Zakłamana historia Polski – cuda z białoczerwonej dykty

Krzysztof Lubczyński
Zakłamana historia Polski  – cuda z białoczerwonej dykty

Tytuł tego historycznego eseju jest nieco zwodniczy. Zdaje się sugerować wyłącznie demaskatorskie treści, a w podtytule zawiera „zmyłkę”, że chodzi może o jakieś „dorosłe” treści ocierające się o problematykę obyczajową. Tymczasem „Polska bez cudów” Macieja Górnego to przede wszystkim opowieść o rodzeniu się polskiej niepodległości w latach 1914-1920 w sposób zaprzeczający utartej od dziesięcioleci metodzie hagiograficznej.

Ukazywano w niej odzyskanie przez Polskę niepodległości jako owoc polskiego „czynu niepodległościowego”, wobec którego szczęśliwa koniunktura polityczna, jaką były skutki Wielkiej Wojny i jednoczesna klęska wszystkich trzech zaborców, traktowana była jedynie jako czynnik drugorzędny, dodatkowy. Górny w sposób przekonywający pokazuje, że było dokładnie odwrotnie, że choć „czyn niepodległościowy” miał pewne znaczenie moralne i polityczne, to Polska odzyskałaby niepodległość i bez niego, dzięki samej koniunkturze międzynarodowej.
Historyk zwraca uwagę, że „nie tylko Polacy starali się w XIX wieku o uzyskanie niepodległości. Grekom, Bułgarom udało się to wcześniej, Ukraińcom znacznie później”. „Polska droga do niepodległości trwała trochę ponad sto lat, łotewska ponad siedemset, Słowacy własnej, odrębnej państwowości nie mieli nigdy, a mimo to punkt dojścia dla wszystkich okazał się podobny” – przypomina. Podważa też inne stereotypy, na przykład ten, dotyczący „walki bratobójczej” w czasie wojny 1914-1918, kiedy to wzajemnie zabijali się Polacy, Ukraińcy, Żydzi i przedstawiciele innych nacji służących we wrogich sobie armiach.
Tradycyjna historiografia przyzwyczaiła nas do poglądu, iż był to dramat moralny dla „bratobójców na rozkaz”. Górny, w oparciu o źródła pokazuje, że takie obiekcje i stany ducha rzadko się pojawiały.
Opowiada też o zjawisku nacjonalistycznego i militarystycznego amoku, jaki udzielił się intelektualistom czy pisarzom, którzy na czas wojny niejako porzucali (poza nielicznymi, chwalebnymi wyjątkami, jak np. Jean Jaurés we Francji) swoją postawę i rolę humanistów, stając bez reszty po stronie swoich armii i swoich rządów, a nie po stronie tych, którzy wzywali do zachowania pokoju. Z drugiej strony Górny zwraca uwagę na to, że pogarda polityków dla ludzi nauki ma starą metrykę. Przywołuje fragment z „Pamiętnika paryskiego (1918-1919) Eugeniusza Romera i wzmiankę o Romanie Dmowskim, „który zamiast podjąć rzeczową dyskusję z polskimi specjalistami, zaszachował ich krótką sentencją: „Mąż stanu nie ma czasu sprawy studiować”. „Geograf zanotował, jak fatalne wrażenie zrobiło zachowanie „męża stanu” na zgromadzonych naukowcach, których traktował jak jak dzieci z dyplomami wyższych uczelni.
Nie był to jedyny taki przypadek, lecz nowy język, w którym, w którym odzyskana ojczyzna zwracała się do swojej intelektualnej elity. Chociaż w rzeczywistości dużo bardziej potrzebni niż jakikolwiek polski polityk, uczeni spotykali się z lekceważeniem, niezasłużoną krytyką za rzekomy idealizm i z marginalizacją”.
Nie wszystkie z licznych kwestii podjętych przez autora „Polski bez cudów”, specjalisty od historii Europy Środkowo-Wschodniej w XIX i XX wieku, adekwatne są do brzmienia tytułu. Na pewno jednak adekwatne do niego są rozdziały poświęcone wojnie 1920 roku, w tym szczególnie postawy polskiego społeczeństwa w czasie wojny polsko-radzieckiej oraz przebieg tej wojny.
Hagiograficzny mit dominujący w Polsce od stu lat akcentuje wzniosły entuzjazm szerokich warstw narodu garnących się do walki w obronie ojczyzny przed „bolszewikiem”. W oparciu o liczne źródła Górny pokazuje, że prawda była znacznie mniej piękna. Znane z dokumentalnych kronik sceny kolejek młodych robotników i chłopów ustawiających się do ochotniczego poboru, to aranżowany przed kamerą inscenizowany element propagandy.
W rzeczywistości o żołnierza było tak trudno, ochotników tak mało, że dominującym sposobem werbunku było przymusowe wcielanie do wojska, a „entuzjazm narodowy” w większym stopniu kreowany był przez prasę i propagandę niż przez rzeczywistość. W ujęciu Górnego, także podkreślana w tradycyjnej historiografii odporność warstw plebejskich na „bolszewicką agitację” wcale nie była taka oczywista. W marcu 1920 roku w Żyrardowie odbyły się wiece na których wznoszono okrzyki antyburżuazyjne i antyobszarnicze, a także wołano: „Niech żyje Lenin, niech żyje Trocki”.Policja odnotowała liczne wyrazy sympatii bolszewickich wśród robotników i drobnych urzędników.
Górny przywołuje głośną książeczką lorda d’Abernon o bitwie pod Radzyminem, „Osiemnasta największa bitwa w dziejach świata”, ale zwraca uwagę, że jest to raczej hagiograficzna publicystyka niż historiografia.
Stała się ona podstawą obrazu bitwy w przedwojennych podręcznikach do nauki historii i w ówczesnej „polityce historycznej”. „Po roku 1989 mamy znowu do czynienia w gruncie rzeczy z tą samą interpretacją owego zdarzenia, tyle że jeszcze bardziej ogołoconą z kłopotliwych pytań (…) uproszczoną.
Dostosowaną do percepcji i wyobraźni pokoleń, które nie mogą już tamtych wydarzeń odnieść do własnych doświadczeń, a najczęściej nawet do doświadczeń członków swojej rodziny. Od początku ziejąca licznymi lukami trzyma się już wyłącznie siłą wiary, przyzwyczajenia i bezmyślności” – pisze historyk. „Realia każą spojrzeć na wojnę polsko-bolszewicką zupełnie inaczej – zauważa Górny i kolejno kwestionuje, w oparciu o źródła poszczególne segmenty tradycyjnego obrazu tej bitwy.
Po pierwsze podważa jej obraz jako „starcia tytanów”, jako że po Radzyminem starły się wojska umiarkowanie liczebne, a w każdym razie dwadzieścia razy mniejsze niż pod Marną we Francji. „Niezbyt wiele wojska na olbrzymiej przestrzeni – to być może najkrótsza definicja wojny polsko-bolszewickiej” – napisał Górny – Ale to nie jedyne jej cechy, które kłócą się fundamentalnie z obrazem powielanym przy okazji kolejnych rocznic, czyli z wizją wojny światów”. „Z upływem czasu, rosnącymi stratami i zmęczeniem coraz trudniej było zachęcić żołnierzy do heroicznego ataku.
Wręcz przeciwnie – zarówno polski odwrót na zachód, jak i późniejszy odwrót Tuchaczewskiego na wschód skłoniły tysiące z nich do dezercji. Zdarzało się, że na stronę nieprzyjaciela przechodziły całe jednostki, niekiedy po kilka razy w tę i w tę”. To pokazuje, że ani „morale” wojska polskiego nie było w całości tak „silne, zwarte i gotowe”, tak nieskazitelnie bohaterskie i wierne, ani też nieprzyjaciel radziecki nie był, wbrew upowszechnianemu od stu lat demonicznemu obrazowi, aż tak groźny i potężny,
Z wielu relacji z tej bitwy, pełnych opisów mordowania Żydów, przez obie skądinąd walczące strony, zdaje się wynikać, że w większym stopniu była to „wojna żydowska”, niż wzajemna walka polsko-radziecka. Nadaje to obrazowi owej osławionej bitwy rangi światowej wymowę, niezamierzenie tragi-groteskową. Dzielni Polacy i krasnoarmiejcy nie mniej niż siebie wzajemnie, zabili – co było łatwe – żydowskiej, cywilnej biedoty.
Powszechne było też działanie zbrojnych band rabunkowych, składających się głównie z dezerterów, a w głębi terytorium Rzeczypospolitej policja i żandarmeria zwalczała nielegalny handel skradzionym sprzętem wojskowym.
Małe zagęszczenie pola walki zarówno wojskiem jak i sprzętem skłania autora „Polski bez cudów” do uwagi, że „nie tylko zagraniczni obserwatorzy mieli wątpliwości, czy polsko-bolszewickie zmagania w ogóle można traktować jak regularną wojnę”.
Mętny i odbiegający od stereotypu jest też narodowościowy obraz tej wojny, jako że po obu stronach mieszanina narodowa była tak wielka, że czasem trudno było określić, kto z kim walczył. Nie tylko po stronie radzieckiej walczyli przedstawiciele różnych narodowości, w tym m. in. liczni Chińczycy, ale także po stronie polskiej walczyli liczni Białorusini, Ukraińcy, Żydzi.
Poza tym po stronie radzieckiej walczyli polscy komuniści, a po stronie polskiej rosyjscy antykomuniści, w tym białogwardziści.
Nadto była to w większym stopniu, po obu stronach, raczej bitwa pospolitego ruszenia niż regularnych armii. „W tej skomplikowanej i niepewnej sytuacji walki z bolszewikami nie były ani zbyt intensywne, ani specjalnie krwawe”.
„Jedyny element polsko-bolszewickiego konfliktu, który od początku miał wymiar apokaliptyczny, to towarzysząca mu propaganda. Tylko w niej ta wojna dwóch słabych i biednych państw (…) mogła wydawać się wojną światów. Doprawdy, nie była to propaganda aż tak pomysłowa, abyśmy mieli jej ulegać także dziś”. „Polska bez cudów” to znakomita książka, demaskacja polskiej megalomanii i zakłamanej mitologii.

Maciej Górny – „Polska bez cudów. Historia dla dorosłych”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2021, str. 352, ISBN 978-83-268-3744-9

Poprzedni

Sadurski na dzień dobry

Następny

Jak skuteczniej bronić Polski?