„Trybuna” broni wolnych mediów!

Jako reprezentanci mediów protestujemy przeciwko ograniczeniu wolności słowa, którego przejaw stanowi proces członków redakcji pisma „Brzask” wydawanego przez Komunistyczną Partię Polski.
Postawiony redaktorom zarzut „promowania totalitarnego systemu”, zagrożony karą więzienia do 2 lat, jest absurdalny. Rzeczywiste motywy procesu są polityczne. Prokuratura dąży do wprowadzenia zakazu wyrażania sprzeciwu wobec obecnego systemu społecznego oraz szerzenia antykomunistycznej histerii, a nie obrony demokracji. Stawianie zarzutów na podstawie między innymi publikowania materiałów historycznych oraz przedstawiania poglądów innych osób to ingerencja w swobodę wyrażania opinii.
Proces członków redakcji „Brzasku” jest częścią szerszej kampanii zastraszania społeczeństwa, aby nie miało odwagi wyrażania poglądów niezgodnych z linią polityki pisowskiego państwa, podobnie jak stawianie zarzutów „obrazy uczuć religijnych”, wymuszanie cenzury światopoglądowej.

Europo, chroń dziennikarzy!

List otwarty wydawców prasy do europejskich rządów.

 

Przedmiotem dyskusji rządów państw UE i Parlamentu Europejskiego jest obecnie unijna reforma praw autorskich, która mogłaby wesprzeć profesjonalne dziennikarstwo umożliwiając dużym i małym wydawcom prasy kapitalizowanie ich wartościowych treści w internecie.
Jeśli pragniecie stabilnej przyszłości dla profesjonalnej, niezależnej prasy; jeśli leży Wam na sercu sprawa wysokiej jakości, opartych na faktach treści; jeśli chcecie, aby wydawcy mogli inwestować w profesjonalne dziennikarstwo; jeśli – podobnie jak nas – niepokoi Was perspektywa pustych stron, to nadszedł właśnie czas, aby zadziałać i wesprzeć prawo pokrewne wydawcy (Artykuł 11), zgodnie z wersją przyjętą przez Parlament Europejski 12 września. To kluczowy krok dla przyszłości różnorodnej i pluralistycznej europejskiej prasy, która stanowi fundament naszej demokracji.
Znajdujecie się obecnie pod presją cyfrowych gigantów, zmierzających ku ograniczeniu prawa dla wydawców prasy w sposób legitymizujący drapieżne praktyki, które prawo to pragnie właśnie ukrócić. Niektóre wyszukiwarki internetowe, agregatory treści i inne firmy opierające swe modele biznesowe na wykorzystywaniu wartościowych treści wydawców prasy bez zezwolenia i wynagrodzenia, nie chcą, aby ustawodawcy unijni przyjęli efektywnie działające i dające się wyegzekwować prawo pokrewne dla wydawców prasy (bez konieczności prowadzenia długotrwałych i kosztownych procesów sądowych, na które nie stać przede wszystkim małych i średnich wydawców).
Obecna reforma musi zniwelować istniejącą nierównowagę polegającą na słabej pozycji negocjacyjnej prasy względem wielkich platform internetowych. Ekosystem cyfrowy musi działać sprawiedliwie wobec wszystkich: twórców treści, dystrybutorów i użytkowników, a nie preferować tylko kilku potężnych i dominujących gigantów internetowych.
Zatwierdzenie prawa pokrewnego dla wydawców prasy w formie przyjętej przez Parlament Europejski, jest dla Was okazją do wsparcia inwestycji w profesjonalne dziennikarstwo, zabezpieczenia przyszłości wolnej i niezależnej prasy i tym samym do skutecznego zwalczania tzw. fake news.
Europy nie stać na rezygnację z suwerenności poprzez osłabianie roli prasy w demokratycznej debacie.

Post scriptum

Razem z red. Aleksandrą Bełdowicz chcemy podzielić się dziennikarskim sukcesem: po naszej publikacji „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, traktującej o seksistowskim „Blogu dla mężczyzn” prowadzonym przez dwóch adwokatów ze Szczecina, strona zniknęła z sieci – najwyraźniej w toku postępowania dyscyplinarnego, o wszczęciu którego zostałyśmy powiadomione.
Od tego czasu temat rozgrzał internet do czerwoności. Sprawą zainteresowała się – grubo po nas – szczecińska „Gazeta Wyborcza”, która niestety zapomniała wspomnieć, jakie medium przyczyniło się do wzięcia pod lupę działalności adwokatów Wojciechowskiego i Stopy po godzinach.
Od tego czasu zdążyłyśmy również otrzymać wiele oburzonych wiadomości od wielbicieli bloga płci obojga. Ostatnią z notek przed usunięciem z sieci również jego autorzy poświęcili właśnie nam: pytając, dlaczego nie podjęłyśmy z nimi dyskusji na argumenty, oni wszak powoływali się na różnego rodzaju dane – na przykład o mniejszej objętości kobiecego mózgu.
Pragniemy więc odpowiedzieć na wszystkie pytania i wyjść naprzeciw wątpliwościom: prośba o naukowe zbicie tezy o tym, że kobiety (Żydzi, czarnoskórzy, Azjaci, geje, wegetarianie – wstaw dowolne) jako grupa charakteryzują się określonymi cechami osobowości lub umysłu – jest, z całym szacunkiem, perfidną manipulacją i zawracaniem głowy.

Historia pewnego fake newsa

„Ten strajk jest nielegalny” – tę kwestię niczym mantrę powtarzał prezes LOT Rafał Milczarski oraz kilku niższych rangą funkcjonariuszy tego przedsiębiorstwa, zatrudnionych w dziale komunikacji z mediami. Z taką bezczelną i szeroko zakrojoną akcją propagandową wymierzoną w pracowników i ich postulaty nie mieliśmy do czynienia już dawno.

 

Nielegalność jest kluczowym pojęciem w autorytarnych modelach zarządzania. To najbardziej skuteczna metoda na wykluczenie przeciwnika – podważenie legalności jego działalności. Aby ją zastosować, trzeba zdobyć akceptację ze strony aparatu władzy. Rafał Milczarski najwidoczniej czuł się bardzo pewnie, kiedy wiosną bieżącego roku zakwestionował legalność referendum strajkowego, zorganizowanego przez pracowników LOT. Mimo, że w głosowaniu wzięła udział ponad połowa członków personelu zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, a ponad 90 proc. z nich poparło akcje strajkową, prezes ogłosił, że plebiscyt był nielegalny. Celem tego zabiegu było zastraszenie zbuntowanej załogi przed zaplanowaną na 1 maja odmową pracy. Plan wypalił, bo za sprawą „Solidarności” i kilku innych nieszczególnie bojowych związków, w komitecie strajkowym dokonał się rozłam, akcja została przełożona.
Prezes Milczarski postanowił pójść za ciosem i spróbować kryminalizacji nie tylko strajku, ale również jego organizatorów. Na początku czerwca dyscyplinarnie zwolniona została Monika Żelazik, przewodnicząca komitetu strajkowego, a także główna negocjatorka strony pracowniczej. Zarzut? Prowadzenie działalności terrorystycznej. Chodziło o fragment wiadomości wysłanej do pracowników, w której apelowała o dostarczenie na protest uzbrojenia z czasów Powstania Warszawskiego. Zarząd uznał to za pretekst do wyeliminowania najsilniejszej osobowości w obozie przeciwnika. Z odsieczą przyszła prokuratura, które błyskawicznie poinformowała o wszczęciu postępowania.
O tym, że strajk jest nielegalny słyszeliśmy również, kiedy pracownicy w końcu do niego przystąpili. Milczarski twierdził, że ma postanowienie sądu, który faktycznie strajku zakazał, wskazując na błędy przy organizacji referendum. Prezes wymachiwał wyrokiem, grzmiąc o „terroryzowaniu” i „działaniu na szkodę spółki”. Zapomniał jednak dodać, że podstawą do organizacji strajku nie było już głosowanie pracowników, a fakt bezprawnego wyrzucenia z pracy głównej negocjatorki, co pozwoliło pracownikom przeprowadzić akcje strajkową według uproszczonej procedury. Świstek wydany przez sąd, do którego odnosił się Milczarski, nie miał zatem żadnego znaczenia. Po raz kolejny jednak fejkowa wersja rzeczywistości, wyprodukowana przez aparat propagandy, zawirowała w części mediów.
„Nielegalny” był zatem strajk, który odbył się w ramach protestu przeciwko ewidentnie nielegalnemu, co potwierdzają opinie ekspertów od prawa pracy, zwolnieniu przewodniczącej związku zawodowego, który z zachowaniem wszelkich procedur zamierzał zorganizować strajk, do którego prawo gwarantuje nam Konstytucja. „Nielegalna”, według prezesa i jego ludzi, była akcja niezgody na umowy śmieciowe, na podstawie których pracują stewardesy i piloci, mimo, iż według opinii Generalnego Inspektoratu Pracy to właśnie takie formy zatrudnienia są niezgodne z prawem. „Nielegalny” był też protest przeciwko odmowie przywrócenia regulaminu wynagradzania, skasowanego pod szantażem upadku spółki podczas kryzysu w 2010 roku. Brak takiego regulaminu w tak dużej spółce jest niespotykanym kuriozum. Prezes Milczarski wyrasta w tym kraju na specjalistę od opisywania rzeczywistości na opak.

Europejczycy nie wierzą w złowrogą Rosję

Amerykanie również. Wyniki badania przeprowadzonego przez Francuski Instytut Opinii Publicznej (IFOP) na ponad tysiącosobowych próbach we Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech i USA. pokazują, że antyrosyjski ton w mediach nie wywołuje zaufania u odbiorców.

 

Pytanych poproszono o ocenę obiektywizmu publikacji dotyczących Rosji w ich krajach. 43 proc. Amerykanów odpowiedziało, że nie wierzą w tej sprawie własnym mediom, w Wielkiej Brytanii wartość ta sięgnęła 47 proc., we Francji 53 proc., a w Niemczech co drugi ich mieszkaniec nie wierzy w wiarygodność swoich mediów opisujących Rosję. W podziałach na grupy według wykształcenia wygląda to jeszcze ciekawiej. 59 proc. Francuzów z wyższym wykształceniem nie wierzy swoim mediom, opisującym Rosję, podobnie jak 72 proc. wyborców partii prawicowych.

Większa rezerwa panuje wśród Francuzów młodszych niż 35 lat – liczba sceptyków osiąga 58 proc. (51 proc. wśród starszych) W Niemczech 64 proc. sympatyków prawicy nie wierzy własnym mediom w tej sprawie i 54 proc. wyborców lewicowych.

W USA biali Amerykanie (45 proc.) nie dowierzają własnym mediom relacjonujących tematykę rosyjską bardziej niż Afroamerykanie (35 proc.). Nie wierzą w obiektywizm mediów częściej wyborcy republikańscy niż demokratyczni i protestanci częściej niż katolicy.

Jeśli zważyć, że silna antyrosyjska propaganda była zawsze obecna w przestrzeni medialnej zachodu, a od 2014 roku jej siła zwiększyła się wielokrotnie, to tak wysoki poziom sceptycyzmu wobec wiarygodności zachodnich mediów jest zastanawiający. Czy wynika to z pewnego zmęczenia opinii publicznej rusofobią, czy też należy złożyć to na karb silnego przeciwstawiania się i równie mocnego wpływu propagandy rosyjskiej skierowanej do odbiorcy zachodniego? Ostatnio rosyjska stacja RT wyszła na prowadzenie na świecie wśród najczęściej oglądanych mediów w Internecie (7 miliardów odsłon), co może być pewnym wytłumaczeniem wyników badania IFOP.

Internet dla bogatych

Przez lata wierzyliśmy, że powszechny dostęp do internetu zniweluje różnice społeczne. Tak, jak kiedyś informacja była przywilejem bogatych, tak bowiem teraz globalna sieć miała raz na zawsze skończyć z postrzeganiem wiedzy jako towaru. Nic z tego. Najnowsze badania dowodzą, że zarobki nadal decydują o jakości informacji, które otrzymujemy.

 

Analizę wykorzystania internetu przez różne grupy społeczne zlecił Reuters Institute for the Study of Journalism. Dwójka badaczy związanych z Oxford University – Antonis Kalogeropoulos i Rasmus Kleis Nielsen – ustaliła, że wielkość zarobków kształtuje sposób, w jaki korzystamy z informacji, nie mniej niż to było przed nadejściem świata 2.0. Ich zdaniem, „ekspansja nowych mediów często powoduje, że osoby, które mogą i potrafią korzystać z informacji stają się coraz bogatsze, natomiast w przypadku pozostałych pogłębia się bieda i wykluczenie”. Co więcej, „to nasz status społeczny decyduje o tym, z jakich źródeł internetowych czerpiemy swoją wiedzę”.

Okazuje się, że różnice w sposobie korzystania z informacji znajdujących się w internecie są większe nawet niż w przypadku mediów tradycyjnych. Przynajmniej w Wielkiej Brytanii, gdzie przeprowadzono badania, konsumpcja prasy czy telewizji pozostaje mniej więcej na tym samym poziomie, bez względu na wykształcenie i zarobki. Potężny rozdźwięk pojawia się natomiast w liczbie wykorzystywanych źródeł dostępnych online. O ile osoby lepiej sytuowane sprawdzają informacje za pośrednictwem co najmniej dwóch stron internetowych, o tyle biedniejszym i gorzej wyedukowanym przeważnie wystarcza zaledwie jedna.

Co to oznacza? Między innymi to, że osoby biedniejsze są bardziej narażone na fake newsy. Według badań przeprowadzonych przez Kalogeropoulosa i Nielsena, znaczny odsetek tej grupy społecznej czerpie informacje z mediów społecznościowych. Tymczasem – czego doświadczamy na co dzień – to właśnie Facebook czy Twitter są wylęgarniami fałszywych wiadomości. Z kolei osoby z wyższymi zarobkami najczęściej zaglądają bezpośrednio do internetowych wydań uznanych tytułów medialnych. O wiele częściej też niż biedniejsi, korzystają z newsletterów, alertów i innych narzędzi do agregacji wiadomości.

Istotne różnice występują także w samych stronach internetowych, z których czerpane są dane. Osoby lepiej sytuowane odwiedzają przede wszystkim serwisy informacyjne o ustabilizowanej renomie, zazwyczaj prowadzone przez duże tytuły prasowe, w tym zwłaszcza te uznane za prestiżowe. Natomiast użytkownicy o zarobkach poniżej średniej przeważnie wybierają źródła nastawione na sensację i plotki. Oznacza to, że internet nie zdołał odwrócić trendu, który od lat daje się zaobserwować w przypadku mediów tradycyjnych. Opublikowane właśnie badania wskazują bowiem, że osoby majętne trzykrotnie częściej niż pozostałe grupy społeczne sięgają po tzw. prasę prestiżową. Z kolei gorzej sytuowani o wiele chętniej wybierają tabloid i pisma plotkarskie.

Kalogeropoulos i Nielsen nie dają nadziei na szybką poprawę. „Z każdym krokiem w kierunku coraz bardziej cyfrowego świata mediów – piszą – społeczne nierówności w dostępie do informacji będą wzrastać. Dotychczas wydawało się, że to poglądy polityczne głównie powodują, że wybieramy te, a nie inne media. Okazuje się jednak, że różnice społeczne, ale również wiek, płeć czy pochodzenie etniczne odgrywają równie istotną rolę w doborze źródeł. W zasadzie, większość dziennikarzy chciałaby, aby tworzone przez nich wiadomości trafiały do wszystkich, bez względu na zasobność portfela. Niestety, mimo łatwości, z jaką można obecnie korzystać z internetu, tak się nie dzieje”.

Powoli, lecz systematycznie, globalna sieć ulega więc takim samym podziałom, co świat realny. Dla tych, którzy posiadają pieniądze i odpowiedni kapitał kulturowy powstają strony z informacjami wysokiej jakości. Wykorzystują one najnowsze technologie i dostosowują swoją zawartość pod wyrafinowane gusta odbiorców. Oczywiście wszystko za opłatą. Cała reszta musi się zadowolić darmową rozrywką dla mas. Jedną z konsekwencji takiego stanu rzeczy jest spadające zaufanie do mediów, które niczym w XVIII w., kierują swoją uwagę głównie w stronę wąskiej elity.

Badania zlecone przez Reuters Institute for the Study of Journalism przeprowadzono w Wielkiej Brytanii. Nie ulega jednak wątpliwości, że podobne rezultaty przyniosłaby analiza sposobów korzystania z informacji online przez inne społeczeństwa. W rankingu sprawiedliwości społecznej, pośród państw członkowskich Unii Europejskiej, Wielka Brytania zajmuje miejsce w połowie stawki. O wiele większe nierówności występują m.in. w Polsce, Włoszech czy na Węgrzech. Są to jednocześnie te państwa, gdzie wzrasta radykalizacja społeczeństw, a do głosu dochodzą różnej maści populiści. Media społecznościowe, fałszywe konta i szemrane serwisy informacyjne – to ich naturalne zaplecze. I tak zapewne pozostanie, póki pieniądze wciąż będą decydować o tym, co i jak możemy przeczytać w internecie.

Lepiej iść pod prąd

Przeczytałem dzisiaj z rana dwa wywiady, które lewicowi publicyści zrobili z kandydatami PO i PiS na prezydenta Warszawy. W „Krytyce Politycznej” Jakub Majmurek rozmawiał z Patrykiem Jakim, a w „Tygodniku Powszechnym” Rafał Woś z Rafałem Trzaskowskim.

 

W mojej opinii, w tych rozmowach na zaminowanym gruncie znacznie lepiej wypadł Jaki. Udało mu się rozbroić naszykowane na niego przez lewicę materiały wybuchowe, podczas gdy Trzaskowski beztrosko przeszedł po polu minowym małymi kroczkami, popełniając harakiri i potwierdzając wszystkie lewicowe stereotypy na swój temat.
Jak na to zareagował lewicowy Internet? Majmurek jest stawiany do pionu, że nie dość mocno przyłożył Jakiemu, że takich wywiadów nie publikuje się bez obnażenia kłamstw i manipulacji rozmówcy. Te same osoby, które są pierwsze do wytykania PiS-owi zamordyzmu, skłonne są domagać się zakładania kagańca na sferę publiczną, byle tylko wygrała ich strona. Media liberalne, w nie mniejszym stopniu niż prawicowe, są odpowiedzialne za kształtowanie się illiberalnego społeczeństwa. Jedne i drugie uzasadniają swoją stronniczość troską o prawdę i wiarygodność. Jedni zrobili skok na media publiczne przy Woronicza, inni tęsknią za Ministerstwem Wiarygodności i Informacji Publicznej przy Czerskiej – oczywiście sprywatyzowanym (żeby ludzie „Wyborczej” mogli się uwłaszczyć i ustawić na lata). A ja wolę, żeby każdy sobie oceniał sam, co jest wiarygodne i wiarygodnych ekspertów i autorytety też wybierał sobie wedle uznania. Przysłuży się temu sfera publiczna, która będzie niezdominowana przez partyjne szczekaczki, ustawki, interwencje na polityczne zamówienie, wolna od cenzury i autocenzury. Dziękuję wszystkim publicystom, którzy idą w tej sprawie pod prąd – tym z lewa, z centrum i z prawa.

Przerażające rozlewisko kłamstwa WYWIAD

Z prof. Zbigniewem Mikołejko, filozofem i historykiem religii, eseistą, kierownikiem Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Wicemarszałek Senatu Adam Bielan mówi: spowodowaliśmy, że Polska nigdy nie była tak silna na arenie międzynarodowej. Premier przekonuje, że nie było dróg za poprzednich rządów i że sam negocjował wejście Polski do UE, minister edukacji twierdzi, że reforma była bezkosztowa i żaden nauczyciel nie stracił pracy, chociaż samorządy musiały dopłacić miliony zł. Czy kłamstwo opanowało politykę?

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: To rozlewisko kłamstwa rzeczywiście jest przerażające i przynosi na myśl najgorsze wzory dziejowe. Chociaż to, co teraz obserwujemy, jest niebywałe, ponieważ środki, przy pomocy których można rozsiewać kłamstwo, uległy spotęgowaniu. Kiedyś instrumentarium kłamstwa nie miało tylu możliwości przenikania do różnych miejsc, do tylu środowisk, chociażby dlatego, że propaganda radiowa nie dotykała wszystkich w czasach nazizmu czy sowietyzmu, bo nie każdy np. miał radio.

Dziś natomiast – czy chcemy tego, czy nie – żyjemy w takiej wirtualnej powięzi, gdzie kłamstwo dopada nas w najgłębszym naszym przytulisku. Wystarczy, że otworzymy w domu komputer – i już możemy się znaleźć w przestrzeni kłamstwa.

Podsumowując ten wątek: łatwość dostępu do narzędzi rozsiewania kłamstwa jest tu bardzo ważna, ale zaraz za nią kroczy druga przyczyna.

Ponieważ znaczna część z nas żyje w tej wirtualnej powięzi, to zostaje zatarta granica między tym, co rzeczywiste, a co nie. Sama przy tym technika przekazu informacji nie jest neutralna i wiele osób staje się z tego powodu zagubiona. Po trzecie, drastycznie nam osłabł system edukacji; polska szkoła jest szkołą, która najmniej w skali świata – jak mówią najnowsze badania – uczy literatury, pisania i czytania.

Zatem ludzie – trochę na własne życzenie, bo łatwiej jest być leniwym umysłowo niż pracować intelektualnie – stali się bezbronni wobec kłamstwa. Sztuka czytania literatury i pisania jest przecież sztuką myślenia, poszerzania własnych horyzontów, wyrażania własnych myśli i rozeznania w świecie itd.

 

Przychodzi mi na myśl przykład faraonów, którzy za pomocą wiedzy o zaćmieniu słońca manipulowali ludem.

To jest właśnie ten mechanizm, który obnaża w powieści „Faraon” Bolesław Prus. To oczywiście przykład literacki, choć ważny i symboliczny, bo doskonale i dramatycznie pokazuje niszczące uderzenie tego, co irracjonalne, nierozumne i mroczne, w to co racjonalne i pożyteczne – także dla ludu, który jednak idzie za tym, co dla niego zgubne, nieszczęsne. To gorzki obraz z książki Prusa, ale znamy przecież podobne przypadki z historii. Jest ich bardzo wiele. I dziś zresztą obserwujemy ten sam mechanizm, nie tylko w Polsce.

Ludzie bowiem niekoniecznie idą za tym zawsze, co dla nich dobre. I ulegając kłamstwu, często działają na własną zgubę, gdyż zostają zmanipulowani. Zresztą to kluczowe słowo; „zmanipulowani” oznacza, że stają się niewolnikami cudzych iluzji.

 

Panie profesorze, ale jednak człowiek jest istotą rozumną, a pamięć ludzka sięga dalej niż trzy lata wstecz. Chyba ludzie pamiętają, jak jeździło się wtedy po Polsce. A dziś premier mówi, że dróg nie było. Jak to możliwe?

Bo tu mamy jeszcze jeden mechanizm – dość szczególne przełamanie dysonansu poznawczego w tak szerokiej społecznej skali. Ten sam mechanizm wykorzystują zresztą sekty; zrobiłem coś dobrego dla kogoś albo uległem komuś tylko raz i w jednej sprawie – ot, zagłosowałem na rządzącą formację, bo dała mi 500 zł. Teraz więc, żeby zachować twarz i pozory rozumności i bezinteresowności tego własnego czynu, muszę zamknąć oczy np. na daty, fakty, historię, nawet na elementarną prawdę, choćby była ona niepodważalna, jaskrawa i krzyczałaby wniebogłosy. Jeżeli jeszcze do tego wykazałem się jakąś gorliwością w popieraniu owej władzy, to nie mogę nagle powiedzieć, że ona jest kłamliwa i zła. To wszystko dzieje się nie dlatego, że kocham tę władzę, tylko dlatego, że ja sam w pewnym momencie dałem się kupić, raz zwieść, ale nie mogę się do tego przyznać nawet przed samym sobą. I tylko najtęższe umysły potrafią zrelatywizować swoje poglądy, wysupłać się jakoś z tego wewnętrznego zapętlenia.

 

W przypadku PiS-u mamy tylko kilka przykładów. Najgłośniejsze to profesorowie Jadwiga Staniszkis i Ryszard Bugaj, którzy popierali oficjalnie PiS, potem zmienili zdanie.

Bo to niezwykle trudne. Możemy to pokazać przez przykład pewnego eksperymentu dotyczącego przełamywania dysonansu poznawczego. Oto pewien niepalący mężczyzna został wprowadzony w stan hipnozy. I poproszono go, aby w piękny, pogodny dzień włożył płaszcz i wziął parasol, wreszcie udał się do odległego kiosku, chociaż miał taki również pod domem. No i kupił tam paczkę papierosów. Został następnie rozbudzony przy powrocie i zaczęto zadawać mu pytania. – Dlaczego kupiłeś papierosy, skoro nie palisz? – No, pomyślałem, że mogą przyjść do mnie goście i któremuś z nich może zabraknąć papierosów… – A dlaczego jesteś w płaszczu i z parasolem, skoro jest taka ładna pogoda? – No, bałem się, że może zacząć za chwile padać. – A dlaczego udałeś się do dalekiego kiosku, skoro masz pod domem taki sam? – No bo skoro jest taka ładna pogoda, to chciałem się przejść, bo jest taka ładna pogoda…

To jest ten sam mechanizm, z którym mamy do czynienia w życiu zbiorowym – znajdowania pozornie rozumnych uzasadnień dla naszych nierozumnych czynów i wyborów – tylko pokazany na jednostkowym przykładzie.

 

Powiedział pan, że podobnie narzędziami operują sekty?

Tak, szczególnie te niebezpieczne. Tam zazwyczaj przyszłych, ewentualnych członków prosi się o drobną przysługę, np. przyniesienie paczki – i dopiero wówczas stopniowo zachęca do rozmowy, do wejścia w relacje. I taka osoba często zostaje oddanym członkiem grupy. Na ulicy bowiem trudno kogoś zachęcić, żeby nagle przyłączył się do sekty, której prawdziwe cele są ukryte.
PiS też zresztą nie mówił, że rozwali system, że nie będzie przestrzegał konstytucji. W kampanii więc uśmiechnięta Beata Szydło mówiła o polskich rodzinach i malowała szkołę, a prezydent Duda opowiadał, że będzie prezydentem wszystkich Polaków.

 

Kolejne kłamstwo.

Zatem – myśli wyborca – skoro już zagłosowałem na PiS lub jego poplecznika, partię Kukiza, czyli PiS dla małolatów (bo to jest bardziej anarchiczny i nieuporządkowany wariant podobnego populizmu) – to cały czas chcę potem sobie i innym udowodnić, że zrobiłem słusznie, że to, co robi PiS, jest racjonalne, służy dobru mojemu i powszechnemu. Nie liczy się wtedy dookolna rzeczywistość z jej prawdą faktów – liczy się tylko świat wewnętrzny, gdzie za wszelka cenę próbuje się zachować spójność swoich czynów z ocenami moralnymi. I tu jest sedno sprawy.

 

To musi działać przede wszystkim na elektorat PiS-u, a co z resztą?

Niekoniecznie tylko na elektorat PiS-u, ale też i na ludzi tzw. obojętnych. Skoro bowiem nie zareagowałem na zło, które wokół mnie się działo czy dzieje, na obłudę, agresję i kłamstwo, to muszę to sobie jakoś wytłumaczyć, jakoś się z tym rozliczyć. I tu mamy również znamienny przykład z obszaru psychologii społecznej: głośne ongiś zabójstwo studentki Kitty Genovese, która została brutalnie zamordowana na jednym z amerykańskich kampusów, a ludzie przyglądali się temu z okien, widzieli zbrodnię i nie zareagowali. Później swą obojętność tłumaczyli tym, że Kitty Genovese była zła i grzeszna. Pojawił się nawet artykuł w uniwersyteckiej gazecie, który opisywał ją jako osobę z gruntu niemoralną. Takie zachowanie nazwano „efektem widza”.

Jest to przykład dyfuzji odpowiedzialności, jej rozproszenia, które powoduje, że obojętni obserwatorzy zdarzeń zaczynają szukać usprawiedliwień w kłamstwie. A do tego przychodzą jeszcze źli i bezczelni manipulatorzy, którzy kłamią i „odwracają kota ogonem”, aby osiągnąć rozmaite korzyści – polityczne, emocjonalne, finansowe.

A nawiasem mówiąc, zjawiska interesu emocjonalnego, którego rolę staram się podkreślać od lat, nasza socjologia polityczna nie brała pod uwagę. I dalej właściwie nie bierze – albo bierze ospale. I dopiero badania prof. Gduli nad Miastkiem trochę uwydatniły ów interes emocjonalny. A tymczasem ludzie – różne ich zbiorowości – mają ważne i trwałe interesy emocjonalne, które niekoniecznie są zgodne z interesami ekonomicznymi czy społecznymi. Ba, często są brutalnie sprzeczne z tymi ekonomicznymi czy społecznymi. To oznacza, że na czystkach w Sądzie Najwyższym, w mediach, na represjonowaniu sędziów „ja” nie zyskuje w sensie bezpośrednim żadnych oczywistych, wymiernych korzyści, ale za to odczuwa silnie schadenfreude, „złą radość” z cudzego nieszczęścia.

Polega to na myśleniu: wprawdzie ja sam nie doznaję niczego korzystnego, ale dobrze tak tym sędziom, tym lekarzom, tym dziennikarzynom wyrzuconym z roboty! Taka „zła radość” stanowi bowiem swoistą uczuciową „zapłatę” za moje rzeczywiste czy – dużo częściej – urojone krzywdy.

 

To typowo polskie?

Typowe dla ludzi małych i niewiele w swoim odczuciu znaczących, a takich pośród nas jest większość. To dotyczyć może zatem tych wszystkich, którzy nie doznali awansu społecznego z różnych przyczyn i dowartościowują się właśnie cudzym nieszczęściem. Tu także jest istotny poziom szkoły. Przed 1989 rokiem szkoła, jakkolwiek nadmiernie represyjna, stawiała jednak wiele wymagań co do nauki i zasad postępowania. Potem jednak mechanizm ten uległ zdecydowanemu i nadmiernemu rozluźnieniu, serwowanemu pod hasłem demokratyzacji.

Oczywiście, proces demokratyzacji był szkole potrzebny, ale przecież nie przez uwolnienie dzieci i młodzieży od poczucia obowiązku, także wobec siebie samych – od obowiązku nauki, zdobywania wiedzy, rozwoju, stawiania sobie wymagań.

Ten proces jeszcze nasilił się poprzez dostępność do szkół wyższych – zatem mamy trzy razy więcej uczelni niż Stany Zjednoczone. W Polsce jest ich bodaj 450, a w USA – 150. No i dziś mamy mniej maturzystów niż miejsc na uczelniach wyższych. Zatarły się więc progi inicjacyjne, czyli trudne i bolesne momenty, które pozwalały wznieść się jednak wyżej, awansować. Wszystkie społeczności miały takie progi inicjacyjne – i kultury pierwotne, i nowoczesne zachodnie.

Aby stać się więc dorosłym mężczyzną czy dojrzałą kobietą, trzeba było przejść przez bolesny – czasem nawet drastyczny – proces. Wówczas dopiero można było stać się członkiem wyższej grupy społecznej, zwiększyć swe prawa (ale i obowiązki): przejść z kategorii chłopców do kategorii mężczyzn, z kategorii dziewcząt do kategorii kobiet.

Społeczeństwa zachodnie ukształtowały natomiast system inicjacyjny oparty na edukacji szkolnej. Progiem była choćby matura, zwana kiedyś nie bez powodu „egzaminem dojrzałości”. Jeśli więc manipulujemy przy tym progu, łagodzimy go czy niwelujemy, to stawiamy coraz niższe warunki dojrzałości – intelektualnej, emocjonalnej, kulturowej – społeczeństwu. A z drugiej strony coś, co nie wymaga wysiłku, jest nisko cenione. Za tym idzie prosta prawda, że tego, czego nie ma systemie szkolnym, nie ma i w mentalności powszechnej. W obliczu zdegradowania progów inicjacyjnych nie ma się więc co dziwić, że zbiorowości naszej tak brakuje nie tylko elementarnej wiedzy o świecie, wiedzy historycznej, ekonomicznej, prawnej, ale też rozeznania w rzeczywistych hierarchiach wartości, właściwych zasadach egzystencji społecznej i normach moralnych.

Na dodatek brak usankcjonowanej społecznie inicjacji bywa często spontanicznie kompensowany – co obserwujemy nie tylko w szkołach, ale i w wielkich korporacjach – przez tzw. inicjację dziką, drastyczną i nieuporządkowaną.

 

Czyli sami na to zapracowaliśmy?

Środowiska liberalne i lewicowe, rządzące nami po 89 roku, same zgotowały sobie taki los. Zbudowały bowiem fałszywą paideię, pozorny system wychowania i nauki. Dziś zatem dyplom renomowanej uczelni jest porównywany z dyplomem uczelni, która jest skrzyżowaniem „szkoły pod żaglami” z akademią Lata z Radiem.

Zaciera się ponadto w masowej kulturze ponowoczesnej tradycyjne pojęcie dobra i zła – coś, co mieściło się w przedwojennej zasadzie przyzwoitości (do czego wracał Bartoszewski, mówiąc, że „warto być przyzwoitym”).

No i kultura kłamstwa jest też kulturą pogardy.

Proszę więc zobaczyć, kto się dorwał obecnie do władzy. Tam nie ma ludzi, którzy mają specjalne zasługi dla Rzeczpospolitej, a wręcz przeciwnie: są ludzie, którzy nie brali szczególnego udziału w żmudnym i bolesnym wędrowaniu Polski ku wolności (a często byli po stronie upadłego reżimu), są ludzie mali, wszelkiego rodzaju drobnomieszczaństwo, ludzie rozgoryczeni i rozeźleni , którzy przegrali – często jedynie w swej świadomości – na transformacji. I oto właśnie ci ludzie, dzięki fatalnie skonstruowanemu mechanizmowi wyborczemu i kłamstwu, zyskali nagle władzę – nad mądrzejszymi, bardziej pracowitymi i zasłużonymi, nad tymi, którzy mają nierzadko piękne, heroiczne karty. Rozkoszują się więc taką władzą, bo wszystko mogą. To jest rodzaj władzy absolutnej i absolutnej bezkarności – bo nie ma takiego mechanizmu, który zabroni kłamać i za to ukarze.

Kłamca czy „retoryk”?

Tylko „Trybuny” repolonizować nie trzeba.

 

– Jak „Berliner Zeitung” miało być wykupione przez Amerykanów, to sobie prześledźcie w Internecie, jaka była awantura w Niemczech – stwierdził w Płońsku pan premier Mateusz Morawiecki. Podkreślił, że w innych krajach Unii Europejskiej media są własnością narodowych koncernów. Za to Polsce krajowe media w ogromnym stopniu nie należą do Polaków.
„Proszę popatrzeć na Francję i Niemcy, na Hiszpanię i na Włochy. Na duże kraje Unii Europejskiej”, biadolił w zeszły poniedziałek pan premier Morawiecki podczas kolejnego wiecu poparcia dla kandydatów PiS w wyborach samorządowych. I jak zwykle podczas takich wieców, naobiecywał mieszkańcom Płońska wysyp rządowych inwestycji oraz słodkie życie. Pod jednym warunkiem. Jeśli tylko zagłosują na wskazanych przez PiS kandydatów narodowo-katolickich.
W Płońsku został niespodziewanie zapytany o „repolonizację” mediów w naszym kraju. Początkowo też to chciał obiecać, ale szybko ugryzł się w swój, znany z „retoryki”, język.„Retoryką języka” nazwał ostatnio kłamstwa pana premiera Morawieckiego, przychylny mu sąd.
Skoro szybkiej repolonizacji pan premier nie mógł obiecać, to zwyczajowo zaznaczył, że do tego haniebnego dla każdego prawdziwego Polaka stanu, „doprowadziły lata III RP i lata transformacji”.
Oczywiście znany „retoryk” Mateusz Morawiecki nie sprecyzował kto jest odpowiedzialny za wysprzedaż czysto polskich kiedyś gazet obcym medialnym koncernom. Zwłaszcza tym wrażym, bo niemieckim.
Przypomnijmy zatem wielkiemu „retorykowi” jak to z wyprzedażą polskich, rodowych medialnych sreber było. Otóż 22 marca 1990 roku Sejm uchwalił ustawę o likwidacji Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej ”Prasa- Książka- Ruch”. Czyli koncernu medialnego należącego wcześniej do PZPR i socjalistycznych związków młodzieży. Dnia 6 kwietnia premier Tadeusz Mazowiecki powołał Komisję Likwidacyjną RSW „Prasa-Książka- Ruch”.
Majątek koncernu zostało podzielony przez Sejm w 1990 i 1991 roku. Zagrabione mienie poPZPRowskie zostało potraktowane jak kiedyś pożydowskie. Przekazano je zwycięskim prawicowym partiom politycznym i związkowi zawodowemu NSZZ ”Solidarność”. Partia braci Kaczyńskich, czyli „Porozumienie Centrum” przejęły gazetę „Express Wieczorny”. Kongres Liberalno-Demokratyczny i część działaczy Unii Demokratycznej zabrało gazetę „Życie Warszawy”, Konfederacja Polski Niepodległej dziennik „Sztandar Młodych” i tygodnik „Razem”. Zaś lewicowej, postpezetpeerowskiej SdRP na odczepkę dano dziennik „Trybunę”.
Prasa regionalna została podzielona pomiędzy związek zawodowy NSZZ ”Solidarność” i partie prawicowe. Ponieważ związkowcy i prawicowcy nie potrafili redagować gazet to część swoich udziałów sprzedali zagranicznym koncernom medialnym. Najpierw francuskim, bo wtedy polska prawica i związkowcy z „Solidarności” uprawiali z francuskimi koncernami przyjaźń przechodzącą w miłość nawet. Potem Francuzi odsprzedali swe udziały Niemcom.
Z biegiem lat partie prawicowe i NSZZ ”Solidarność” potrzebowały coraz więcej pieniędzy na uprawianie polityki. No to wyprzedawały stopniowo swe udziały zagrabionego mienia poPZPRowskiego. Zagranicznym koncernom medialnym rzecz jasna.
Tak to polscy prawicowi politycy, z braćmi Kaczyńskimi na czele, oraz zaprzyjaźnieni z nimi związkowcy z NSZZ „Solidarności” wyprzedali zagranicznym koncernom medialnym polskie gazety.
A teraz obłudnie i „erotycznie” płaczą na brak polskich mediów. I jako winnych wskazują anonimową „transformację”!!!
Na polskim rynku, jako jedyna ogólnopolska gazeta, należąca w całości do polskiego właściciela pozostała jedynie „Trybuna”.
Bo określany przez polską prawicę jako „polski” „Nasz Dziennik” należy przecież do międzynarodowej korporacji, zwanej kościołem katolickim.

 

PS. Odpowiadając na pytania potwierdzam, że kandyduję do Rady Miasta Stołecznego Warszawy z Wilanowa i Ursynowa.

Przemysł pogardy

Odkrywszy w sobie odrobinę masochizmu, od trzech lat dość uważnie i systematycznie śledzę prawolskie, propisowskie portale. I klnę się na Boga, w którego nie wierzę, że ten hejt, który kierowany jest w stronę PiS, to istny śpiew słowika w porównaniu z kloacznym rynsztokiem i przemysłem pogardy, jaki wylewa się ze strony zwolenników „dobrej zmiany”.

 

Jeśli PiS wygra najbliższe starcia wyborcze uzyskując samodzielną większość, to rozpęta takie piekło, że obecną kadencję wspominać będziemy rozrzewnieniem jako łagodny czas poszanowania demokracji, praw i wolności obywatelskich.

 

Przemysł pogardy

Zgodnie z zasadą „łapaj złodzieja” pisowcy zawsze podnoszą głośne larum, gdy spotka ich jakakolwiek krytyka z drugiej strony. Cechuje ich w tej mierze hiperwrażliwość na miarę andersenowskiej księżniczki na ziarnku grochu – uwiera ich nawet małe ziarnko umieszczone pod stosem poduszek. W tym celu wymyślili określenie „przemysł pogardy”. Kilka lat temu ukazały się dwie książki zorientowanego propisowsko autora Przemysława Kmiecika o „przemyśle pogardy”, który po 10 kwietnia 2010 roku miał być skierowany przeciwko osobie Lecha Kaczyńskiego i przeciwko środowisku politycznemu jego brata. Nie wiem, kto je wymyślił, ale w środowisku pisowskim bardzo się ono przyjęło i chętnie jest przywoływane. Bardzo dobrze pamiętam jednak, że to, co nazywali i nazywają „przemysłem pogardy”, było na ogół w gruncie rzeczy ostrą krytyką, czasem satyrą z akcentami szyderstwa, co najwyżej w wyższej strefie stanów średnich natężenia. Poza Januszem Palikotem, który pozwalał sobie na znacznie od przeciętnej ostrzejszą „szyderę”, pozostałe treści antypisowskie i czy antykaczystowskie mieściły się w szeroko pojętej normie politycznej satyry. Tymczasem kaczyści, co rusz wołając: „przemysł pogardy” i „łapaj złodzieja” otworzyli szeroko tamy takiemu kloacznemu rynsztokowi za którym jest już tylko zapach krwi i prochu.

 

Dwa przykłady

W swoim programie „Nie ma żartów” Eliza Michalik rozmawiała kilka dni temu z pisarką Marią Nurowską. „Dla mnie Kaczyński jest wydestylowanym złem”, „Kaczyński ma jedno zadanie: zemsta. Mści się na nas za to, że mu zabito brata. Zabili mi brata, to teraz ja ich wykończę”, „strasznie mnie razi u nich prostactwo i brak poczucia humoru”, „PiS kieruje ofertę do ludzi nieinteligentnych, do dołów społecznych, te ich doły społeczne przekupili 500 plus”, „oni ten pisowski reżim zbudowali na kłamstwie” – to niektóre tylko cytaty z wypowiedzi Nurowskiej. Można się zgadzać z tymi wypowiedziami, można nie, można mieć co do niektórych wątpliwości, ale mimo to powyższe sformułowania mieszczą się w ramach kultury słowa, bez inwektyw czy wulgaryzmów, nawet bez ostrego, dojmującego szyderstwa. Z całą pewnością mieści się w normie polskiej, a w zestawieniu z poziomem emocjonalnym i retorycznym debaty są wręcz nader umiarkowanie. Do tej rozmowy nawiązuje portal braci Karnowskich „w polityce” i rozdziera szaty w stylu: „Ach, cóż za straszna pogarda w słowach Nurowskiej, jaka nienawiść bez granic”. Zaglądam do innego propisowskiego portalu o nazwie „niezależna” i sięgam po materiał poświęcony niedawnemu protestowi przeciw wycofaniu się PiS z projektów rozwiązań ustawowych, które miały na celu poprawę losu zwierząt, zarówno tych tzw. hodowlanych, na futra i skórę, jak i domowych (psy na uwięzi). W proteście, który odbył się pod hasłem „Gdzie ta dobra zmiana dla zwierząt?” wzięły udział m.in. znane aktorki i celebrytki. Anja Rubik, Maja Ostaszewska, Agata Buzek, i to one zostały wzięte pod but przez pisowskich trolli. A oto próbki komentarzy pod tym materiałem: „Baby to jednak w większości debilki”, „jedna paskuda i beztalencie mniej” (to o Mai Ostaszewskiej), „Rubik, ta szkapa jeszcze żyje?”, „matko, jaka ona szkaradna szok”, „sfrustrowane pudernice na śmietnik z nimi”, „stare rury, z kilkoma co najwyżej komórkami w tych pustych łbach”, „na zdjęciu okropne kobiety: Buzkówna, Ostaszewska, Rubikówna coś potwornego”, „zwymiotowałem gdy zobaczyłem zdjęcie Rubikowej”, „sfiksowana brzydula na jej widok robi się niedobrze”, „ta jakaś wychudzona modelka Rubik wstrętna jak kupa po kacu”. Wystarczy? Nie da się ukryć, ta prawda jest naga: miażdżąca większość oszalałego z nienawiści rynsztoku spływa z pisowskich kanałów.

 

Kto sieje wiatr, zbiera burzę

Jak na dłoni widać tu najohydniejszy, mizoginistyczny rynsztokowy seksizm, bo przecież na tej demonstracji było także wielu mężczyzn, a o nich jednak ani słowa. Prawie nic też o smutnych „bohaterach” tej demonstracji czyli o zwierzętach, które tak kocha Jarosław Kaczyński. A gdyby tak zastosować podobne epitety do kobiet (skoro o kobietach tu mowa) do pań Pawłowicz czy Sobeckiej („stare rury”, „na śmietnik z nimi”), to co byście na to powiedzieli pisowscy trolle o niewyparzonych językach? A gdyby tak do nich i do kobiet PiS zastosować te skatologiczne epitety z ekskrementami i rzygowinami? Jednak nie róbmy tego. Niech to ONI zadławią się tym rynsztokiem. Jednak wychowany w żoliborskim domu na staromodnego damskiego galanta („całuję rączki”) Jarosław Kaczyński ani razu nie zajął publicznie głosu i nie wezwał swoich zwolenników do powstrzymania się od takiego języka w stosunku do kobiet. To co prawda nie powstrzymałoby tego rynsztoku, ale przynajmniej wystawiłoby jemu samemu choć jedno dobre świadectwo. Ale on już jest po drugiej stronie, na śmierć i życie, więc nie ma już żadnego powodu ani interesu by się uczciwie zachować. Jednak, trzeba mieć i to na uwadze, że zgodnie z regułą sformułowaną przez wielkiego polskiego poetę Adama Mickiewicza ( „gwałt niech się gwałtem odciska”) fala rozpętanego przez nich werbalnego gwałtu rozlewa się poza internet i media. W sobotę przed południem w jednej z warszawskich kawiarni młody człowiek zwrócił się do Krystyny Pawłowicz udzielającej przy stoliku wywiadu dziennikarzowi jednego z propisowskich tygodników, jednego z tych które publikują przywołane wyżej rynsztokowe ekspresje, następującymi słowy: „Zamknij mordę stara głupia babo” (…) Jak ona jest chamka, to się zwracam jak do chamki”. Nie popieram takich zachowań, ale nie pozostaje nic innego jak powiedzieć pisowcom: kto sieje wiatr, zbiera burzę.

 

Wybryk leżajski czyli Adrian irytuje się

Skoro zatem znajdujemy się w strefie języka, warto odnieść się do języka, na którym wysoko odleciał w Leżajsku Duda Andrzej, z formalnego punktu widzenia konstytucyjny prezydent RP. Jak to często u niego bywa, narcystyczne uwielbienie dla własnego głosu poniosło go znacznie dalej niż być może by chciał i wykrzyczał słowa o Unii Europejskiej jako o „wyimaginowanej wspólnocie, z której niewiele dla nas wynika”. Wywołało to zakłopotanie nawet w obozie PiS, w którym są ludzie, którzy przy wszystkich buńczucznych atakach na Unię dobrze wiedzą, z której strony posmarowany jest chleb. A otóż posmarowany jest on od strony zachodniej. I którzy wiedzą, że gdyby nie miliardy euro, które wpłynęły do Polski począwszy od roku 2004, to nasza umiłowana ojczyzna nadal, tradycyjnie brnęłaby w błocie i gnoju, a szyderczy wydźwięk określenia „polskie drogi” nadal byłby aktualny. Przez dziesięciolecia oskarżano ustrój Polski Ludowej o zapóźnienie cywilizacyjne kraju, a raczej obarczano PRL wyłączną odpowiedzialnością za niski i parciany poziom życia w tamtych czasach. Tymczasem historyczna prawda jest taka, że choćby nawet gospodarka Polski Ludowej przez całe 45 lata napinała się na najwyższe rejestry wysiłku i pomysłowości, to i tak nic by to nie dało bez solidnego kapitału z zewnątrz, bo Polska kapitału nie miała. Takie Włochy, które po wojnie były obrazem nędzy i rozpaczy odziedziczonym po poprzednich epokach, co zobaczyć można w filmach powojennego nurtu neorealistycznego (Roberto Rosselini, Vittorio de Sica), już kilkanaście lat później zakwitły „cudem gospodarczym” czyli ową „dolce vita” („słodkim życiem”) ze słynnego filmu Federico Felliniego. Wysiłek Włochów sprawił to w minimalnym stopniu, bo ową prosperity zawdzięczali nade wszystko planowi Marshalla, amerykańskiemu planowi ekonomicznego wsparcia Europy. Powodowane politycznym imperatywem i nakazem władze Polski odrzuciły ofertę wynikającą z tego planu i dokładnie w tym momencie zaczął się początek końca Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

 

Duda, nie Duda?

Ale wróćmy do Dudy. W związku z jego nieodpowiedzialnym retorycznym wybrykiem leżajskim powróciły w PiS spekulacje, czy aby naprawdę jest on dziś dobrym kandydatem obozu władzy na prezydenta w wyborach 2020 roku. Ostatnie sondaże, które pokazują, że Tusk go prześciga, a Biedroń depcze mu po piętach, mogą dać Kaczyńskiemu to i owo do myślenia. I choć kilka miesięcy temu potwierdził, że to Duda ponownie będzie kandydatem obozu władzy, to przywódca PiS jest człowiekiem zdolnym do gwałtownej wolty personalnej o ile zajdzie taka potrzeba. Duda jest w obozie PiS traktowany jako osobistość mocno wypalona i to już na dwa lata przed końcem kadencji. Denerwujące weta z ubiegłorocznych wakacji, długo drażniący twarde jądro PiS rzecznik Łapiński czy opinia powolnego manekina – zgodnie z paradoksem ludzkiej psychiki, która niejednokrotnie nakazuje bardziej szanować wroga niż własnego służalca – nie wywołuje szacunku do Dudy nawet u tych, którzy sami na takiej pozycji go ustawili. Tygodnik „Gazeta Polska” nie zaprzestał nazywać go „Dudaczewskim”, co jest w tym środowisku bliskim Macierewiczowi i sekcie smoleńskiej wyjątkowo ostrą obelgą. Prawdopodobieństwo wspomnianej wolty personalnej nie jest co prawda duże, bo byłoby to posunięciem ryzykownym, ale wiadomo, że wyobraźnia prezesa PiS nie ma wielkich ograniczeń, a bezwzględność żadnych. Do Dudy bez wątpienia głosy te docierają, stąd bardzo zła atmosfera w Pałacu (nomen omen) Namiestnikowskim (seria odejść), którego główny lokator bardzo jest zirytowany swoją postępującą, upokarzającą marginalizacją i prztyczkami jakie raz po raz otrzymuje od „swoich”. Dlatego, jak zauważa Jadwiga Staniszkis, w sposób właściwy dla niego, czyli infantylny, dziecinny, tupie nożynami jak rozjuszony bachor, okazując niezadowolenie.

 

Tako rzecze Wittgenstein

Zgodnie z formułą Ludwika Wittgensteina, filozofa od którego zaczęło się traktowanie języka jako czegoś więcej niż tylko narzędzia komunikacji, „granice mojego języka, są granicami mojego świata”. Jedną z konsekwencji tego jest to, że język ma także potężny potencjał sprawczy w warstwie empirycznej, wręcz fizykalnej. A ponieważ PiS jest formacją, która w największym stopniu, nieporównywalnie bardziej niż opozycja – w tej sferze dość bezradna – pracuje w tworzywie języka, więc także i tam czai się dla niego największe niebezpieczeństwo. Może się bowiem kiedyś niepowściągliwością i nadproduktywnością swojego własnego języka zadławić. Duda Andrzej na razie się nim tylko zakrztusił.