Pani mecenas

Siergiej Sznurow, znany rosyjski celebryta, lider punkowej formacji Leningrad, którą darzę wielką estymą i uznaniem, zapisał się właśnie do Partii Wzrostu, powołanej do życia przez twórcę legendarnej gry komputerowej o czołgach. Rosyjscy politolodzy twierdzą, że Partia Wzrostu to klasyczna, reglamentowana kremlowska opozycja, której Władimir Putin łaskawie pozwolił na istnienie.

Kto miał to szczęście, że był kiedyś, zwłaszcza w minionym dziesięcioleciu, na koncercie grupy Leningrad, pamiętać powinien zapewne, że na froncie, oprócz mnogości muzyków i śpiewaków, siedział, mały, gruby dresiarz, który robił za maskotkę zespołu. Zajmował się głównie paleniem papierosów, które także zjadał, oraz rozgryzaniem swoimi złotymi zębami puszek z piwem. Tak, tak, Szanowni Państwo, rozgryzaniem. Był to element choreografii, specyficznie rozumianej, choć mojemu koledze, organizatorowi koncertu Leningradu w Krakowie, nie było do śmiechu, kiedy koleś pozalewał mu browarami odsłuchy za parę tysięcy i nie poczuwa się wcale do winy. Eta szoł – tłumaczył.

W Polsce wystartowała kampania Andrzeja Dudy. Pierwszą informacją która posłana została w związku z tym do mediów, było nominowanie na szefową sztabu Jolanty Turczynowicz-Kieryłło. W dużej polityce o pani mecenas nikt jak dotąd nie słyszał. W małej miała kilka epizodycznych rólek, zakończonych na ogół niepowodzeniem. Jeśli wierzyć komentatorom zbliżonym do prezydenckiego pałacu, pani mecenas ma w sztabie symbolizować łagodność i wrodzony wdzięk połączony ze stanowczością i ukierunkowaniem na sukces. Nie minął tydzień od jej nominacji, a pani mecenas już dała się poznać jako ta, która na swój sposób rozumie wolność słowa i z wolności tej korzystanie. Jakby tego było mało, GW opublikowała materiał, w którym ujawniono, że w czasie wyborów samorządowych w 2018 r. mecenas Turczynowicz-Kieryłło miała wdać się, w podwarszawskim Milanówku, w przepychankę z pewnym mężczyzną, w wyniku której pan został przezeń ugryziony w przedramię. Człowiek miał rzekomo zatrzymać ją i jej syna, kiedy, naruszając przepisy o agitacji wyborczej, kolportowali pod osłoną nocy ulotki, godzące w dobre imię jednego z kandydatów. Pani mecenas twierdzi, że jej działanie było jedynie reakcją na fizyczny atak ze strony mężczyzny, który, nie wiadomo czym powodowany, miał był poszturchiwać jej nastoletniego syna. Ona stanęła jedynie w jego obronie. Stąd ugryzienie.

Rzeczywiście, sprawa jest dość niejednoznaczna. Zarówno pani mecenas jak i człowiek przez nią ugryziony złożyli zawiadomienia do straży miejskiej o naruszeniu nietykalności. Wezwali na miejsce patrol. Ten sporządził notatkę, z której nie wynika, kto był sprawcą, a kto ofiarą. Podobnie jak z obdukcji lekarskich, które obydwoje sobie zaordynowali. Pani mecenas wraz z synem miała mieć otarcia na szyi, za którą, do czasu przyjazdu służb, miał przytrzymywać ją pogryziony w trakcie obywatelskiego zatrzymania. Rzecz oficjalnie zakończyła się niczym, ponieważ sąd sprawę umorzył, a żadna ze stron nie zdecydowała się na prywatny akt oskarżenia. Słowo przeciwko słowu.

Prawicowe media i politycy, na czele z panią mecenas, całą opisywaną historię traktują jako żenującą próbę zdezawuowania jej dobrego imienia. Prawi mężczyźni idą jeszcze dalej, konkludując, że nie ważne kto gryzł, a kto dusił, ważne, że atak wymierzony był w niewinną kobietę, broniącą swojego dziecka, a to w kodeksie Boziewicza ongiś rozwiązywano inaczej. Dziś, gdy mamy schamienie obyczajów, nawet kobieta nie może być w tym kraju bezpieczna. A ja, Szanowni Państwo, myślę sobie tak, że…
Ulice Milanówka, późnym wieczorem spacerują sobie matka, dwa psy i piętnastoletni podopieczny. Pora na spacer dość późna, ale niech tam. Nagle, wedle tego, co można wyczytać z relacji pani mecenas, ni stąd ni zowąd, syn jej pada ofiarą napaści przypadkowego przechodnia. Ona sama rusza mu na pomoc. Jest przy tym lżona i obrażana. W akcie desperacji gryzie człowieka w rękę. Cóż, i tak bywa. Następnie napastnik, który nie wiadomo dlaczego ich zaatakował, wzywa straż miejską i pogotowie. Przyznacie Państwo, dość osobliwe zachowanie, jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą próbował poturbować nastolatka w towarzystwie matki i dwóch psów. Ale przecież kobiecie nie wypada nie wierzyć. Zwłaszcza w adwokackiej todze.

Mijają dwa lata. Ktoś wpada na pomysł, żeby ocieplić wizerunek prezydenta i sięga po kandydaturę mecenas Kieryłło. Ktoś albo nie wie, że powyższy fakt miał miejsce, co nie najlepiej o nim świadczy, bo nie doczytał. Ktoś nie wie tego, bo mecenas Kieryłło nie uznała za stosowne go o tym poinformować, co nie najlepiej świadczy o niej. Ktoś wie, że to wszystko miało miejsce, a mimo to decyduję się obsadzić stanowisko szefowej kampanii właśnie nią, bo ma w tym swój, a nie Andrzeja Dudy interes. To już jednak zmartwienie samego Andrzeja Dudy, a nie moje. Ale płakać z tego powodu nie zamierzam.