Jeden z nieco młodszych ode mnie przyjaciół (starszych już prawie nie mam) zadzwonił I zaprosił na kawę, lody i koniak do przyzwoitej kawiarni. Zdziwiłem się pozytywnie, bo raczej nie uchodzi za człowieka nadmiernie rozrzutnego. Przywdziałem bardziej porządne wdzianko i poszedłem.
Mój fundator był zastanawiająco smutny. Nieco się ożywił sugerując, abyśmy koniak wypili za rocznicę Powstania, które udało nam się przeżyć. Potem znowu posmutniał. Zamawiając drugi koniak zapytałem więc, co go gnębi.
Zagrożenie
Słuchaj – powiedział – mam narastające wrażenie, że żyję w krainie absurdu. W ostatnich dniach umocniło się ono w miarę oglądania telewizyjnych migawek z rozróby w Białymstoku, a zwłaszcza rozmów prowadzonych z uczestnikami kontrmanifestacji. Absurdalne jest to, co mówią. Ale jeszcze bardziej absurdalne i groźne jest to, że oni wydają się w to wierzyć.
Widziałem, jak starszy i kulturalnie wyglądający pan, niemal zachłystywał się, mówiąc o zagrożeniach, jakie rzekomo niesie seksualizacja młodzieży. Nie zrozumiałem, co uważał za seksualizację i o jaką młodzież mu chodziło. Jeśli o kilkunastoletnią, to ona – moim zdaniem – już od dawna zseksualizowała się tak dalece, że w ostatnich klasach gimnazjum (póki były) i w liceach uchodzenie za dziewicę jest demode i obniża osobisty prestiż dziewczyny. A chłopak – prawiczek – uchodzi za niedorajdę.
Jeśli ten pan miał na myśli dzieci – czyli umownie młodzież do lat np. 12 – to nie wiem, gdzie się „chował” dzieciństwie. Ja, w pierwszej połowie XX wieku, „seksualizowałem” się mając 6 – 7 lat, dzięki kuzynce, w tym samym wieku. W czasie wzajemnych wizyt naszych rodziców, spaliśmy z kuzynką zawsze w jednym pokoju. Ona miała ogromny pęd do wiedzy biologicznej. Z zainteresowaniem oglądała i dotykała różniące nas elementy budowy. Już wiedziała i tłumaczyła mi, co w co powinno się włożyć, „aby było przyjemnie”. Dobrze, że jeszcze nie usiłowała tego robić.
Twierdzenie, że ktoś namawia dzieci do „seksualizacji” jest kompletnym absurdem. Dzieci zawsze dochodzą do tego same, a ściślej przy pomocy rówieśników. Teraz także wszechobecnego Internetu. Jedne wcześniej, drugie później. Zadaniem dorosłych powinno być tylko „prostowanie” tej wiedzy. A traktowanie tego problemu, jako oręża walki politycznej, jest po prostu głupie.
Absurdem jest także podniecanie się tym, co teraz jest nazywane LGBT, Osoby rozmawiające z dziennikarzami w Białymstoku także widziały w tym „zagrożenie”. Nic nie rozumiem. Kogo lub czego? W zamierzchłych czasach dojrzewania naszego pokolenia, w ogóle nie uważano tego za problem i traktowano tylko, jako podłoże do uszczypliwych i czasem nieprzyzwoitych żarcików.
Wróg pilnie poszukiwany
Dochodzę do wniosku, że obecna napastliwość w stosunku do tej grupy obywateli, jest tylko efektem kurczowego poszukiwania wrogów. Każda grupa rządząca – nie tylko w naszym kraju – lubi mieć wroga. Wróg pozwala absorbować społeczeństwo, umacnia jej zwolenników, jest kogo atakować, „wieszać na nim psy, w końcu niszczyć lub siłą wprowadzać na właściwą drogę. W początkach ZSRR wrogiem byli burżuje – wyzyskiwacze, kułacy i kościół prawosławny, w hitlerowskich Niemczech – Żydzi, komuniści i słowiańscy „podludzie”. Ośrodki ideologiczne naszej obecnej władzy znalazły sobie LGBT. Na razie skromnie. Mogą przecież uznać za wrogów wszystkich, którzy nie są zdeklarowanymi katolikami, albo, – bo to się także może zmieścić w granicach absurdu – wszystkich, nadal niezadowolonych ze swoich dochodów, albo z działań i zachowań „władzy”. No bo tylko skrajnie nieudolni lub chorobliwi malkontenci mogą nie być zachwyceni dokonywanym cudem gospodarczym, gotówkowymi prezentami otrzymywanymi rzekomo od rządu, powstaniem z kolan i wyprostowaną postawą w polityce zagranicznej.
Następne pokolenia będą miały gorzej
Jedząc już lody pocieszałem mego przyjaciela. Nie powinien tak się denerwować. Czas biegnie, obyczaje się zmieniają. Za sto, czy dwieście lat, potomkowie obecnych wrogów LGBT, będą zapewne mieli znacznie trudniejsze problemy moralne. Wszystko wskazuje na to, że nieubłagany i złośliwy postęp techniczny doprowadzi do tego, że razem z nimi będą żyły(?) androidy, człekokształtne roboty, być może obciągnięte laboratoryjnie wyhodowaną ludzką skórą, wyposażone w sztuczną inteligencję, posiadające osobowość (Myślę, więc jestem – powiedział kiedyś Kartezjusz) i poczucie własnej wartości. Czy związek partnerski z piękną androidką lub przystojnym androidem będzie grzechem, czy nie będzie? Czy android może wychowywać ludzkie dzieci? Czy żywa żona i seksualnie genialna androidka w domu – to już rozpusta, czy tylko wyposażenie, takie jak odkurzacz?
Pocieszając przyjaciela zgodziłem się z nim jednak, że absurdy zaczynają nas ostatnio niebezpiecznie otaczać. Poprawiłem mu humor opowiadając o zasłyszanych dyskusjach dotyczących połączonych liter P i W, traktowanych przez jednych, jako nienaruszalny symbol lub nawet „świętość państwową”, a przez innych, jako element aktywizacji marketingowej.
Szarganie świętości
Z naszego punktu widzenia to też absurd. Nasz zastęp Szarych Szeregów w czasie okupacji malował dziesiątki tych kotwic na murach Śródmieścia Warszawy i Mokotowa. Dla nas to był dowcipny układ dwóch liter, możliwy do namalowania zaledwie trzema pociągnięciami pędzla. Nie traktowaliśmy tego, jako symbolu, tylko jako znak informujący ludność, że Polska jest i nadal walczy. Miał poprawiać nastrój i wywoływać uśmiech, a nie stawiać kogoś na baczność. Malowanie kotwic było wprawdzie pracochłonne, bo z reguły absorbowało cały zastęp malujących, ochraniających i sygnalizujących zbliżanie się niepożądanych osób (granatowych policjantów, niemieckich żandarmów i oficerów wojska – bo szeregowy żołnierz Wehrmachtu na przepustce miał zupełnie inne zainteresowania i mało go obchodziło, że ktoś coś maże na murze), – ale dość bezpieczne.
Pamiętasz chyba, że to seryjne malowanie kotwic wcale nam nie imponowało. Zazdrościliśmy nieznanym kolegom, którzy robili znacznie trudniejsze rzeczy. Potrafili zmieniać literę w niemieckich napisach propagandowych, z reguły dużych i wysoko powieszonych. – „Deutschland siegt auf allen Fronten?”. Zmiana litery „s” na „l” w słowie „siegt” zmieniała całkowicie sens informacji – „Niemcy leżą na wszystkich frontach!” To budziło wśród ludzi znacznie więcej uśmiechu i nadziei, niż nasze kotwice. Pamiętasz też chyba nasz podziw dla techniki i odwagi tych, którzy po tym, jak Niemcy zdjęli pomnik Kilińskiego i schowali go w budynku muzeum, napisali w nocy na jego murach – „Rodacy – jam tu! Kiliński Jan”. To był majstersztyk małego sabotażu.
Dopijając kawę i decydując się na trzeci koniak doszliśmy z przyjacielem do wniosku, że nie denerwuje nas używanie „kotwicy”, jako „patriotycznej ozdoby” różnych plakatów, miejsc artystycznych występów i przemówień, a także flag, zarówno bez tęczy jak i z tęczą. Trochę denerwuje nas natomiast często spotykana bezsensowność zastosowania tych ozdób. Co i komu chce właściwie powiedzieć facet umieszczający kotwicę na tylnej klapie swego samochodu, na drzwiach mieszkania (widziałem!) czy na ogrodzeniu domu, a także na koszulkach? Z kim on teraz walczy i o co? Bo jeśli to tylko manifestacja solidarności z przeszłością, to taka forma jej objawiania wydaje się trochę niepoważna.
Naklejkowa mania
Pocieszaliśmy się jednak, że te absurdalne zjawiska nie dotyczą w naszym współczesnym społeczeństwie tylko „patriotycznych symboli”. Co chciał mi powiedzieć inny obywatel, za którym wczoraj długo jechałem, umieszczając na błotniku stylizowany rysunek ryby? Że jest wierzącym katolikiem? Jakie to ma znaczenie w ruchu drogowym? A gdyby umieścił gwiazdę Dawida, to powinienem się zdenerwować? A gdybym zobaczył – apage satanas – półksiężyc z gwiazdą, to powinienem chwycić klucz francuski i rozbić mu szyby?
Po trzecim kieliszku byliśmy już w łagodnym nastroju. Doszliśmy do wniosku, że ta epoka absurdów w zachowaniach części naszego społeczeństwa w końcu minie. Władza się zmieni, może nowa będzie potrzebowała mniej wrogów i nie będzie ich kreować. Może wzmocni się racjonalizm i pozwoli na zrozumienie, że na samochodzie lepiej jest nakleić pasek odblaskowy a nawet wizerunek gustownie rozebranej panienki, niż jakiekolwiek graficzne informacje o patriotyczno – narodowościowo – wyznaniowych upodobaniach właściciela. Problem w tym, czy tego dożyjemy.













