
Znany i cieszący się niezłymi opiniami szpital w Warszawie wezwał mnie na trzydniowy pobyt, aby wymienić wszczepione kiedyś urządzenie. Podobno się zestarzało i rozleniwiło. Stawiłem się zgodnie z poleceniem i natychmiast wsiąkłem w korytarzowe dyskusje polityczne pacjentów i personelu.
Czyj jest Bóg?
Pierwszego dnia lejtmotywem dyskusji były opowiadania personelu o wrażeniach z wycieczki do Włoch, w tym – oczywiście – także do Watykanu. Uczestniczki były zachwycone atmosferą na placu św. Piotra, modlitewną radością wielu młodych gości, śpiewających w różnych językach i demonstrujących ludowe stroje i tańce z całego świata.
Nieśmiało (jak zwykle) pochwaliłem ich zachwyt, ale nieopatrznie dodałem, że teraz równie interesującym kierunkiem turystycznym stają się Chiny, przeżywające skok cywilizacyjny. Usłyszałem niechętne potwierdzenie, wsparte wyraźnym ostrzeżeniem – z Chińczykami trzeba ostrożnie, bo nie wiadomo, w co wierzą. A już na pewno nie w „naszego Boga”!
Zamieniłem się w słup soli, czyli żonę Lota. To mimochodem rzucone stwierdzenie wskazało w mojej skołatanej głowie na dwa bliskie, chociaż odległe kulturowo, pokrewieństwa. Kłania się mu twierdzenie muzułmanów, że „Bóg jest jeden, a Mahomet jego prorokiem”. Kłaniają się też stale artykułowane poglądy Naszej Obecnej Wielkiej Opozycji i jej szefa Jarosława. Według nich patriotycznym katolikiem jest tylko taki obywatel, który popiera prawicę i jest członkiem lub deklarowanym sympatykiem PiS-u i jego przybudówek.
Skojarzenie
Nota bene, to pierwsze skojarzenie wraca do mnie dość często, bo w zamierzchłych czasach, ponad 50 lat temu, na jednym z europejskich lotnisk wypiłem morze kawy i (dyskretnie) wina, czekając na samolot. Wypiłem to w towarzystwie bardzo inteligentnego Turka, muzułmanina, który też czekał na „swój” samolot. Doszliśmy wówczas do wniosku, że jeśli Bóg jest jeden – to wobec tego ten sam Bóg jest w moim kościele i w jego meczecie. I nikt mu nie może zabronić mieć wielu proroków, w tym zarówno Jezusa, jak i Mahometa. I wszystkie wojny między nami, o religijnym podłożu, były i są bez sensu!
Szpitalny hydepark
Na szpitalnym korytarzu dyskusje prowadzili głównie starsi panowie, których wrażenia z wycieczek do Włoch nie interesowały. Mój nieetyczny podsłuch wykazał, że rozmowy koncentrowały się na ocenie politycznej sytuacji w kraju, opiniach o czołowych postaciach tworzących tę sytuację i zmianach, jakie mogą wywołać posunięcia nowego prezydenta USA.
Z krajowego podwórka, najwięcej uwagi poświęcano naszemu nowemu prezydentowi Karolowi. Przeważały dwie opinie — „Stara się, ale jest zanadto zadziorny”. „Miał być neutralnym prezydentem wszystkich, a jest wyraźnym zwolennikiem PiS-u i podnóżkiem Jarosława”.
O premierze — To nie jest facet do lubienia, ale jest poważny, solidny i wiarygodny. Zna się na rządzeniu i znają go osobiście lub ze słyszenia wszyscy ważni politycy w Europie i na świecie.
O marszałku Sejmu — To bardzo inteligentny facet, ale nie wiadomo, do czego dąży. Robi wrażenie, że bardziej mu zależy na osobistej karierze niż powodzeniu ugrupowania politycznego.
O Jarosławie: „To rzadki przypadek człowieka, któremu bardziej zależy na poczuciu realnej władzy, niż formalnych stanowiskach”. Bywalcy szpitala powiedzieli mi jednak, że jego popularność na tym korytarzu ostatnio gwałtownie spada. Starzeje się. Jego przemówienia budzą nadal wesołość, ale nie budzą już entuzjazmu.
O Robercie B. — Zwolennik marszów i krzyku jako metod pozyskiwania poparcia. Niestety – w jego wykonaniu ten krzyk jest często pozbawiony sensu. Jego niedawny kościuszkowski apel o wykorzystanie „kos na sztorc” jako broni polskich chłopów traktowano na korytarzu jako nieudolny chwyt marketingowy.
O Grzegorzu B. — Chorobliwy antysemityzm łączący się z równie chorobliwym patriotyzmem i wrogością do zachodniego sąsiada. Wśród dyskutantów na korytarzu nie było ani jednego zwolennika.
O Sławomirze M. — Przez „naród szpitalny” jest traktowany bardziej poważnie. Jego otwarta zależność od poglądów Kościoła katolickiego jest jednak uznawana za zrozumiałą, ale i za nadmierną. Młodzież zniechęca zwłaszcza „archaiczny” stosunek do związków partnerskich i aborcji.
W tych syntetycznych opiniach starałem się ująć to, co mój nieudolny podsłuch wskazywał jako przeważającą ocenę dyskutantów. Mogłem się mylić, ale nie sądzę, aby zbyt głęboko.
Ta szpitalna „próbka” miała jeszcze dwa nakładające się podłoża. Pierwsze mamy już od dawna – to podział na prawicę z lokomotywą PiS-u i liberalną lewicę ciągnioną przez kilka lokomotyw z Koalicją Obywatelską na czele.
I drugą, wynikającą z sytuacji międzynarodowej – podział na tych obywateli, którzy spodziewają się III wojny, i tych, którzy nie wierzą, aby Europa, USA i Rosja tak bardzo zgłupiały.









