Cała władza w ręce ludzi

Kto nami rządzi? Tusk? Nawrocki? Niekoniecznie. Politycy są tylko lokajami na usługach kapitału. To lobbyści reprezentujący interesy, biznes wyznaczają politykę państwa. Niezależnie czy rządzi PiS czy PO nie da się w Polsce zbudować dużej ilości potrzebnych mieszkań społecznych, bo to doprowadziłoby do spadku cen nieruchomości, a zatem zmniejszyło zyski deweloperów i banków.

Kiedy się jest na garnuszku prywatnych konsorcjów medycznych, trudno zatkać dziurę budżetową w służbie zdrowia. System podatkowy nie może być progresywny, bo ludzie, którzy by na tym stracili, rządzą krajem, znajdują się w bezpośrednim otoczeniu premiera i prezydenta.

Gdyby płace rosły w takim tempie jak dochód narodowy, ludzie w negocjacjach z pracodawcą nie byliby na przegranej pozycji. A dziś trudno spotkać pracownika z podniesioną głową. Panuje totalne zastraszenie i poniżenie. Właściciel firmy jest panem i władcą swych podwładnych, którzy prawie się nie buntują, choć poddawani są nie tylko wyzyskowi, ale i wielkiemu poniżeniu znanemu jako mobbing.

W języku mediów to biznes rozwija gospodarkę, która rośnie jak szalona. O udziale pracowników się prawie nie wspomina. Bo to przedsiębiorcy są solą ziemi i o nich troszczy się w pierwszym rzędzie władza, gdy nadchodzi zaraza, wojna czy powódź.

Gdyby jednak piorun raził wszystkich pracodawców, kraj by nadal istniał i produkował. Ludzie robiliby po prostu to, co zwykle. Gdyby jednak jakiś dyktator w stylu Trumpa wyekspediował lud roboczy za granicę, kraj by stanął. Wszystko, co jest, istnieje dzięki pracy. Sam kapitał niczego nie wytwarza.

To dlaczego w radzie gminy, Sejmie, Sejmiku Wojewódzkim nie zasiada żaden wytwórca, murarz, rolnik, kierowca czy budowniczy? Przecież teoretycznie władza stanowi przepisy, które decydują o podziale wspólnie wytworzonego dochodu. To dlaczego ci, którzy ten dochód tworzą, nie mają wpływu na podział tego, co wytworzyli?

Dlaczego większość, ta pracująca większość Polaków, nie ma w Polsce nic do gadania? Może najwyżej wybierać tych, którzy ich znowu będą gnębić. Niesprawiedliwym budżetem, w którym nie będzie na ich leczenie, na mieszkania na każdą kieszeń, na naukę, na wspieranie studiującej młodzieży, na walkę ze skrajnym ubóstwem (2 500 000 Polaków).

System, w którym rządzą pieniądze, a nie ludzie, to nie demokracja, tylko oligarchia. Gospodarka powinna służyć do zaspokajania potrzeb społecznych. Ale służy pomnażaniu zysków przez wąskie elity.

Dlaczego ta niesprawiedliwość trwa? Bo mimo, że formalnie cenzury nie ma, właściciele mediów i politycy kierujący mediami publicznymi dbają o to, by taka dyskusja na ten temat była niewyobrażalna.

Bieda nie bierze się z lenistwa, tylko z niskich płac, wyzysku, prekaryjnych form zatrudnienia i tego, że z rosnącego bochna ci na górze biorą sobie za dużo, i dla tych na dole niewiele zostaje. Bo to ci na górze decydują, jaki jest podział.

Niesprawiedliwy podział dochodu przekłada się na wielkie rozwarstwienie. Jego zbadaniem zajął się Thomas Piketty i jego zespół. Z jego badań wynika, że rozwarstwienie w Polsce jest największe w Unii Europejskiej. 10% najbogatszych ma majątek odpowiadający 60% majątku narodowego, a 50% najbiedniejszych zarabia odpowiednik 20% PKB.

I mimo, że nikt nie zakwestionował wyników tych badań merytorycznie, elitom udało się je zataić przed szerszą opinią publiczną. Sposób jest prosty i znany: nie publikować, ignorować, obśmiewać, kwitować wzruszeniem ramion. Zastępować ważne fakty ekonomiczne i społeczne papką informacyjną, kłótniami politycznych i biznesowych luminarzy.

Najbardziej bezczelne kłamstwa polityków pozostają bez komentarza. A kiedy ktoś chce kłamcy zadać kłam, pojawiają się politycy i dziennikarze, którzy go po prostu zagadują, zagłuszają, a kiedy zniecierpliwiony podniesie głos — robią z niego oszołoma.

Niedawno spotkałem byłego posła Gabriela Janowskiego, który zasłynął obroną polskiego cukru, ale został wykończony za pomocą podrzucenia mu psychotropów, po których zachowywał się jak pajac. Już nikt nie pamięta, że w sprawie cukru Janowski miał rację, podobnie jak wyśmiewany Lepper w sprawie Talibów.

Gdyby zwykli ludzie, a nie wysługujący się biznesowi szubrawcy, rządzili krajem, to nie podejmowaliby decyzji, które uniemożliwiają zaspokajanie ich podstawowych potrzeb.

Państwo jest komitetem wykonawczym interesów już nie burżuazji, jak chciał Marks, tylko biznesu. Żeby ten stan rzeczy zmienić, nie wystarczą reformy — potrzebne jest polityczne upodmiotowienie świata pracy.

Walka klas nie zniknęła. Problem w tym, że bogacze mają rozwiniętą świadomość klasową, a pracownicy — nie. Jest to więc walka jednostronna. Tych na górze z tymi na dole.

Piotr Ikonowicz

Poprzedni

Wciąż między nami dobrze jest

Następny

Umowa między CMG i MKOI dotycząca praw do transmisji igrzysk olimpijskich w latach 2026–2032 oraz prezentacja logo CMG transmisji Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2026 w Mediolanie