Z Elizą na barykady

„Ok – powiem krótko. Już jest pozamiatane. Jedynym co dałoby szansę, ale tylko szansę na uratowanie Polski przed kolejnymi, o wiele dłuższymi i bardziej brutalnymi rządami PIS i Konfederacji (plus inne przystawki) niż pamiętamy to wywrócenie stolika: jak założenie nowej partii przez Radosława Sikorskiego z ludźmi pokroju Romana Giertycha i pani prokurator Ewy Wrzosek. I ruszenie z robotą z kopyta, bo już nie ma czasu.” – napisała Eliza Michalik. W jej oczach to nie rząd Tuska, nie PO ani KO mają być remedium na rzeczywistość. Teraz – jak ogłasza – tylko nowa partia, złożona z „wojowników”, może ocalić Polskę.

Tusk już się nie liczy. Nie spełnił pokładanych w nim nadziei, nie stanął na barykadzie, nie przewrócił stolika. A gwoździem do trumny okazało się – paradoksalnie – jego konstytucyjne zachowanie: opublikowanie uchwały Sądu Najwyższego w Dzienniku Ustaw. To był ten moment, w którym część bańki Silnych Razem – z Michalik na czele – zrozumiała, że premier nie spełni ich oczekiwań. Że nie zatrzyma procedur, nie zawiesi państwa, nie ogłosi końca demokracji w imię „obrony demokracji”.

W swoim najnowszym wideo opublikowanym na kanale YouTube Michalik oprócz powielania bzdur o sfałszowanych przez Rosję/PiS wyborach i roastowania słabości Tuska idzie jeszcze dalej. Z ubolewaniem mówi, że TVP nie została dostatecznie „oczyszczona”, że nie działa wystarczająco intensywnie na świadomość Polaków. Krytykuje fakt, że „nie wyrzucono wszystkich pisowców”, a nawet wypomina liderowi PO fakt niezdelegalizowania Prawa i Sprawiedliwości. Delegalizacji partii, która ma milionowe poparcie. Trudno o bardziej jaskrawy przykład myślenia autorytarnego w kostiumie obywatelskiego oporu.

Jeśli wynik wyborów okazuje się nie po myśli – to nie czas na refleksję, tylko na próbę zakwestionowania zasad gry. Skoro rezultat nie jest „właściwy”, to – jak sugeruje Michalik – trzeba wywrócić stolik. A najlepiej unieważnić całą demokrację. Bo właśnie do tego sprowadza się koniec końców jej przekaz. (Szczerze polecam obejrzeć – ku przestrodze. To podręcznikowy przykład, jak retoryka „ratowania demokracji” zaczyna upodabniać się do tego, co przez lata zarzucano PiS-owi… gdy robią to „nasi” to już tylko troska o państwo).

Przez chwilę niektórzy mogli pomarzyć, że ten emocjonalny apel Elizy Michalik może stać się początkiem czegoś większego – nowej formacji politycznej, radykalniejszej od PO, gotowej iść na wojnę z PiS-em…

Niestety – gildia założycielska rozpadła się, zanim zdążyła powstać. W odpowiedzi na propozycję Michalik, Roman Giertych napisał z powagą: „Pani Elizo, pani nie zna mnie i Radka. Żaden z nas nie jest zdolny do nielojalności.”

Szkoda – bo taka partia, gdyby jej głównym ideologiem została np. przesympatyczna Eliza Michalik, mogłaby dobitnie pokazać, jak wygląda polityczne oderwanie od rzeczywistości. Byłby to ruch ludzi, dla których demokracja istnieje tylko wtedy, gdy wygrywa ich kandydat, a każde inne rozstrzygnięcie uznawane jest za dowód spisku. To była szansa na ponowne pokazanie, dokąd prowadzi życie w bańce informacyjnej i emocjonalnym oporze wobec faktów. Już raz widzieliśmy podobną drogę – mit smoleński Macierewicza, który mimo zapisu z czarnych skrzynek wciąż żyje w niektórych głowach jako „zamach”. I oto mamy chichot losu: dziś to właśnie ci, którzy latami wyśmiewali tamtą paranoję, zaczynają tworzyć swoją własną.

Fałszerstwa nie było

Przypomnijmy: teorie o „sfałszowanych wyborach”, nielegalnym Sądzie Najwyższym i konieczności zatrzymania procedur konstytucyjnych – podobnie jak teorie o zamachu Smoleńskim – nie mają żadnych logicznych podstaw. Ich absurdalność sprawia, że są mniej wiarygodne od scenariuszy filmów science fiction. Komisje liczące głosy były pluralistyczne, a wiele z nich kontrolowała opozycja. Nie ma żadnych wiarygodnych dowodów na masowe fałszerstwa.

Analizy ekspertów potwierdzają, że nie doszło do żadnych istotnych nieprawidłowości. Raport dr. hab. Dominika Batorskiego, dr. hab. Jarosława Flisa i dr. Piotra Szulca („Fałszerstwa czy fałszywe alarmy?”) nie wykazał anomalii, które mogłyby wpłynąć na wynik wyborów. W 20 komisjach, gdzie różnice były największe, większość głosów przeliczono ponownie – i potwierdzono jedynie drobne błędy techniczne.

Z kolei analizując możliwą skalę błędów, dr hab. Jacek Haman wskazał 145 komisji z wysokim ryzykiem nieprawidłowości – 78 na korzyść Nawrockiego, 67 na korzyść Trzaskowskiego. Nawet w scenariuszu maksymalnym zmiana wyniku nie przekroczyłaby 18 tysięcy głosów – przy przewadze Nawrockiego wynoszącej niemal 370 tysięcy.

Podobne wnioski płyną z pracy dr. hab. Andrzeja Toroja z SGH. Nawet przy najbardziej radykalnych założeniach, uwzględniających wyłącznie błędy na niekorzyść Trzaskowskiego, różnica zmieniłaby się o zaledwie 18 458 głosów.

Tymczasem dr Krzysztof Kontek, na którego analizę powołują się spiskowcy, został jednoznacznie skrytykowany przez ekspertów Fundacji Batorego. Wskazali oni, że przyjął błędną metodologię: pominął anomalie na korzyść Trzaskowskiego, zaniżył próg odchylenia oraz porównywał komisje sąsiadujące, nie biorąc pod uwagę różnic demograficznych czy geograficznych.

Nie potwierdziły się także inne zarzuty: nie było masowego wzrostu frekwencji w komisjach popierających Nawrockiego; frekwencja 100% pojawiała się głównie w DPS-ach i komisjach zagranicznych; odsetek głosów nieważnych był podobny jak w wyborach 2015 i 2020.

Na szczęście – środowisko KO zaczyna trzeźwieć. Z oporem, ale coraz częściej słychać głosy uznające przegraną „bonżura” za fakt. Chociaż raczej nigdy nie doczekamy się, by ktoś wprost przyznał, że to właśnie otoczenie Rafała Trzaskowskiego zafundowało mu najwięcej problemów. Kampania była sabotowana na finiszu przez premiera Tuska, posła Zembaczyńskiego, posłankę Gajewską i posła „Cóż szkodzi obiecać” Witka. To wszystko – a nie jakieś wymyślne fałszerstwa wyborcze rzekomo dokonane przez pisowców, braci kamratów czy inne mityczne siły – zaważyło na końcowym wyniku wyborów i zafundowało prezydenturę kandydatowi, który pod żadnym pozorem wygrać nie powinien, a jednak niestety wygrał. Takie są uroki demokracji i trzeba to uszanować.

Uszanował to Trzaskowski, któremu trzeba przyznać, niezależnie od sympatii politycznych, że od samego początku zachowuje klasę. Pogratulował Nawrockiemu, nie dołączył do chóru spiskowców, nie podważa wyniku wyborów ani nie relatywizuje decyzji wyborców. Konsekwentnie trzyma się zasad, unika podsycania emocji i nie dolewa oliwy do ognia. I chwała mu za tę odpowiedzialność. Mam nadzieję, że ta postawa przyniesie mu uznanie przynajmniej wśród tych odrobinę trzeźwiej myślących wyborców KO, którzy nie dali się porwać nowej teorii spiskowej. Sam w II turze głosowałem bez entuzjazmu, wyłącznie na mniejsze zło – ale za tę przyzwoitość i to, że potrafił przyjąć porażkę z godnością, w przeciwieństwie do części polityków koalicji rządzącej i sporej części zwolenników, po prostu należy mu się choćby minimum uznania.

Od początku zachowują się odpowiedzialnie również liderzy Polski 2050, PSL i Lewicy: Szymon Hołownia, Władysław Kosiniak-Kamysz i Włodzimierz Czarzasty. Mówią w tej kwestii jednym głosem: żadnych bajek o cofaniu wyborów, żadnych zamachów na konstytucję. Były wybory, wyborcy dali koalicji żółtą kartę – trzeba zgiąć kark, wyciągnąć wnioski i zacząć działać.

A ci, którzy wciąż liczą głosy w Excelu, powołują się na generowane przez ChatGPT analizy (takie rzeczy naprawdę pojawiły się na stronie SokuZBuraka) i marzą o „wariancie rumuńskim”? Cóż – powodzenia. Gdyby naprawdę doszło do powtórki wyborów, Karol Nawrocki nie wygrałby już tak minimalną różnicą. Wygrałby co najmniej milionem głosów. I wtedy dopiero Silni Razem mieliby naprawdę mocne powody, by krzyczeć o końcu demokracji. Nawet gdyby na chwilę uznaliby ten wynik… zaraz potem ogłosiliby pewnie, że i te wybory były perfidnie sfałszowane. Kolejne teorie, kolejne wymyślne historyjki. Bo przecież każda przegrana to dla nich zamach stanu. W ten sposób moglibyśmy w kółko powtarzać głosowanie – aż w końcu wynik będzie „właściwy”.

Cóż szkodzi pomarzyć

Wracając do teoretycznej partii Silnych Razem – której, mimo wszystko, jednak po cichu wypatruję, nawet jeżeli Roman Giertych, póki co, nie pali się do odejścia z Platformy, do której dopiero co dołączył… Ale przecież kilka lat temu zapewniał, że nigdy tego nie zrobi. Może zatem teraz koniec końców da się przekonać i zmieni zdanie trochę szybciej? Już sobie wyobrażam tę silną prodemokratyczną drużynę, która powstrzymuje PiS przed powrotem do władzy… wszelkimi dostępnymi środkami. Mieliby szansę totalnie ośmieszyć liberalne środowisko.

Pani Elizo – niech się Pani nie poddaje! Trzeba działać, przekonywać, namawiać! Jeśli nie Giertych i nie Sikorski to może uda się złożyć ten ruch w innej konfiguracji – z Lisem, Wałęsą, Tuleyą, Kijowskim… Cóż szkodzi pomarzyć. Zwłaszcza że Lech Wałęsa wydaje się dziś całkowicie dyspozycyjny, gotów jeszcze raz stanąć na czele „walki o demokrację” – tej właściwej, czyli takiej, w której nie przegrywa się wyborów. A kto wie, może i Kijowski znów znajdzie fakturę na sztandar. Wszystko jest możliwe, jeśli tylko naprawdę się chce.


PS. Żeby nie było, że tylko szydzę z pani Michalik – przyznam jej rację w jednej kwestii: Koalicja Obywatelska rzeczywiście zawodzi. Problem w tym, że odpowiedzią na słabość KO nie może być apel o totalne rozliczenia, oczyszczanie mediów ogniem i mieczem czy marzenia o anulowaniu demokratycznych wyborów. Taki przekaz adresowany do wąskiej, radykalnej banieczki – głośnej w internecie, ale zupełnie oderwanej od reszty społeczeństwa, nie zadziała. Nie dziwi mnie więc, że mało kto pali się, by maszerować z nią pod tym „prawdziwie demokratycznym sztandarem”. Bo choć różnimy się politycznie, każdy trzeźwo myślący człowiek wie, że droga, którą proponuje, poprowadziłaby ich prosto do katastrofy.

Julian Mordarski

Julian Mordarski (ur. 25 sierpnia 2000 r.) – redaktor naczelny Dziennika Trybuna, publicysta i komentator polityczny. Absolwent studiów licencjackich z polityki społecznej na Uniwersytetecie Warszawskim; obecnie studiuje dziennikarstwo i medioznawstwo na tej samej uczelni. Z Dziennikiem Trybuna związany od 2022 roku, początkowo jako szef działu zagranicznego. W kwietniu 2025 roku objął funkcję redaktora naczelnego. Od czterech lat współpracuje z mediami lewicowymi, specjalizując się w tematyce społecznej oraz międzynarodowej.

Poprzedni

I po ptokach

Następny

Dręczenie starszej pani