Księga wyjścia (33)

Ballada o samotności i dziwnym przypadku redaktora Lisa

Panie redaktorze, jak często i na ile chętnie Pan kłamie? Bo przecież kłamie Pan. Prawda? Uważa się Pan za inteligentnego, słyszałem z Pańskich ust. W związku z tym musi Pan i chcieć i to robić. No więc, jak często okłamuje Pan czytelników, chociaż pewnie używa Pan określenia „barany”?

W gazecie prowadzonej przez wspomnianego, pojawił się artykuł pod tytułem: „ludzie inteligentni kłamią częściej i chętniej”. Na swoim profilu FB odniosłem się do tych słów konkludując, że zgodnie z postawioną tezą, dziennikarze „Newsweeka” albo są głupkami, albo kłamią. W obronie T. Lisa i prowadzonej przez niego gazety, natychmiast rzuciła się na mnie cała masa zwolenników pierwszego i przeciwników PiS. Nie będę pisał o megalomanii Lisa, ani o tym jak traktuje widzów i czytelników, ale według jego własnych słów ludzie, którzy go bronili to barany, których nie wolno traktować poważnie. Odsyłam do panelu na „UW”, z którego wkleiłem ten fragment wypowiedzi. Ludzie odporni na argumenty zamykają się w bańkach. W takiej bańce są zwolennicy PO, PiS-u i sióstr Godlewskich. Nie jest ważne, co lider bańki – nazwijmy go bańkowym powie lub napisze, jego zwolennicy rzucą się do gardeł temu, kto śmie go krytykować. Często narażając się przy tym na śmieszność.
Lis jest kiepskim dziennikarzem, ale początek lat dziewięćdziesiątych był świetną trampoliną dla wszystkich miernot. Załapywali się do telewizji i tam dopiero zaczynali się uczyć zawodu. Lis z tej trampoliny skorzystał, nie dlatego, że jest wyjątkowy, ale znalazł się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej godzinie. Wygrał jakiś konkurs i wsiąkł, a potem w ekipie pampersów Walendziaka zasiedlił się na dobre, wyleciał USA. Zaczęli uprawiać dziennikarstwo na własnych zasadach i według własnych standardów. Chociaż trzeba przyznać, że teraz to już akademicka klasyka przy obecnym stanie TVP, pod przewodnictwem J. Kurskiego. Choć i on pracował w tamtej telewizji, przyszedł razem z Walendziakiem. Nazwa „pampersy” wzięła się stąd, że nowi szefowie i przychodzący z nimi dziennikarze nie mieli pojęcia o pracy w TV.
Zagrożeniem dla telewizji jest Internet, dlatego jej jedyną bronią jest/powinna być wiarygodność. Wydawało się, że owszem prasę osłabił, ale tego kolosa nie ruszy. A jednak, tym bardziej, że realizatorzy wcale temu nie chcą zapobiec. We wszystkich stacjach partykularne interesy biorą górę i kłamstwo pogania manipulację. Geobbelsowska teza o wielokrotnie powtórzonym kłamstwie jest już nieaktualna, nie przy tej ilości różnych mediów i przekazów, każda nawet tysiąc razy powielana informacja ginie. Chyba, że ktoś ogląda tylko TVTrwam. A większość mediów i tak powiela pasujące im politycznie bzdury, ale główna batalia idzie o krajową politykę. Bo co do międzynarodowej, a zwłaszcza natowskiej, to prawie wszystkie redakcje powtarzają ten sam, często nieprawdziwy obraz. W dodatku z pozycji kolan. A to podobno PRL był taki zniewolony…
No nic, przypomniało mi się, gdy byłem w Kosowskiej Mitrowicy. Pojechałem tam bez akredytacji NATO i mieszkałem gdzie się da. Siedziałem na murku naprzeciwko rzeki Ibar – dzieliła ona cześć albańską i serbską. Jeśli coś się działo, to zwykle tam. W pewnym momencie podeszła do mnie grupa kilkunastu żołnierzy, z karabinami wymierzonymi we wszystkie strony, łącznie ze mną – przynajmniej pięć M-16 we mnie skierowali, ze środka wyłoniła się dłoń z mikrofonem i dziennikarka nie wychodząc zza pleców żołnierzy w kamizelkach, zaczęła mnie wypytywać jak mi się tu teraz żyje jako Serbowi. Już nie pamiętam, czy powiedziałem jej, że też jestem dziennikarzem, czy że czekam na jakiegoś trupa bo poluję na albańskie skalpy, za które płaci mi Karadżić.
Byłem w szoku i chyba wtedy zrozumiałem na czym polega perfidia. Dziennikarze ci nie kłamali, podłączeni do wariografu powtórzą to samo, a maszyna potwierdzi wiarygodność. Ci reporterzy są przekonani, że wiernie i rzetelnie wykonuje swój zawód, nie biorą jedynie pod uwagę tego, że jeżdżą i oglądają jedynie to, co pozwoli im zobaczyć sztab. Sami nie mogą ruszyć się z miejsca zakwaterowania, bo albo jest na terenie strzeżonym, albo jak w Belgradzie mieli wdrukowane, że opuszczenie hotelu grozi śmiercią. Hotelu Intercontinental. Gdy zaczynałem pracę w „Trybunie”, tej pierwszej po przełomie, naczelnym był wtedy redaktor Janusz Rolicki. Jeśli kiedykolwiek wplotłem komentarz do informacji, dostawałem po łapach, mimo że gazeta miała jasno określony, jaskrawo czerwony odcień ideologiczny, to swój komentarz mogłem dopisać pod tekstem i kursywą, tak by wyraźnie go oddzielić. To à propos Lisa i gazety, której przewodzi niczym pasterz stadu owiec płci męskiej.
Nadeszła jesień, okres wzmożonego ryzyka nawrotów depresji. Chciałbym chwilę się przy tym zatrzymać. Sporo moich znajomych z FB boryka się z tą paskudną chorobą. Ja też. Większość prowadzi fantastyczny, samotny tryb życia. Nie ma nic lepszego, można wyjść z bloku, skręcić w lewo, albo w prawo, pilot do telewizora na własność. Cudnie. Kolejnego dnia też można wyjść i skręcić w lewo, albo w prawo, pilot się zapodział, ale to nic. W telewizji wciąż to samo i nie ma co oglądać. Chociaż ostatnio zaczął mnie pasjonować francuski Canal Plus, ale od północy do końca, czyli mniej więcej do trzeciej, potem przełączam na polsatowski Vivasat History i oglądam o zbrodniach w powojennym Londynie, by poczekać na „Muzeum pełne tajemnic”, program to i głupi i mądry jednocześnie. Pretekstem jest zwykle najbardziej niepozorny, najbardziej nijaki i niepasujący do gabloty przedmiot – na przykład zardzewiała śruba z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Autorzy zatrzymują się i przedstawiają w fabularyzowanej formie jego historię. Pod tym względem bywa bardzo ciekawy i często przypomina nie tak dawne dzieje. Mam z nim jedynie ten problem, że bardzo spłyca fakty.
Powierzchownie prześlizguje się po jakimś wydarzeniu, najbardziej się wściekam gdy rzecz dotyczy Tesli. Niejednokrotnie sprowadza się jego postać jedynie do konfliktu z Edisonem. To zbyt płytkie przedstawienie geniusza, a konflikt był czymś tak naprawdę marginalnym.
Około piątej kończy się również i ta seria, wiec zaczynam dzień. Teraz jest jeszcze dobrze, pilota nie zgubiłem, pogoda ładna, ale tsunami nadchodzi. Podczas depresji najgorsze są poranki, które trwają do wieczora, nie ma przedpołudnia, południa popołudnia. Jest rano i wieczór, wieczorem przychodzi lekka ulga. Może dlatego lubię nie spać od północy do rana. Wtedy zwykle ta depresja najmniej dokucza. No dobra, pora znowu wyjść z domu – może teraz prosto? Po jakimś czasie orientujemy się, że wychodząc z domu, chwilę myślimy – w lewo, w prawo czy prosto? W końcu niezdecydowani wracamy, tak może być przez kilka dni. Później jest ten sam dylemat w wersji mini. Wstajemy z łóżka i się ubieramy, ale po co, jeśli nie wiemy gdzie skręcić, po kilku dniach przestajemy wstawać i wtedy zaczyna się koszmar, o którym niejednokrotnie już pisałem. Samotność jest fantastyczna, ale z kimś bliskim. Inaczej może i najczęściej nas łamie.
Nie dajmy nabrać się na uśmiechnięte miny znajomych. Maska chorego na depresję jest proporcjonalna do bólu, który go drąży. Tacy ludzie nie proszą o pomoc, nie wprost. Trzeba umieć czytać z oczu, mowy, gestów. Jeśli oczywiście nie mamy tego w dupie, zachłyśnięci amerykańskim stylem życia, że wszystko „it’s all right”. Często jest bardzo nie „all right”, bywa że nieświadomie uratujecie komuś życie prostym i banalnym pytaniem, nie ma uniwersalnego, trzeba tego kogoś znać by dobrać odpowiednie słowa. Zaproszenia nie przyjmie, niechętnie też zaprosi do siebie, więc nawet nie próbujcie się usprawiedliwiać, że zrobiliście wszystko co w ludzkiej mocy, gdy pewnego dnia, ktoś zadzwoni, że ów znajomy się powiesił.
Depresja ma coś wspólnego z Downem i autyzmem. Chory chciałby, by ktoś bliski okazał mu czułość, przytulił, ukoił. Ale tylko osoby wybrane przez niego. Inaczej tylko pogorszy to stan chorego i jego poczucie samotności. W sumie nie wiem czemu o tym piszę, jesień to pretekst, drugim jest to, że sam się z tym zmagam podobnie jak wielu z Was. Wiem, bo niemalże każdego dnia z kimś o tym rozmawiam na messengerze. Pierwsze objawy to brak wiary w jakikolwiek sukces, brak celu, zadaniowanie już nie działa, litość irytuje. A dalej nie pamiętam, bo czas staje i budzą się wszystkie demony. Naciąganym celem tego, że o tym piszę, może być przestroga, ale ona nic nie da, bo chory i tak zapadnie, a zdrowy za cholerę nie zrozumie, więc ten cel to lipa. Już bardziej prawdopodobne jest to, że nie mam innego pomysłu. Zaraz muszę wstać, wyjsć z domu i zastanowić się czy skręcić w lewo, prawo.
A wracając do Tomasza Lisa, tylko od uczciwości i kręgosłupa zależy czy kłamiemy, czy też mówimy prawdę. Mądry, kłamie inteligentnie, a głupi głupio. Po zamieszczeniu przez Pana tego tekstu śmiem twierdzić, że należy Pan do tej drugiej grupy. Ale mogę się mylić, jak Pan zauważył, nie wolno widza, w tym wypadku czytelnika traktować poważnie, bo tego nigdy nie wybaczy. A ja głupi zawsze poważnie i z szacunkiem podchodziłem do czytelników. Pewnie dlatego nie jestem naczelnym „Nesweeka”, a skromnym publicystą „DT”.

Dwaj panowie Kali

Dwoma panami, reprezentującymi moralność Kalego w najczystszym wydaniu, są Stanisław Karczewski i Mateusz Morawiecki.

Pierwszy z nich stwierdził, że ataki na rodzinę Beaty Szydło to: „Podłość i nikczemność w najgorszym wydaniu. Każde uderzenie w naszych bliskich to cios poniżej pasa”. Drugi dodał zaś, że jest to „haniebne i absolutnie niedopuszczalne. Rodzina jest i pozostanie w Polsce świętością, wykorzystywanie jej do walki politycznej budzi odrazę”.
Trzeba tu stwierdzić, że chodzi oczywiście o rodziny prominentów PiS, bo tylko te rodziny są świętością – i jedynie uderzenie w PiS-owskich bliskich stanowi podłość i cios poniżej pasa. Jeśli bowiem PiS atakuje czyjeś rodziny, dzieci, rodziców, czy rodzeństwo, to naturalnie wszystko jest w porządku. Wtedy już się nie mówi, że to hańba, nikczemność, coś odrażającego itd.
Dodajmy, że te kwieciste wystąpienia panów Karczewskiego i Morawieckiego są reakcją na medialne rozważania dotyczące przyczyn bezterminowego urlopu od kapłaństwa, wziętego przez księdza Tymoteusza Szydło, który niedawno opuścił swą parafię. Niespełna 2,5 roku temu rozpoczął on tzw. posługę przy wielkim zainteresowaniu dziennikarzy, które naturalnie wtedy nie przeszkadzało pani Beacie Szydło i jej bliskim. Tym samym pan Tymoteusz Szydło stał się osobą publiczną, nie tyle z powodu bycia dzieckiem niedawnej premier, lecz przede wszystkim z racji swego powołania – gdyż każdy ksiądz jest osobą publiczną. Jak widać, w przypadku księdza Szydło, to powołanie było jakby niewystarczające.
Na prorodzinną filipikę premiera Morawieckiego bardzo rozumnie zareagowała prezydent Gdańska, Aleksandra Dulkiewicz pisząc: „Panie Premierze Morawiecki cieszę się, że od dziś każda polska rodzina jest świętością dla Pana, Pana formacji politycznej i podległych Wam mediów. Dziękuję w imieniu rodzin M. Adamowicz, A. Bodnara, K. Brejzy, Rzeplińskich, swojej własnej i wielu innych!”.
Teraz zaś pozostaje czekać z napięciem, jak rządowe, tzw. „publiczne” media będą w swej propagandzie realizować politykę traktowania rodziny jako świętości, której nie wolno wykorzystywać do walki politycznej.

Widmo cenzury w australijskich mediach

Australijskie gazety – zarówno ogólnokrajowe, jak i regionalne – w swoich dzisiejszych wydaniach zaciemniły tekst na pierwszej stronie, opatrując go czerwoną pieczęcią z napisem „Tajne”.

W ten sposób najważniejsze dzienniki protestują przeciwko ograniczaniu wolności słowa. Australijskie media domagają się w ten sposób, by coraz to nowe i surowsze przepisy dotyczące bezpieczeństwa narodowego nie obejmowały dziennikarzy. Argumentują, że jest to obstrukcja pracy dziennikarskiej i tworzenie nowej kultury informacyjnej legitymizującej faktycznie tajność prac władz centralnych. Środowisko medialne domaga się również lepszej ochrony sygnalistów oraz reform przepisów dotyczących zniesławienia, które w Australii są jednymi z najsurowszych na świecie. Jak zaznaczają agencje, wolność słowa nie jest zagwarantowana w australijskiej konstytucji.
Bezpośrednią inspiracją do protestu były przeprowadzone w czerwcu policyjne rewizje w siedzibie publicznego nadawcy ABC oraz w domu dziennikarki australijskiego oddziału koncernu prasowego News Corp Anniki Smethurst. Wcześniej media te podały informacje, które szkodziły wizerunkowi rządu. Chodziło o ujawnienie planów rozszerzenia kontroli australijskich tajnych służb nad komunikacją elektroniczną i kontami bankowymi oraz publikację informacji z tajnego raportu o działalności australijskich sił specjalnych w Afganistanie. Raport podaje m.in. szczegóły zabicia trojga afgańskich cywilów.

Policyjny rajd z czerwca wywołał bardzo negatywny oddźwięk w środowisku australijskich i międzynarodowych mediów. Wczoraj zaś (niedziela, 20 października) rząd podtrzymał deklarację, z której wynika, że w następstwie rewizji możliwe jest postawienie zarzutów trzem dziennikarzom, podejrzewanym o naruszenie przepisów ustawy o ochronie tajemnic państwowych.

PiS bierze media

Z wypowiedzi wicepremiera i mocnego człowieka w partii rządzącej Jacka Sasina, udzielonej TVP Info, jednego z najbardziej propisowskich mediów, wynika, że tuż po ukonstytuowaniu się rządu, PiS planuje wziąć media za twarz.

Jednak tytuł wywiadu jest nieco mylący „Musimy jeszcze bardziej zagwarantować pluralizm”. Jakby do tej pory pluralizm był na rynku mediów publicznych czymś oczywistym.
Zdaniem wicepremiera na rynku medialnym w Polsce panuje nierównowaga medialna, nie wyjaśnia jednak, jak by chciał ja obliczać – arytmetycznie, czy liczbą nazwisk dziennikarzy wyznających poglądy prorządowe. Sasin jest zdania, że jego partia w ostatnim okresie zbudowała „pewien pluralizm medialny”, którego nie było za rządów ich poprzedników. „W tej chwili mamy rzeczywiście telewizję publiczną” dodaje z rozbrajającą szczerością i martwi się, że znaczna część mediów komercyjnych wspiera bardzo mocno opozycję, co, jak można mniemać Jackowi Sasinowi się nie podoba.
Niebezpiecznym jest watek, w którym Sasin mówi, o tym, że pluralizm mediów PiS musi „zagwarantować” by „też z naszymi przekazami, prawdziwą informacją o polityce, którą prowadzimy, trafiać też do mieszkańców dużych miast”, obiecuje wicepremier. Tutaj oczekiwania propagandowe są zrozumiałe – właśnie wielkich miastach PiS dostał lanie i teraz trzeba wyprać mózgi wyborcom, by następnym razem wiedzieli jak mają głosować.
Sasin obiecał też rozmowy o tym, co zrobić, by media były obiektywne i rzetelne. W jaki sposób chciałby to zagwarantować i z kim chciałby rozmawiać, nie wyjaśnił. Uważa, że bolączką polskich mediów jest nierzetelna informacja. Obiecał też regulacje prawne dotyczące stosunku kapitału krajowego do obcego w mediach, co jest zapowiedzią doprowadzenia do sytuacji, w której media będące własnością obcego kapitału musza liczyć się z utrudnieniami w swojej działalności.
Wicepremier Jacek Sasin udowodnił, że nie rozumie istoty mediów. Odgórne wpływanie na media prywatne będzie krępowaniem wolności wypowiedzi. Wartości, o których z utęsknieniem wspomina jak obiektywizm i rzetelność, dotyczyć musza przede wszystkim mediów publicznych, które nie mogą być własnością żadnej partii.

PiS definiuje dziennikarstwo

Kolejny pomysł PiS na podporządkowanie sobie grupy zawodowej, która potencjalnie może zagrozić władzy tej partii już wywołuje protesty.

Jako jeden z pierwszych zareagował Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza. Związkowa komisja dziennikarzy i dziennikarzem wydała Oświadczenie, w którym wyraża swój jednoznaczny protest przeciwko pomysłowi Prawa i Sprawiedliwości. W Oświadczeniu czytamy:
„Przez ostatnie cztery lata rządzący wielokrotnie dawali dowody wrogiego nastawienia wobec niezależnych mediów. Zjednoczona Prawica dokonała błyskawicznej i sprzecznej ze standardami zachodnioeuropejskimi nowelizacji ustawy medialnej, przeprowadziła czystkę w mediach publicznych i zamieniła je w narzędzie ordynarnej propagandy. Politycy PiS, na czele z odpowiedzialnym za media ministrem kultury, publicznie piętnowali krytycznych wobec ich działań dziennikarzy, odmawiali im wywiadów i nie odpowiadali na pytania. Z kolei spółki skarbu państwa hojnie sponsorowały prywatne media ściśle powiązane z rządem. (…)
Nauczeni doświadczeniem, stanowczo sprzeciwiamy się propozycjom zmian dotyczących zawodu dziennikarza, traktując je jako zapowiedź radykalnego ograniczenia wolności słowa”.
Stanowisko wyrażone przez związek zawodowy należy odczytywać jako pierwsza próbę zorganizowanego sprzeciwu ze strony środowisk lewicowych, skoro do tej pory nie zareagowały ani opozycja, ani organizacje dziennikarskie, co świadczy o uwiądzie woli walki z ich strony.

Wolne media Ważny tunajt

Przeczytałem wczoraj, że Polska w rankingu wolności mediów tworzonym przez organizację międzynarodową Reporterzy bez Granic, spadła z miejsca 19. w 2014 roku i 18. w 2015 roku na 58. miejsce w 2018 roku. Wcześniej Polska tak złe notowania miała w latach 2005–2007, zajmując kolejno 53., 60. i 56. miejsce. W związku z tym, coś Państwu opowiem…

Półtora roku temu prowadziłem na antenie telewizji Superstacja program pt. „Radiokomitet”. Współprowadziłem. Od 2014 roku. Wraz z zakupem przez Solorza Zygmunta pełnego pakietu akcji telewizji Superstacja, program przestał być nadawany. Poinformowano nas o tym za pomocą mejla z nową ramówką, w którym Radiokomitetu już nie było. I tyle. To akurat mnie szczególnie nie zdziwiło. Taki sposób komunikacji wertykalnej kierownictwa z pracownikami praktykowany był w tej firmie chyba od zawsze.
Przez cztery lata naszej, radiokomitetowej, bytności na antenie, wyczynialiśmy tam przeróżne hece. Naśmiewaliśmy się z rządzących jak się patrzy; na biurku trzymaliśmy portret pana prezydenta Andrzeja w okularach zdartych za pomocą painta z generała. Tekturową figurę Beaty Szydło ubieraliśmy w koszulkę z napisem Refugees welcome. Zapraszaliśmy do audycji m.in. rabina, muftiego i satanistę. Nikt, ani żadna Rada Przyzwoitości ani poseł PiS-u, ani ksiądz tego czy innego obrządku, nie złożył na nas nigdzie skargi, bo przy dystansie i autoironii, nikogo nie lżyliśmy ani nie obrażaliśmy, co poniektórym na tej samej antenie już się udawało. My jednak mieliśmy ambicję, aby robić program, który będzie patrzył na ręce każdej władzy-szarej, burej, pstrokatej; każdy kto ma władzę, niech zawsze budzi w Tobie odrazę, powtarzaliśmy za wieszczem. Aż tu nagle, po czterech latach niesforności i wolności słowa, przyszła kryska i wyrzucili. Chwilę po nas, wyrzucili, z własnej albo i przymuszonej woli, Kubę Wątłego. A na sam koniec, kiedy reformy nowego zarządu zatoczyły coraz ciaśniejszy krąg, stacja zrezygnowała całkiem z polityki. Na bruk poszedł Żakowski, Czyż, Zimnik, Łaguna, wcześniej zrezygnowała Eliza Michalik. Parę dni temu większość pracujących jeszcze w Superstacji dziennikarzy i pracowników technicznych skończyły się umowy na czas określony. Część znalazła zatrudnienie w Polsacie, część jeszcze gdzie indziej, część-nigdzie.
Przez te kilka lat pracy w Superstacji, już pod rządami PiS-u, dostawaliśmy od czasu do czasu sygnały, że rządzący mogą towarzystwo niebawem wziąć za pysk i przepędzić. Ale jakoś to nie następowało. Dalej robiliśmy swoje. Nikt nas nie cenzurował ani nie napominał. Płacili marnie, za to nie było w firmie atmosfery znanej z korpo; podkopywania, podkładania świń. Było naprawdę fajnie. Jak mawiano na korytarzach: ch…owo, ale stabilnie. Aż po swoje przyszedł kolega S. i na raz sprawy nabrały przyspieszenia. Dyrektorem programowym został Grzegorz Jankowski, były naczelny „Faktu”, który na wizji w rozmowach z politykami nie krył ani na jotę tego, że aborcja, to dla niego zabijanie nienarodzonych dzieci, i w ten sposób właśnie kazał o niej mówić zaproszonemu do programu Zandbergowi. To, że Radiokomitet nie był jego ulubieńcem specjalnie mnie nie dziwiło. Ale żeby w trymiga rozpieprzyć i rozpędzić jedyną realnie opozycyjną stację, w której inna niż prawicowa myśl miała szansę dojść do głosu? Nie spodziewałem się, że tak szybko im pójdzie.
W Polsce nie ma cenzury. Jest wolność słowa. Można mówić co się chce i jak się chce, w granicach prawa. W mediach publicznych i prywatnych jest pluralizm poglądów i opinii. Nikt nikogo nie wsadza się do więzienia za krytykę poczynań rządu. Media są wolne i niezależne. To wszystko można usłyszeć od polityków partii i rządzącej i ich apologetów. Prywatnych i publicznych. Dużych i małych.
Polska w rankingu wolności mediów spadła z miejsca 19. w 2014 roku i 18. w 2015 roku na 58. miejsce w 2018 roku. Wcześniej Polska tak złe notowania miała w latach 2005–2007…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Klepanie nieprawdy

Nawet poważni naukowcy od polityki i znani dziennikarze z uporem powtarzają, że SLD, w sprawach obyczajowych jest konserwatywne.

Nie popierają tego żadnymi badaniami. Zresztą, badań jak prezentuje się elektorat SLD w tych sprawach, na tle innych elektoratów, jest niewiele, ale są. Zapoznałem się z kilkoma badaniami i mogę stwierdzić, że wyborcy SLD, w sprawach obyczajowych , stosunku do kościoła, spraw aborcyjnych itp. stoją zdecydowanie na lewo do elektoratów PO, PiS, PSL nie wymieniając prawicowego planktonu. Mogę to potwierdzić własnymi doświadczeniami, a trochę wyborców SLD znam. Być może nie są awangardą w tych sprawach, ale czy muszą? Jeżeli elektorat SLD jest konserwatywny to jaki jest elektorat PO, o PiS nie wspominając. Superkonserwatywny, megakonserwatywny czy ultrakonserwatywny? O tym komentatorzy wolą nie mówić.
Oni, niczym mantrę klepią, że SLD to konserwatyści. I tak bez końca. Oznacza to, że komentatorzy są leniwi i opowiadają rzeczy zasłyszane od innych. Ci inni też nie raczyli zastanowić się nad tym co mówią. I tak zamyka się błędne kółko klepiących zasłyszane opinie. Można powiedzieć – szanowni komentatorzy przestańcie być konserwatywni i leniwi na umyśle. Włączcie myślenie, to nic nie kosztuje.

Ola w worze

Aleksandra Jakubowska, zwana kiedyś „Lwicą lewicy”, niegdyś moja koleżanka z klubu parlamentarnego SLD, moja przewodnicząca SLD, moja minister kultury, rzeczniczka moich rządów i towarzyszka z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej przeszła do obozu „Dobrej Zmiany”. Została gwiazdą telewizji braci Karnowskich i publicystką najbardziej prorządowego, wręcz lizusowskiego tygodnika „Sieci”.

Cóż, nie jedyna to medialna działaczka SLD, która postanowiła realizować się w PiS. Czasy nielekkie, ceny pietruszki rosną, a media lewicowe nieliczne są i bidne jak przysłowiowa mysz kościelna. Nie płacą tak tłusto jak prokaczystowskie.
Niestety praca dla kaczystowskich mediów wymaga nie tylko stałego podlizywania się władzy. Ona zmusza do regularnego ogłupienia. Nietrudno to zauważyć. Wystarczy posłuchać co ma do powiedzenia w TVP pani doktor Magdalena Ogórek. Niedawno można było przeczytać w „Sieci” pryncypialny atak pani magister Aleksandry Jakubowskiej na dorobek umysłowy nieżyjącego już Karla Rajmunda Poppera. Dowodzący, że pani redaktor Jakubowska nie przeczytała żadnej z książek Poppera. Nawet ich omówienia ze zrozumieniem. Ale zamówienie polityczne zapewne brzmiące: „Skopać Sorosa i Poppera” zostało wykonane. Czym zawinił kaczystom Soros można się domyśleć – to znajomy Adama Michnika. Ale znajomość dorobku umysłowego Poppera jest w Polsce jeszcze mniejsza niż „ideologii LGBT”.
Ale nawet ten atak na nieboszczka Poppera nie umywa się do opublikowanego w 32 numerze „Sieci” wywiadu pani redaktor Jakubowskiej z aktorem i reżyserem Redbadem Klynstrą- Komarnickim. Zatytułowanym „Robienie ze mnie homofoba jest śmieszne.”
Cel wywiadu jest jasny. Trzeba zrobić z głoszącego pro PiS- owskie poglądy aktora aktualnego męczennika. Zaszczuwanego przez „lewackie” środowisko producencko-aktorskie. Ot, kolejny fragment mozaiki kaczystowskiego frontu propagandowego. Kolejny wywiad z serii „Męczeństwo Polaków Lepszego Sorta”.
Ale kiedy Klynstra-Komarnicki mówi: „Moim zdaniem z tego, że cały system kultury nie został nawet tknięty najmniejszą reformą i nadal jest peerelowski, osoby o poglądach lewicowych świetnie się tam czują. Państwowy Instytut Sztuki Filmowej jest jedyną instytucją kultur działającą w nowoczesny sposób, instytucją dzięki której kinematografia po pierwsze, się rozwija, a po drugie, daje możliwość zrobienia filmów twórcom o różnym światopoglądzie. Według tego modelu powinny funkcjonować także inne dziedziny sztuki.”
To pani redaktor Jakubowska milczy.
Wymownie.
Pan Redbad Klynstra-Komarnicki nie musi wiedzieć, że Polski Instytut Sztuki Filmowej, nie Państwowy jak jest w wywiadzie, to efekt pracy lewicowych posłów, także mojej, oraz ministrów kultury lewicowego rządu. Choć warto by wiedział, że to właśnie lewica stworzyła taką instytucję, która w założeniu miała doprowadzić do rozwoju polskiej kinematografii i dać „możliwość zrobienia filmów twórcom o różnym światopoglądzie”.
Takich możliwości obecnie w przejętych przez kaczystów mediach publicznych polscy twórcy nie mają.
Pan Redbad Klynstara-Komarnicki nie musi wiedzieć, że w czasie rządów lewicy przeróżne instytucje kultury zostały zreformowane. Czasem lepiej, czasem gorzej. Ani, że jego rozmówczyni była w latach 2001-2003 sekretarzem stanu, czyli ministrem i konserwatorem generalnym zabytków w ministerstwie kultury i sztuki. Że jego rozmówczyni była przez osiem lat prominentnym członkiem sejmowej Komisji Kultury i Środków przekazu.
Ale pani redaktor Aleksandra Jakubowska powinna jednak to wiedzieć, bo to część jej życia. Jej działalności. Powinna nie tylko napisać poprawną nazwę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, ale też dać świadectwo prawdzie. Powinna przypomnieć swemu rozmówcy i Czytelnikom, ile dobrego lewica zrobiła dla polskiej kultury.
Bo inaczej wyglądałoby na to, że pani minister kultury Jakubowska brała publiczne pieniędzy za nicnierobienie.
W naszym kraju można przejść z lewicy na prawicę. Być lewicowy, a potem prawicowym dziennikarzem.
Ale, jak widać na przykładzie pani redaktor Jakubowskiej, po przejściu na prawicę, nie może napisać prawdy. Prawdy niezgodnej jest z aktualnymi wytycznymi pisowskiego frontu propagandowego.
Przechodząc do obozu kaczystowskiego Aleksandra Jakubowska, jak widać, musiała wdziać wór pokutny. Tylko czemu założyli go jej na głowę?

Nie tylko Jedynki!

Czytajcie listy wyborcze do końca!

Jeszcze się oficjalnie kampania wyborcza nie zaczęła, a już mamy spory o miejsca na listach wyborczych. Zwłaszcza o „Jedynki”.
Polski system demokracji parlamentarnej jest systematycznie psuty przez ingerencje mediów. Manipulujących opinią publiczną, czyli wyborcami. Traktowanymi jak przysłowiowy „ciemny lud” przez sprzedajnych dziennikarzy i komercyjne firmy „pijarowskie”. Doradzających politykom jak zmienić kampanię wyborczą w medialne igrzyska. W wyścigi szczurów do politycznego koryta.
Dziennikarze i „pijarowcy” od lat przekonują polskich wyborców, że o sukcesie wyborczym kandydatów decydują ich miejsca na listach wyborczych. Zwłaszcza pierwsze, zwane „Jedynką”.
Argumentują, że przynajmniej 30- 40 procent wyborców głosuje jak psy Pawłowa. Reagują na logo komitetu wyborczego i potem odruchowo, często bezmyślnie, stawiają krzyżyk przy pierwszym nazwisku kandydata umieszczonym na liście wybranego komitetu.
W Polsce każdy wyborca podczas wyborów do Sejmu RP oddaje jeden głos. Jednocześnie na komitet wyborczy i na kandydata. Dzięki temu wyborcy mogą decydować nie tylko o tym które ugrupowania wejdą do Sejmu, ale też którzy kandydaci będą tam pracować.
Niestety polscy dziennikarze i „pijarowcy” robią wszystko aby wybór polskim obywatelom taki ograniczyć. Relacjonując kampanię wyborczą, prezentując kandydujących do parlamentu skupiają się jedynie na Jedynkach z list wyborczych.
Czasem wspominają też o miejscach drugich i trzecich. Ale dalej wzrok ich już nie sięga. Jakby polscy dziennikarze nie byli w stanie doczytać list wyborczych do końca.
Redukowanie kandydatów do Jedynek bez wątpienia ułatwia pracę mediów. I napędza im zyski. Zwłaszcza kiedy robią one kolejne oszustwo wyborcze – debaty „liderów list”. Czyli tychże Jedynek.
Zauważcie, że nie ma Polsce w czasie kampanii wyborczej debat merytorycznych. Tematycznych. W czasie których moglibyście się dowiedzieć o programach naprawy służby zdrowia, budownictwa mieszkaniowego, o polskiej polityce zagranicznej konkurujących w wyborach partii.
Bo zamiast merytorycznych debat media podsuwają wam jedynie starcia personalne kandydujących. Odwołując się do ich wyglądu, szybkości wysławiania się, umiejętności robienia dobrego wrażenia. Do waszych emocji, odczuć, ale nie do waszej wiedzy.
Przygotują wam mecze medialne. Podzielone na krótkie starcia. W czasie tych rund każda z Jedynek będzie miała aż 10 sekund na zaprezentowanie naprawy służby zdrowia, budownictwa mieszkaniowego, polityki zagranicznej, obrony narodowej. Najlepiej w trzech pięciosekundowych hasłach.
Dłużej już nie, bo zdaniem polskich dziennikarzy i pijarowców polski wyborca nie jest w stanie więcej informacji na jeden raz przyjąć. Bo polski wyborca to miś „o bardzo małym rozumku”.
Taki styl prowadzenia kampanii wyborczej jedynie ogłupia i oszukuje potencjalnych wyborców. Ale znakomicie rozkręca ich emocje. Potem emocje napędzają frekwencję wyborczą. Ale też widzów medialnych pojedynków. Klikających, komentujących, bluzgających. Im więcej emocji, zwłaszcza złych, tym zyski mediów i pijarowców będą większe.

Inna polityka możliwa?

Nakręcana emocjami kampania wyborcza opiera się też na wciskaniu przekonania, że są na listach wyborczych elitarne „miejsca biorące” i pozostałe, te pospolite, te „niebiorące”.
Biorące to oczywiście Jedynki, ale też Dwójki i Trójki. W ten sposób skupia się uwagę i zainteresowanie wyborców jedynie tymi pierwszymi miejscami. Pozostali kandydaci traktowani są jak „mięso wyborcze”. Frajerzy, którzy jedynie pracują na czołówkę listy.
Nakręcając tak emocje wyborców, media i pijarowcy, podgrzewają też emocje kandydatów do parlamentu. Wszyscy oni chcieliby mieć właśnie te „miejsca biorące”. Tak nakręcane są spory personalne, kłótnie wewnątrz partyjne w czasie układania list.
Zauważcie, że media chętnie informują o nich, podobnie jak o lokalnych intrygach, transferach międzypartyjnych. Bo to też budzi emocje, nabija popularność, czyli zyski.
W najbliższej kampanii wyborczej polskie media zapewne zechcą ponownie zamienić kampanię wyborczą w polityczny plebiscyt. Pojedynek pomiędzy rządzącym PiS i opozycyjnym anty PiS- em.
Do roli anty PiS- u została już wyznaczona Koalicja Obywatelska Grzegorza Schetyny. Jej lider już teraz stara się osłabić polityczną konkurencję, czyli PSL i blok lewicowy. Bo obowiązujący w wyborach do Sejmu RP system D’Hondta preferuje najbardziej popularne ugrupowania. W wielomandatowych okręgach wyborczych, przy poparciu powyżej 10 procent, czasem kolejne 1-2 procenta dają przynajmniej jeden dodatkowy mandat poselski.
Liderzy polskich, lewicowych ugrupowań jeszcze przed wyborami zapowiadali „inną politykę”. Rozbicie prawicowego duopolu politycznego. Odtwarzanego właśnie przy wielkim wsparciu polskich mediów i pijarowców.
Zapowiadali merytoryczną, a nie opartą na negatywnych emocjach kampanię wyborczą.
Aby mogli oni uprawiać taką „inną politykę”, teraz apeluje do polskich wyborców, zwłaszcza tych lewicowych.
Nie dajcie się manipulować przez polską „mediokrację”.
Przeczytajcie listy wyborcze do końca. Zwłaszcza te lewicowe. Abyście przy urnach wyborczych kierowali się rozumem, a nie zaszczepianymi przez media emocjami.
Wybierajcie kandydatów kompetentnych, a nie kolejnych, sezonowych, medialnych „charyzmatycznych” cudotwórców.
Nie dajcie się traktować jak ten „ciemny lud”.
„Trybuna” postara się pomóc wam w takich merytorycznych wyborach.

PS. Informuję, że zamierzam kandydować do Sejmu RP z listy lewicy w okręgu warszawskim. Poprosiłem o ostatnie miejsce na liście wyborczej.
Tak jak w poprzednich wyborach nie będę miał billboardów, bo uważam je za niepotrzebną część „mediokracji”.

Balon

Od wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon.

Wydaje mi się, że balon napełniany jest czterema strumieniami – kłamstwami lub negatywnym koloryzowaniem dotyczącymi naszej przeszłości, wiadomościami i fantazjami o nieustannych sukcesach osiąganych przez aktualną władzę, zapewnieniami o własnej uczciwości i bezinteresowności i bezwzględnej walce z przestępczością, oraz obietnicami dalszych wielkich zmian i realizacji niespotykanych dotychczas koncepcji inwestycyjnych, połączonych z planami podnoszenia stopy życiowej narodu do niespotykanych w historii granic.

Nie było nas

Pierwszy strumień napełniających balon informacji i opowiadań ma dwie niewzruszone podstawy – pierwszą, że po wojnie i aż do lat 80-tych ubiegłego wieku w ogóle nie było polskiego państwa. I drugą, że również później, a zwłaszcza „przez ostatnie 8 lat” przed wyborczym zwycięstwem obecnej władzy, rządzono Polską tak nieudolnie, że „kraj popadał w ruinę”, naród się nie bogacił, a „za to” rosła przestępczość i powstawały „afery” niszczące dorobek wielu ludzi. Te dwie polityczne fantazje są tak wielokrotnie powtarzane, że zwłaszcza w umysłach młodzieży i słuchającego tylko jednej opcji politycznej i dwóch stacji telewizyjnych „twardego” elektoratu, tworzą lukę, pozwalająca na łatwiejsze pranie mózgów.
Głównie na tym tle tworzy się patriotyczne legendy, gloryfikujące jednych i oczerniające innych. Hurtowo stawia się na piedestał „żołnierzy wyklętych”, mimo, że zOd wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon. naczna ich część zupełnie na to nie zasłużyła. Niemal wykreśla się z pamięci żołnierzy I i II Armii Polskiej idących ze wschodu, oraz partyzantkę Batalionów Chłopskich i Armii Ludowej – nawet tych, którzy walczyli i ginęli w Powstaniu Warszawskim. Oczernia się w czambuł działaczy i polityków okresu PRLu, mimo, że niektórzy z nich – jak Gierek, Ziętek, Rapacki, a nawet Świerczewski, są pozytywnie zapisani w pamięci wielu ludzi i całych miast lub województw. Tłumaczy się młodym ludziom, którzy nie pamiętają ani PRLu, ani stanu wojennego, że wtedy „prawdziwi Polacy”, którzy byli sędziami – nie sądzili, a jak byli w wojsku – nie wykonywali rozkazów. Patriotyczni tramwajarze nie wozili doi pracy zniewolonych robotników, a lekarze nie leczyli członków partii „komunistycznej”, czyli PZPR.
W tej ofensywie bezmyślnej nienawiści do przeszłości wpada się w ipułapki zapominając, że część starszych działaczy prawicy kończyła właśnie w PRLu dobre szkoły i uczelnie, robiła doktoraty, chodziła do kabaretów znacznie odważniejszych niż obecne, i że 50% „suwerena” mieszka w masowo oddawanych wówczas mieszkaniach,. Nawet polską niepodległość w portach świata rozsławia żaglowiec, który też został wybudowany w ostatnich latach „starego” ustroju.
Same sukcesy
Drugi strumień zasilający balon to nieustanne sukcesy. Teraz wszystko jest sukcesem. „Zwycięstwo” w głosowaniu w Unii 27 do 1, rozdawanie nagród, „które się należały” a także ich późniejsze odbieranie, przyjęcie ustawy chroniącej dobre imię Polski zredagowanej w sposób obrażający innych i godzącej w wolność słowa i przekonań, a potem jej łagodzenie, wprowadzanie „dobrych zmian” w sądownictwie, które są niezgodne z konstytucją i także częściowe wycofywanie się z tych zmian. Dobre zmiany, niepokojąco podobne do wprowadzanych w niektórych krajach Europy w międzywojennym dwudziestoleciu, mają też wprowadzać inwigilację obywateli w trosce o innych obywateli, rozbudowę sił policyjnych chroniących szeroko rozumianą „władzę”, tworzenie sądów sądzących niegrzecznych sędziów, usuwanie dziennikarzy, którzy nie piszą lub mówią tego, co trzeba.
Ten strumień zasilający balon opiera się niezmiennie na fundamencie 500+. W każdej informacji o sukcesach nawiązuje się do tego, rzeczywiście dobrego rozwiązania i osładza się nim inne, socjalne osiągnięcia, które już nie są tak wyraźne. Przykładowo – coraz mniej mówi się o darmowych lekach dla emerytów. Bo też trudno znaleźć takich, którzy na tym skorzystali. Owszem – mają takie pozycje, które są za darmo, ale kilka innych znacznie im zdrożało. Saldo jest dla nich niekorzystne, płacą za leki obecnie więcej, niż poprzednio. Podobnym „sukcesem” są „mieszkania +”. Czynsze w tych mieszkaniach są podobne jak na „wolnym rynku” wynajmu mieszkań, a późniejsze „przejmowanie na własność” niepewne i prawnie skomplikowane.

Czysta, uczciwa, aryjska krew

Trzeci strumień składa się z intensywnie wpompowywanej w balon zapowiedzi, że PIS będzie bezlitośnie ścigał wszelakiej maści przestępców, że nikomu nic nie daruje, bo „wszyscy są równi wobec prawa”. Codziennie słyszymy, że komuś rano zakłada się kajdanki, wzywa do prokuratury, stawia zarzuty, grozi procesami. Skutki są słabe, bo jeszcze w miarę niezależne sądy nie są skłonne do wydawania bezpodstawnych wyroków. Nawet całkowicie apolityczna część suwerena ma też wątpliwości, dlaczego w bójce skrajnego prawicowca z demokratą winny – zdaniem prokuratora – jest zawsze ten ostatni, dlaczego lekceważy się wszelkie publiczne oskarżenia dotyczące członków lub zwolenników PISu, a za to podnieca się elektorat każdym przypadkiem pretensji o naruszenie prawa kierowanym do zwolenników „totalnej” opozycji. Policja wprowadza przy tym nowe standardy – ubieranie posągów w koszulki z nadrukiem „konstytucja” albo okrzyki „Wałęsa” są co najmniej wykroczeniem, ale maskowanie twarzy, chóralne grożenie śmiercią, nawoływanie do zachowania „czystej, białej krwi” i publiczne odpalanie rac i świec dymnych, jest tylko skutkiem nudnego i niewinnego oczekiwania w kolejce do pubu. Odnosi się wrażenie, że ogoleni na łyso młodzi ludzie, wykrzykujący obraźliwe albo całkiem bzdurne hasła, są teraz wzorcem praworządnego obywatela.
Suweren zaczyna się też dziwić, że mimo buńczucznych haseł idola prawicy, że „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”, – co chwila wyciekają informacje o zbyt licznych i zbyt dużych nagrodach, o gigantycznych zarobkach i odprawach członków rządzącej partii, pracujących w spółkach skarbu państwa i różnego rodzaju propagandowych przybudówkach, o zajmowaniu się szefa partii interesami ważnej dla niej spółki. Mimo prób politycznego uzasadniania może też budzić zdziwienie exodus działaczy zajmujących eksponowane, ale słabo płatne, stanowiska rządowe, do parlamentu europejskiego.

Wielkie plany

Czwartym strumieniem pompowanym w balon są obietnice. W części bardzo ogólne i znane z historii od czasów cesarstwa rzymskiego, a może nawet z początków państwowości Egiptu i Mezopotamii. Kraj będzie rozkwitał, wszystkim będzie lepiej, wstajemy z kolan, więc świat będzie nas szanował i podziwiał, nikt nam nie będzie „podskakiwał”, bo będziemy potęgą militarną wspieraną przez inne potęgi. Ta największa potęga potraktuje nas niemal jak jeden ze swoich stanów, będziemy mieli ich stałe garnizony, wybudujemy im „Fort Trump”. A wszystko po to, aby wprowadzić w stan permanentnego przerażenia pewne państwo na wschodzie, które zawsze nam zagrażało, więc i teraz może mieć złe zamiary.
Te znane slogany i nowe pomysły przeznaczone głównie dla najmniej wykształconej części elektoratu, wspierane są pozornymi konkretami o nieokreślonych lub odległych terminach realizacji. Mamy więc obiecany szybki przekop mierzei wiślanej, budowę promu towarowo – pasażerskiego, który ma być nowym początkiem świetlanej przyszłości naszych stoczni, budowę tunelu podmorskiego w Szczecinie, produkowanie okrętów podwodnych, nadzwyczajnych helikopterów do spółki z Ukrainą, budowę największego portu lotniczego Europy. Radośnie też wydamy ogromne pieniądze na zakup od przyjaciół nowoczesnych wyrzutni rakiet, samolotów bojowych i innych urządzeń do zabijania. „Oglądacz” telewizji publicznej na polskiej wsi, – bo do innej najczęściej nie ma dostępu – serwującej mu takie wiadomości, wpada w euforię. Nawet nie zauważa, że balon propagandowy nad jego domem rośnie tak bardzo, że przysłania mu widok na resztę świata.

Niebezpieczny wybuch

Mam pecha. Mój nadmiernie zaawansowany wiek pozwala na historyczne porównania balonów propagandowych tworzonych w naszej najnowszej historii. Bo – bądźmy sprawiedliwi – każdy rząd i w każdym ustroju ma takie tendencje. Przed II wojną palmę pierwszeństwa miało przekonywanie społeczeństwa, że Niemców nie stać na prawdziwe czołgi i samochody pancerne, że te, które widzimy na kronikach filmowych są z dykty i z tektury. Nasza kawaleria rozniesie je w pył szablami i lancami.
W latach powojennych wmawiano nam, że gospodarka rynkowa to przeżytek, że świetlaną przyszłość zapewni nam tylko centralne sterowanie „gospodarką planową” i inwestowanie przede wszystkim w ciężki przemysł. Nie wszyscy się z tym zgodzą, ale – moim zdaniem – relatywnie najbardziej wiarygodny balon pompowano w tzw. dekadzie gierkowskiej. Mało mówiono o konieczności poprawy komunikacji Śląska z Warszawą, i względnie szybko wybudowano drogę szybkiego ruchu do dzisiaj zwaną „gierkówką”. Pokazano na wystawach małego Fiata 126p i też szybko zaczęto go produkować. Obiecywano poprawę sytuacji mieszkaniowej i rzeczywiście budowano wprawdzie małe mieszkania, – ale budowano ich dużo, w szczytowym roku 1978 – 283 tysiące. W czasach rządów PO – PSL balon był napełniany umiarkowanie i hamowany hasłem oszczędnego gospodarowania pozwalającego na utrzymanie „zielonej wyspy” na powierzchni światowego kryzysu. Ale takie dmuchanie balonu, jakiego dzisiaj jesteśmy świadkami, za mojej pamięci się nie zdarzało.
Każdy balon nadmiernie napełniany musi kiedyś pęknąć. Także balon propagandowy. Kłamstwa i kłamstewka wyjdą na jaw, znaczna część obietnic nie zostanie spełniona. Niezadowolenie obywateli będzie tłumione różnymi sposobami zapożyczonymi z doświadczeń rządów autokratycznych. Wykształcona część elektoratu rządzącej partii i tzw. milcząca większość zdają sobie z tego sprawę. Twardy elektorat wierzy we wszystko, ale i on w jakimś momencie zacznie się upominać o to, co wdmuchano do balonu. Wtedy rządzący mogą wybrać tylko jeden z dwóch scenariuszy:
– albo dostatecznie wcześnie zaczną się sami wycofywać „na z góry upatrzone pozycje”, przepraszać, łagodnieć, obiecywać poprawę,
– albo ryzykować i czekać na wybuch. Ale ryzyko jest duże. Pęknięty balon wybuchnie głośno, cały świat go usłyszy. Można stracić władzę. Perspektywa jej odzyskania oddali się na wiele lat.
Obserwacja dotychczasowych zachowań dość wąskiej intelektualnej czołówki PISu skłania raczej do przypuszczenia, że, wierząc w nieustanne poparcie i siłę twardego elektoratu oraz w widoczny sposób rozkoszując się zdobytą władzą – wybiorą świadomie, lub podświadomie, drugi wariant.
Czy jednak, mimo to, PIS może wygrać następne wybory parlamentarne? Może, bo znaczna część naszych obywateli przejmuje się tylko tym, czy zarabia lub dostaje o kilka złotych więcej i wierzy, że nasze państwo „wstaje z kolan i rośnie w siłę”.
A czy może je przegrać?. Również może, choć jeszcze w to nie wierzy. Balon propagandowy podtrzymujący władzę może też pęknąć wcześniej i spowodować trudne do przewidzenia i opanowania reakcje „suwerena” i Europy.
Proces osłabiania pozycji zjednoczonej prawicy może też przyspieszyć nie tylko w związku nadmiernym zadłużaniem państwa i utratą stabilności ekonomiczne, ale także w reakcji na trzy immanentne cechy radzącej ekipy, które też coraz mniej podobają się pozostałej części społeczeństwa. Te trzy cechy, to zupełny brak poczucia humoru i nadmiernie nerwowe przyjmowanie śmiechu otoczenia, wewnętrzna dyscyplina i posłuszeństwo procentująca zanikiem własnych poglądów, w historii cywilizacji zawsze prowadząca do jakiejś formy dyktatury, i żenująco pierwotny, irytujący hurrapatriotyzm.