talent pióra” połączony z codzienną, usilną pracą była ową kroplą drążącą skałę, przygotowującą grunt pod przyszły laicki przełom – przełom, którego początku być może właśnie jesteśmy świadkami. Podawane przez nich fakty i formułowane oceny prawem osmozy przenikały niepostrzeżenie do krwioobiegu opinii publicznej i z wolna zmieniały świadomość społeczną. Nie można też nie wspomnieć mediów, które pojawiły się w miarę rozwoju i upowszechniania internetu, takich jak ateistyczne czy laickie portale – racjonalista.pl, apostazja.pl czy portal Krzysztofa Pieczyńskiego.
Nie tylko prasa
Rzecz jasna na rzecz tego przełomu działały nie tylko media prasowe, dziennikarze i publicyści, ale także organizacje laickie, kobiece, etc. których dziś jest w przestrzeni publicznej wiele, n.p. Fundacja im. Kazimierza Łyszczyńskiego, Fundacja Wolność od Religii, Stowarzyszenie Neutrum, Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów, czy Kongres Świeckości czy takie jak Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Swoje trzy grosze dodali tacy politycy jak n.p. Izabella Sierakowska, Joanna Senyszyn czy Janusz Palikot. Słowem, nad przełomem sekularnym w Polsce pracowały przez trzy dekady setki dziennikarzy, publicystów, działaczy, polityków. Nie dokonałby się on zapewne, gdyby nie samoistne procesy społeczne związane z przemianami cywilizacyjnymi, pokoleniowymi, z migracją i wynikającym z niej z przenikaniem do Polski postaw społecznych i światopoglądów, w tym powszechnego na Zachodzie sekularyzmu, a także z coraz powszechniejszą wiedzą o takich „grzechach pospolitych Kościoła”, jak choćby materialna chciwość. Istotne znaczenie miał też koniec pontyfikatu Jana Pawła II, a także kryzysy „sodomski” i „pedofilski” w instytucji Kościoła kat., kryzys, który szczególnie spektakularnie złamał jego wielowiekową potęgę w Irlandii. Jednak bez pracy medialnej nośność wspomnianych procesów i zjawisk na pewno byłaby mniejsza. Co znamienne i zastanawiające, przez wiele lat niemal żadnego udziału – poza nielicznymi epizodami z dziedziny kabaretowej – we wspomnianych procesach nie brał polski świat artystyczny, literatura, teatr, film, sztuki plastyczne. Głośne w ostatnim okresie przedstawienie teatralne „Klątwa” w warszawskim Teatrze Powszechnym, film Wojciecha Smarzowskiego „Kler”, który przyciągnął ponad pięć milionów widzów, głośne obrazoburcze wystawy plastyczne jak n.p. „Strachy”, czy ostatnio wystawiony na deskach teatru w Toruniu spektakl o Radiu Maryja „Wróg się rodzi”, to pieśń dopiero ostatnich kilku lat, ale lepiej późno niż wcale.
Jeszcze raz Jażdżewski. I wieprze
A jednak nikt, ani szyderstwa Jerzy Urbana, Janusza Palikota i innych, ani płomienny, prawie natchniony antyklerykalizm i antyreligiantyzm Krzysztofa Pieczyńskiego nigdy nie wywołały reakcji o takiej sile i tak wielkiego rezonansu jak wystąpienie Leszka Jażdżewskiego, młodego publicysty o nieco nieśmiałym, chłopięcym uśmiechu. Co było tego przyczyną? Po pierwsze, sprzyjała mu bezpośrednia okoliczność czyli przyjazd Donalda Tuska do Warszawy i wygłoszony przez niego wykład. Tusk zadziałał jak potężna oceaniczna fala na którą wskoczył młody surfer. Po drugie, Jażdżewski trafił w szczególnie trudny, kryzysowy dla Kościoła kat. okres, związany m.in. z ujawnieniem afer pedofilskich. Po trzecie, o ile prawie wszyscy wspomniani wcześniej personalnie i in gremio publicyści, działacze i politycy działali i działają z pozycji zewnętrznych wobec Kościoła kat., a n.p. Jerzy Urban i jego krąg wywodzi się wprost z poprzedniego ustroju, z PRL, retoryka wystąpienia Jażdżewskiego wyszła od wewnątrz. On mówił o tym, że Kościół „zaparł się Chrystusa”, „zaparł się Ewangelii” i że próżno szukać w nim „transcendencji” i „strawy duchowej”. To język katolika, a co najmniej chrześcijanina. A taka, wewnętrzna krytyka boli najbardziej i jest trudniejsza do odepchnięcia, do zlekceważenia niż krytyka zewnętrznych wrogów. Na koniec wracam do początkowego życzenia skierowanego do Leszka Jażdżewskiego. Życzę mu by nie okazał się efemerydą jak Wojciech Fortuna i by pomyślnie kontynuował swoją passę. Ponieważ jednak w swoim wystąpieniu wspomniał o świniach, to podsuwam mu do wykorzystania w przyszłości passus o wieprzach, pochodzący z Ewangelii Łukasza: „A pasło się tam na górze stado wielu wieprzów. I prosili go, by im dozwolił wejść w nie. I zezwolił im. Wyszły tedy duchy nieczyste z człowieka i weszły w wieprze. A stado pędem z urwistego brzegu wpadło do morza i potonęło”.

Poświąteczne pisanki

Wielkanocne jajka były, podobnie jak ikony, nie malowane, a mówiono, że pisane, i stąd ich nazwa. A w naszej prasie pisane słowa są często jak zgniłe, niemalowane jaja.

Zawiedzione jaja
Z wielu powodów nigdy nie byłem zwolennikiem prezydenta Trumpa, ale ze sporym zdziwieniem, a później z narastającymi wątpliwościami, przyjmowałem awanturę wkoło zarzucanej mu współpracy z Rosjanami w okresie jego kampanii wyborczej. Moje obiekcje pogłębiały się po każdej pozytywnej opinii Trumpa na temat Putina i szans na „dogadanie się” z Rosją, które zawsze wywoływały, także u nas, nadzwyczajną krytykę.
„Gazeta Wyborcza”, która w antyrosyjskiej szarpaninie propagandowej aktywnie uczestniczy od dawna, piórem Macieja Czarneckiego napisała: „Czwartkowa publikacja raportu o Russiagate przejdzie do historii. Nie tylko dlatego, że zakończyła niemal dwuletnie śledztwo specprokuratora Roberta Muellera, które dotyczyło jednej z najważniejszych spraw w amerykańskiej polityce, i pokazała, jak wiele za uszami ma Trump. Równie fascynujące było to, że stanowiła majstersztyk sztuki PR.”
Najważniejszą sprawą w raporcie prokuratora Muellera było stwierdzenie, że nie wykrył on dowodów na zmowę Trampa i Rosjan w celu wypaczenia kampanii, ale ten fakt, wkoło którego tyle było pisania i oszczerstw, okazuje się mało istotny dla autora. Natomiast prawdę niesie tytuł artykułu: „ O tym dniu będą pisać w podręcznikach” jako o klęsce propagandowych insynuacji i krętactw, także w wykonaniu „GW”.
Jaja paranaukowe
W świątecznym „Newsweeku” na temat tzw. szkodników prowadził Paweł Smoleński rozważania z bardzo utytułowanym prof. Włodzimierzem Borodziejem, który nie wiedzieć czemu, zapewne bez takiego zamiaru, zbliżył się w tej rozmowie do tytułowych bohaterów. Tekst zaczyna się od Lenina, który zdaniem Smoleńskiego nazywał pożytecznymi idiotami „zachodnich dziennikarzy którzy wychwalali bolszewicką Rosję, zamykając oczy na wszystko, co psuło wyidealizowany obraz ojczyzny proletariatu”.
W rzeczywistości Lenin napisał zupełnie coś innego: „Henderson [brytyjski polityk – Z.T.] jest tak głupi jak Kiereński i dlatego jest nam pomocny”, a więc była to opinia nie taka rzadka w świecie polityki. Nadto żaden z radzieckich przywódców nigdy nie używał określenia „pożyteczny idiota”, co nawet przyznaje Wikipedia, pisząc dalej: „Po II wojnie światowej określenie zostało przejęte przez antykomunistów – przede wszystkim amerykańskich – do określania osób i środowisk sympatyzujących z ZSRR i jego polityką”.
Profesor dopowiada: „To figura stara jak świat i polityka. Wszędzie łączą ich dwie cechy. W świetle kryteriów obiektywnych mówią i robią idiotyzmy. I nigdy się do tego nie przyznają.
Mamy wśród nich idealistów… Jest też gatunek idiotów, którzy myślą, że coś na tym ugrają… Bywają też cynicy, którzy realizują swoje interesy, ale udają idealistów… No i są ludzie na taką postawę skazani niejako profesjonalnie.”
Tak rzeczywiście było i jest, ale dlaczego w świetle tych wywodów, głównymi beneficjentami, według rozmówców, był tylko ZSRR a obecnie Rosja, był Stalin i na dokładkę Hitler, a dzisiaj jest nim Putin? Nikogo innego nigdy nie było, mimo, że ta „figura” jest stara jak świat ? Rozmówcom innych przykładów, poza Viktorem Orbánem, jako pożytecznym idiotą dla Putina, zabrakło ?
Otóż byli i są w nadmiarze, ale tak się ich obraźliwie nie nazywa, bo schlebiają i są ślepo zapatrzeni w politykę państw, polityków i wartości tzw. Zachodu, a ten z definicji niejako emanuje głównie dobrem, mądrością i wyjątkową szlachetnością.
Przychodzą na myśl politycy – pożyteczni idioci, którzy uwierzyli prezydentowi USA, że Saddam Hussein ma zdolną do użycia broń chemiczną, wyprawili się wspólnie na Irak i powiesili Saddama, chyba za karę, że znaleźli tylko bezużyteczne badziewie. Inni pożyteczni idioci, ale tylko dla jastrzębi z USA, twierdzą, że państwa bałtyckie są już frontowe – w stanie wojny z Rosją, a kolejni awanturę ze wschodnim sąsiadem uważają za polską rację stanu. Tłumaczyły w swoim czasie rodzime szkodniki, że amerykańska tarcza antyrakietowa w Redzikowie pod Słupskiem służyć ma wyłącznie zwalczaniu irańskiego zagrożenia, inni jeszcze wcześniej uznali neoliberalizm ekonomiczny za najlepszy wybór dla przyszłości Polski, a tłumy, także znanych naukowych, artystycznych i publicystycznych postaci twierdziły, że jak będziemy wolni, to jednocześnie bogaci, szczęśliwi i zdrowi. A dziś, kontynuują ten światły sposób widzenia naszych polskich spraw liczni, także często utytułowani, popierając m. in. PiS-owską naprawę sądownictwa.
Reasumując te paranaukowe ustalenia stwierdzić należy, że pożytecznym idiotą jest ten, który odważy się napisać lub mówić o Rosji cokolwiek dobrego, natomiast postacie wybitne i godne naśladowania piszą o tym kraju tylko źle, i to zapewne tylko z własnej woli. Należy jeszcze dołączyć Chiny, bo nie będą nam jakieś Huaweie lub Lenovy pod nos w galeriach handlowych podsuwać, sami komunizm kultywując.
Zaminowane kłamstwem jaja
Tym razem o rosyjskim podkładaniu miny w związku z II turą ukraińskich wyborów prezydenckich opowiada nieoceniony Wacław Radziwinowicz, ale i on sam ma wątpliwości, czy Kreml finansowo wspierał kontrkandydata Poroszenki (niedawno ta sama „Gazeta Wyborcza” donosiła, że kasa pochodziła od Kołomyjskiego, który ma porachunki z obecnym prezydentem). „Bo dla Moskwy – pisze autor – nie ma nic straszniejszego niż ewentualny sukces tej Ukrainy. Na Kremlu swego czasu bardzo się bano udanych reform, które przeprowadzał prezydent Micheil Saakaszwili. Putina i jego ludzi trwożyły wieści o tym, że w Gruzji udaje się walka z korupcją, podziemiem przestępczym, przebudowa policji”. Poczynania Saakaszwillego były tak doniosłe dla Gruzinów, że postawili go w stan oskarżenia za nadużycia władzy, także przy pomocy zreformowanej policji, i stąd biedak tuła się po dziś dzień po świecie poszukiwany międzynarodowym listem gończym. A samobójczą dla całego kraju minę, w walce o swoje interesy, podłożyli ukraińscy oligarchowie, naśladując, sprzed wieków, nasze rody magnackie nie tylko z Ukrainy.
Pisanki z nadzieją
Wśród licznych materiałów o minionej rocznicy Okrągłego Stołu, i nadchodzącej czerwcowych wyborów z 1989 roku, znalazły się także rozważania prof. Anny Wolff-Powęskiej („GW”. 13-14.04.2019), w których odnalazłem niespotykane gdzieś indziej treści. „Wolnościowe dążenia narodów środkowo-wschodnich były etapem w drodze „na Zachód”. Mimo że wszyscy liczyli na „normalizację”, jej rozumienie i to, jak do niej dojść, było przez różnych aktorów różnie postrzegane. Na końcowy efekt miały wpływ biografie opozycjonistów, ale też partyjnych reformatorów”. I dalej: „Poniewierane dziś hasło Gorbaczowa „Wspólny dom europejski” nie było wówczas czczym sloganem. Wyrażało tęsknoty umęczonych izolacją i życiem za drutami kolczastymi narodów… Większość ówczesnych głównych zachodnich aktorów wydarzeń jest dzisiaj zgodna: Polska potrzebowała i Wałęsy, i Jaruzelskiego. Rozmówcy tego drugiego, nazywanego przez Antoniego Macierewicza „komunistycznym katem Polski”, postrzegali w nim najpierw Polaka, potem komunistę.”
Odnajdują się wreszcie „partyjni reformatorzy” w miejsce komunistów tracących upragnioną władzę, Gorbaczow, którego nowe myślenie skierowane do świata zmieniło zasadniczo optykę widzenia zachodnich przywódców, i także Jaruzelski, pomiatany przez solidarnościowo-prawicowych polityków, który okazał się jednak Polakiem. I jak tu, po takich słowach z nadzieją nie spojrzeć w przyszłość, wierząc, że prawda wróci na tę ziemię, naszą ziemię.
Pisze dalej Pani Profesor: „mimo trwających wiele dekad i z rozmachem finansowanych badań sowietologicznych na Zachodzie nie wypracowano żadnego spójnego planu uwolnienia się od komunizmu. Żadne też rozliczenie z minionym systemem nie stworzyło modelu godnego naśladowania. Nauczyło jednak, że odsunięcie od uczestnictwa w budowie demokracji przegranych elit ustawiało je automatycznie na pozycji przeciwnika systemu”. Ta cała pseudonaukowa sowietologia przypominała wróżenie z fusów, co dowodnie okazało się w latach 1989-1990, ale myli się autorka w końcowej sentencji. Usilne, także ze sporym udziałem „Gazety Wyborczej”, odsunięcie polskiej lewicy od budowy demokracji wcale nie uczyniło jej wrogiem nowego ustroju, a jedynie przeciwnikiem tych, którzy ponownie chcą zostać jedynymi właścicielami Polski.
Pisanki optymistyczne?
Pisze prof. Jerzy Wiatr („Dziennik-Trybuna”, 12-14.04.2019) w tekście „Przezwyciężenie historycznych podziałów”: „Niczego nie wycofując ze swych dawnych wypowiedzi podkreślił on [Radosław Sikorski – Z. T.], że dziś Miller – jak i on – jest obrońcą miejsca Polski w Unii Europejskiej i że obecny spór polityczny dotyczy właśnie miejsca Polski w Europie.
Przypominam to wydarzenie, gdyż w ciekawy sposób prowadzi ono do rozważenia zasadniczej zmiany, jaka na naszych oczach dokonuje się w polskiej polityce. Zmiana ta polega na przezwyciężaniu tak zwanego „podziału postkomunistycznego”, który określał charakter tej polityki po 1989 roku”.
W dalszej części Profesor, w pogłębionej analizie, przedstawił narodziny tego podziału i różne próby jego przezwyciężenia, które niestety – głównie, co należy podkreślić, nie za sprawą lewicy – spaliły na panewce. Autor kończy swoje rozważania takimi oto słowami: „Powstanie wielkiej koalicji nie oznacza przekreślenia naszych życiorysów. My, ludzie ideowo i życiorysowo związani z PRL, nie mamy zamiaru wypierać się własnej drogi. Nieraz krytycznie ocenialiśmy własne błędy, ale mamy prawo do dumy z tego, że w trudnych warunkach podzielonego świata dobrze służyliśmy realizacji polskiego interesu narodowego. Nasi partnerzy – ludzie dawnej opozycji demokratycznej – mają oczywiste prawo do dumy ze swych życiorysów. Spotykając się dziś po tej samej stronie nowego wielkiego podziału politycznego nie zapominamy o historii, ale nie jesteśmy już jej niewolnikami. Na tym polega historyczne znaczenie dokonanego ostatnio wyboru.”
To wszystko prawda, acz rodzą się fundamentalne pytania: czy sukces Koalicji Europejskiej, bo jaki by nie był wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego, to osiągnięciem dla niej zawsze będzie, przełożyć się może na skuteczną i wspólną kampanię wyborczą do polskiego parlamentu, mającą za swój główny cel odsunięcie PiS od władzy? I jeszcze drugie, w perspektywie ważniejsze pytanie: czy to historyczne przezwyciężenie podziałów oznaczać może traktowanie lewicy, przynajmniej przez część postsolidarnościowego układu, na prawach równego i przyjaznego partnera w rozwiązywaniu najważniejszych polskich spraw?
Takie piękne pisanki to tylko w Krakowie
Pisał już Rafał Skąpski o prawdziwym krakowskim socjaliście Andrzeju Kurzu, i o uroczystości z okazji Jego 70-letniej społecznej służby. Andrzeja poznałem na początku lat 60., podczas spotkania na studenckim zimowisku ZMS w okolicach Zakopanego. Młody, dobrze wykształcony, otwarty na świat i problemy młodych, uwiódł nas wtedy I sekretarz Krakowskiego Komitetu Miejskiego PZPR. I takim pozostał ze swoją nadzwyczajną aktywnością, mądrością, ale i odwagą przez te następne dziesięciolecia wszędzie tam, gdzie zawodowo i społecznie przyszło mu pracować i działać. W Muzeum Miasta Krakowa, w którym odbyło się, pod patronatem prezydenta Krakowa prof. Jacka Majchrowskiego, to uroczyste spotkanie, kilka lat wcześniej miało miejsce równie ważne wydarzenie podczas którego wspominano postać też socjalisty, wieloletniego przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej w Krakowie, wyjątkowo zasłużonego dla rodzinnego miasta Zbigniewa Skolickiego. Co prawda, mimo wystąpień prof. Majchrowskiego nie przywrócono nazwy zabranej mu ulicy przez prawicowych oszołomów już na początku nowej, lepszej rzeczywistości, ale w dobrej pamięci pozostał.
Bo Kraków, mimo wszystko tak ma, że bliżej mu do prawdy i sprawiedliwszej oceny.

Fajterzy

Kuratorzy sądowi – jedna z niewielu grup zawodowych, która nie domaga się podwyżek, ale po prostu umożliwienia im efektywnego wykonywania pracy zgodnie z tym, co teoretycznie gwarantują im przepisy.

Postanowili pójść drogą nauczycieli i pracowników sądowych sekretariatów. Kuratorzy zawodowi chcą „wstać z kolan”, ale uświadomili sobie, że najpierw muszą się zorganizować od podstaw. Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych jeszcze nie zdążył sfinalizować rejestracji w KRS, a już przygotował m.in. pismo do Zbigniewa Ziobry, w którym domaga się, by Ministerstwo Sprawiedliwości konsultowało z nim wszelkie akty prawne dotyczące bezpośrednio pracy kuratorów. Są zdeterminowani, by głośno upominać się o swoje. Kiedy ze sceny zejdą nauczyciele, kuratorzy mogą sporo namieszać.
„Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych chce być odpowiedzialnym partnerem Ministra Sprawiedliwości w zakresie kształtowania spraw dotyczących kuratorów sądowych i dążyć do konstruktywnych rozwiązań w atmosferze dialogu i porozumienia. (…)” – czytamy w piśmie do Zbigniewa Ziobry. Pokój, miłość i zrozumienie. Ale dalej przestaje już być tak słodko. Związek informuje, że powstał na mocy uchwały i domaga się jasnej informacji, na jakim etapie prowadzone są w ministerstwie prace nad nowelizacją ustawy, żąda też konsultacji wszelkich aktów prawnych ze środowiskiem. To efekt wieloletnich praktyk, polegających na tym, że rzesza „pomysłowych Dobromirów” z Ministerstwa Sprawiedliwości kształtowała coraz to nowymi przepisami pracę kuratorów zza biurka, praktycznie bez znajomości codziennych realiów tej pracy. Zwłaszcza w aspekcie działań w terenie i skutecznej pracy resocjalizacyjnej z podopiecznymi.
Pod pismem do Zbigniewa Ziobry podpisała się przewodnicząca OZZ KS Magdalena Huzar. To kuratorka rodzinna z Kłodzka na Dolnym Śląsku. Na razie jest przewodniczącą in spe, bo do tej pory zarejestrowano Komitet Założycielski, kolejnym krokiem będzie powołanie Zarządu Krajowego i Prezydium.
Grupa założycielska liczyła 44 osoby z 17 okręgów sądowych z całej Polski. Kuratorzy są dumni, że wreszcie powołali do życia swój związek i jednocześnie mają trochę poczucia winy, że zdecydowali się na to tak późno. Ale ci, którzy podjęli się bycia funkcyjnymi, są pełni energii. Chcą mieć wpływ na to, co „góra” ustala na temat ich pracy, ale wiedzą, że bez związkowego szyldu w rozmowach z Ziobrą będą bezsilni. Powoli tworzą struktury, jeszcze bez pełnej tożsamości prawnej.
***
Kurator znajduje się gdzieś w połowie sądowej drabiny prestiżu. Musi skończyć aplikację jak „prawdziwy prawnik”, ale de facto jest hybrydą pracownika socjalnego, pracownika biurowego i adwokata. Kurator karny (dla dorosłych) zajmuje się podopiecznymi po wyrokach z Kk – ma pod opieką swoich osobistych dozorowanych, „obsługuje” przerwy w karze pozbawienia wolności, dozory elektroniczne czyli „bransoletki”, wykonuje wywiady środowiskowe, nadzoruje kuratorów społecznych sprawujących dozory w jego imieniu (kurator społeczny może mieć do 10 spraw. Pełniłam tę funkcję ponad 6 lat). Kuratorzy rodzinni mają podobne obowiązki, z tą różnicą, że mają pod nadzorem całe rodziny, uczestniczą też w tzw. widzeniach rodzica z dzieckiem. W listopadzie 2018 Polską wstrząsnęło wydarzenie z warszawskiego Bemowa, gdy podczas widzenia 35-letni mężczyzna udał się z 4-letnim synkiem do toalety, gdzie w akcie desperacji otruł siebie i dziecko.
Media były bezlitosne dla kuratorki. Czy słusznie? Nie ma bardziej niewdzięcznego „medialnie” zawodu. Kurator ma być jak Batman – na niebie powinien wyświetlać mu się sygnał alarmowy, kiedy Kowalski upije się bardziej niż zwykle i zamachnie się na żonę tasakiem. Wymaga się, aby kurator miał pod kontrolą każdą sekundę życia swoich podopiecznych – ich wydatki, ich nałogi, ich życie seksualne, ich potrzeby fizjologiczne. Ale tak, aby nie został oskarżony z drugiej mańki – że odebrał dzieci za biedę. A on ma tylko legitymację, kartkę papieru i autorytet, który musi sobie w relacji z podopiecznym wypracować. Zasłużyć na zaufanie, a nie tylko na łatkę upierdliwego sądowego dozorcy, jest trudno. Ale to władza i niedostosowane do rzeczywistości przepisy utrudniają kuratorom realizowanie ich misji. Podwyżki – jasne, przydałyby się. Ale głównym demonem pracy kuratora jest nadmiar obowiązków. To praca, która nie kończy się nigdy.
– Naszą zmorą jest podział etatów i nierówny podział obciążenia w okręgach – mówi przyszła przewodnicząca Magdalena Huzar. – Rozporządzenie mówi, że kurator, na przykład rodzinny, może mieć od 15 do 25 nadzorów. Nie znam takiego kuratora w Polsce, który ma 15 nadzorów. To jak jednorożec, kwiat paproci. Jesteśmy zawaleni wywiadami środowiskowymi (bezpłatnymi). Nie mamy czasu pracować z naszymi osobistymi podopiecznymi i ich rodzinami – czasami starcza go, żeby wpaść raz na miesiąc i policzyć dzieci. Nie ma limitu wywiadów do wykonania. U mnie w zespole jedna kuratorka wykonała w zeszłym miesiącu 50 wywiadów. To jest 50 wyjazdów w teren, gdzie trzeba zebrać szczegółowe informacje i je opisać. A przeciętny kurator zawodowy ma w referacie od 50 do 100 „stałych” spraw. Jego obowiązkiem jest czuwać nad tymi ludźmi. Proszę mi powiedzieć, jak to fizycznie zrobić? Rozciągnąć dobę? A kiedy iść z podopiecznymi na przykład do urzędu miasta żeby coś załatwić? Jak nawiązać z nimi jakąś więź? Jak zauważyć, że dzieje się coś niepokojącego?
***
Papierologia rośnie. O wszelkie wiążące decyzje dotyczące podopiecznych kurator musi występować do sądu. W przypadku na przykład kary ograniczenia wolności (to tzw. prace społeczne) lub dozoru elektronicznego (bransoletka), gdy podopieczny zachoruje i nie jest w stanie jakichś obowiązków wykonywać, na decyzję sędziego trzeba czekać tygodniami. Gdyby leżało to w gestii kuratora, wszystko mogłoby dziać się sprawniej. Dlatego związkowcy chcą rozszerzenia swoich uprawnień.
– Sędziowie nie rozumieją czasochłonności tej pracy – mówi Magdalena Huzar. – Czasem zdarzają się sytuacje, które są potencjalną tykającą bombą. Jedna pani dostała udział w kontaktach kuratorskich ojca z dzieckiem. On jest cudzoziemcem. Ona nie zna języka. Jak ma wykonać poprawnie swoje obowiązki? Jak ma czuwać nad bezpieczeństwem dziecka? Za udział w kontaktach płaci się nam 191 złotych brutto za wizytę, a liczba kontaktów, tak jak wywiadów, jest nielimitowana. W dodatku to wszystko jest poza naszym formalnym obciążeniem, ale ma opcji, żeby odmówić. Pracujemy w sobotę i niedzielę, jedna wizyta trwa od 2 do nawet 9 godzin. Nie mamy kiedy odpocząć, nie mamy za to oddanego żadnego wolnego dnia. Pracujemy w święta. Pracujemy praktycznie cały czas. Chcemy unormowania standardów naszego obciążenia, bo już robimy bokami.
***
Wśród kuratorów rodzi się bunt. Przyjeżdżają kontrolerzy, którzy muszą przekopać akta dozorów – tych osobistych, na które nie zostaje już czasu.
– Skoro kładą nacisk na to, jak pracujemy z dozorowanymi i chcą nas z tego rozliczać, to niech nam to do cholery umożliwią – wzdycha przewodnicząca OZZ KS. – Niech zdejmą z nas te dodatkowe czynności i dadzą w spokoju pomagać rodzinom. Wiadomo, jedni podopieczni wymagają intensywniejszej opieki, inni radzą sobie sami. Ale to powinno być nasze główne zadanie: praca ze środowiskiem osób skazanych i nadzorowanych, nieletnich. W tej chwili sprowadza się nas do kontrolerów, sprawdzających, czy oni żyją. Ale kiedy coś się stanie, winni jesteśmy my. „Gdzie był kurator?” – pytają wtedy media. Ale nie da się w ciągu 15- czy 20-minutowej rozmowy zdiagnozować i uzdrowić rodziny.
***
Bezpieczeństwo kuratorów – to kolejny problem. Część bogatszych sądów ma na wyposażeniu GPS-y, tak zwanego „bezpiecznego kuratora”. Znowu podział na lepszych i gorszych. Niektórym poszczęściło się nawet na tyle, że dostali gaz pieprzowy. No i zestaw „małego chemika” – testy na obecność narkotyków, a także alkomaty – po jednym na zespół. Ale to już wyższa szkoła absurdu.
– Na te testy poszło mnóstwo kasy. Ustawa daje mi prawo zbadać nieletniego. Ale co z tego, że ja go zbadam, jak rodzic zażąda powtórnego badania. I co ja mam wtedy zrobić? Wieźć go swoim autem? Gdzie? Na SOR? I czekać tam osiem godzin? Nie mamy podpisanych umów z laboratoriami. To martwy przepis. Dano nam narzędzie, z którego i tak nie możemy korzystać.
Wszędzie muszą dojeżdżać własnym autem. A jeśli go nie mają? Do niektórych miejsc dojeżdża jeden autobus dziennie. Nie ma możliwości odmowy, kiedy nie ma opcji dojazdu do podopiecznego. Owszem, otrzymują tzw. zwrot kosztów pracy – za benzynę – był naliczany, kiedy paliwo kosztowało dwa złote za litr. A nie pięć. Nie mają ubezpieczeń z tytułu ryzyka zawodowego – kontaktu z chorymi, z uzależnionymi od narkotyków.
***
System wynagrodzeń.
– Chciałabym mieć taką firmę jak sąd – wzdycha moja rozmówczyni. – W tej chwili u mnie w zespole nie ma trzech osób. Ktoś ich zadania musi przejąć. Grosza za to nie widzimy. Na swój awans czekałam pięć lat, ale rekordziści np. ci podlegający pod Katowice, czekają nawet 10 i więcej. Co z tego, że już dawno spełniają wszystkie wymogi z ustawy? Nie ma pieniędzy. Ale są też okręgi, gdzie do awansów nie ma kolejek. To zależy od sądów apelacyjnych. W tej chwili na emeryturę przechodzi u nas jedna kuratorka ze stopniem specjalisty. Te pieniądze przecież zostaną w puli, za to można awansować kolejną osobę z kolejki. Ale tak się nie dzieje i nikt nam nie tłumaczy, dlaczego. Nie jesteśmy w stanie tego sprawdzić. My nie chcemy podwyżek wprost, chcemy przejrzystego systemu nagród, chcemy przestrzegania ustawy.
W sądach nie funkcjonuje osobny budżet na funkcjonowanie kuratorskiej służby sądowej.
***
Nie wolno im strajkować. Nie mają jeszcze pomysłu na akcję ogólnopolską, ale rozważają odmowę wyjazdów w teren. Domagają się, żeby kierownicy zespołów i kuratorzy okręgowi byli kadencyjni.
Chcą, żeby urzędnicy z ministerstwa konsultowali z nimi wszystkie nowe przepisy – żeby nie dopuścić do sytuacji, że ich pracą zarządza ktoś, kto przez dwadzieścia lat nie wstawał zza biurka i nie wie, jak wygląda praca w terenie.
Mieli wielką nadzieję, że po raporcie NIK na temat kuratorów wstawi się za nimi Adam Bodnar. Ale on potraktował sprawę wybiórczo – zainteresował się wyłącznie brakiem kompetencji kierowników zespołów i kuratorów okręgowych do kontroli. Resztę zagadnień, które poruszyła NIK (m.in. przeciążenie pracą) pominął. Do niego też OZZ KS przygotowuje pismo.
Na razie na to pierwsze Zbigniew Ziobro nic im nie odpisał. Minister nie jest przecież od tego, żeby gadać z suwerenem.