Lepszy świat jest możliwy

Znaczna część ludzi na świecie, która miała szczęście odebrać wykształcenie, uznaje dorobek Karola Darwina i jego następców, akceptując istnienie zasad doboru naturalnego oraz ewolucji jako nauki.

Inny, żyjący w podobnym czasie uczony, imiennik Darwina, twórca równie fundamentalnej teorii, którego dzieło do dziś stosują i rozwijają najwybitniejsi przedstawiciele nauk społecznych na świecie, nie miał tyle szczęścia. Dzieło Karola Marksa, bo to jego mam na myśli, wypaczyła historia. A dziś, z tkaniny jego twórczości wypruwane są włókna nitka po nitce. Natomiast jego imię i dzieło, jak śmiercionośny, przerażający wirus zwalczane są nerwowo przez „elity” tego świata prymitywną socjotechniką, kłamstwem i stereotypem. Nie da się jednak usunąć jego podstawowych twierdzeń z dorobku nauk społecznych, bo nie spalono jeszcze wszystkich książek marksistowskiej nauki.
Spójrzmy na marksizm tak: nie da się zaprzeczyć, że w obiektywnym interesie całej ludzkości jest podnoszenie jakości życia na ziemi. Jedynym sposobem dla osiągania tego celu jest ludzka praca – każda społecznie użyteczna praca. Nie da się zaprzeczyć, że społeczności powinny wynagradzać poszczególnych ludzi za użyteczne społecznie efekty pracy – pracy umysłowej, fizycznej, organizatorskiej, naukowej, opiekuńczej czy artystycznej – każdej pracy potrzebnej ludziom i tworzącej dobre warunki do życia na ziemi. Nie da się zatem zaprzeczyć, że zyski pochodzące z samego faktu posiadania pieniędzy i spekulacji nimi, albo z samego faktu posiadania środków produkcji, nie należą do tej kategorii – nie powinny mieć miejsca, bo nie mają sensu. Nie da się zaprzeczyć, że w systemie kapitalistycznym w jakim żyjemy, bardzo słabo wynagradzana jest praca. Fortuny nigdy z pracy nie powstają, a prawie zawsze są wynikiem obrotu kapitałem, tzw. dobrej inwestycji: zawłaszczania bogactw natury, a przede wszystkim korzystania z pracy innych ludzi – wyzysku. Nie da się zaprzeczyć, że w tym świetle gigantyczne nierówności majątkowe nie mogą być uznane za sprawiedliwe. A przecież są one wynikiem samej istoty działania systemu kapitalistycznego – strukturalnie weń wpisane. Kapitalizm przecież nie jest możliwy bez kapitału.
Nie da się zatem zaprzeczyć temu, co zauważył i jasno opisał Karol Marks, że w kapitalizmie są zasadniczo dwie „klasy” ludzi. Klasa właścicieli kapitału i środków produkcji oraz klasa ludzi pracujących.
Nie da się także zaprzeczyć, że cokolwiek, co ma dla człowieka materialną wartość, jeśli nie pochodzi wprost z natury, to pochodzi z pracy. Kapitał natomiast, jeśli nie jest wprost monetaryzowanym dobrem naturalnym (np. gruntem, kopaliną, lasem itp.), to powstaje wyłącznie jako nadwyżka wartości dobra wytworzonego z pracy. Coś zostaje wytworzone i sprzedane drożej niż koszt pracy poniesionej na wytworzenie tego. Ta nadwyżka w kapitalizmie zostaje przejęta przez właściciela kapitału (a nie pracownika) wyłącznie z tytułu własności kapitału, jakim zadysponował i jest znacznie większa niż ewentualna wartość jego pracy przy organizacji przedsiębiorstwa czy przedsięwzięcia. Tu uwaga – moja a nie Marksa – że jeśli ktoś organizuje pracę ludzi i czerpie dochody proporcjonalne do swojego wkładu pracy, to nawet jeśli jest tzw. przedsiębiorcą niekoniecznie określałabym go kapitalistą w rozumieniu tego tekstu.
Zatem nie da się zaprzeczyć, że interes klasy kapitalistów i pracowników jest wzajemnie sprzeczny. Nie da się też zaprzeczyć, że klasa pracowników jest na świecie znacznie liczniejsza niż klasa posiadaczy kapitału, a system kapitalistyczny działa przede wszystkim w interesie tych drugich.
Nie da się też zaprzeczyć, że znacznie sprawiedliwszym systemem byłby system, który zamiast działać na rzecz nielicznych (coraz bogatszych i coraz mniej licznych) działałby na rzecz większości społeczeństwa – ludzi pracy. Tylko wtedy pieniądz (kapitał) byłby wyłącznie narzędziem miary wartości pracy, włożonej w wytworzenie określonych dóbr i zużytych zasobów naturalnych (w tym kosztów naprawy szkód wywołanych zużyciem czystej wody, zanieczyszczeniem powietrza i gazów cieplarnianych), a nie przedmiotem zwykłej, motywowanej nienależnym zyskiem, spekulacji.
Pisząc o klasie ludzi pracy zaliczam do nich także tych, którzy z jakichś powodów pracować nie są w stanie. Humanizm to też jedna z wartości propagowanych przez Karola Marksa. Nie da się zaprzeczyć, że oni też powinni być beneficjentami naszej wspólnej pracy.
Warto w tym miejscu zadać sobie pytanie czy w kapitalizmie rzeczywiście działa demokracja. Bo przecież gdyby działała, to rządziłaby większość – ludzie zależni od większości i działający wyłącznie w jej interesie. Czy tak jest? Czy tak było w tzw. „krajach demokracji ludowej”? Nie da się zaprzeczyć, że nie. Moim zdaniem demokracji jeszcze nie było… ale kiedyś będzie. Nie da się bowiem zaprzeczyć, że jeśli kapitalizm nie zdąży zniszczyć ostatecznie warunków do życia na Ziemi, to faktyczna demokracja stanie się faktem. Nie ma bowiem innego wyjścia: życie na Ziemi albo kapitalizm.
Nie da się zaprzeczyć, że o tym wszystkim mówi właśnie marksizm. I nie przerażaj się, jeśli przyszło ci do głowy, że też jesteś marksistą. Kiedy odkrywasz, że przez wiele lat starano się zrobić ci wodę z mózgu, a jednak im się nie udało, przeżywasz szok, a szok to normalny proces.
Na koniec winna jestem jeszcze wyjaśnienie, dlaczego tu we wstępie pojawił się Darwin. Otóż dlatego, że nie da się zaprzeczyć intelektualnemu związkowi między biologią i teorią doboru naturalnego a społeczno-ekonomiczną nauką Karola Marksa. Bo przecież to my, ludzie i system społeczno-gospodarczy, jaki stworzyliśmy i nadal utrzymujemy, niszczy życie na Ziemi, powoduje wymieranie gatunków, a nawet zagraża życiu człowieka. Kapitalizm – w przeciwieństwie do systemu sterowanego rozumnie przez ludzi – działa ślepo w interesie (co oczywiste) właścicieli kapitału. Słaba demokracja neoliberalnych państw stara się okiełznać procesy globalnej dominacji tzw. „wolnego rynku”. Nie da się jednak zaprzeczyć, że te działania są mało skuteczne i stają się skuteczne coraz mniej. Trwają wojny, napędzane interesem sprzedawców broni, rywali w walce o zasoby albo kapłanów w brutalnej wojnie o rząd dusz i wiążącą się z tym „kasę”. Większość ludzkości żyje w nędzy. A ziemia wysycha i płonie.
Nie da się więc zaprzeczyć, że dopóki nie zdołamy wprowadzić skutecznie ludzkich (kierujących się rozumem, a nie zyskiem) demokratycznie stanowionych praw i zasad, które okiełznają degradację przyrody ziemi, dotąd degradacja planety i rozwarstwienie ekonomiczne i pauperyzacja naszego życia będą szły w parze.
A zatem do dzieła! Inny, lepszy Świat jest możliwy!

Unia podzielona

Jednym z największych zagrożeń dla przyszłości Unii Europejskiej są olbrzymie podziały między krajami członkowskimi.

Wysoki poziom nierówności regionalnych stanowi zagrożenie dla stabilności UE i przeszkodę dla rozwoju poszczególnych krajów. Trudno też o spójną politykę unijną, skoro skala nierówności w poziomie rozwoju jest tak duża.

Nierówności nie znikają

Kilka dni temu Europejski Urząd Statystyczny przedstawił dane na temat poziomu PKB na mieszkańca w 2018 roku przy uwzględnieniu różnic w cenach. Okazuje się, że różnice wciąż są znaczne i niestety od lat utrzymują się na bardzo wysokim poziomie.

Zgodnie z nowymi danymi Eurostatu średnia dla całej Unii Europejskiej w 2018 roku wynosiła 30200 euro na osobę (już bez Wielkiej Brytanii). Największy poziom PKB w UE był w: Luksemburgu – 263 proc. średniej unijnej, Irlandii – 191 proc., Holandii – 130 proc., Danii – 129 proc., Austrii – 128 proc. i w Niemczech – 123 proc.. Najmniejszy PKB na osobę miały: Bułgaria – 51 proc., Chorwacja – 63 proc., Rumunia – 66 proc., Łotwa i Grecja – po 69 proc. oraz Węgry i Polska – po 71 proc.

Krezusi i biedacy

Najbogatszym regionem UE w 2018 roku był Luksemburg – 263 proc. średniej unijnej, irlandzki Region Południowy – 225 proc., irlandzki Eastern & Midland – 210 proc., region brukselski – 203 proc., Hamburg – 197 proc., Praga – 192 proc.. Najbiedniejszym regionem był francuski Mayotte – zaledwie 30 proc. średniej oraz bułgarskie regiony Północnozachodni – 34 proc., Północno-Centralny – 35 proc. i Południowo-Centralny – 36 proc.

Polska też nierówna

Wśród najbiedniejszych regionów znalazł się też polski makroregion wschodni (obejmujący województwa lubelskie, podkarpackie i podlaskie), którego PKB w 2018 roku stanowił zaledwie 49 proc. średniej. Po przeciwnej stronie znalazł się makroregion województwo mazowieckie – 114 proc., z czego Warszawa – aż 156 proc. średniej. Istnieją więc olbrzymie nierówności nie tylko między państwami, ale nawet w obrębie poszczególnych krajów.

Nierówności podkopują UE?

Jak wskazuje Eurostat, w 2018 roku 57 regionów UE, w których mieszkało 21 proc. mieszkańców UE, miało PKB na mieszkańca równe lub niższe niż 67 proc. średniej UE. Ich udział w unijnym PKB stanowił tylko 12 proc.. Z drugiej strony 39 regionów UE, w których mieszkało 20 proc. mieszkańców UE, miało PKB na mieszkańca równe lub wyższe niż 128 proc. średniej UE. Ich udział w PKB UE stanowił aż 32 proc.

Powyższe dane pokazują, że Unia wciąż jest bardzo zróżnicowana w poziomie rozwoju. Unii zagrażają nie tylko eurosceptycy i nacjonaliści, ale też nierówności między poszczególnymi regionami. Na ubóstwie całych regionów eurosceptycy zresztą z powodzeniem żerują, przekonując mieszkańców, że gdyby tylko opuścić wspólnotę i znowu mieć własne państwo narodowe (najlepiej bez mniejszości i z ograniczonymi prawami kobiet), to złe czasy odeszłyby do historii. Nic to, że sami eurosceptycy doskonale wiedzą, że sprawa nie jest tak banalnie prosta.

Władze największych krajów UE, w tym Polski (tak! jesteśmy wśród największych, o czym często zapominamy!), powinny pamiętać o tym, że Unii potrzeba pogłębionej integracji, a zarazem polityki opartej na solidarności i zrównoważonym rozwoju całej wspólnoty.

Masz rację, Krzysiu

pisząc o „Lewicy Kaczyńskiego” („D-T”, 21.02.2020) i uświadamiając tym samym „szeregi zorganizowanej lewicy”, ale można jeszcze rozszerzyć ten temat.

Masz rację Krzysiu

pisząc o „Lewicy Kaczyńskiego” („D-T”, 21.02.2020) i uświadamiając tym samym „szeregi zorganizowanej lewicy”, ale można jeszcze rozszerzyć ten temat  

W obszernym, dobrze udokumentowanym wywodzie Krzysztof Janik – jak sam przyznaje – z dydaktycznego usposobienia – dokonuje pełnej wiwisekcji tego, co za lewicowość w działaniach partii Kaczyńskiego uważają niektórzy. Bardzo krytycznie ocenia i nadto tłumaczy co jest sednem socjaldemokratycznej polityki socjalnej, ale nie wyjaśnia dlaczego przyjęło się to populistyczne rozdawnictwo nazywać „lewicowością”, Przecież i sam PiS, i cala Zjednoczona Prawica, nie wspominając o pozostałej oraz wspomagającym na różne sposoby Kościele katolickim tego słowa w jego pozytywnej konotacji unikają jak ognia, a ten ostatni, jak szatana. Może, poza negatywną oceną przekupstwa PiS, niby na wzór zarzucanego lewicy populizmu, kryje się jednak przekonanie o konieczności zaspokojenia elementarnych potrzeb życiowych bardzo wielu ludzi?

Podczas spotkania ze znaną Panią Profesor, po zgodnej ocenie naszej politycznej codzienności, zadała mi pytanie: Jak pan sądzi, kiedy to wszystko się zaczęło ?

Grzech pierworodny – 

odpowiedziałem – miał miejsce w 1989-90 roku, gdy w wąskim, solidarnościowo-rządowym gremium przyjęto arbitralnie doktrynę neoliberalizmu jako najlepszy i jedyny sposób rozwiązania nie tylko naszych ówczesnych gospodarczych problemów, ale i urządzenia nam Polski na przyszłość. Symbolami tamtych czasów stały się liczne chóry piewców wolności i brania spraw w swoje ręce, co trwa po dziś dzień, bo Leszek Balcerowicz twierdzi, że „Populistyczne hasła krytykujące reformy sprzed 30 lat są wyrazem głupoty albo skrajnej nieuczciwości” („GW”,25.02.2020). Pojawił się także słynny tischnerowski homo sovieticus, który nie wiedzieć czemu tęsknił także za jakąkolwiek pracą, a zapewne jeszcze za zakładową stołówką i innymi, podobnymi komunistycznymi symbolami.

Oblicze tak odmienionej naszej ziemi nawiedził na stałe bóg-pieniądz, a więc pogoń za kasą stała się najważniejszym staraniem Polaków, z życiowej konieczności, bądź z chęci posiadania coraz więcej, I tak ten neoliberalny kanon po dziś dzień funkcjonuje z dostosowującym się do niego, z przymusem lub zadowoleniem, społeczeństwem.

Przełomowym momentem – 

dodałem po chwili – były również lata rządów lewicy, gdy koalicją SLD-UP wygrała wybory parlamentarne w 2001 roku. Ten czas miał, w skrócie niejako, dwa oblicza: odziedziczoną po rządach AWS-UW ogromną dziurę budżetową zasypano (nota bene po rządach PiS też będzie podobnie), wzrost gospodarczy wyniósł 7%, ukończono z powodzeniem negocjacje akcesyjne z Unią Europejską, do której Polska wstąpiła 1 maja 2004 roku. Niewątpliwe osiągniecia przekreślone zostały jednak sporym zaciskaniem pasa, aferami, także finansowymi, z udziałem prominentnych działaczy SLD, walką na samych szczytach władzy, a nadto takimi decyzjami rządu, które z głoszonym lewicowym programem i społecznymi oczekiwaniami nie tak wiele miały wspólnego. Nie od rzeczy więc narodziło się wtedy powiedzenie o kawiorowej lewicy, dbającej więcej o swoje interesy niż o pozostałych obywateli.

Godot, który miał Polskę prowadzić nadal w kapitalistycznym kierunku, ale socjaldemokratyczną drogą okazał się złudzeniem nie wiele lepszym od poprzedników, i od tego czasu Polacy przestali wierzyć nie tylko w jego możliwości, ale i w samo jego istnienie.  Tak to pozostało po dzień dzisiejszy, z marnymi w sumie perspektywami tak dla lewicy jak i dla ogółu.

Tę odpowiedź 

zaakceptowała moja Rozmówczyni, acz nie wiem czy zadowoliłaby ona autora przywołanego tekstu, gdyż pozornie nie jest na temat. Jednak ten „lewicowy” koronawirus PiS z jego pandemią nie spadł nagle z nieba i z jakiejś przyczyny przecież zaistniał?

Poza antraktem 

w wykonaniu PiS-Samoobrona-LPR, przez następne osiem lat PO podawała Polakom w nadmiarze symboliczną ciepłą wodę okraszoną „Orlikami” w każdej gminie, które stanowiły sztandarową inwestycję tej partii. Wszystko pozostałe jakoś się toczyło, czasem zupełnie nieźle, ale nie dzięki szczególnej rządowej aktywności, a samorządowej i obywatelskiej przedsiębiorczości oraz wielkiej emigracji za lepszym chlebem. I utrwaliło się przekonanie, że pieniądz ponad wszystko, bo nigdy go za dużo, a szczególnie tam, gdzie ma miejsce jego brak bądź niedostatek.

Katastrofalna miłość do pieniędzy 

dotyczy także producentów rozlicznych dóbr, w tym przykładowych 18 rodzajów jogurtu, o czym niedawno pisał obszernie Wojciech Orliński („GW”, 22.02.2020). Ich celem nie jest bowiem zaspokojenie rzeczywistych potrzeb konsumentów, a jedynie pomnażanie zysku. Oznacza to tworzenie sztucznego, reklamowanego zapotrzebowania na wielki stragan rzeczy często zbędnych, tylko pozornie bardziej użytecznych, nowszych, lepszych. A w demokratycznych pięcioprzymiotnikowych wyborach liczy się jeszcze, co najmniej na równi, rzeczownik pieniądz, o czym pisał Jacek Uczkiewicz w cytowanym „D-T”; dodatkowo, gdy jest szansa na zwycięstwo politycznego przeciwnika, to zmienia się zasady ordynacji wyborczej, jak tego dokonał w 2001 roku Sejm głosami AWS, UW i PSL. Podobnie, ale z wcześniej niespotykaną zachłannością, dzieje się tak w Kościele – Matce  Naszej, który swoje dochody z tacy w zasadniczy sposób pomnaża rozlicznymi państwowymi dotacjami.

Wszechpotężna mamona

stała się tym lepszym pieniądzem i jest w nadmiarze gromadzona (na aktualnej liście polskich bogaczy przybyło 14 miliarderów), a z obiegu wyparła kiedyś uznawane wartości, jako dziś gorsze, podrzędne, mniej warte zachodu, a przede wszystkim znaczenia. Ostało się jedynie, nie wiedzieć czemu, i zapewne tylko do czasu, porzekadło, że nie wszystko jednak w życiu można kupić.

Taki stan naszych rzeczy 

wzmocniony nadto pseudoideologią PiS, stanowiącą zlepek wybranych narodowych aspiracji i fobii, patriarchalnych gradacji i obaw przed światem, codziennych kłamstw rządzących i  katolicyzmu w swojskim, ludowym wydaniu, ale bez czynnej akceptacji podstawowych zasad wiary, niesie różne dalsze, w tym i polityczne, konsekwencje, budzące zrozumiałe powszechne obawy, szczególnie wśród tych, którzy przewidują jeszcze czarniejszą naszą polską przyszłość.

Stefan Chwin pyta: „Czy w przyszłej Europie będą obozy koncentracyjne?”, bo „Nie ma niczego bardziej kruchego niż demokracja liberalna, która w każdej chwili może się rozsypać pod ciemną presją mas zwiedzionych słodkimi obietnicami…przeciwstawiajmy się złu u samych jego słodkich początków, gdy się dopiero wykluwa w pogodnej masce miłości do ojczyzny, dobra, sprawiedliwości, prawa i wspólnoty, a nie wtedy, kiedy jest już za późno” („Newsweek”, 3-9.02.2020).                                         A jeszcze wcześniej, też w tym tytule (16-29.12.2019) Marcin Król m. in. wieszczy: „Będzie tylko powszechny chaos. Już widać jego początki, na przykład w polskim sądownictwie”, a jedyne remedium widzi, na wzór byłej Solidarności, w nadziei „na inne rozwiązanie na rzeczywistą wspólnotę: niewymuszoną i niewymuszającą. Nadzieja ta nie minęła, chociaż – niesłusznie – tamto doświadczenie zostało do cna zapomniane na skutek zerwania ciągłości.”

Te rozważania i rady niestety napotykają opór ciemnych mas, pozbawionych przez III Rzeczpospolitą solidarnościowych złudzeń i nadziei na rzeczywistą wspólnotę, chcących jednak uczestniczyć w sprawiedliwym podziale bochna polskiego chleba. Dodaje do tego Adriana Rozwadowska w cytowanym już „Newsweeku”: „Jeśli urodziłeś się w Polsce w rodzinie pracowników fizycznych, to spośród obywateli i obywatelek 39 krajów masz niemal największe szanse na to, że umrzesz jako pracownik fizyczny…W Polsce dziecko pracownika fizycznego ma 40 proc. szans na powtórzenie losu swojego ojca i 25 proc. szans na awans społeczny.”

Perspektywy rozwiązania 

aktualnej polskiej kwadratury koła, w którym kwadrat stanowi stan obecny o koło niestety tylko przez niektórych pożądany, są – pisze to niepoprawny optymista – nadzwyczaj ograniczone. Zapewne możliwe przy zaistnieniu ekstremalnych sytuacji typu: wielki kryzys ekonomiczny odbierający Polakom wielokrotność 500 —, wyjątkowa niewydolność którejś z funkcji państwa, katastrofa przyrodnicza lub inna z kompromitującymi wypowiedzią i działaniami rządzących, ujawnienie nadzwyczajnej (!!!) afery i jeszcze, bardzo liczące się,  poważne sankcje Unii Europejskiej. Ale poza nimi, w naszej normalno-nienormalnej aktualnej sytuacji nawet wygrana kandydata opozycji na prezydenta niewiele zmieni, bo jak ostatnio zapowiedział Jarosław Kaczyński, jeśli Duda przegra, będziemy trwać. Co prawda ze zwiększonymi problemami, podobnie jak to już ma miejsce w Senacie, ale z większością parlamentarną i tłumem beneficjentów tej władzy oraz niestety nadal z liczącym się elektoratem.

Zapowiada się więc 

raczej długi i bardzo uciążliwy marsz ku jakiej takiej normalności i nie wiadomo czy, jak ten chiński, zakończy się sukcesem. Lepiej byłoby go nazwać Pracą Organiczną II, na wzór tej pierwszej, która w sprzyjających warunkach potwierdziła swoją skuteczność.

Na tej drodze podstawowymi kierunkowskazami będzie, czy się to komuś podoba czy nie, lewicowość, ale nie pisowska, a socjaldemokratyczna, rozumiana przede wszystkim jako wolność, demokracja i rzeczywiście realizowana sprawiedliwość społeczna.

Debata o biedzie

Bieda czy inaczej ubóstwo to pojęcie ekonomiczne i socjologiczne opisujące stały brak dostatecznych środków materialnych dla zaspokojenia potrzeb jednostki, w szczególności w zakresie jedzenia, schronienia,ubrania, transportu oraz podstawowych potrzeb kulturalnych i społecznych. Podczas lutowej debaty Społeczne Forum Wymiany Myśli z Wrocławia spróbuje podjąć ten trudny temat, bolesny i chyłkiem pomijany przez elity i mainstream.

W 1989 roku zielone światło otrzymała koncepcja Polski neoliberalnej, stawiającej na rozwój społeczny utożsamiany z rozwojem klasy średniej, z bogaceniem się, z konsumpcją, z egoizmem. Dotychczasowe analizy polityki neoliberalnej prowadzone w kontekście przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu i ubóstwu zwracają uwagę, że polityka ta zazwyczaj odnosi się wyłącznie do wykluczania z rynku pracy, spowodowanego rzekomym brakiem potrzebnych kwalifikacji.

Pominięta jest wieloaspektowość zjawiska wykluczenia społecznego czy coraz większa grupa, jaką są tzw.„biedni pracujący”. Jak wykazują badania mają oni o połowę niższe oczekiwania wobec zarobków niż pracujący niebiedni, a nawet nieco niższe niż niepracujący biedni. I to jest inny aspekt biedy i idącemu z nią „pod rękę” wykluczeniu. Omawiając te zagadnienia nie można pomijać etycznych i moralnych, ludzkich i społecznych aspektów biedy.

Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej – mówił prof. Grzegorz Kołodko. Tymczasem badania pokazują, że rozwarstwienie socjalne w Polsce dramatycznie się pogłębia, a poczucie życia w ubóstwie narasta. Bieda w Polsce jest tykającą bombą. Tykającą cichutko i wcale niemiarowo. Ale gdy któregoś dnia przestanie tykać, to…

Lewica Kaczyńskiego

Czy PiS jest ugrupowaniem lewicowym? Tak twierdzi wcale niemało publicystów i komentatorów polskiego życia politycznego, a nikt im nie daje odporu. Spróbuję ja, ze względu na moje dydaktyczne usposobienie, ale przede wszystkim ze względu na to, że brednię tę zaczynam spotykać w szeregach zorganizowanej lewicy.

„Czemu Wy nie daliście po 500” – zapytał mnie kiedyś pryszczaty lewicowiec. „Bośmy nie mieli” – to jeszcze rozumie. „Bo to nie jest lewicowe” – tego nie zrozumiał w ogóle. Ponieważ „pryszczatych” w rozmaitym wieku jest więcej, to spróbuję na przykładzie PiS im to wytłumaczyć. Zacznijmy od prostej konstatacji.

Czym jest polityka socjalna?

To polityka redystrybucji środków materialnych prowadzona w sposób, którego konsekwencją jest realne zmniejszenie różnic społecznych, zwłaszcza wynikających z niedostatku oraz niskiego kapitału ludzkiego i społecznego. Państwo – zdaniem lewicy – powinno być zainteresowane równaniem startu życiowego wszystkich dzieci, mobilnością społeczną, pomnażaniem kanałów awansu społecznego, rotacją w elitach państwowych. Tu nie chodzi li tylko o lewicowe wartości. To kwestia rozwoju społecznego, ograniczenia oligarchizacji – słowem: siły i potencjału państwa. Zależności te odkryto jeszcze w XIX wieku i dlatego np. Skandynawia jest przedmiotem zazdrości wielu społeczeństw świata.

Co robi Prawo i Sprawiedliwość?

Kilkanaście lat temu zlikwidowało podatek spadkowy. Abstrahując od moralnych aspektów tego problemu (czyż rodzice nie pracują na dzieci?) skutki praktyczne są takie, że z innego poziomu startują do życia dzieci bogatych rodziców, z innego dzieci biednych. Podatek spadkowy jakoś (w niewielkim stopniu) to niwelował. Co prawda zabierając bogatym tylko trochę z tego dawał biednym, ale przynajmniej trochę. Ale PiS na tym nie poprzestało, bowiem ograniczyło redystrybucję zmniejszając ilość progów podatkowych. Czyli kasy na biednych było mniej. Korzystała z tego potem Platforma z PSL-em, pomimo, że to wiejskie dzieci straciły najwięcej. Mit klasy średniej, do której aspirowali (a przynajmniej powinni) wszyscy, połączony z doktryną „ciepłej wody” paraliżował lewicę, choć nie tylko. Nawet Kosiniak-Kamysz (młody), rozumiejący dość liberalnie istotę polityki socjalnej, daleki był od zwrócenie uwagi na biednych, kosztem odbierania bogatym. Tak, nawiasem mówiąc, uwolnienie emerytur od podatku mieści się w kanonie tak rozumianego liberalizmu. Biednemu emerytowi oddamy nieco ponad 2 tysiące złotych, bogatemu kilka razy tyle.

Kilka lat temu PiS wprowadziło 500+ na każde dziecko. Gest wart dwadzieścia kilka miliardów, a do tego doszło jeszcze kilkanaście miliardów na tzw. trzynastą emeryturę. Poprawiło się wszystkim. Tym bogatym i tym biednym. Tym, co zarabiają płacę minimalną i tym, którzy otrzymują jej kilkunastokrotność. Tym z emeryturą 1000 złotych i tym, co otrzymują z naszej wspólnej kasy dziesięć razy tyle. Lud, w tym lewicowy, zapiał z zachwytu. Elity, zwłaszcza lewicowe, trochę marudziły, że to wypchnie kobiety z rynku pracy, a ludzie przyzwyczają się, że ich dochody nie będą miały żadnego związku z wykonywaną pracą, jej ilością i jakością. Mówiąc po marksowsku, praca – jedyne dobro, którym dysponuje klasa pracująca – przestanie być źródłem dobrobytu. To jest problem dla lewicy i dla państwa. Po „śmieciówkach” Tuska, znowu najważniejszy dla ludzi pracy problem: godne i adekwatne do wysiłku wynagrodzenie, został wypchnięty z głównego nurtu debaty publicznej. Mało kto to zauważył – spora część lewicy też nie.

Nierówności

Ale idźmy dalej. Bo większy problem jest zupełnie gdzie indziej. Te drobne trzydzieści parę miliardów (500+ i 13-a emerytura) przykryła co innego. Mianowicie to, że władza przestała zauważać (i przejmować się) stanem i finansowaniem usług publicznych. Nie ma pieniędzy na oświatę i publiczną opiekę nad dzieckiem, na służbę zdrowia i publiczny transport, a wreszcie na efektywną politykę socjalną. Na nic strajki nauczycieli (i tak ich nie lubimy) czy protesty niepełnosprawnych. Pieniędzy na to akurat zabrakło. Ale lud, upojony pięćsetkami, tego jeszcze nie widzi. Do ludu nie mam pretensji – do lewicy już tak, że nie krzyczy, że ludziom nie tłumaczy.
Jaki wyraz praktyczny ma ten problem? W rodzinie biednej te dodatkowe 500 złotych idzie na konsumpcję. Kupi ona za to lepsze jedzenie, czasem jakiś gadżet, aby dziecko w szkole nie czuło się gorszym. Inflacja, która stoi za drzwiami uderzy w te rodziny najbardziej. Więcej będą kosztowały ziemniaki i kiełbasa, a dziecku się nie odmówi. Mniej zatem pójdzie na edukację i kulturę, wypoczynek i ubrania. W rodzinie bogatej te 500 złotych to środki inwestycyjne. Wyśle się za to dziecko do prywatnego żłobka i przedszkola, do prywatnej szkoły i na studia zagranicę. W jednym i drugim przypadku sprzyjać to będzie dziedziczeniu pozycji społecznej, likwidacji mechanizmów awansu społecznego. A przede wszystkim powiększać różnice społeczne, które blokują rozwój wspólnoty, obniżają potencjał państwa.

Z tej perspektywy lewica musi patrzeć na likwidację gimnazjów, na postulaty nauczycieli, na to co robi minister Gowin. W konkurencji o miejsce na Uniwersytecie wygra dziecko lepiej kształcone w szkole prywatnej i w dodatku studiować będzie za darmo. Dziecku z biednej rodziny, po prowincjonalnym liceum zostaje szkoła prywatna, na ogół dość kosztowna i nie zapewniająca kapitału, który daje Uniwersytet. Nie urażając w niczym tych szkół, rzadko która ma swoje akademiki, kluby studenckie, inwestuje w kulturę lub sport akademicki. Ważne, aby się punkty zgadzały.

Czy to robione jest z zamysłem? Być może jest jakaś część prawicy, która myśli, że ten „prosty lud” będzie nadal jej elektoratem. Ale jest w tym niekonsekwentna. Bowiem w drugim ważnym obszarze usług publicznych jakim jest służba zdrowia propaguje ten sam mechanizm. Biedni czekać będą miesiącami na dostęp do lekarza, bogaci po prostu go sobie kupią. Taki program jest rodem z najprymitywniejszego darwinizmu, od którego świat odszedł już wiele lat temu. Ale jest on tak naprawdę wspierany przez powszechne rozdawnictwo i znany mechanizm świadomościowej prostolinijności. Dopóki jesteś zdrowy (a przecież wszyscy mamy taką nadzieję), to te 500 złotych traktujesz jako rezerwę na wszelki wypadek. Ale kiedy on się zdarzy, to ta sama kwota stanowi zaledwie ułamek niezbędnych wydatków. Część ludzi o tym wie, część – jak na razie – tego nie doświadczyła. Życzmy sobie zdrowia.

Czy to znaczy, że jestem przeciwko 500+? Otóż nie, zwłaszcza, że ono już jest i zostało zagospodarowane w budżetach polskich rodzin. Nie, bo Polacy zarabiają za mało i jest to jakiś substytut wyższych wynagrodzeń, na które zasługujemy. Ale gdyby ktoś dał lewicy dwadzieścia parę miliardów do rozdania, to jednak dostać je powinny te wszystkie rodziny, w których dochód na człowieka nie przekracza minimum socjalnego. Od tegoż minimum powinna także zaczynać się najmniejsza emerytura. I nie opowiadajcie, że koszty obsługi tego programu byłyby większe. Samorządowcy już dziś prowadzą politykę socjalną. Niech rząd się od nich uczy i ich potencjał wykorzysta. Pani Zosi z biednej gminy gdzieś na Podkarpaciu wszystko jedno czy będzie wypłacać po 600 zł czy po 1600. Podejrzewam zresztą, że robić to będzie z większym zapałem. Że trafią te pieniądze do „patologii”? Otóż likwidacja tego zjawiska, to jest prawdziwa polityka socjalna. Chodzi nie tylko o pieniądze, tylko o te mądrze wydane. O żłobek, przedszkole,, szkołę, które wyrwą te dzieci ze patologicznego domu. Pokażą, że istnieje inny świat i jest on w ich zasięgu. Nie wiem czy dla PiS-u on istnieje, czy potrafią tak myśleć?

Sojusz tronu i ołtarza

Do tego chciałbym przywołać jeszcze politykę PiS wobec Kościoła. Zasadza się ona na tych samych celach. Ideałem większości polskich biskupów jest wszak społeczeństwo jak z II Rzeczypospolitej: biedne i nie wykształcone, pogodzone z losem i wierne autorytetom. Dla którego swojskość – mierzona starymi, dobrze znanymi rytuałami, standardami grzechu, piekła i nieba, jest zrozumiała i akceptowana. Umacnia ją Prawo i Sprawiedliwość polityką zaostrzania kar i jednoznacznością semantyczną, manichejskim postrzeganiem świata. Że to oddala nas od współczesności – cóż to „jeszcze Polska nie umarła, póki my żyjemy”. A nasze dzieci czy wnuki?
Warto pamiętać powiedzenie starego konserwatysty: politykier myśli o najbliższych wyborach, polityk o kolejnych pokoleniach. O czym myślą ludzie z Prawa i Sprawiedliwości?

Ograniczmy nierówności w zakładach pracy!

Krytykując ustawę Lewicy dotyczącą zmian w systemie emerytalnym, wielu posłów, tak z obozu rządzącego, jak i opozycyjnego, krytycznie odnosiło się między innymi do pomysłu wprowadzenia tzw. maksymalnej emerytury. Lewica chciała bowiem, aby maksymalna emerytura stanowiła co najwyżej sześciokrotność minimalnego wynagrodzenia. Dla polityków z innych partii, ale też przedstawicieli pracodawców, takie rozwiązanie byłoby niedopuszczalnym ograniczeniem dopuszczalnych nierówności.

Trudno zrozumieć opór wielu ekspertów i polityków wobec propozycji Lewicy, biorąc pod uwagę fakt, że obecnie zaledwie ok. 120 osób otrzymuje emeryturę przekraczającą sześciokrotność płacy minimalnej. Okazuje się, że wciąż nierówności w systemie emerytalnym nie są bardzo wysokie, a w każdym razie niższe od nierówności płacowych. Dlatego wydaje się, że warto zastanowić się nie tylko nad wprowadzeniem limitów nierówności w ramach systemu emerytalnego, ale przede wszystkim pomyśleć, jak ograniczyć olbrzymie nierówności płacowe.

Kokosy dla zarządów

Obecnie w wielu firmach, w tym w spółkach skarbu państwa, mamy często do czynienia z sytuacją, gdy znaczna część pracowników wciąż zarabia stawki oscylujące wokół płacy minimalnej, zwalnia się pracowników, tnie fundusz płac, a kadra zarządzająca otrzymuje gigantyczne honoraria. Dzieje się tak często niezależnie od kondycji zakładu pracy.
Prawie zawsze kosztami kryzysu obciąża się pracowników, a pensje prezesów nie są w żaden sposób skorelowane z wynikami firmy. Dla odmiany w okresie prosperity rosną zyski przedsiębiorstwa i pensje zarządów, opinia publiczna słyszy, że to wyłącznie oni są architektami sukcesów kierowanych przez siebie podmiotów. A płace pracowników? Oczywiście stoją w miejscu.

Pracownik nie ma motywacji

To mechanizm nieracjonalny, niesprawiedliwy i odbierający motywację do pracy. Brak mechanizmów partycypacji załogi w zyskach przyczynia się też do wzrostu nierówności społecznych, które niszczą więzi społeczne i wzajemne zaufanie, prowadzą do częstszych chorób i stresów, są zagrożeniem dla demokracji i dobra wspólnego. A przypomnijmy, że w Polsce te więzi niszczy również powszechna plaga przepracowania i nakręcanie przez media sztucznych nagonek.

W Polsce praktycznie nie istnieją układy zbiorowe, a związki zawodowe mają mały wpływ na funkcjonowanie rynku pracy. W tej sytuacji tym bardziej potrzebne są ustawowe mechanizmy ograniczania patologii na rynku pracy. Aby zapewnić partycypację pracowników w zyskach firmy i zarazem ograniczyć dysproporcje w zarobkach, warto rozważyć wprowadzenie limitów nierówności płacowych w obrębie przedsiębiorstwa.

Zmniejszyć dysproporcje

Takim rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie proponowanej niedawno przez Związkową Alternatywę zasady, zgodnie z którą dochody najlepiej opłacanego menedżera danej firmy nie mogłyby przekraczać ośmiokrotności zarobków najgorzej zarabiającego pracownika. Przy czym należałoby wprowadzić takie obostrzenia, aby zarobki kadry zarządzającej obejmowały wszelkie premie, nagrody i inne dodatki.

Gdyby więc najniżej opłacany pracownik zarabiał miesięcznie 3 tys. zł brutto, to prezes mógłby otrzymywać maksimum 24 tys. zł. Chcąc podwyższyć swoją pensję do 40 tys. zł, prezes musiałby zwiększyć minimalne wynagrodzenie w firmie do 5 tys. zł. . Gdyby sytuacja firmy była trudna i prezes chciałby obniżyć pensje pracownikom, musiałby równocześnie obniżyć również honorarium dla siebie.

W ten sposób pracownicy mieliby poczucie, że partycypują w zyskach firmy i ich zarobki są przynajmniej częściowo uzależnione od jej wyników. Hasła o wspólnej pracy całej załogi na sukces przedsiębiorstwa zyskałyby poważniejsze, materialne podstawy. Wprowadzenie tej zasady zwiększyłoby motywację do pracy i ograniczyło arbitralne, niczym nieuzasadnione nierówności w obrębie każdego zakładu pracy.

Czy kobieta jest murzynem świata?

Stopniowo zmniejsza się skala nierówności pomiędzy płciami. Polsce jeszcze daleko do pełnej równości, ale są dziedziny, w których pod tym względem należymy do czołówki światowej.

Od 14 lat, co roku, publikowany jest raport Światowego Forum Ekonomicznego poświęcony problemom luki w pozycji kobiet w różnych kluczowych dziedzinach (Global Gender Gap Index – czyli globalny indeks luki między płciami). Najnowszy raport zawiera indeks oraz ranking 2020. Polska zajęła w nim 40. miejsce, z wartością indeksu 0,736. Stanowi to postęp o 11 miejsc w rankingu w stosunku do 2015 roku. Wśród krajów Europy Wschodniej i Azji Środkowej zajmujemy 9 miejsce.
Indeksem GGGI objętych jest obecnie 153 kraje. Ma on charakter złożony (agregatowy). Składa się z czterech czynników (subindeksów) i jest ich średnią ważoną. Każdy czynnik badany jest przy pomocy kilku wskaźników monitorujących – w sumie istnieje 14 wskaźników. Indeks został wprowadzony dla sporządzania porównań międzynarodowych i określa generalnie poziom nierówności w pozycji kobiet (na tle pozycji mężczyzn) w skali od 0 do 1,0 (pełna równość), integrując czynniki ekonomiczne i społeczne. Indeks jest syntetycznym miernikiem opisującym efekty w zakresie rozwoju społecznego w tej dziedzinie, w skali czasowej i przestrzennej. Indeks i pełny raport 2020 można znaleźć na: www.weforum.org
Te cztery czynniki, które składają się na Indeks GGGI to:

  1. Partycypacja i szanse ekonomiczne (5 wskaźników)
  2. Osiągnięcia edukacyjne (4 wskaźniki)
  3. Zdrowie i czas trwania życia w zdrowiu (2 wskaźniki)
  4. Udział kobiet w życiu politycznym (3 wskaźniki).
    W skali całego świata indeks GGGI pokazuje, że skala nierówności (dysparytetu) wynosi 31,4 proc. W skali Europy Wschodniej i Azji Środkowej nierówność zaś wynosi 28,5 proc. Poprawa w porównaniu z rokiem poprzednim wystąpiła w 101 krajach.
    W dziedzinie udziału kobiet w życiu politycznym ten dysparytet wyniósł aż 75,3 proc., zaś jeśli chodzi o uczestnictwo i szanse w obszarze ekonomicznym 57,8 proc.
    W raporcie GGGI podano także szacunkową liczbę lat niezbędną dla zamknięcia luki pomiędzy płciami, przy dotychczasowym postępie w zrównywaniu pozycji kobiet i mężczyzn. Dla całości indeksu wynosi ona 99,5 roku. W krajach Europy Zachodniej ten okres wynosi 54,4 roku, a dla Europy Wschodniej i Azji Środkowej – 107,3 roku.
    Najkrótszy szacowany okres zamknięcia luki to 12,3 roku – dla obszaru osiągnięć edukacyjnych. Natomiast w dziedzinie partycypacji i szans ekonomicznych przewidywany okres zamknięcia luki wynosi według cytowanego raportu aż 257,3 roku! Na przykład, jeśli chodzi o równość płac za tę samą pracę, nie ma kraju, w którym wystąpiłby pełny parytet.
    W krajach Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) nierówność płacowa przy pracy na tym samym stanowisku wyniosła 15 proc. Przeciętny szacunkowy dochód w skali świata dochód, licząc według parytetu siły nabywczej, wyniósł dla kobiet ok. 11.000 dolarów, a dla mężczyzn – 21.000 dol. Czołówka rankingu GGGI 2020 to kraje skandynawskie oraz Nikaragua. Pierwsza czwórka krajów zajmowała analogiczne pozycje w rankingu również w poprzednim roku. Nikaragua awansowała zaś z 12. miejsca na 5.
    Wartość indeksu dla Islandii (0,877) oznacza, że luka wynosi 12,3 proc. Dla Polski zaś (0,736) – czyli luka wynosi 26,4 proc. Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych. Niemcy, do których lubimy się porównywać, zajmują 10. lokatę z wartością indeksu 0,787.
    Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami są: Łotwa (11 miejsce), Estonia (26), Litwa (33) i Słowenia (36).
    Za nami: pozostałe nowe kraje UE. Bułgaria (49 miejsce), Rumunia (55), Chorwacja (60), Słowacja (63), Czechy (78) i Węgry (105 z luką 32,3 proc.).
    Na to nasze 40. miejsce składają się: 57 pozycja w dziedzinie partycypacji i szans ekonomicznych kobiet (ale pierwsze miejsce jeśli chodzi o udział kobiet wśród zatrudnionych specjalistów i techników oraz osiemnaste miejsce wśród prawników, menedżerów i wyższych urzędników), 68. pozycja w dziedzinie osiągnięć edukacyjnych (pierwsze miejsce pod względem wskaźnika skolaryzacji na poziomie wykształcenia średniego i wyższego), pierwsza pozycja (na równi z 38 innymi krajami) w dziedzinie zdrowia i czasu trwania życia w zdrowiu, 49. pozycja w dziedzinie udziału kobiet w życiu politycznym (Polska jest na 50. miejscu pod względem udziału kobiet w parlamentach i na 40. miejscu pod względem udziału kobiet w rządach). W tym ważnym aspekcie pokazującym różnice w pozycji i udziale kobiet w życiu politycznym USA znajdują się dopiero na 86. miejscu, Chiny na 95. miejscu, a Rosja na 122. Spośród nowych krajów UE względnie dobre lokaty zajęła Łotwa (28) oraz Estonia (37).
    I na koniec jeszcze porównanie do „wielkich”: USA zajmują w ramach całości indeksu GGGI 53. miejsce, Rosja – 81, a Chiny – 108.

Księga wyjścia 36

Pomimo wszelkich niedogodności, wciąż chodzę po wioskach i spisuję kominy. Nadal jestem ankieterem. Pewnie gdyby nie moje reporterskie podejście, już dawno bym tego nie wytrzymał, bo zimno – każdego dnia bardziej – a coraz mroźniejszy wiatr, daje się we znaki. Na szczęście mam jeszcze coś takiego jak natrętne poczucie obowiązku, które czasami przeklinam, a czasami chwalę, i jakąś nieludzką potrzebę dotknięcia, zobaczenia co będzie, co zobaczę dalej.

Dni coraz krótsze, ale jednak ciekawość tego co zastanę w kolejnym domu, co wyłoni się za następnym zakrętem jest znacznie silniejsza od wspomnianych niedogodności i wbrew rozsądkowi pcha mnie w głąb leśnych ostępów, wiejskich dróżek i eleganckich chodników, na które aż niezręcznie wchodzić po wyjściu z tych zabłoconych leśnych duktów.

Kartki się rozsypują

Czasami tak się w tym zatracam, że gubię kolegę, wchodząc w ścieżki których nie ma na mapie, co rozwala nam plan ustalonej pracy w kwadratach. Ciekawość to cecha, która pozwala w miarę bezboleśnie przetrwać te wszystkie niedogodności i daje ogromną satysfakcję. Chociaż w tym zbiorze „drobnych” niedogodności jest jeszcze jedna, dla mnie najgorsza – mało komfortowe palenie papierosów. Po pierwsze i tak dłonie mam przemarznięte od ciągłego pisania i zaznaczania ankiet, a widząc oddalone o kilkaset metrów osiedle, mógłbym sobie spokojnie w drodze zajarać. Gdy tylko wsadzę pod pachę teczkę z papierami, to złośliwy, dotychczas spokojny wiatr, akurat wtedy uderza największym impetem. Kartki się rozsypują (na szczęście puste, bo wypełnione chowam wcześniej do torby) a potem wieje tak długo, jak długo usiłuję wykrzesać ogień z zapalniczki. Natura jest złośliwa i nic na to nie poradzę, co najwyżej mogę chodzić z zapałkami. Ale to też nie daje gwarancji skutecznego odpalenia papierosa. A jeśli już, to pozostawi charakterystyczny ślad bąbla po oparzeniu. Gdy już zbliżam się do tych zauważonych wcześniej z oddali domów, złośliwy wiatr nagle cichnie. Czasami przystaję, by zrobić mu na złość i jednak tego szluga zapalić.

Ankietowany obszar

Zaczęliśmy już odczuwać presję czasu. Musimy zrobić ten spis do końca roku. Spis z natury. Problem polega na tym, że rok ma koniec, a w moim przekonaniu i postrzeganiu ankietowany obszar nie. Przynajmniej takie sprawia wrażenie. A im bardziej się tam zgłębiamy tym bardziej się w nim utwierdzam.
W każdym razie znacznie zwiększyliśmy tempo, prywatne sprawy przekładamy na „kiedyś” (tak też zrobiłem z drugim wydaniem książki, trudno, nie będzie w tym roku, i nie wejdzie do konkursu „Brakującej Litery”). Staramy się więc nie myśleć ile jeszcze tego zostało, tylko systematycznie i bez ustanku pracować. Coś, co wydawało się proste, w rzeczywistości balansuje na granicy wytrzymałości. I to z różnych powodów. Moralno – etycznych także. Wspominałem poprzednio o niewielkich chatkach wciśniętych między wypasione wille. Czasami trafiam, na kilka takich pod rząd. Reguła, że kobiety żyją dłużej cały czas się potwierdza. Od ponad czterech tygodni, od kiedy spisuję te kominy, w tych niewielkich chatkach, ani razu nie otworzył mi mężczyzna, zawsze była to leciwa wdowa.

Niewidzialna ręka

Dzisiaj spisywałem chyba najstarszą osobę w mojej krótkiej karierze ankietera. Kobieta miała dziewięćdziesiąt dwa lata i całkiem logicznie odpowiadała. Jeśli czegoś nie wiedziała, np, nie znała mocy pieca, to zaprosiła do środka, bym sam odczytał z tabliczki. Znowu przypomniała mi się popularna w PRLu akcja „Niewidzialna ręka, to także ty”, polegało to na anonimowej pomocy, tak by zainteresowany człowiek nie wiedział, kto mu narąbał drewna, albo przyniósł węgiel z piwnicy. Jedynym znakiem, był odcisk dłoni, który zostawiało się w widocznym miejscu. Ci ludzie raczej już na to liczyć nie mogą.
Naprawdę w wiele miejsc chętnie bym wrócił, by właśnie narąbać drewna i jakoś pomóc. Zaskakująca jest również ufność tych starszych kobiet. Jest tak nieprawdopodobna, że w naszym pojęciu graniczy z naiwnością. Zauważyli to również, i perfidnie wykorzystali, ci wszyscy okradający na „wnuczka”. Dziwimy się naiwności, ja jednak powoli przestaję. Gdy poznaję tych ludzi to zaczynam rozumieć, że po prostu tak zostali wychowani. W ufności i otwartości. Jest też więcej osób, takich jak ów mężczyzna, o którym pisałem ostatnio, który ogrzewa jedynie 25 mkw, bo wypadek wykluczył go ze zbioru nazywanego „klasą średnią” i pomimo tego, że ma piękny stuczterdziestometrowy, prawie nowy dom, gmina finansuje mu ciepło jedynie w dwóch niewielkich pomieszczeniach. Okazuje się, że nie jest to odosobniony przypadek. Dzisiaj trafiłem na dwie takie kobiety.

Ulice graniczne

Domy z nowoczesną architekturą, ponad sto pięćdziesiąt metrów, a ogrzewają jedynie około pięćdziesięciu. Też dzięki pomocy gminnego ośrodka. Nawet jakaś komisja przyjechała, opowiadała jedna z nich. Ale o klasie średniej, która gwałtownie wyhamowała pisałem poprzednio. Mogę jedynie dodać, że doskonale rozumiem tych ludzi. Faktycznie można taką degradację materialno-finansową porównać do bardzo gwałtownego hamowania z rozpędu na betonowej ścianie. Hamowania z takim przeciążeniem, że nie każdy wychodzi z tego żywy. Gdy wczorajszy „milioner”, dzisiaj nie ma już na bułkę.
Wróćmy jednak do bieżących obserwacji. Bo przecież kolejny tydzień pracy, to kolejne zauważenia. Ostatnio często trafiam na ulice graniczne. Lewa ich część jest inną miejscowością, a prawa inną. Zwykle tu widać kontrasty, można spekulować, że to w wyniku odrolnienia działek, ale nie to jest w tym istotne. Istotne jest to, że bogaci żyją za darmo. Tak można określić w skrócie ostatnie, dzisiejsze zauważenia.

Fotovoltaika dla trojga

Na pytanie czym ogrzewają mówią o fotovoltaice, panelach i pompie ziemnej, gdy pytam o cenę rozkładają ręce i mówią, że jakieś grosze za prąd od silniczka, który tę pompę napędza. Zapytani o metraż, odpowiadają od niechcenia o wielkości od trzystu do pięciuset metrów. Ilość mieszkańców, zwykle nie więcej jak troje. Choć dominantą jest dwójka.
Po drugiej stronie ulicy, kobieta silnym szarpnięciem otwiera zacinającą się furtkę – nie ma videofonu – na pytanie czym ogrzewa, mówi że gazem i drewnem. Drewna idzie jej z pięć metrów sześciennych, a za gaz rocznie płaci około czterech, pięciu tysięcy. Powierzchnia domu niecałe sto metrów, a mieszka osiem osób. Gdy pytam, czy planują jakieś zmiany, na fotovoltaikę, pompę czy panele, to rozkłada ręce: „nie, nie stać nas”, staram się tłumaczyć, że po to właśnie robimy te ankiety, by wójt mógł napisać odpowiedni wniosek o dofinansowanie, ale i tak wiem, że nawet przy dofinansowaniu, nie będzie ich na to stać.
Wniosek, bogaci żyją w ciepłym, ogromnym domu za darmo, podczas gdy sąsiedzi wydają na to znaczną część swoich zarobków. Oczywiście, można założyć, że ci zamożniejsi wcześniej musieli zainwestować w tę darmową energię. Znając jednak życie i przepisy, są tam też ludzie, którzy do perfekcji opanowali różnego rodzaju programy i nie robiąc dosłownie nic żyją na niewyobrażalnie wysokim poziomie. Pora kończyć dzisiejszą relację. I tak wyrwałem część nocy by ją napisać. Ale co by jednak nie mówić, mimo wymienianych wad, cholernie polubiłem tę pracę.
Do przeczytania za tydzień.

Głos lewicy

Nierówności kwitną

 

Piotr Ikonowicz skarży się na Facebooku:

Polska jest jednym z krajów o największym rozwarstwieniu majątkowym i dochodowym w UE. Część polskiego społeczeństwa świetnie sobie radzi. To zdecydowana mniejszość. Potem są ci, którzy toną w długach bo uwierzyli, że są klasą średnią i żyją „ponad stan” – to jakieś kilka milionów obywateli. Wreszcie zdecydowana większość, 75-80 proc. Polek i Polaków cienko przędzie, bo dochody nie wystarczają im na zaspokajanie tak podstawowych potrzeb jak leczenie, wakacje, kupno lub wynajem mieszkania czy zwyczajne płacenie rachunków. Stąd np. rosnąca liczba ludzi o niskich dochodach, którzy skręcają kaloryfery do zera lub emigrują.

 

 

Referendum w SLD

 

– 15 grudnia podczas Rady Krajowej SLD podejmiemy uchwałę zwołująca konwencję, która zdecyduje, w jakiej formule Sojusz pójdzie do wyborów do Parlamentu Europejskiego. Po drugie, zwołamy referendum wszystkich członków partii, w którym odpowiemy sobie na pytanie, w jakiej formule SLD pójdzie do wyborów parlamentarnych – zapowiedział Włodzimierz Czarzasty w programie „Rozmowa Piaseckiego” i nakreślił trzy potencjalne scenariusze do dyskusji: samodzielny start Sojuszu, jedna lista zjednoczonej lewicy oraz wspólny start z Koalicją Obywatelską i Polskim Stronnictwem Ludowym.
– Tego typu wewnątrzpartyjne referendum jest wydarzeniem bezprecedensowym jeżeli chodzi o polską scenę polityczną – podkreślił Czarzasty i przypomniał, iż przeprowadzenie tego typu głosowań obiecywał kiedy kandydował na funkcję przewodniczącego partii. – Tak się rządzi partia demokratyczna, która jest 3 lata poza Sejmem – stwierdził.
Info: sld.org.pl